niedziela, 26 kwietnia 2026

Kompost zmieszany Wszechświecie

 

LucyH.


Za oknem słońce, choć zimno.
Wiatr wieje sztormowy wręcz. Miota biednymi gawronami na wszystkie strony.
W gniazdach są już małe, bo słychać charakterystyczne miałczenie. Małe gawroniaczki miałczą jak małe kotki. Trudny dziś dzień w gawronim świecie. 

Wstałam dziś o 6.30, lekko, bez wielkiego ociągania. Spałam dobrze, głęboko, otoczona zapachem czeremchy sączącym się przez uchylone okno. W nocy chłodne powietrze wpadało mi do płuc, krążyło wokół, a ja byłam w cieplutkim i mięciutkim kokonie kołdry, bezpieczna.
Mąż wyjechał, więc nikt nie zamykał okna mamrocząc, że wychładzam...
Przez to okno wpadło też Życie wyjąc syreną strażacką a za chwilę syrenami karetki i wozu strażackiego. Psy na zewnątrz dołączyły się żałośnie.

Ktoś we mnie powiedział- komuś stało się coś złego.
I ten ktoś był już gotów przejąć się, emaptyzować, zasmutać się, sponurzeć i zszarzeć.
Odpowiedziałam spokojnie- no tak, taka planeta, patrz gołąb przyleciał do karmnika!
No to poszliśmy oglądać gołębia.

Lucia Heffernan

Ostatnio męczył mnie tzw. Moralniak.
Kilka dni spędziłam kontemplując mój brak empatii, nieczułość, tchórzostwo, próbując zrozumieć, czemu tak mam.
Moja koleżanka z którą kilka lat walczyłyśmy wspólnie z depresją na warsztatach itp., została wdową.
Mąż zachorował na bardzo poważną chorobę degeneracyjną i po dwóch latach bardzo trudnych dla obojga, zmarł. Nie odwiedziłam jej w domu. Dwa razy w pracy tylko. Nie mogłam, czułam straszny opór. Opór i jednocześnie wyrzuty sumienia. Ale opór bardziej. Zdecydowanie mnie przerastało.
Wiem, że ma do mnie pretensję. Nie jest mi z tym dobrze. Ale nadal nie chcę się spotykać.
Postanowiłam pozwolić sobie na to. Nie naprawiać, nie tłumaczyć, nie cierpieć, nie dokuczać sobie, zaakceptować. Trudne, ale wykonalne.
A do karmnika zajrzała sierpówka, no też gołąb, ale inny.

Lucia

W pracy koleżanka kradnie mi długopisy.
Pracujemy razem około 20 lat i ten problem tyleż trwa. Kiedy tylko mnie nie ma, nawet jeśli wyjdę do toalety a ktoś przyjdzie i ona mnie zastąpi, znika mój długopis. Znajduje się u niej zawsze. Lubię moje długopisy, długo je wybierałam i szukałam dobrego wkładu żelowego. Żeby był miękki i miał odpowiedni kolor, żeby tusz miał konsystencję jak masełko i lekko sunął po kartce. Dużo piszę ręcznie, lubię to. Żeby ten wkład działał dobrze, trzeba go zawsze trzymać rysikiem w dół i kiedy wychodzę do domu, wkład musi być odpstryknięty i schowany, by nie wysychał. Moja koleżanka o to nie dba, nie dość, że zawsze kradnie, to stawia u siebie długopis odwrotnie, albo nie odpstrykuje wkładu. Można się z tego śmiać, ale wkurzało mnie to tyle lat. Rozmowy nic nie dają. Tłumaczenia czemu mi to nie pasuje też. Najpierw przepraszała i obiecywała poprawę. Nie wychodziło, potem kajała się mocniej, a potem zauważyłam ukrytą złość, bierną agresję i pretensję, że mogłabym już się odczepić.
To się odczepiłam, było widać, że nie panuje nad tym. Starałam się olewać i spokojnie zabierałam od niej długopis, wymieniałam wkład (a trudno dostępne są) kiedy zasechł lub się zapchał u niej.
Aż do teraz, po prostu chowam go gdy wychodzę, zostawiając jej na wabia byle jaki długopis.
Potem po cichutku, gdy jej nie ma, odbieram go i znów wstawiam na wabia. Działa 100/100.
Nic nie zauważyła. Kompletnie nic.
Tylko zastanawiam się, czemu ja dopiero teraz na to wpadłam?
Tyle lat zaciskania szczęk, nic dziwnego, że bolą czasem.
A pani Alutka już dawni mi powiedziała: jaki materiał, takie narzędzie.

Lucia

Jakiś czas temu przejrzałam wpisy na blogu do tyłu.
Pooglądałam swoją przeszłość, żeby zobaczyć Drogę. Miotało mnie w różne strony. Sporo ślepych zaułków z których musiałam się wycofać. Okres ezoteryczny był fajny. Bujałam w oparach słodko pachnących pierdów jednorożców. I wcale nie czepiam się siebie, że chciałam kochać wszystkich i, że miałam oczy szeroko zamknięte. To był dobry czas. Wiele się nauczyłam o byciu z ludźmi, o własnej naiwności, która też jest programem ochronnym. Nauczyłam się ufać swoim przeczuciom, co nie pozwoliło mi utonąć w tym tęczowym, wyłożonym watą cukrową światku. Znam takich co tam utknęli i widać, że z czasem wata cukrowa topnieje a jednorożce mogą dziabnąć rogiem w doopkę.
Wielu ludzi martwi się a nawet wścieka, że jest teraz wysyp różnej maści kołczów, uzdrowicieli, guru itp. Że oszukują ludzi, że mamią, wyciągają pieniądze, szkodzą!
A przecież jest tylu dobrych terapeutów i przez tych oszustów ludzie do nich nie trafią.
Zaprawdę powiadam wam: KAŻDY trafi tam gdzie powinien.
Każdy zostanie oszukany, naciągnięty, omamiony po to, by wyciągnąć wnioski i nauczyć się lekcji. 
Jednym uda się szybciej, innych jednorożec musi kolnąć w doopkę.
A jeszcze inni są odporni na naukę i to też jest ok.

Lucia
Z oglądania się za siebie wyniosłam też jeszcze jedno spostrzeżenie: BARDZO CHCIAŁAM.
Różnych rzeczy chciałam.
Być kochaną, być ważną, być akceptowaną, być zawsze utuloną, widzieć się w oczach innych.
Chciałam, żeby ludzie byli inni, świat był inny, moja rzeczywistość była inna. To chyba nazywa się roszczeniowość. Oczywiście wynika z moich braków, ale jednak roszczeniowość. Wiele tego wokół. Widzę to dopiero od niedawna, dlatego chyba nie przepadam za Anią Dymną i Dorotą Wellman, bo one tak samo jak ja roszczeniowe wielce i mocno oceniające, a ja ciągle mam problem z zaakceptowaniem tego w sobie. Ale powoli...rozmiękczam :)
Agniecha pod poprzednim postem napisała, że lubi moje przekonanie, że świat da sobie radę bez ludzkiej paniki i dygotu. I dodam: bez roszczenia. 
Nie musi się do mnie uśmiechać pani na kasie, ani lekarz nie musi być miły, ludzie nie muszą mówić przepięknym językiem, ubierać się stosownie do sytuacji, nikt nie musi nic. Mój wybór jak ja się w tym odnajdę, bo doszło do mnie, że ludzie są jacy są i to nie moja sprawa. No chyba, że moja ;)

Lucia
Takie odkrywanie swoich kawałków w tym puzzlu jakim jestem, bez całego obrazka, jest ciekawe.
I męczące, i ekscytujące, i zaskakujące.
A na koniec coś, co zobaczyłam ostatnio.

Jadąc do sklepu w Większym Mieście zobaczyłam małą, drobniutką dziewczynkę w różowych rajstopkach, z długim, jasnym kucykiem. Szła sobie po chodniku szparkim krokiem i na ramieniu niosła dwie, wielkie, wypchane torby. Prawie tak duże jak ona sama. Spojrzałam zdziwiona, bo nie pasował do obrazka jej lekki krok. Ale zaraz ogarnęłam, że mała tacha puste, plastikowe butelki. Lekkie. Do sklepu było już niedaleko, podjechaliśmy i zanim wylazłam z samochodu i ogarnęłam wózek, dziewczynka już dotarła. Weszłyśmy razem. Ona skręciła do butelkomatu a ja weszłam do warzywniaka i ją podglądałam.
Fachowo zrzuciła z ramienia torby, ustawiła i równie fachowo zaczęła wrzucać butelki do butelkomatu. Malutka była, stawała na palcach i wyciągała się, by sięgnąć, ale widać było, że nie robi tego pierwszy raz. Butelek miała sporo, wrzuciła wszystkie, butelkomat wypluł papierek, wzięła, wsadziła do kieszeni, poskładała torby i poszła.
I tak od tygodnia mam w głowie przebłyski z tą dziewczynką, jak tak idzie z torbami. 
I rozmyślam. 
Bo widząc kolejki przed butelkomatem w moim Miasteczku, uświadamiam sobie jak łatwo nas omamić, oszukać, zmanipulować. Jak trudno nam rozejrzeć się szerzej. 
Bo niby wszystko jest w porządku na tym obrazku z dziewczynką, prawda?
Dziecko uczy się odpowiedzialności za planetę. A może jednak nie? 
Mama jej zamieni papierek na pieniążki i mała sobie nazbiera na nowe, odlotowe buciki.
Albo co innego. I wyniknie z tego radość małej dziewczynki. Co fajne jest, potrzebne.

Ogólnie jednak nie uważam, by planecie coś groziło. 
 Ale ogólny przekaz z mediów brzmi: URATUJMY ZIEMIĘ, NIE ŚMIEĆMY.

Tylko, że właściwe pytanie powinno brzmieć: DLACZEGO WCIĄŻ UŻYWAMY PLASTIKU?

No dlaczego?


Lucia Heffernan


PS. Jeśli chodzi o myszki w Bibliotece...


Ta jest 32.
Nie ma o czym gadać, relokuję...

Oczywiście Lucia



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zdziwiona śniegiem za oknem, Prowincjonalna Bibliotekarka.

14 komentarzy:

  1. Można do życia podchodzić różnie, można i do ludzi.
    A koleżanka nie ma własnych długopisów? a może kleptomanka?
    Roszczeniowość u Dymnej i Wellman? nie zauważyłam...
    Dlaczego plastiki? a jak kupisz to i owo na wagę w supermarkecie?
    Kapusty kiszonej czy ogórków w papier nie zapakujesz...specjalny papier do wędlin i mięsa za drogi pewnie itd.
    Skup mnie cieszy, bo jednak butelek wokół mniej.
    Mogliby małpki skupować lub najlepiej przestać pakować w te flaszeczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po kapustę kiszona i ogorki chodziłam do sklepu że sloikiem, wędliny i mieso sprzedawczyni pakowała w papier pakowy, brązowy, masło miało przywilej, pakowano je w pergamin.
      Najlepsze opakowanie było na sledzie z beczki - gazeta! przeważnie Trybuna Ludu :)))
      Nie, nie chce wracać do dawnych czasów, plastik tez mnie denerwuje, na szczescie nie mam wyrzutów sumienia, bo problem plastikowych butelek jest od dawna rozwiązany, plastik zbierany do specjalnych pojemników i wywożony co miesiąc.
      Tylko dziwię się, że ludzie kupują wodę w plastikach, pomimo, że woda z kranu nadaje się do picia...

      Usuń
    2. Widzisz Jotko, moja koleżanka nie jest TU. Czyli w tym co obecnie robi. Ona zawsze jest myślami albo w przyszłości albo w przeszłości. Skutkuje to tym, że leci na przyzwyczajeniach, odruchach, automatyzmach. Co powoduje, że nie może się skupić, ciągle coś gubi, zapomina i prokrastynuje. I kompletnie tego nie widzi. Obecnie zespół takich objawów nazywa się kobiecym ADHD. Cokolwiek to znaczy.
      Długo trwało zanim ogarnęłam, że nic nie zrobię z długopisami, bo ona tematu nie rozumie. Nie rozumie czemu to robi. Więc przechytrzyłam jej adhd.
      Jeśli chodzi o Anię i Dorotkę, po prostu zbyt dobrze wiedzą jak inni powinni żyć. Pan Dyblik, aktor, kiedyś powiedział o Maćku Stuhrze kawał jakby :)
      " Maciek Stuhr powiedział, że już nie będzie gadał o polityce. Po mojemu nie wytrzymie: zbyt duże poczucie słuszności"
      Śmiałam się do rozpuku, bo bardzo w punkt :DDD
      Tak samo mają obie panie, zbyt duże poczucie słuszności. A to jest właśnie spektrum roszczeniowości.
      A jeśli chodzi o plastik, to Basia ma bardzo rację. Wszak żyłyśmy przed dobą plastiku i to było normalne życie.

      Usuń
    3. Basiu i ja pamiętam te czasy. Tak była normalność i oczywistość. W sklepie mięsnym w Miasteczku panie zawijają wędliny w papier woskowany. Działa bez problemu. Czyli można i się da.
      I ja nie wiem czemu ludzie kupują wodę w plastiku. W naszej gminie woda jest bardzo dobrej jakości. Nawet w Warszawie na Mokotowie moja siostra pije wodę z kranu, kupiła tylko dzbanek filtrujący. Śmieszne jest, że u nas najwięcej napojów i wody plastikowej kupują ludzie ze wsi. Widzę jak całymi zgrzewkami zapakowują wózki. Zagadka...
      Ale zawsze to tłumaczę tym, że na naszej planecie jest Psychiatryk Wszechświata :D

      Usuń
    4. Aniu, na tej zasadzie, każdy ma jakieś poczucie słuszności, Ty także, ja, my wszyscy...

      Usuń
  2. pani od myszek - żyj zdrowo i niech wiatry Cię kołyszą, gdy w kokonie się zagnieździsz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Oku, dobrze jest, ja lubię wszelkie przejawy życia Planety. Mogę, bo u nas one przejawiają się spokojnie w miarę.

      Usuń
  3. Nie będę jak tęczowy jednorożec, tylko jak baaardzo przyziemny nosorożec i kolnę w dupkę. To tak nie działa że jest się poza światem a ten sobie radzi. Tak sobie tłumaczymy, kiedy to my sobie ze światem nie radzimy. Każda i każden to przechodzi, to chyba niezbędne do tego żeby nie zwariować, problem jest tylko wtedy kiedy czasowa prozdrowotna emigracja wewnętrzna zamienia się niezauważalnie dla nas w klasyczne wyalienowanie. Radosne uczucie że nic się nie musi, oznacza też że się nie jest do niczego potrzebnym a niepotrzebne jest zbędne. Życie z ludźmi czasem boli, w ogóle bywa że życie boli. Tak to już jest i uniknąć pewnych bóli nie sposób. Była sobie raz królowa, która na królewskie motto wzięła słowa "Zawsze szczęśliwa", Anna Boleyn się nazywała. ;-D Nie można przeżywać wszystkiego złego bo się odleci, ale nie można przezywać wszystkiego dobrego dokładnie z tego samego powodu.
    Co do długopisu - sposób sprytny, brawo. :-D Co do plastiku - łooo Dżizuu. :-/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tabo, kochany nosorożcu :)
      Nie alienuję się ja. Chciałam tylko napisać, że można. Można się zastanowić i coś wybrać. Cóś zdrowszego niż do tej pory.
      Ja już jako mała Ania, bardzo mała, wykoncypowałam, że najlepiej własnych potrzeb nie widzieć, bo tylko irytują otoczenie. Otoczenie zmagało się z własnymi problemami dość aktywnie za pomocą alkoholi, przemocy i wrzasków. Lepiej było być niewidzialną ale pomocną na wszelkie sposoby. I z takim planem poszłam w świat. I kiedy się w końcu ogarnęłam po depresji i innych cudach, kompletnie nie wiedziałam kim jestem, co lubię, czego potrzebuję. Ale się wtedy przestraszyłam. Jakbym nie istniała. Jak wiesz nazywa się to parentyfikacja i jest okropne.Teraz, po kilku dobrych latach nauki, poszukiwań, rozmyślań i poligonu co nieco wiem o moich automatyzmach. I wiem, że naprawdę nic nie muszę. A nie muszę, bo mogę wybrać. W tym sensie. Bo już na automatyzmach lecę mniej, zatrzymuję się przed wejściem na bardziej destrukcyjne drogi. A nawet jak wlezę, to zauważam i mogę zleść. Nie będę z tego powodu złym człowiekiem. Więc zostawię koleżankę z jej żałobą, bo zbyt to ciężkie dla mnie, ona i tak musi przejść to samodzielnie, a ja muszę szanować mój system nerwowy, bo on wrażliwy jest.
      Przekonanie, że trzeba być potrzebnym, bo stanie się zbędnym też mi podpada pod parentyfikację. Bardzo to źle pachnie, bardzo źle. Pachnie zasługiwaniem i brakiem szacunku do siebie.

      Usuń
    2. To o byciu potrzebnym, bo bez potrzeby jest się zbędnym to żadna parentyfikacja, to tylko zwykła obserwacja. Tak działa świat, co nie jest używane zanika. Jakby tego nie tłumaczyć nie zmienia to w żaden sposób istnienia takowego zjawiska. Dotyczy to zarówno biologicznej rzeczywistości, a kulturowo to jednostek, jak i całych społeczeństw. Poza zdeklarowanymi masochistami wszyscy dążymy do doznań dla nas przyjemnych i odgradzamy się od tych niemiłych, bo trauma. To normalne, grunt żeby nie przesadzić. Mam w rodzinie taką osobę, która postanowiła odgrodzić się od traum i prowadzić życie pozytywne. Przez pierwsze lata było w porzo, obecnie jest to odjechanie i wata cukrowa po całości. Nie tak dawno było zderzenie z rzeczywistością i niemoc, decyzje życiowe zaczęli podejmować inni, bo trzeba jakoś funkcjonować, a ma się do czynienia z osobą z emocjonalnością dziecka, zamykającą oczy i uznającą że świat z tego powodu znika. Nie myśl że mła nie rozumie potrzeby uwolnienia się od starych traum i zniwelowania problemów, rozumiem aż za, jednakże unikanie spraw niekomfortowych po całości, jest kiepskim rozwiązaniem. Wiele prawdy jest w powiedzeniu że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Jak nie wzmacnia, bo nie musi, to w efekcie masz 65 - latkę, która zdziecinniała na własne życzenie, co jest dla mła dość przerażające. Przeca szacunek do siebie nie oznacza braku w stosunku do siebie wymagań. Nie rób tego Bziczku, to jest ta łatwa i szeroka droga, która wcale nie prowadzi tam, gdzie byśmy chcieli. Sorry że mła tak się wtranca i wlazła w taki mentorski, paskudny ton, ale Bziczku i psie Sabo - nie idźcie tą drogą! Cooleżanka nie wymagała od Ciebie opieki nad tracącym zmysły mężem, tylko empatii. Możliwości ulżenia sobie, którego Ty, w trosce o własny, kruchy stan emocjonalny, nie byłaś w stanie udzielić. Prawdopodobnie gdybyś jej powiedziała w krótkich, żołnierskich słowach, co i jak, to i tak by się obraziła, bo jej problem był większy niż Twój. Jej mąż przestawał funkcjonować, Ty funkcjonujesz - takie myślenie, emocje i nic się na to nie poradzi. Różnica tylko w tym że do końca wszystko jasne, bez angielskich wyjść, kuszących wygodą i Ty nadal dorosła, stawiająca granicę. Nie złość się na mła, ze tak paskudnie się dopitala, mła nie chce żeby Ciebie spotkało to co spotkało tą moją A.

      Usuń
    3. No właśnie na YT widziałam wywiad z ADymną pt. Ważne jest to, by człowiek czuł się potrzebny. No to sobie znalazła potrzebność i jest potrzebna. Ale tak mi coś w niej nie pasuje, że nie oglądam.
      Nie złoszczę się, o dziwo:) Może chodzi o to, że wiesz: ty masz rację i ja mam rację. Bo podejść do tematu jest kilka. Ja obecnie przechodzę odwyk od bycia empatycznym. Bo nie umiałam i nadal mam problemy z balansowaniem miedzy empatią a zbytnią empatią. Więc odpoczywam. No nie tak całkiem, ale obecnie wybieram, przy kim dam radę i chcę posiedzieć w empatycznej ciszy nawet.
      Racjonalizm we mnie mocny, nie odlecę jak twoja kuzynka. Z resztą moja matka ma najwyżej 10 lat (mentalnie) i zawsze tyle miała. A za pomocą naiwności i bezradności manipuluje na poziomie mistrza. Ćwiczenie moich granic, odkrytych dopiero parę lat temu, mam zapewnione do końca jej życia. Z drugiej strony nie mogę być jak ten harcerz z kawału: melduję, że zadanie wykonałem, przeprowadziłem 10 staruszek przez pasy, kilka się opierało, ale dałem radę. Bo już nim byłam całkiem długo :D
      Więc Taba, naprawdę można nie empatyzować, nie pomagać.
      I nie wydaje mi się mądre zawieszanie swego życia na tym, że jestem potrzebna. Choć ludzie tak robią i ok.
      Mierz siły na zamiary mi wyszło.
      I wyszło mi też, że każdy ma swoją siłę i sobie ludzie poradzą generalnie.

      Usuń
  4. Z góry przepraszam ale będzie długo. Bo znowu piszesz o tym co i mnie czasami uwiera a jeśli nie uwiera to przynajmniej zastanawia. Zatrzymuję się i myślę.
    Empatia to bardzo modne słowo w ostatnich latach. Tak jakby kiedyś nie istniała. Myślę, że zawsze istniała tylko tyle się o niej nie gadało.
    Pewna kobieta czytała gazetę i mówi, że wojna w Iranie trwa, potem pyta mnie kiedy mam samolot, że mogą odwołać albo zabraknie paliwa.
    Nie chciałam być niemiła, i powiedziałam jak najłagodniej, że wojna w Iranie mnie nie interesuje. I nie dlatego, że jest daleko tylko dlatego, że nie widzę sensu zamartwiania się, współczucia, bycia smutnym. Bo co komu przyjdzie z mojego smutku?
    Tyle, że mój świat też się zacznie walić - i po co?
    Anno - to nie jest brak empatii, to zdrowy rozsądek (niezbyt popularny obecnie) wojna jest potworna, no chyba każdy to rozumie ale postanowiłam nie wpuszczać jej do mojego mikrokosmosu. Nie chcę się tłumaczyć, więc na tym kończę.

    Takie pierdy jednorożca to by się przydały od czasu do czasu każdemu z nas.
    Chyba rozumiem co masz na myśli pisząc, że Dymna jest roszczeniowa. Chciałaby, żebyśmy byli tacy jak ona. A ludzie są, jacy są jak to napisałaś.
    Ale zastanowiło mnie to bycie potrzebnym. Że niby jeśli gdzieś, bądź komuś jesteś potrzebna/y to jesteś super. A jak nie jesteś to niby co? Zjawi się kołcz i będzie mnie próbował przerabiać? Leczyć?
    Nie wydaje mi się, żebym była bardzo potrzebna a jednak żyje mi się dobrze. Że tak zapytam relatywnie: potrzebna komu? albo czemu? albo gdzie?
    Wczoraj się wybrałam na spacer w Gdańsku w miejsce gdzie nigdy nie byłam, chociaż w Gdańsku się urodziłam i okazało się, że to fascynujące miejsce. I potem jak wróciłam to wciąż myślałam o tym co napisałaś. I ta moja wędrówka po nieznanych uliczkach była zupełnie niepotrzebna ani światu ani nawet mnie. A mimo to sprawiła mi sporo frajdy.
    Plasitk - taaak. Mogą nam gadać co chcą ale to ONI uniemożliwiają zwykłym ludziom życie bez plastiku. Pakują wszystko w plastik a jak ludzie zaczęli być bardziej świadomi to ONI pakują w większe opakowania albo sprzedają po dwa, po trzy, po pięć...
    Nie ma co strzępić języka, wiadomo o co chodzi. W moim małym świecie staram się żyć jeśli nie ekologicznie to przynajmniej zgodnie z moimi przekonaniami.
    Pozdrawiam z upalnego Gdańska. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj majówkowo Aniu
    Dobrze, że już jesteś. Mam nadzieję, że na dłużej.
    Tak, teraz fajnie jest wstać wcześnie, gdy świat otulony jest cudownymi zapachami, śpiewem ptaków... Jednak okno otwieram dopiero rano. W nocy bym zamarzła.
    A niestety, czasem takie spokojne poranki zakłóca codzienność. Cóż życie....
    O butelkach plastikowych sie nie wypowiadam, bo ich nie kupuję...
    Podobnie jak o Dymnej i Wellman, bo dawno nie oglądałam.
    I ja BARDZO BYM CHCIAŁA...
    Pozdrawiam życząc chwili odpoczynku 

    OdpowiedzUsuń
  6. Nigdy mnie tu nie było, a teraz jestem i zachodzę w głowę, dlaczego tak późno tutaj trafiłam. Martwi mnie, czy będziesz jeszcze pisać, bo już miesiąc minął od ostatniego wpisu, a mnie Twój blog zainteresował.

    OdpowiedzUsuń