Obserwatorzy

czwartek, 13 sierpnia 2020

Straszne opowieści do poduszki Wszechświecie.

 


I lato leci Wszechświecie.
Nie wiem jak u innych, ale u mnie magicznie i ciekawie. 
Może się tym podzielę kiedyś, ale na razie mam ochotę na straszne opowieści. 
Bardzo straszne opowieści. 
Bardzo, Bardzo straszne opowieści.
Zacznijmy...

Za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami, w wielkiej, zielonej Dolinie żyła sobie...
Ale nie, to byłaby miła opowieść, wcale nie straszna, za siedmioma rzekami zawsze coś dobrego się zdarza na koniec. A ja chcę opowiedzieć bardzo straszną historię, gdzie nie wiemy jaki koniec napisze autor. To się nazwa suspens..

Zacznijmy jeszcze raz...
Pewna Starsza Pani w jesieni swego życia postanowiła przenieść się do miłego, spokojnego, bogobojnego Miasteczka. Schorowana, ale zdecydowana radzić sobie sama, kupiła mieszkanko w bloku. Wszędzie miała blisko, do lekarza piechotką 10 min, karetka dojeżdża w trzy minutki, bo stacjonuje w Miasteczku, sklepiki i apteka bliziutko, kościół niedaleko. Sąsiedzi uczynni, podwiozą, jest z kim porozmawiać na ławeczce pod blokiem. Powietrze czyste. Bezpiecznie i spokojnie.
Jednak to jest straszna opowieść, więc pojawia Zły Wirus. Zły Wirus jest niewidzialny, Zły Wirus zabija, Zły Wirus straszy wszystkich. Nagle Starsza Pani przestaje się czuć bezpiecznie. Lekarz zamyka przychodnię, nie można się dodzwonić, sąsiedzi nie bardzo chcą pomagać, sklepy stają się groźne, bo tam czyha Zły Wirus. Nikt już nie siedzi pod blokiem na ławeczce. Z ekranu telewizora wysuwa się niewidzialna macka Złego Wirusa, Starsza Pani czuje, że po nią właśnie.
Nawet w kościele nie ma już ulgi, jest zamaskowany strach.

I którejś, ciemnej, marcowej nocy Starsza Pani czuje, że ta macka owija się wokół jej piersi, zaczyna ją dusić, serce zaczyna łomotać, brakuje tchu, próbuje podbiec do drzwi, ale pada w pokoju i nie może się podnieść. Wzywa pomocy w jedyny sposób jaki daje radę, stuka w podłogę, bo krzyczeć nie może. Ile czasu to trwa? Nie wiadomo, około północy sąsiadka z dołu wreszcie usłyszała, pobiegła na górę, ale drzwi zamknięte. Starsza Pani bała się przecież Złego Wirusa. Więc sąsiadka zadzwoniła na pogotowie. Pogotowie przyjechało szybciutko, bo miało blisko. Ale musiano wezwać strażaków, by wyważyli drzwi. Strażacy przyjechali szybciutko, bo też mieli blisko. I kiedy już wyciągnęli przyjemne, proste i skuteczne narzędzie zwane "huliganem" i mieli wyważyć drzwi, ratownicy z pogotowia krzyknęli: stop! 
Udało się Starszej Pani, przez zamknięte drzwi powiedzieć ratownikom, że nie może się podnieść i nie może oddychać...Ratownicy zamarli, strażacy włożyli maseczki i przyłożyli "huligana" do drzwi, ale nie dostali pozwolenia na otwarcie...
Ratownicy musieli skonsultować się z Górą, bo Zły Wirus straszy, potem z Górą Góry, potem z Najgórniejszą Górą. I dopiero po 40 minutach, choć przecież mieli blisko, pozwolili strażakom użyć "huligana". I ubrani w wielkie, gumowe kombinezony weszli do Starszej Pani udzielić jej pomocy.
W każdej bajce tu jest szczęśliwe zakończenie. Ratownicy dzielnie ratują życie Starszej Pani, podają tlen i leki, odwożą do najbliższego szpitala szybciutko. Bo mają blisko.
Ale to jest straszna historia, więc nie...
Jadą dalej aż szpitala jednoimiennego, a tam lekarz krzyczy: na Starszą Panią nie napadł Zły Wirus, jej serce potrzebuje pomocy, szybciutko na Chirurgię, mamy blisko. Ale Chirurgia Blisko powiedziała, że nie przyjmie Starszej Pani, bo Zły Wirus straszy, a ona musi być odpowiedzialna, nie ma tu czasu na zrobienie testu, a inni pacjenci są. I choć było blisko, Starsza Pani nadal leży na noszach. Chirurgia zadzwoniła do Większej Chirurgii Daleko. Większa Chirurgia zgodziła się przyjąć...
Ratownicy dowieźli Starszą Panią Daleko, wwieźli ja na Izbę Przyjęć i nastąpił suspens...


Jednak Wszechświecie, kto tu dotarł niech wysłucha jeszcze jednej, strasznej opowieści. Bo cóż to za wieczór jednej opowieści, jak się straszyć, to na całego. 

 W Miasteczku mieszka Chłopiec, bardzo chory Chłopiec. Chłopiec miał pecha, bo urodził się z zepsutym genem. I ten jeden, malutki, zepsuty gen spowodował, że Chłopiec większość swego 11- letniego życia spędza w szpitalach. Chłopiec, jego Mama, jego Brat i Siostra walczą dzielnie z przeciwnościami losu. Chłopiec wolałby mieć sprawny gen i nie być w tej wspaniałej  Dwunastce chorych w Europie, w końcu to żadne wyróżnienie tylko masa kłopotów. Nawet kiedyś przyjechali lekarze z całej Europy i zaprosili Chłopca z Mamą by powiedzieli jak się żyje z takim zepsutym genem. Ale nie wymyślili jak go naprawić. Więc Chłopiec musi sobie radzić sam. Dostaje mnóstwo, bardzo drogich, bolących zastrzyków. Jednak udało mu się dostać do Fundacji, która je finansuje. I leczy się w najlepszym szpitalu : Centrum Zdrowia Dziecka. To też szczęście. Choć Chłopiec wie, że się nie wyleczy, może nawet nie dorośnie. Chłopiec widział dużo, więcej niż ktokolwiek z Miasteczka.
Ale jest Dzielnym Chłopcem.

I oto zjawia się Zły Wirus. A Chłopiec nagle czuje, że boli go ucho. Bardzo boli, tak bardzo, że zaczyna mieć wysoką gorączkę. Lekarz w Miasteczku mówi: ja się nie znam, musicie jechać do Centrum Zdrowia Dziecka. Mama prosi Sąsiada by zawiózł ich do Centrum, nie mają przecież własnego samochodu. I Sąsiad wiezie, choć wie, że jeśli to Zły Wirus, będzie miał Duże Kłopoty. Jednak wie też, że Chłopiec bardzo cierpi. Kiedy przyjeżdżają do Centrum Zdrowia Dziecka, niewidzialny czujnik mierzy temperaturę Chłopcu i nagle otaczają ich żołnierze, z pistoletami przy pasach. Chłopiec i jego Mama są przerażeni. Żołnierze mówią, że Chłopiec ma gorączkę i nie może wejść do szpitala. Musi zrobić test na Złego Wirusa. Ale...(teraz zbudujmy troszkę napięcia) testy pobiera się rano!

Chłopiec się spóźnił. Musi przyjechać RANO. Na nic prośby, żołnierz posłusznym być musi! Mama i Chłopiec zostają wyprowadzeni z Centrum, wracają do Sąsiada, a on odwozi ich do domu, 120 km. 
Z samego rana wsiadają znów w samochód i są raniutko, tak jak trzeba. Chłopcu pobierają wymaz i nagle okazuje się, że na wynik muszą czekać w domu. Żołnierze znów wyprowadzają Chłopca z Mamą ze szpitala, a u boku każdy ma pistolet, który straszy, chyba gorzej nawet niż Zły Wirus. I jadą z Sąsiadem znów 120 km. Na szczęście już o szesnastej, tego samego dnia, okazuje się, że Chłopiec cierpi z innego powodu niż Zły Wirus. Centrum otwiera drzwi, a Sąsiad robi trzecią i ostatnią (chyba) podróż do Warszawy.
Czyżby tu było szczęśliwe zakończenie? Nie, nie, nie...to straszna opowieść jest, ale dla tych co już się bardzo boją, zdradzę, Chłopiec nadal żyje na Planecie. Choć może by wolał już nie...

Otóż, Chłopiec ma Kolegów: trzy miłe, puchate Miski. Ma je od baaardzo dawna. Śpi z nimi, uczy się z nimi, bawi się z nimi i do szpitala jeździ zawsze z nimi. Wie, że z Kolegami nic mu się nie stanie. I kiedy jest już na sali, i kiedy ustawił Kolegów na szafce przy łóżku jak zawsze, wpadła pani Doktor Profesor i kazała zabrać Kolegów, bo Zły Wirus straszy.  Na nic prośby i krzyki Mamy Chłopca. Koledzy zostali zabrani. Mama powiedziała mu, że Koledzy jadą do domu, że nic im nikt nie zrobi, ona tego dopilnuje, ale Chłopiec jej nie uwierzył. Przecież widział żołnierzy z bronią, wie o Złym Wirusie i się boi...
Leczono Chłopca tylko kilka dni i musiano go odesłać do domu. Chłopiec dziwnie się zachowywał. Pani Psycholog przyszła do niego na wizytę i powiedziała: dziecko jest przerażone i zestresowane, musi wrócić do domu, w spokojne miejsce. 
Wrócił, Koledzy czekali w domu na niego. Jakoś się doleczył.
A można było Kolegów Miśków wstawić pod niebieskie światło, wyozonować, zrobić im kwarantannę w przezroczystym worku, tak by Chłopiec ich widział..
Można było wiele zrobić. 
A nie zrobiono.
Straszna historia, okropny suspens...


Kto dotarł do końca, ten jest Dzielny.
Nie każdy ma odwagę zmierzyć się ze Strasznymi Opowieściami.
Nie każdy chce je zobaczyć, bo podobno Zły Wirus straszy.
Ale one SĄ. 
A Suspens nie zawsze dotyczy fikcji...
Uważajmy jakie opowieści czytamy naszym Dzieciom, wszak Dzieci są naszą Przyszłością.




Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja zawsze, nadająca z Krainy Dreszczy, Prowincjonalna Bibliotekarka.

poniedziałek, 20 lipca 2020

Arbeit macht frei, Wszechświecie.





Moi przyjaciele remontują łazienkę.

Ale najpierw Wszechświecie pojechałam do mamy. Mama teraz mieszka sama. W wrześniu minie dwa lata od śmierci taty. Szybko jakoś upłynęło, biorąc pod uwagę, jak było trudno na początku. Życie jednak dąży do przepływu. Można się zatrzymać na jakimś ciężkim przeżyciu, mielić emocje w kółko, ale w końcu większość ludzi pójdzie dalej. Oprócz tych co nie pójdą, ich wybór.

Jeździmy do niej często. Trzeba pomóc, zrobić jakieś lepsze zakupy, pokosić, poreperować różności. Cały dom nadaje się do remontu, ale jakoś na to ani siły, ani chęci jeszcze nie mamy. A mamie dobrze tak jak jest.  Zrobiliśmy tylko nową łazienkę, dla własnej  i maminej wygody, i już.
Ogród mojej mamy jest piękny. Ma rękę do kwiatów i warzyw, więc wszystko rośnie. Od kiedy pamiętam, zawsze zakładała ogród. Ogórki, marchewki, pomidory, buraki, cebula. Ziemniaki i pszenica na polu. Czasem owies. Była krowa, świnki, kaczki, gęsi, kury...
Ja nie wiem jak ona to wszystko ogarniała, bo jeszcze była praca w sklepie GS na pełen etat i nie było wolnych sobót. I trzy córki, i mąż pijak-awanturnik.
Może dlatego nigdy od niej nie słyszałam miłych opowieści z początków mojego życia. Mama zawsze mówiła tylko jak bardzo była zmęczona, jaka chuda, jak nie mogła jeść i kiedy szła do pracy, to musiała przystawać, bo bała się, że upadnie. Słuchałam tego jako małe dziecko, słucham teraz czasem. 
Często nam opowiadała zdarzenia z własnego dzieciństwa, tam było weselej. Wybierała historie, które ją cieszyły. Zabawy z kolegami, pasienie gęsi, jazdę konną, kradzieże jabłek, chodzenie na pijawki. Ale i tam też pojawiały się opowieści o ciężkiej pracy, strachach, głodzie, pożarze domu, szpitalu. 
Kiedy pojechała się spotkać ze swoją siostrą w zeszłym roku, jak już nagadały się o chorobach, kłopotach w rodzinie, omówiły wszystkie okropne rzeczy na świecie zobaczone w telewizji i wyczytane w Fakcie, to moja ciotka powiedziała:
- Jaki ten świat straszny Ninka, co?
Na co moja mama ochoczo przytaknęła.
No straszny, okropny...
To ogród mojej mamy...



Jest przepiękny teraz. Wszystko buja wysoko, kolory są żywe, aż wchodzą do środka Duszy.
W środku jest warzywnik, truskawki, maliny, porzeczki. W tym roku mama dosadziła borówki, jagodę kamczacką, żurawinę. Jest tego mnóstwo. Ogórki są jak fasola wysokie.
I słyszę: ja sobie wyobrażam, że ty Ania później będziesz miała to wszystko, to dla was, jak się sprowadzicie...
Bo my mieszkamy w mieszkaniu komunalnym. Nigdy jakoś ani mnie, ani męża nie ciągnęło do kupowania, budowania, mania na własność. Żyje się nam spokojnie i wygodnie.

Mój tata po wielu latach dziubania przez mamę, niecały rok przed śmiercią, w końcu zdecydował się podzielić majątek. Ja dostałam pół domu, do spółki z siostrą. Siostra ma własne mieszkanie w Warszawie. Które lubi. No niby ja zamieszkam w domu, jak już emerytura stuknie...
I tak patrzę na dom, patrzę...widzę ten remont, te pieniądze jakie są potrzebne, a których nie mamy, ten ogródek, w którym moja mama mnie widzi. I wiesz Wszechświecie co? Ja tego nie chcę.
Nie chcę ogródka, nie chcę domu, nie chcę ciułania pieniędzy na opał, nie chcę remontów...
I tak stoję na rozdrożu i się przyglądam sytuacji...
Mam czas, do emerytury jeszcze trochę...


Ta dwójka miała marzenia. Mama i tata, na początku życia razem. Pozują z motorem, który był własnością fotografa. Później tata kupił sobie motor, Gil się nazywał i miał fajny, pomarańczowy bak na benzynę.
Mieli plany, budowali dom. Mama opowiadała, że w ciąży ze mną podawała pustaki, nosiła kamienie na podmurówkę. Starsza sąsiadka na nią krzyczała, ale moja mama jest uparta do nieprzytomności. Wszystko co się dało robili sami, zdobywali sami, nie chcieli i nie umieli poprosić o pomoc.
Moja mama wydzieliła jeden pokój w domu na Pokój. Tam się nie wchodziło. Tam była Puszcza (regał) marzenie mojej mamy wykłócone z ojcem, wydeptane, spłacone w ratach. I kryształy. Nawet imprezy domowe odbywały się w niewygodnym przejściowym pokoju. Nie w Pokoju...
Nawet mama nie chodziła tam posiedzieć i popatrzeć na tę Puszczę.
Kiedy myślę o maniu domu, widzę same kłopoty. Kiedy patrzę na ogródek, od razu boli mnie kręgosłup.
Moja mama zimą, walcząc z piecem od centralnego, powiedziała: i po co mi to było...

Marzenie stało się garbem na plecach mojej mamy. Nie samo. Ona je wzięła na te plecy.
Bo gdyby nie dom, może by mieszkała już ze mną, pod moją opieką.
W moim wynajmowanym, miłym, prawie bezobsługowym mieszkaniu...
Taaa....nie koniecznie jest to moje marzenie...

Kiedy patrzyłam jako mała dziewczynka na moich rodziców, zrozumiałam, że nic lekko nie przychodzi. Trzeba wszystko ciężką pracą zdobywać, wyszarpywać, wykłócać. Że trzeba walczyć.
I trzymać to wszystko co się zdobyło pod kluczem. Nawet cieszyć się z tego nie bardzo było można, bo wiadomo, lepiej nie zapeszać i nie wyzywać losu.
To wszystko, to są przekonania jakie wyniosłam z domu. W moim małżeństwie na początku oczywiście powieliłam schemat jak talala. Nic mi łatwo nie przychodziło. Stawiałam sobie wymagania jak Himalaje. Zdobywałam jeden szczyt i natychmiast wyglądałam gdzie jest drugi. Nawet herbaty nie wypiłam na zdobytym, nawet nie posiedziałam patrząc na widoki.
Aż wreszcie, jestem TU...
I patrzę na to wszystko...


Większość z nas dostała chyba ten sam program od rodziców. Moje czytelniczki co roku zasuwające w ogródkach, robiące przetwory, zalatane, nie mające czasu na poczytanie...
Kiedy przyjeżdżam do mamy obowiązkiem jest wziąć porzeczki, truskawki, maliny, buraczki, ogórki, jagody, zamrożone kurki...Teraz robi mniej przetworów, ale wcześniej soki, dżemy, warzywa różnej maści w słoiczkach.
Brałam. Potem wyrzucałam. Kiedy odmawiałam, miałam wrażenie, że stoi przede mną dwuletnie dziecko: ale jak to? nie kochasz mnie, odrzucasz, a ja to dla was robię przecież...
Łatwiej było i jest brać.
Choć od paru lat już nic nie mam przeciwko warzywom ze straganów, ani z biedronki, ani z lidla. Nie robię przetworów. Nie gotuję wymyślnych potraw. Nie gotuję dużo w ogóle. Jakieś szybkie, lekkie potrawy na patelni robię. Albo kupujemy coś gotowego. Albo idziemy do restauracji od czasu do czasu. Mój mąż nie narzeka. Ja czuję się wolna. 
Więc tak siedzę i patrzę na ten dom...
I na moje przekonania...
I co mogę z tym zrobić, jak się ułożyć, jak zrobić z wymarzonego garbu mojej mamy,
dom do latania nad chmurami...


PS. A o co chodzi z remontem u przyjaciół? Dali mi impuls do napisania postu.
Otóż oni mają dużo pieniędzy, co może nie jest tak ważne, ale daje inne pole doświadczalne. Remontują łazienkę, która się NIE zepsuła. Opowiadali mi, że płytki przy prysznicu były w stanie idealnym, doskonale położone dwadzieścia lat temu. Ciężko było je zbić, ciężko było zedrzeć je ze ścian, ciężko odkuć terakotę. Wszystko w bardzo dobrym stanie. Porządny rzemieślnik robił. A oni tylko chcieli wymienić prysznic i tak wyszło, że cała łazienka od podstaw się robi. I wszystko ok, można, ma się kasę i chęci na zmianę. Ale co ja się nasłuchałam jęczenia na brud, na przedłużające się niedogodności, na obcych w domu. Wakacji w tym roku nie będzie, bo całe zajmie remont. I tyle ukrytego wkurwu (sorry, ale tak się to nazywa, bardzo adekwatnie) między mężem a żoną, tyle jakiejś pasywnej agresji pod uśmiechami, tyle pretensji przebijających w niby niewinnych odzywkach.
Czasem remontujemy nie to, co trzeba jednak...
I to widać bardzo jasno.
A łazienka to tylko garb.
I "arbeit" wcale nie uwalnia.
Wcale.





Pozdrawiam Wszechświecie, twoja aeronautka balonowa, Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 28 czerwca 2020

Włóczykije Wszechświata.


Otóż Drogi Wszechświecie...wyjechałam.

Potrzeba popatrzenia na inny horyzont, inne niebo, innych ludzi była tak silna, że nie walczyłam z tym. Zdałam się na Wszechświat, weszłam na Booking i znalazłam ofertę z bezpłatnym całkowicie odwołaniem +  śniadanie. Cud jakowyś.
W dodatku bardzo kompatybilną z portfelem bibliotekarki i strażaka. W dodatku w hotelu standard jaki zwykle dla nas był nieosiągalny. W dodatku pod Ślężą, którą od kilku lat oglądam i chciałam odwiedzić. Więc nie zastanawiałam się bardzo, tylko 7 godzin drogi, jedziemy :)

W tym momencie zastopujcie się drodzy czytacze. Jeśli ktoś poczuł złość, lekki wnerw, podskoczyła mu noga, zabolał żołądek, ścisnęło w brzuchu albo zrobiło się po prostu gorąco...to radzę pójść gdzie indziej. Bo to znaczy, że kilka złych emocji się uaktywniło. I dalsze czytanie pogłębi tylko ten stan. Możecie się nad tym zastanowić, bądź całkiem odpuścić, bądź, jeśli ktoś musi, przeczytać do końca.
Ja tylko uprzedzam, tyle jeśli chodzi o BHP.


W niedzielę po południu nasz strudzony, pełnoletni Picasso wjechał na parking Ślężańskiego Młyna. Mąż spojrzał na zaparkowane samochody i powiedział: my tu nie pasujemy...
Odpowiedziałam: chodź, udowodnię ci, że pasujemy doskonale!
I tak było. Personel był przemiły, pokój z klimatem i czyściutki. Wokół zieleń, ptaki, las. W restauracji sporo ludzi, dzieci i psów. Obok hotelu jest stadnina, przyjemnie było popatrzeć na konie, pijąc herbatę i jedząc galaretkę z truskawkami. 
A rano, przed wyjazdem na zwiedzanie, panie kelnerki podawały nam śniadania, pyszne i kolorowe.
Nie było wokół strachu, było Życie. Ludzie rozmawiali, uśmiechali się, witali, dotykali.
Przytulali dzieci, głaskali psy, leniwie sączyli wino...
Dotknęłam ręki Męża: pasujemy ;)
A w jego oczach (bo wiecie, on małomówny jest) dostrzegłam ciepłe potwierdzenie.


Plan zwiedzania mieliśmy dość bogaty, ale to zawsze weryfikuje się bólem moich nóg i kręgosłupa.
Ma być miło, bez napinki. Tym razem miałam plan, wejść na Ślężę. Wiem, że dla starych, górskich wyjadaczy to żadne wyzwanie. Ale ja, z moją nadwagą i kręgosłupem po przejściach, potraktowałam to jak sprawdzian. I weszłam. Weszłam, zdobyłam i nawet zeszłam, co jest też wysiłkowe jednak, ku mojemu zdziwieniu. Pięknie tam jest. A widok magiczny...




Następnego dnia nie miałam zakwasów, hurra! Kijki to moi najlepsi przyjaciele teraz.
Dolnośląskie jest przepiękne. Chyba już trzeci raz jesteśmy, a jest ciągle co zwiedzać. Choć obecnie zwiedza się tak ;)
Ale to są drobne niedogodności. Nie przeszkadza mi to.
Ludzie uśmiechają się do siebie oczami teraz, może nie wszyscy, ale my spotykaliśmy tych uśmiechających się. Włóczykijów, jak my. Takich, którzy nie pozwolą się usadzić w miejscu, którzy nie znoszą ograniczeń, którzy uwielbiają inne horyzonty, nie chcą bać się Życia, chcą je dotykać, smakować i doświadczać....
Więc doświadczaliśmy.
Zamek w Książu



 
Arboretum w Wojsławicach




W Arboretum jest Wzgórze Czereśniowe, można jeść czereśnie do oporu, jak widać są nawet ułatwienia dla łasuchów.

Muzeum Porcelany w Wałbrzychu

Nawet mi do głowy nie przyszło, że można handlować amorkami, a tu proszę: Targ Amorków.



Świątynia Pokoju w Świdnicy


W Świątyni Pokoju byliśmy już drugi raz. Znów trwał remont. Piękna jest, ale jeśli nawet było tam Sakrum, zbudowane z modlitw, pragnień i emocji wiernych, to jakoś tego nie czuć. Jest piękna. Jednak choć zadbana, remontowana bez końca, odnawiana, jej duchowość została z niej, warstwa po warstwie, starta. Piękna, ale Dusza tego miejsca zanika...Wszystko się zmienia.

Muzeum Zabawek w Kudowie Zdroju



I oczywiście, bo jakżeby bez tego, historia taka się opowiedziała. Choć może raczej jej alternatywne wersje opowiedzą się w głowach czytających, bo nie wiemy jak było między nimi, Kocicą i jej Mężem.

Wychodząc ze Świątyni Pokoju szliśmy sobie spokojnie do samochodu. Gorąco było, człapałam powoli po chodniku, z opuszczoną głową, patrząc na moje stopy, lekko już opuchnięte, myśląc o wannie z zimną wodą...Nagle, kątem oka, dostrzegłam dwa kawałeczki papieru, leżące na czarnej kostce parkingu. Przyciągnęły mój wzrok jak magnes, odręczne pismo! Podeszłam szybko, a Mąż krzyknął za mną: tylko nie dotykaj, zrób zdjęcia sieroto...co ja z tobą mam!
Faktycznie, nie pomyślałam, że można skorzystać z techniki. Więc zrobiłam zdjęcia i zostawiłam skrawki tak jak leżały. Pojechaliśmy dalej. Dopiero w pokoju hotelowym, zrelaksowana, wyprysznicowana, z nogami posmarowanymi Lotionem, zajrzałam cóż to za papierki. Proszę ;)

Jaka historia cudna...
On, Mąż Kocicy o 10.56, któregoś nieznanego nam dnia, pisał do niej list. Odręcznie, długopisem. Nie smsy, nie messengery, nie maile. Odręcznie. Był gdzieś daleko od rodziny i tęsknił...
Pisał, że cieszy się, że ona i dzieci dobrze się bawili na jakimś wyjeździe. Że myśli o żonie, że chciałby przy niej być ( i nawet więcej). I prosi, by wysłuchała piosenek, które jej podał, bo to, co tam jest śpiewane, on chciałby powiedzieć jej, swojej Kocicy...Najpiękniejszej, na serca dnie, płynącej w jego żyłach, jego Kobiecie.
Czyż nie piękne?

Tylko czemu list został podarty? Czy to On, rozżalony czymś, podarł go i skrawki poleciały przez okno samochodu na parking pod Świątynią? Może w ostatniej chwili stwierdził, że zbyt romantycznie i emocjonalnie napisał, zbyt wiele zdradził i odsłonił się, a mężczyzna musi być twardy i list został podarty? A może to Ona, Kocica, przeczytała list pisany sercem i w złości lub lekceważeniu, podarła i wyrzuciła. Bo może On już nie był dla niej tak ważny, czas wszystko zmienia, a może nie chciała wyznań miłości, tylko powrotu Męża...

Tyle wersji, tyle możliwości, tyle uczuć...
Życzę im jak najlepiej. 
Może są razem, może siedzieli obok mnie w małej kawiarni obok Świątyni i pili kawę śmiejąc się, 
a dwie małe dziewczynki biegały wokół nich z roztapiającymi się lodami w rękach.
Może to byli oni...





Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja wędrująca, już planująca następny wyjazd, Prowincjonalna Bibliotekarka.

środa, 10 czerwca 2020

Nosz znów ta nerwica Wszechświecie.

A było tak...

Kiedy kończę pracę, podjeżdża mój Mąż samochodem pod bibliotekę. W samochodzie ma suczkę naszą i moje kijki do kijkowania. Tak nam się wygenerowało od lutego, kiedy to wstałam z łoża boleści po rwie kulszowej i zaczęłam szukać sposobu, by już się z tym jednak ponownie nie spotkać. Po zabiegach u rehabilitanta, za jego namową nabyłam kijki i okazało się, że bardzo mi się to podoba. Chodzi się lżej, dalej, dłużej. Kręgosłup pracuje, z ramion schodzą napięcia. Przespacerowaliśmy tak całą kwarantannę i ciągniemy dalej. Suczka moja jest tym wniebowzięta, wyslimowała się, ja może ciut mniej, ale czuję się o niebo lepiej.
Więc chodzimy sobie raźnie, od razu po pracy. Najczęściej nad Bug, bo teraz jest przepięknie. Zrywam sobie jakieś ziółka i parzę w domu zielone herbatki. Oddycham, rozciągam, rozluźniam napięty kark, zasiedziałą pupę i podkurczone nogi.

Ostatnio byłam w sandałach, bo gorąco, więc kiedy przechodziliśmy piaszczysty kawałek, zeszłam ze ścieżki, ominęłam piach przechodząc pod drzewami. Nie lubię piasku na gołej stopie czuć.

Jakieś dwa dni później wycierając się rano w  łazience, kątem oka dostrzegłam w lustrze, że między łopatkami mam jakiś czarny znaczek. Jakby strupek? Ślepa ja dość, więc powyginałam się, żeby dokładniej obejrzeć...Ale też i dość obła jestem, więc nici wyszły z dokładniejszego obejrzenia.
Zdecydowałam, że pewnie haftka od biustonosza mię zahaczyła i już. Mąż i syn byli na służbie, nikogo zapytać, więc poszłam spać. Rano jednak mój wzrok już lekko nerwowo wędrował w stronę pleców odbijających się w lustrze. Ponieważ Mąż już zjechał z dyżuru zawołałam go i mówię:
- Mążu, tam na plecach coś mam, zobacz.
Mąż popatrzył i mówi:
- Ale masz pryszcza!!!
Ja na to:
- Kochanie włóż okulary...
Włożył, spojrzał i zbladł:
-Kleszcza masz, o rany...



 Ja już tyle dziesiątek kleszczy zdjęłam z kotów i psów, że nie robi to na mnie wrażenia. Ale Mąż jest lekko nadwrażliwy jednak. No i co innego jak kleszcz siedzi na kocie, a co innego, kiedy siedzi między moimi łopatkami wpity w skórę. Więc i ja  poczułam zdenerwowanie. I strach. Ale spoko, ogarniamy. Mąż dostał pęsetkę i drżącą ręką, z paniką w oczach usunął drania. Za trzecim razem.
Główka została.
Zadzwoniłam do przychodni. Okazało się, że przychodnia to bunkier przeciwatomowy, by się dostać, trzeba zadzwonić do lekarza i dostać pozwolenie na przyjście. A do lekarza duuużo ludzi dzwoni. Więc wydzwaniałam uporczywie przez dwie godziny i udało się w końcu. Wyłuszczyłam problem i usłyszałam: przyjdź.
Bo my po imieniu jesteśmy z moim lekarzem Ludwikiem (Marią, bo on dwojga imion jest).
Stawiłam się o 12.00, przeszłam procedury dekontaminacyjne pozytywnie i weszłam do gabinetu.
Po drodze przypomniałam sobie, że covid, ale jakoś to nie wydało się ważne.

Doktor obejrzał, powiedział, że główkę trzeba wydłubać, ale poza tym luzik. Ryzyko boreliozy małe jest, trzeba się obserwować i sprawdzać przez miesiąc, czy nie pojawi się rumień wędrujący. Obejrzeć w internecie jak wygląda i jeśli zobaczę na własnej skórze takie coś, przyjść po antybiotyk. A na razie spoko, przejść do zabiegowego. To przeszłam. Pielęgniarka wydłubała co miała wydłubać, zakleiła plasterkiem z tribiotikiem i wsio.
Poszłam do domku.

W internetach obejrzałam rumień, doczytałam o boreliozie, bo coś tam wiedziałam, ale przecież trzeba wiedzieć więcej. No włos mi się zjeżył...Nieuleczalna, postępująca, degeneracyjna...
Z tego wszystkiego znów zapomniałam o covidzie...
Teraz zaczęłam się oglądać....
Dość często, dość podejrzliwie, dość obsesyjnie...
I tak się oglądałam z sześć dni, aż w końcu znalazłam!
Na klatce piersiowej, tuż nad piersią. Czerwona kropka z dziwną otoczką! Pod moim nosem. Rumień nie musi być w miejscu ugryzienia, może być gdzie indziej. Może też wcale nie wystąpić, a podstępna borelioza i tak będzie, za kilka lat może się objawić znienacka.
I po ptakach...nieuleczalna, degeneracyjna...(ups, znów zapomniałam o covidzie..)
Wprawdzie mój rumień był jakiś taki mały, jak jeden grosz, w internetach były o wiele większe, ale może ja nietypowa jestem? Może mój rumień taki malutki? A krętek boreliozy już mnie napoczyna?


W mojej głowie namnożyło się myśli jak na szalce Petriego. Znalazły bardzo żyzną pożywkę. Następnego ranka już o czwartej nie spałam. Pobiegłam do lusterka: jest, małe nadal, ale jest. Może ugryzienie, ale może nie...Rozpoznałam drżenie w ciele. Strach. Kręgosłup znów zaczął boleć. Coś w żołądku niewyraźnie. Nie ma rady, Ludwiku(Mario) przybywam!
Wiesz Wszechświecie, że jak ja już wpadnę w panikę, to idzie...Więc znów natłok myśli:
- a jak się nie dodzwonię?
- a jak mnie nie przyjmnie?
- a jak nie da mi antybiotyku?
- a jak mnie obśmieje?
- a jak się wkurzy, że z byle czym przychodzę? ( bo covid jest, a ja ciągle o nim zapominam...)

Dodzwoniłam się, dostałam godzinę, łyknęłam tabletkę przeciwlękową i poszłam.
Dekontaminacja, temperatura (uff, dobra), weszłam do gabinetu, usiadłam i mówię:
- Ty pamiętasz Ludwik, że ja mam nerwicę lękową????
Spuśćmy litościwie zasłonę na tę scenę :)
Doktor wypisał antybiotyk, ponieważ jak już obśmiał mój "rumień", powiedział, że rozumie i, że w tym wypadku lepiej wypisać lek (choć nie zalecają), zwłaszcza, że on zagwarantować też nic nie może.
Wyszłam cała szczęśliwa na słońce, z receptą w ręku.
Przeszłam do apteki, która jest obok, pani aptekarka podała mi dwa pudełeczka, chwyciłam i poszłam do pracy, gdzie usiadłam, wyciągnęłam lek i okazało się, że to jest ten antybiotyk nowoczesny, tylko trzy tabletki w opakowaniu, a ja się boję tych nowoczesnych!!!!!!


Wiesz Wszechświecie, przy tym covid to już małe miki są ;)

Villandro, macham do ciebie :)





Ps. Łyknęłam, żyję, tylko biegunkę mam :)





Pozdrawiam Wszechświecie Twoja Prowincjonalna Bibliotekarka w Szpitalu Kosmicznym...

czwartek, 4 czerwca 2020

Pierwszy krok Wszechświecie.


Maj mnie porwał jak wartka rzeka.
Przepływał przeze mnie falami żółciutkich, puchatych mleczy, słodką niebieskością niezapominajek, gorącym pomarańczem wieczornych ognisk, delikatnym szumem deszczu wśród drzew, energicznym pokrzykiwaniem gawronów o poranku i ich wieczornymi, na wpół sennymi pomrukami.
Poddałam się, płynęłam, odpoczywałam, czułam, patrzyłam w niebo, oglądałam gwiazdy.
Rozmawiałam z ludźmi, widząc jak zmienia się świat i jak pozostaje ten sam, jak każdy z nas bierze Życie w swoje dłonie i zastanawia się...
Niektórzy po raz pierwszy, niektórzy po raz kolejny...
Ale wszyscy patrzymy na to co za nami, co przed nami i co TERAZ.
Taki czas na planecie Ziemia.

Ja też wróciłam, wróciłam do przeszłości.
Kiedyś nie lubiłam tam wracać. Bałam się jak ognia moich własnych pamiętników pisanych od piątej klasy podstawówki do końca liceum. Leżały w pudełku po butach, ponumerowane, zapakowane, zapomniane. W szafie, na najniższej półce, zapchane do tyłu. Wydawało mi się, że zawierają tylko strach, ból, wstyd. Nie chciałam tam wracać. Więc czekały na mnie długo, ponad 30 lat.
Musiałam najpierw dorosnąć, a potem znów zdziecinnieć by do nich wrócić.
Odnaleźć Małą Anię, która po cichutku, okręcona kołdrą, pisała o swoich smutkach, kłopotach w szkole, samotności, złości i strachu.
Odnaleźć Licealistkę Anię, która aż kipiała od pomysłów, która okręcała Wszechświat wokół swego paluszka, która, mimo, że było jej trudno, nie poddawała się. Świeciła i iskrzyła, wybuchała.
Zapomniałam o nich...

Jakieś dwa lata temu wróciłam do tych kawałeczków mnie...Cóż to było za spotkanie.
Tuliłam Małą Anię, śmiałam się razem z Licealistką. Przytuliłyśmy się wszystkie trzy, stęsknione, zachwycone, zasmarkane od łez i emocji jakie nas zalewały. Stałyśmy się znów całością.
Znów jestem JA. Jestem każdą z nich i jesteśmy jednością.
Tak jest, gdy gubimy kawałeczki siebie, a potem je znów znajdujemy.

Zatrzymałam się na wspomnieniu...

Podstawówka, ja druga od lewej ;)

Liceum, pierwsza klasa, ja stoję, lubię to zdjęcie ;)
Pierwszego dnia w liceum weszłam do klasy z kluchą w gardle. Spięta bardzo, ale udająca rozluźnioną, usiadłam w ławce, najdalej jak się dało od nauczyciela. Tylne ławki były już zajęte. Większość moich nowych kolegów znała się z podstawówki, która była w tym samym budynku, tylko z drugiej strony. Byli roześmiani, podekscytowani, rozmawiali ze sobą. Mniejsza część, tych spoza Miasteczka jak ja, trzymała się z boku, obserwowała z dystansu, próbując odnaleźć się w nowej sytuacji. Siedziałam i patrzyłam aż mój wzrok zatrzymał się na chłopaku.
Chłopak miał lekko kręcone włosy, nie był wysoki ani jakoś szczególnie przystojny. Siedział nonszalancko bokiem na ławce, machając luźno jedną nogą. Był miejscowy, rozmawiał z kolegami śmiejąc się i żartując. Zazdrościłam mu luzu. Patrzyłam na niego i patrzyłam, aż w końcu odwrócił się i omiótł klasę spojrzeniem...
Natychmiast odwróciłam wzrok, ale zdążyłam dojrzeć magiczne, zielone oczy z firankami rzęs jak u dziewczyny...
W tym momencie przepadłam.

Nigdy nie miałam chłopaka. Tak było bezpieczniej. W podstawówce zakochałam się romantycznie i nieszczęśliwie w chłopaku o dwa lata starszym, podobnym do Shakina Stevensa. Grał na gitarze i był całkowicie niedostępny dla trzynastolatki. Mogłam tęsknić, wypatrywać za nim oczy, zazdrościć koleżance, która była jego dziewczyną, a to wszystko odbywało się tylko w mojej wyobraźni.
Tam gdzie miałam kontrolę.
A tu, spojrzałam w zielone oczy i...co teraz?
Bo serce aż wybuchło.

Podjęłam najstraszniejszą decyzję w życiu. Zrobię PIERWSZY KROK.
Zrobiłam, w strachu, w spięciu, odważnie.
W październiku 1982 byliśmy już parą.
A za chwilę, w marcu 1983, zerwałam boleśnie, szybko, bez namysłu, wykorzystując głupią plotkę, która nie była prawdziwa. Bo nie wytrzymałam szczęścia i radości. To bolało. Czułam, że nie uniosę tej bliskości. Może, że nie zasługuję.
Teraz to widzę, bo Licealistka w wirze emocji nie umiała wyłowić tego co najważniejsze. Ona się jeszcze uczyła. Ona musiała przeżyć, dotknąć, przepłynąć przez to.
Tak właśnie się uczymy.

Od razu po zerwaniu zaczęłam tęsknić. I pragnąć powrotu do Zielonookiego.
To znałam. To już przerobiłam z gitarzystą.

 
Więc marzyłam o powrocie do Zielonookiego, a w pamiętniku, w lutym 1985 roku, pisałam:
"...To byłoby cudowne i to jest tak bardzo nieosiągalne, niemożliwe, absurdalne. Jednak lepiej mi się robi, kiedy coś takiego sobie wymyślę. W innym wymiarze rzeczywistości to może być przecież prawdą. W innym wymiarze wszystko się toczy całkiem innym nurtem. Wszystko jest inne. W innym wymiarze jestem szczęśliwa, w jeszcze innym wcale nie zerwałam z nim."

Obserwowałam aktualną dziewczynę Zielonookiego:
"...Śmieszne jest, że podpatruję jej wszystkie uchybienia, podsumowuję to i gniewnie marszczę brwi na negatywny wynik. Nadaję się na "ciotkę Przyzwoitkę". No cóż, wydaje mi się, że na zazdrość nie ma leku. Jedynym skutecznym lekarstwem jest czas, ale ile tego leku trzeba, to nie wiadomo. To nic, tego się nie przedawkuje. Stosuję ten lek już dwa lata, a poprawa nieznaczna. Zanosi się na długotrwałą kurację."
Borzezielony jak się śmiałam, gdy znalazłam ten wpis.

Licealistka nie była taka głupia, dobrze wiedziała w co się gra. Ale jeszcze musiała poczekać, bo marzenia się spełniają, jednak Czas jest nie tylko lekarstwem na zazdrość, jest też potrzebny by wszelkie elementy znalazły się na swoim miejscu w tym jednym, najważniejszym punkcie Czasu i Przestrzeni, gdzie pragnienia naszych Serc, stają się rzeczywistością.
Co miało się zdarzyć 30 kwietnia 1985, za niecałe trzy miesiące od tego wpisu.

Jednak można tam zajrzeć wcześniej. Zobaczyć coś, co się jeszcze nie wydarzyło, ale co już jest zapisane na ścieżkach naszych żyć. Pokrzepić się tym, jeśli uda nam się zauważyć ten skok w przyszłość. Ja zauważyłam i zapisałam.

Należałam do kółka teatralnego, Zielonooki też. Chodziliśmy na próby, co bardzo mnie cieszyło, bo mogłam z nim pobyć choć tak, po koleżeńsku. Wystawialiśmy Moralność Pani Dulskiej, ja byłam Hesią, on, Panem Dulskim. Razem robiliśmy dekorację. Ja malowałam, on był wsparciem od strony technicznej.
Góra od lewej: Hesia, Dulski,
Dół od lewej: Mania, Dulska, Hanka

Wiadomo ;)

12 marca 1985 roku, półtora miesiąca przed naszym niespodziewanym powrotem do siebie, napisałam:
"...Dzisiaj staliśmy oboje oparci o piec na próbie. Słyszałam jego oddech, czułam jego obecność jak dawniej. Pomyślałam trochę od rzeczy, że jeszcze nie raz będę słyszała jego oddech...w nocy.
 Dziwne skojarzenie...no i takie trochę nie na miejscu."

Siedemnastoletnia Licealistka i Ja...obie nadal słuchamy w nocy oddechu Zielonookiego.
Wiem, że mogło być inaczej.
Ale Licealistka zrobiła Pierwszy Krok...
I jestem jej za to wdzięczna.
Zielonooki też, choć on to nie lubi o uczuciach gadać ;)



PS. Nie znam autora obrazu z leżącą dziewczyną, ale jest tak cudny, że umieściłam. Jak ktoś wie, niech napisze ;)




Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja skacząca po liniach czasowych jak konik polny. Prowincjonalna Bibliotekarka ;)

środa, 13 maja 2020

Złośćććć..wrrrr... Wszechświecie.

Otworzyłam Bibliotekę.
Uwolniłam książki.
Przegoniłam kurz leżący w kątach, rozruszałam osowiałe pająki, domalowałam zielenią listki paproci, dodałam wigoru gruboszowi i dolałam mnóstwo perlistej, żywej wody ogromnym papirusom na półpiętrze. Omiotłam dymem wszystkie zakamarki zatrzymane w czasie kwarantanny, wypełniłam dobrą energią Wszechświata, która pachnie gorzką szałwią i słodkim palo santo.
Usiadłam na kanapie, spojrzałam w głąb długiego korytarza i zapytałam: jesteście gotowe?
Usłyszałam lekkie szelesty poruszających się książek, budzących się ze snu, przeciągających się na półkach, ocierających się o siebie papierowymi okładkami i rozprostowujących grzbiety. Szeptały do siebie i do mnie: jesteśmy...obudziłyśmy się, gotowe...
Poczułam radość i spokój, i ekscytację...



I przyszli ludzie.
Lekko niepewnie stawiający stopy, troszkę się skradający, jakby wchodzili w nowy świat, mimo, że znany, to z obawą, że może jednak zmieniony. Że skoro wszystko wokół przestało być oswojone, to i tu, w bibliotece, też czyha nowe, straszne, niewiadome.
Przyszli też ludzie pogodni, z suniętymi pod nos maseczkami, narzekający na zaparowane okulary, z radością w oczach, że mogą znów dotknąć książki, że biblioteka pachnie jak pachniała, że jest tu tak samo jak było, choć trochę inaczej.
Przyszli też ludzie poważni, smutni ale w jakiś dziwny sposób spokojni. Pogodzeni z tym co jest, zasadzeni jak agawy na pustyni, mocno w suchej, jałowej glebie. Ale tak przystosowani do braku wody, że stało się to ich żywiołem, w tym wzrastają, to daje im siłę.
I przyszli ludzie wściekli...

Na pierwszy rzut oka znajomi, jakby swojscy, tacy jakich znałam wcześniej tyle lat. Starsze panie lubiące pogodne, polskie powieści. Mające swoją rutynę, zaglądające do Biblioteki regularnie, zawsze miłe, zawsze uśmiechnięte...
Teraz uśmiech zgasł. Teraz zza maski patrzyły nieznajome oczy. Niezdarne próby starego maskowania w czystym powietrzu biblioteki spełzały na niczym.

- Bo wie pani, ja to nie mogę patrzeć na tych ludzi bez masek w kościele. Jak można! Idzie drań w masce do kościoła, a potem siada w ławce i ściąga, i tę wstrętną mordę pokazuje. Naraża innych. Wiadomo, że jest ciężko, ja sama ledwie oddycham i się duszę, a ten gnój siedzi i się śmieje...I tak mnie to złości, wie pani...jak można...

Wylewa się złość, pogarda, wściekłość tak bokiem, bez patrzenia mi w oczy, gdzieś w przestrzeń.
Krzywda, ból, lęk, zagubienie, agresja....
Oni są winni. Oni są podli. Oni mi to robią.
Ja tylko chcę, by było tak jak było.
Ja chcę wrócić do MOJEGO świata.

Odczuwam.
Nie biorę, przepływam...
W dziwny sposób współczuję, rozumiem, ale...
NIE.
Nie tędy...

Bardzo jest popularna opowieść o dwóch wilkach.


Kiedyś myślałam, tak jak ten, kto to wymyślił. Że trzeba karmić jednego. Drugiego zamorzyć głodem. Zabić.
Powoli dotarło do mnie, że kiedy zacznę karmić tego dobrego, skazując na śmierć tego złego, stanie się odwrotnie. Ten dobry umrze, ten zły urośnie w siłę. Bo nie wolno zabijać, głodzić, trzymać w klatce, kneblować. To piękne, wspaniałe zwierzęta, stworzone przez Wszechświat. Wszystko jest do czegoś potrzebne. Wszystko pomaga, wszystko jest dobre. Mamy wszystkiego używać. Uczymy się, jak dzieci w piaskownicy. Stawiamy babki z piasku, które albo stoją, albo się rozsypują, kolega czasem nam zabierze wiaderko, więc dostanie szpadelkiem w łeb!

Czasem ktoś przy nas zdejmie maskę i zobaczymy jego śmiejące się oczy...
Czy będzie się śmiał do nas, czy z nas?
Zależy jak zinterpretujesz...Zależy co masz w sobie, co widzisz w lustrze.


Czy namawiam do gniewu, zazdrości i kłamstwa?
Absolutnie nie.
Ale dotarło do mnie, że mam to w sobie.

Nie raz karmiłam tylko wilka złego. Dobry marniał.
Nie raz karmiłam tylko wilka dobrego. Zły marniał.

A kiedy zobaczyłam oba w sobie, nagle oba odżyły.
Złagodniały, ułożyły się syte na łące, między owieczkami.
Wystawiły brzuchy do słońca i przerwały walkę.
Bo one chciały tylko być zobaczone...
Tylko tyle...



 Masz dwa wilki, dbaj o oba dobrze...







Pozdrawiam Wszechświecie, twoja tańcząca z wilkami Prowincjonalna Bibliotekarka.