Koniec sierpnia.
Lato jeszcze gorączkuje, ale już pozwala sobie dłużej poleżeć w łóżku i nie zrywać się o świcie. Ma czas wieczorem na spojrzenie w niebo pełne gwiazd. Ma czas na słuchanie jeży chrupiących ziarno wypadające z karmnika. Z przyjemnością przysiada w cieniu coraz żółtszych drzew i wdycha zapach rozkładających się mirabelek, suchych traw i ziół.
Czasem jeszcze zerwie się, zatańczy w burzy i wichrze. Rozgorączkuje się, zdziczeje, rozbisurmani.
Rozleje się ciężkim upałem, tak ciężkim, że omdlewa jak dama ze zbyt mocno zasznurowanym gorsetem.
Ale gorączka spada, ziemia odpoczywa, czuć w powietrzu zmianę...
Idzie jesień.
Rozleje się ciężkim upałem, tak ciężkim, że omdlewa jak dama ze zbyt mocno zasznurowanym gorsetem.
Ale gorączka spada, ziemia odpoczywa, czuć w powietrzu zmianę...
Idzie jesień.
Pojechaliśmy na urlop do małej chatki w Sadzie, pod Bydgoszczą. Posiedziałam na werandzie, pojadłam śliwek, poczytałam. Trochę zwiedziłam, może za dużo nawet.
Ale było fajnie i dobrze. Od kiedy połapałam się, że w moim podróżowaniu chodzi raczej o bycie z mężem bardziej i bliżej niż na codzień, nie zależy mi już na zwiedzaniu, poznawaniu i szukaniu wrażeń.
Liczy się uśmiech, dotyk, czułość, zatrzymanie w pędzie codzienności, która zabiera nas od siebie.
Bliskość, którą zgubiliśmy nieraz, choć wydawało się, że jest, taka niewzruszalna.
A już prawie wcale jej nie było.
Można tego braku nie zauważyć, ale się go czuje.
Jeden warunek, trzeba czuć...
Byłam też na zabiegach kręgosłupowych. Przed zimą trzeba troszkę poprawić się. Tym razem grupa była bardzo mieszana, wszelkie rodzaje wiekowe i rozmiarowe pań. Wspólnota w bólach kręgosłupowych. Staram się nie nawiązywać znajomości. Zbyt wielka ochota w paniach dzielenia się opowieściami o bólach, smutkach i chorobach. Niesmaczna kanapka, dziękuję.
Liczy się uśmiech, dotyk, czułość, zatrzymanie w pędzie codzienności, która zabiera nas od siebie.
Bliskość, którą zgubiliśmy nieraz, choć wydawało się, że jest, taka niewzruszalna.
A już prawie wcale jej nie było.
Można tego braku nie zauważyć, ale się go czuje.
Jeden warunek, trzeba czuć...
Byłam też na zabiegach kręgosłupowych. Przed zimą trzeba troszkę poprawić się. Tym razem grupa była bardzo mieszana, wszelkie rodzaje wiekowe i rozmiarowe pań. Wspólnota w bólach kręgosłupowych. Staram się nie nawiązywać znajomości. Zbyt wielka ochota w paniach dzielenia się opowieściami o bólach, smutkach i chorobach. Niesmaczna kanapka, dziękuję.
![]() |
Wróciłam po tym wszystkim do pracy, domu, zwierzaków i niby wszystko jest normalnie.
Ale nie jest. Idzie Zmiana.
Czekamy wszyscy na Frania.
Franio jest moim wnuczkiem, pierwszym.
Chwilowo jest jeszcze po sercem mojej synowej od SynaNumerDwa.
To jego drugie podejście, bo pierwsze mu nie wyszło.
A teraz zostało już tylko 3 tygodnie i się zobaczymy.
Więc czekamy...

Na razie do domu tanecznym krokiem zameldował się Ryżyk.
Od wczesnej wiosny jakaś ruda smuga na schodach była przyłapywana. Wystawiam jedzenie na klatce dla mojego Funia, bo sobie życzy jeść tamże. Dożywia się tam i kotka z sąsiedniej klatki, i koty inne, które połapią się, że jest przejście przez piwnicę. Nie żałuję, bo kocie życie wcale nie wygląda różowo jakoś, ludzie albo nie karmią dobrze, albo kupują tę beznadziejną karmę w biedrze. A u mnie delikatesowe gastro, bo Funio ma delikatne jelitka.
I ta ruda smuga też się dokarmiała. Ale nie sposób było zobaczyć dokładnie, była szybka jak błyskawica. Kiedy zrobiło się cieplej, kotek się zaczął pokazywać z daleka na podwórzu i okazało się, że to półkotek, chłopak. Taki młodziak. Patrzyliśmy na siebie z daleka, kiciałam nienachalnie, gadaliśmy sobie, odwracał wzrok, ale powoli dał się pogłaskać.
A miesiąc temu mówię do niego: no to chodź do domku, zobaczysz jak jest.
I wiecie co? Pobiegł po schodach na górę i czekał na mnie przy drzwiach domu. Otworzyłam, wszedł jak do siebie. Poszedł do kuchni, wskoczył na stół, sprawdził kocie miski, obszedł cały dom, wysikał się do kuwety w łazience, położył się na parapecie i został. Fasolę suczkę ignoruje grzecznie. Z kotami moimi ogarnął sprawy już dawno na podwórku: do Małej nie podchodzić, bo żmija, Milutkę emerytkę szanować, a Funio to duży, ciapowaty, mało zwrotny ale fajny kumpel.
I mam wrażenie, że on u nas od zawsze jest. Jak swój.
Jakby wrócił ktoś, kto wyjechał na trochę.
Jakby wrócił ktoś, kto wyjechał na trochę.
Czego nie powiedziałam SynuNumerDwa, to tego, że miałam sen i wiem, że wraca do nas też inna duszyczka, ogromnie kochana, znajoma, wielki nasz przyjaciel i radość, jaka mnie ogarnęła w tym śnie, była przeogromna i miłość była w tym śnie taka, jakiej nie czułam nigdy, nigdy w takiej intensywności, tak wyraźnie...
Więc czekam, czekam na Frania. PS. Jeśli chodzi o myszki w Bibliotece, wejście znalazł oczywiście SynNumerDwa, przypadkiem. Właziły przez wentylację. Od góry. Stanęło na 49 relokowanych myszorkach, ale jeszcze kilka jest. Tych co utknęły, bo wyjść już nie mogą. Relokuję do jesieni :)
Pozdrawiam Wszechświecie, wyczekująca z niecierpliwością Prowincjonalna Bibliotekarka





Bibliotekarka! Nader zacny zawód, szanuję 💚💛🩵.
OdpowiedzUsuńPiękne to pierwsze zdjęcie, genialne po prostu. Pewnie mirabelki?
Ano mirabelki :) cały sad pachnie dżemem mirabelkowo-jabłkowym, bo spadły owoce, potem był upał i się podpiekły a teraz popadało i zapach jest oszałamiający. I są fotogeniczne :)
UsuńJeszcze ci odpowiem na pytanie zadane pod poprzednim postem.
Zapytałaś: wierzyć, ale w co?
Odpowiedź według mnie brzmi: wierzyć sobie.
Nie w co, tylko komu. Sobie. Zaufać, że jesteś tak samo mądra i dobra jak każdy inny. I tak jak wszyscy, mamy prawo być, tacy jacy jesteśmy.
Haczyk w tym jest taki, że trzeba poznać siebie. Mieć odwagę zobaczyć siebie. Jacy jesteśmy naprawdę a nie MYŚLIMY, że jesteśmy.
A cud to cię na 150% spotkał, na pewno nie raz, tylko mamy tendencję nie zauważać. Trzeba być czujnym :)
UsuńNie, na 200% mnie NIE spotkał żaden cud. Zauważyłabym, bo cud to wydarzenie o charakterze nadprzyrodzonym.
UsuńZapomniałam jeszcze napisać poprzednio, że jeszcze tylko rudego kota nie miałam i w mojej podświadomości żyje jako następny do "kolekcji" 🐈 😃
Otóż widzisz, cud może wyglądać jak coś małego, zwyczajnego, codziennego. Mówimy na to: och miałam szczęście, udało się, nie spodziewałam się, ale wyszło...i takie tam. A to był mały cud, zwyczajny, powszedni a jednak nie taki zwykły. Takie cuda też są :)
UsuńNie, to nie są cuda. To są takie dobre sploty okoliczności. Cud to będzie, kiedy mój zmarły pięć lat temu tato wstanie z grobu w świetnej formie albo gdy komuś wyrośnie trzeci komplet zębów, albo gdy ja schudnę 🤣.
Usuńja ze zdjęć upodobałem sobie drugie. i bardzo podoba mi się pomysł wyjazdu, by pobyć razem. to ważniejsze od jakichś zabytków.
OdpowiedzUsuńPrzy tym oknie jadaliśmy śniadania w tej drewnianej chatce. I ono było od wschodu, Oku, jakie światło cudne!
UsuńRobiliśmy śniadania razem, prosta rzecz, ale w domu nam nie wychodzi, bo ja wstaję dużo wcześniej. I spokojne, niespieszne rozmowy: co dziś robimy, na co mamy ochotę...Magia.
Przez wentylację? to lepiej sprawdź wszystko, bo tam i odchody mogą być, a wy tym oddychacie w bibliotece...
OdpowiedzUsuńJotko, biblioteka to nie statek kosmiczny, nie ma zamkniętego obiegu powietrza. Przez wentylację dostaje się powietrze z zewnątrz i jest w stałym obiegu, co sprawdza pan z wiatraczkiem co 2 lata. Kupki mysie wyschną, utlenią się i rozłożą, tak jak pleśnie, grzyby, roztocza, pajęczyny i kurz w wentylacji bytujące wszędzie a w wentylacji szczególnie. Jakoś obaw w tym kierunku nie czuję :)
UsuńOj tak , w moim podróżowaniu czy tez urlopowaniu tez bardziej chodzi o bycie z rodziną bliżej niż na co dzien - kiedy tak naprawde razem nie jestesmy.. I miec wolną glowe - nic nie musiec, nie planowac, logistyka nie istnieje - choc z 5 - 7 dni ... Nie lubie jezdzic. ale lubie BYC gdzie indziej:). Tylko zawsze trzeba wrocic z tego "indziej" :) do bieżączki. Wnuczek juz za chwile u Ciebie Aniu zmieni tez codziennosc . U mnie kolezanka zostala wlasnie babcią dziecka urodzonego z pary polsko-arabskiej, w obcym kraju, z roznicami religijnymi :). Oj los nam zsyła wyzwania :) , pocieszajace jest to, ze damy sobie rade z kazdym wyzwaniem - podobno!!! :)
OdpowiedzUsuńO! właśnie: BYĆ GDZIEŚ INDZIEJ.
UsuńBez codziennych rozpraszaczy, bez rutyny, nawet bez obsesyjnego hobby (to akurat męża mojego specjalność). I bez obowiązków, które choć sama wzięłam, męczą bardzo.
Zawsze o to chodziło. Tylko połapałam się dopiero niedawno. Ale wiesz, staram się też w codzienności jednak trochę schematów pozmieniać. Być bardziej przytomną :)
Wnusio już za chwilę będzie na świecie, trochę niepokoju, pomieszanego z radością czuję.
Twoja koleżanka będzie miała chyba trudno, ale wiesz, aby był zdrów, to się ułoży. W Psychiatryku należy raczej płynąć z prądem a nie robić tamy, wtedy lżej.
49 sztuk? O matko. Jak one się pochowały.
OdpowiedzUsuńSpokojnie, ta liczba nazbierała się od października zeszłego roku :) Są podejrzenia, że ja je wynosiłam na dwór a one wracały wentylacją :DDD
UsuńTeraz, po odcięciu wejścia, na kamerę nagrały się tylko dwie, więc może koniec, nareszcie...
Dzień dobry Aniu
OdpowiedzUsuńTak, Frau Be ma rację. To pierwsze zdjęcie piękne. Mi te mirabelki przywiały wspomnienia z dziecięcych wakacji. Teraz właśnie wybieram się w to miejsce (całkiem niedaleko Bydgoszczy). Jednak drzewa już dawno nie ma. Wycięli. Jest nowa droga, zabudowa... Ech...
Zachwycił mnie początek Twojej opowieści. Lubię, kiedy czasem tak piszesz.
Tak pierwsze zdjęcie piękne, ale mnie zachwyca przede wszystkim to drugie. Dla mnie okna są zawsze ważne...Tyle moich opowieści utkałam też przy nich.
Pozdrawiam przygotowaniami do wyjazdu i czekam.... Czekam na dobre słowo i wieści od Ciebie