![]() |
| LucyH. |
Za oknem słońce, choć zimno.
Wiatr wieje sztormowy wręcz. Miota biednymi gawronami na wszystkie strony.
W gniazdach są już małe, bo słychać charakterystyczne miałczenie. Małe gawroniaczki miałczą jak małe kotki. Trudny dziś dzień w gawronim świecie.
Wstałam dziś o 6.30, lekko, bez wielkiego ociągania. Spałam dobrze, głęboko, otoczona zapachem czeremchy sączącym się przez uchylone okno. W nocy chłodne powietrze wpadało mi do płuc, krążyło wokół, a ja byłam w cieplutkim i mięciutkim kokonie kołdry, bezpieczna.
Mąż wyjechał, więc nikt nie zamykał okna mamrocząc, że wychładzam...
Przez to okno wpadło też Życie wyjąc syreną strażacką a za chwilę syrenami karetki i wozu strażackiego. Psy na zewnątrz dołączyły się żałośnie.
Ktoś we mnie powiedział- komuś stało się coś złego.
I ten ktoś był już gotów przejąć się, emaptyzować, zasmutać się, sponurzeć i zszarzeć.
Odpowiedziałam spokojnie- no tak, taka planeta, patrz gołąb przyleciał do karmnika!
No to poszliśmy oglądać gołębia.
![]() |
| Lucia Heffernan |
Ostatnio męczył mnie tzw. Moralniak.
Kilka dni spędziłam kontemplując mój brak empatii, nieczułość, tchórzostwo, próbując zrozumieć, czemu tak mam.
Moja koleżanka z którą kilka lat walczyłyśmy wspólnie z depresją na warsztatach itp., została wdową.
Mąż zachorował na bardzo poważną chorobę degeneracyjną i po dwóch latach bardzo trudnych dla obojga, zmarł. Nie odwiedziłam jej w domu. Dwa razy w pracy tylko. Nie mogłam, czułam straszny opór. Opór i jednocześnie wyrzuty sumienia. Ale opór bardziej. Zdecydowanie mnie przerastało.
Wiem, że ma do mnie pretensję. Nie jest mi z tym dobrze. Ale nadal nie chcę się spotykać.
Postanowiłam pozwolić sobie na to. Nie naprawiać, nie tłumaczyć, nie cierpieć, nie dokuczać sobie, zaakceptować. Trudne, ale wykonalne.
A do karmnika zajrzała sierpówka, no też gołąb, ale inny.
![]() |
| Lucia |
W pracy koleżanka kradnie mi długopisy.
Pracujemy razem około 20 lat i ten problem tyleż trwa. Kiedy tylko mnie nie ma, nawet jeśli wyjdę do toalety a ktoś przyjdzie i ona mnie zastąpi, znika mój długopis. Znajduje się u niej zawsze. Lubię moje długopisy, długo je wybierałam i szukałam dobrego wkładu żelowego. Żeby był miękki i miał odpowiedni kolor, żeby tusz miał konsystencję jak masełko i lekko sunął po kartce. Dużo piszę ręcznie, lubię to. Żeby ten wkład działał dobrze, trzeba go zawsze trzymać rysikiem w dół i kiedy wychodzę do domu, wkład musi być odpstryknięty i schowany, by nie wysychał. Moja koleżanka o to nie dba, nie dość, że zawsze kradnie, to stawia u siebie długopis odwrotnie, albo nie odpstrykuje wkładu. Można się z tego śmiać, ale wkurzało mnie to tyle lat. Rozmowy nic nie dają. Tłumaczenia czemu mi to nie pasuje też. Najpierw przepraszała i obiecywała poprawę. Nie wychodziło, potem kajała się mocniej, a potem zauważyłam ukrytą złość, bierną agresję i pretensję, że mogłabym już się odczepić.
To się odczepiłam, było widać, że nie panuje nad tym. Starałam się olewać i spokojnie zabierałam od niej długopis, wymieniałam wkład (a trudno dostępne są) kiedy zasechł lub się zapchał u niej.
Aż do teraz, po prostu chowam go gdy wychodzę, zostawiając jej na wabia byle jaki długopis.
Potem po cichutku, gdy jej nie ma, odbieram go i znów wstawiam na wabia. Działa 100/100.
Nic nie zauważyła. Kompletnie nic.
Tylko zastanawiam się, czemu ja dopiero teraz na to wpadłam?
Tyle lat zaciskania szczęk, nic dziwnego, że bolą czasem.
A pani Alutka już dawni mi powiedziała: jaki materiał, takie narzędzie.
![]() |
| Lucia |
Jakiś czas temu przejrzałam wpisy na blogu do tyłu.
Pooglądałam swoją przeszłość, żeby zobaczyć Drogę. Miotało mnie w różne strony. Sporo ślepych zaułków z których musiałam się wycofać. Okres ezoteryczny był fajny. Bujałam w oparach słodko pachnących pierdów jednorożców. I wcale nie czepiam się siebie, że chciałam kochać wszystkich i, że miałam oczy szeroko zamknięte. To był dobry czas. Wiele się nauczyłam o byciu z ludźmi, o własnej naiwności, która też jest programem ochronnym. Nauczyłam się ufać swoim przeczuciom, co nie pozwoliło mi utonąć w tym tęczowym, wyłożonym watą cukrową światku. Znam takich co tam utknęli i widać, że z czasem wata cukrowa topnieje a jednorożce mogą dziabnąć rogiem w doopkę.
Wielu ludzi martwi się a nawet wścieka, że jest teraz wysyp różnej maści kołczów, uzdrowicieli, guru itp. Że oszukują ludzi, że mamią, wyciągają pieniądze, szkodzą!
A przecież jest tylu dobrych terapeutów i przez tych oszustów ludzie do nich nie trafią.
Zaprawdę powiadam wam: KAŻDY trafi tam gdzie powinien.
Każdy zostanie oszukany, naciągnięty, omamiony po to, by wyciągnąć wnioski i nauczyć się lekcji.
Jednym uda się szybciej, innych jednorożec musi kolnąć w doopkę.
A jeszcze inni są odporni na naukę i to też jest ok.
![]() |
| Lucia |
Być kochaną, być ważną, być akceptowaną, być zawsze utuloną, widzieć się w oczach innych.
Chciałam, żeby ludzie byli inni, świat był inny, moja rzeczywistość była inna. To chyba nazywa się roszczeniowość. Oczywiście wynika z moich braków, ale jednak roszczeniowość. Wiele tego wokół. Widzę to dopiero od niedawna, dlatego chyba nie przepadam za Anią Dymną i Dorotą Wellman, bo one tak samo jak ja roszczeniowe wielce i mocno oceniające, a ja ciągle mam problem z zaakceptowaniem tego w sobie. Ale powoli...rozmiękczam :)
Agniecha pod poprzednim postem napisała, że lubi moje przekonanie, że świat da sobie radę bez ludzkiej paniki i dygotu. I dodam: bez roszczenia.
Nie musi się do mnie uśmiechać pani na kasie, ani lekarz nie musi być miły, ludzie nie muszą mówić przepięknym językiem, ubierać się stosownie do sytuacji, nikt nie musi nic. Mój wybór jak ja się w tym odnajdę, bo doszło do mnie, że ludzie są jacy są i to nie moja sprawa. No chyba, że moja ;)
![]() |
| Lucia |
I męczące, i ekscytujące, i zaskakujące.
A na koniec coś, co zobaczyłam ostatnio.
Jadąc do sklepu w Większym Mieście zobaczyłam małą, drobniutką dziewczynkę w różowych rajstopkach, z długim, jasnym kucykiem. Szła sobie po chodniku szparkim krokiem i na ramieniu niosła dwie, wielkie, wypchane torby. Prawie tak duże jak ona sama. Spojrzałam zdziwiona, bo nie pasował do obrazka jej lekki krok. Ale zaraz ogarnęłam, że mała tacha puste, plastikowe butelki. Lekkie. Do sklepu było już niedaleko, podjechaliśmy i zanim wylazłam z samochodu i ogarnęłam wózek, dziewczynka już dotarła. Weszłyśmy razem. Ona skręciła do butelkomatu a ja weszłam do warzywniaka i ją podglądałam.
I tak od tygodnia mam w głowie przebłyski z tą dziewczynką, jak tak idzie z torbami.
I rozmyślam.
Bo widząc kolejki przed butelkomatem w moim Miasteczku, uświadamiam sobie jak łatwo nas omamić, oszukać, zmanipulować. Jak trudno nam rozejrzeć się szerzej.
Bo niby wszystko jest w porządku na tym obrazku z dziewczynką, prawda?
Dziecko uczy się odpowiedzialności za planetę. A może jednak nie?
Mama jej zamieni papierek na pieniążki i mała sobie nazbiera na nowe, odlotowe buciki.
Albo co innego. I wyniknie z tego radość małej dziewczynki. Co fajne jest, potrzebne.
Ale ogólny przekaz z mediów brzmi: URATUJMY ZIEMIĘ, NIE ŚMIEĆMY.
Tylko, że właściwe pytanie powinno brzmieć: DLACZEGO WCIĄŻ UŻYWAMY PLASTIKU?
No dlaczego?
![]() |
| Lucia Heffernan |
Ta jest 32.
Nie ma o czym gadać, relokuję...
![]() |
| Oczywiście Lucia |








