Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dusza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dusza. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 sierpnia 2026

Czekanie Wszechświecie



Koniec sierpnia.
Lato jeszcze gorączkuje, ale już pozwala sobie dłużej poleżeć w łóżku i nie zrywać się o świcie. Ma czas wieczorem na spojrzenie w niebo pełne gwiazd. Ma czas na słuchanie jeży chrupiących ziarno wypadające z karmnika. Z przyjemnością przysiada w cieniu coraz żółtszych drzew i wdycha zapach rozkładających się mirabelek, suchych traw i ziół.
Czasem jeszcze zerwie się, zatańczy w burzy i wichrze. Rozgorączkuje się, zdziczeje, rozbisurmani.
Rozleje się ciężkim upałem, tak ciężkim, że omdlewa jak dama ze zbyt mocno zasznurowanym gorsetem.
Ale gorączka spada, ziemia odpoczywa, czuć w powietrzu zmianę...
Idzie jesień. 

                                                              
Pojechaliśmy na urlop do małej chatki w Sadzie, pod Bydgoszczą. Posiedziałam na werandzie, pojadłam śliwek, poczytałam. Trochę zwiedziłam, może za dużo nawet.
Ale było fajnie i dobrze. Od kiedy połapałam się, że w moim podróżowaniu chodzi raczej o bycie z mężem bardziej i bliżej niż na codzień, nie zależy mi już na zwiedzaniu, poznawaniu i szukaniu wrażeń.
Liczy się uśmiech, dotyk, czułość, zatrzymanie w pędzie codzienności, która zabiera nas od siebie.
Bliskość, którą zgubiliśmy nieraz, choć wydawało się, że jest, taka niewzruszalna.
A już prawie wcale jej nie było.
Można tego braku nie zauważyć, ale się go czuje.
Jeden warunek, trzeba czuć...

Byłam też na zabiegach kręgosłupowych. Przed zimą trzeba troszkę poprawić się. Tym razem grupa była bardzo mieszana, wszelkie rodzaje wiekowe i rozmiarowe pań. Wspólnota w bólach kręgosłupowych. Staram się nie nawiązywać znajomości. Zbyt wielka ochota w paniach dzielenia się opowieściami o bólach, smutkach i chorobach. Niesmaczna kanapka, dziękuję.



Wróciłam po tym wszystkim do pracy, domu, zwierzaków i niby  wszystko jest normalnie.
  Ale nie jest. Idzie Zmiana.
  Czekamy wszyscy na Frania.
 Franio jest moim wnuczkiem, pierwszym.
 Chwilowo jest jeszcze po sercem mojej synowej od SynaNumerDwa.
To jego drugie podejście, bo pierwsze mu nie wyszło.
 A teraz zostało już tylko 3 tygodnie i się zobaczymy.
 Więc czekamy...










Na razie do domu tanecznym krokiem zameldował się Ryżyk.
Od wczesnej wiosny jakaś ruda smuga na schodach była przyłapywana. Wystawiam jedzenie na klatce dla mojego Funia, bo sobie życzy jeść tamże. Dożywia się tam i kotka z sąsiedniej klatki, i koty inne, które połapią się, że jest przejście przez piwnicę. Nie żałuję, bo kocie życie wcale nie wygląda różowo jakoś, ludzie albo nie karmią dobrze, albo kupują tę beznadziejną karmę w biedrze. A u mnie delikatesowe gastro, bo Funio ma delikatne jelitka.
I ta ruda smuga też się dokarmiała. Ale nie sposób było zobaczyć dokładnie, była szybka jak błyskawica. Kiedy zrobiło się cieplej, kotek się zaczął pokazywać z daleka na podwórzu i okazało się, że to półkotek, chłopak. Taki młodziak. Patrzyliśmy na siebie z daleka, kiciałam nienachalnie, gadaliśmy sobie, odwracał wzrok, ale powoli dał się pogłaskać. 
A miesiąc temu mówię do niego: no to chodź do domku, zobaczysz jak jest.
I wiecie co? Pobiegł po schodach na górę i czekał na mnie przy drzwiach domu. Otworzyłam, wszedł jak do siebie. Poszedł do kuchni, wskoczył na stół, sprawdził kocie miski, obszedł cały dom, wysikał się do kuwety w łazience, położył się na parapecie i został. Fasolę suczkę ignoruje grzecznie. Z kotami moimi ogarnął sprawy już dawno na podwórku: do Małej nie podchodzić, bo żmija, Milutkę emerytkę szanować, a Funio to duży, ciapowaty, mało zwrotny ale fajny kumpel.

I mam wrażenie, że on u nas od zawsze jest. Jak swój.
Jakby wrócił ktoś, kto wyjechał na trochę.
A SynNumerDwa, ten od Frania, powiedział: matka, no jakaś duszyczka wróciła do nas, spoko.



Czego nie powiedziałam SynuNumerDwa, to tego, że miałam sen i wiem, że wraca do nas też inna duszyczka, ogromnie kochana, znajoma, wielki nasz przyjaciel i radość, jaka mnie ogarnęła w tym śnie, była przeogromna i miłość była w tym śnie taka, jakiej nie czułam nigdy, nigdy w takiej intensywności, tak wyraźnie...
Więc czekam, czekam na Frania. 






PS. Jeśli chodzi o myszki w Bibliotece, wejście znalazł oczywiście SynNumerDwa, przypadkiem. Właziły przez wentylację. Od góry. Stanęło na 49 relokowanych myszorkach, ale jeszcze kilka jest. Tych co utknęły, bo wyjść już nie mogą. Relokuję do jesieni :)




Pozdrawiam Wszechświecie, wyczekująca z niecierpliwością Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 26 października 2025

Tkaczka Iluzji Wszechświecie

 

Lucy Almey Bird

Jesień.
Klony znów stały się światłolistne i oświetlają podwórze. Kasztany nurzają się w mlecznej czekoladzie, żołędzie chrupią jak złote grzanki, a orzechy włoskie obiecują słodko-karmelowy orzechowiec zimą. Ulubione ciasto męża. Więc zbieram je jak chomik, tyle że wypycham kieszenie w kurtce a nie poliki własne.
W karmniku zwiększony ruch, sikorki i wróble w ilościach hurtowych. Jakaś sójka przylatuje na orzechy. Kowalik nadal bitny i rządzący się, ale jego potomstwo i żona, spokojne. Gołębie znikły, więc chyba podtuczyły się i odleciały. Ze zdziwieniem doczytałam, że grzywacze odlatują na południe i zachód Europy na zimę. Wędrowcy.
Młode wróbelki i sikory wszelkiej maści, te z tego roku, już nie różnią się od rodziców. Rozpoznaję je po zachowaniu. Wychowały się w moim karmniku, więc są spokojne. Czujne, ale czasem sobie nawet pozwolą na 1-2minutową drzemkę. Czują się bezpieczne. 
Ja zaś czuję się zaszczycona i szczęśliwa, że biorę udział w tym malutkim kawałeczku ich życia.
Że mi pozwoliły.


Lucy Almey Bird

Byłam na urlopie. 
Tym razem postanowiłam wynająć domek i nie ganiać po miejscach do zwiedzania. Chciałam spróbować czegoś innego. Luźnego, leniwego, wygodnego, przytulnego.
Znalazłam Ptasią Osadę i domek Puszczyk nad jeziorem Gardno. Domek przeuroczy, drewno, dużo szkła, dużo niebieskości z brązami. Wygodne łóżko. Spałam, czytałam, oglądałam seriale, słuchałam ciszy, deszczu, wiatru, skrzypienia sosny wokół której zbudowano taras. Mąż cały czas pracował, organizując szkolenie sędziów zawodów pożarniczych, takie hobby, więc cóż, miałam spokój. Coraz bardziej to polubiam, to niebycie w byciu i zdaje się nasz związek przechodzi metamorfozę.
Bo coraz trudniej wrócić do bycia, okazało się, że bycia było mało w naszym małżeństwie. 
Iluzje tworzyłam...
Obiady jedliśmy w fajnych restauracyjkach, spacerowaliśmy nad morzem. 
Jedyne co mnie denerwowało to to, że mój mąż zasłaniał szczelnie okno na noc. To coś, czego bardzo nie lubię. Wielkie podwójne okno z widokiem na jezioro, lasy, horyzont. Kiedy się budzę w nocy i mimo mroku widzę magiczny, nocny świat to czuję spokojny zachwyt. Zasypiam znów. A kiedy budzę się i widzę ciemność i nic więcej, zaczynam czuć niepokój, napływają myśli i zaczyna się problem z zaśnięciem.
W domu mieszkamy na pierwszym piętrze, wywalczyłam kilka lat temu kompromis: roleta w sypialni opuszczona w 2/3. Ale i tak muszę pilnować, bo mężowi się "jakby" zapomina. On tłumaczy, że do spania mu potrzebna całkowita ciemność o czym wiem, że to nieprawda. Wszak z nim sypiam, a z racji neurotyczności budzę się w nocy częściej. Mąż sypia jak kamień.
I tu mieliśmy takie cudne okno, a zasłonięte w nocy jak w wojennej Anglii w czasie zaciemnienia.
Nie chciało mi się kłócić, ani prosić, bo to bezcelowe. Ale zła jestem. Nadal.
Kawałeczek mnie ma dość zgadzania się na głupie rzeczy. 
Małżeństwo to ciężka lekcja. Coś jak matematyka, fizyka i chemia razem wzięte.
A ja lubię biologię i rysunki.
38 lat trwania w tym powoduje, że zaczynasz się zastanawiać nad swoimi wyborami.



Czasem łażąc po internecie spotykam tkaczy iluzji. 
Jest ich całkiem sporo. Kiedyś tego nie zauważałam, bo brałam za dobra monetę te konstrukcje. Naiwność i sprytny sposób by nie zauważyć własnych zdolności w tej dziedzinie :)
Może nawet to drugie bardziej.
Potrafiłam jednak odchylić zasłony u innych i spojrzeć głębiej, POZA...
Alkoholik, który udaje, że nie potrzebuje; oświecona, która udaje, że nie ma lęku; intelektualistka, która udaje, że wie; narcyz, który udaje, że wierzy w siebie; perfekcjonistka, która udaje, że układa ładnie...
Pełno takich kilimków wisi przed naszymi oczyma.
Śliczne niektóre. Niektóre wymagają wielkiej uwagi w utrzymaniu, niektóre zaś zbudowane z żelazobetonu, mocno odporne są.  Ale większość z czasem jednak kruszeje, nadszarpuje się, przeciera.
I cały czas potrzebują konserwacji, łatania, podmalowywania.


Lucy


Ta konserwacja potrzebuje stałego Zaprzeczania, ogromny wysiłek.
Nie ma już miejsca na nic innego wtedy.

A Wszechświat zawsze dąży do prawdy. 
I robi wszystko by nam ją pokazać, dla naszego dobra...
I to jest straszne...
Chyba...

Lucy


                                 
                                  PS. https://www.facebook.com/reel/1278413884040394
A to mnie rozbawiło potężnie :)
Bo wszak też o tkaniu....

Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja tkaczka iluzji, Prowincjonalna Bibliotekarka

sobota, 31 maja 2025

Śpiące wróbelki Wszechświecie

 


Zieleń za oknem daje ulgę oczom, sercu i umysłowi. 

Łagodnie odgradza od pędu świata, jego namolnej chęci bycia zauważonym, jego pragnienia zagarnięcia mojej uwagi, jego narcystycznej potrzeby bycia jedynym co jest. Zieleń ma tę magiczną moc unieważnienia wszelkich iluzji: że coś trzeba, że coś muszę, że życie ma tylko wyznaczone, nieprzekraczalne ramki.
Siedząc na ławce, patrząc na liście czeremchy filtrujące miękkie światło poranka, na niebieskość niezapominajkową, jestem w miejscu doskonałego spokoju. Tak sobie wyobrażam niebo.
Kiedyś do niego trafię, na dłuuuuugą chwilę. Usiądę pod czeremchą, pozwolę zieleni i światłu się otulić i stanę się spokojem.
Odpocznę, chwilę, dwie, może kilka eonów...
Ale nie teraz...


Postanowiłam w tym roku nie zamykać karmnika. Cały czas przylatują wróble, sikorki , czasem inne ptaszki. Miło jest popatrzeć na zajęte swoim życiem skrzydlate maluchy. Wydaje mi się, że karmnik stał się miejscem na poranne spotkania przy śniadaniu. Wpada gromadka wróbli, grzebie w ziarnach aż pryskają na boki i gada cały czas:
- a jak tam nocka, spokojna była?
- u nas łaził kot w nocy, dobrze, że nasz żywopłot jest taki gęsty.
- dobre to czerwone proso,
- ano dobre, ale ja wolę słonecznik, nie rozumiem sikorek, te orzeszki wcale nie są smaczne,
- no tak, ale sikorki to świruski, zamiast spokojnie posiedzieć i pojeść, to latają jak wariatki z każdym        kęsem na gałąź,
- i jeszcze się panoszą, jakby karmnik był tylko ich, trzeba im się postawić, w kupie siła...!

I takie poranne rozmowy prowadzą wróble w trakcie jedzenia. Jednocześnie kicają po karmniku a ziarenka, które im nie pasują, rozrzucają bałaganiarsko wokół.


Adam Oehlers

Ostatnio przylatuje tata /wróbel z trójką młodych podlotów, mamy nie zaobserwowałam. Zapewne mieszkają niedaleko, bo dzieciaki jeszcze mają żółte kąciki dzióbków, skrzydełka mają mniejsze, piórka bardziej puchate. Tata jest smukły jak chart, te małe wyglądają przy nim jak mięciutkie, grubiutkie dyńki.
Siedzą w ziarnie po kolanka ale i tak otwierają dzióbki, przymykają oczka, trzepoczą skrzydełkami jak koliberki i krzyczą: daj, daj daj....
Tata na początku wpychał im trochę ziarenek, ale bez przesady, bo smarki są już równe z nim. I teraz, po kilku dniach, jedzą już same.
Któregoś dnia tak się objadły, że usiadły wygodnie w ziarenkach, oczka im się zaczęły zamykać i wszystkie trzy ucięły sobie pięciominutową drzemkę. 
Udało mi się zrobić zdjęcie, marne bo marne, ale musiałam być ostrożna, by nie spłoszyć smarkaczy.
Patrząc na nie, poczułam jakbym dotknęła tajemnicy istnienia...
Mojego nieba może nawet...
Może nawet jedynej prawdy jaka jest. Spokoju, ciszy, bycia.


Wariactwo wyborcze nie oszczędza nikogo. Jak zawsze.

Z biegiem lat moja perspektywa się poszerza i widzę powtarzalność coraz częściej. Te same schematy ogradzające nasze życie swoimi płotkami. Zaczęło już mnie śmieszyć odkrywanie każdej wiosny cudownych właściwości syropów z mniszka, sałatki z podagrycznika, zupy z pokrzywy, zakwasu z buraków, soku z aronii, smażonych kwiatów bzu czarnego i innych darów przyrody. 

Teraz wrócił schemat: oddaj głos i te same rozmowy co cztery lata temu. I poprzednie cztery lata i poprzednie i tak w dalej w mrok przeszłości. Identyczne, tylko aktorzy inni. 
Czemu dajemy się w to wkręcać ?
Może dlatego, że znajome bajorko jest bezpieczne. Tyle razy graliśmy tę sztukę, że znamy na pamięć i nie ma strachu, że się pomylimy :)

W pracy rozmawiam o tym, że maj zimny, że nic w ogródkach się nie uda, że owoców nie będzie, że kartofle się nie udadzą, że takiego maja to nie było (!) Serio?
W zeszłym roku moja koleżanka też mówiła, że owoców nie będzie, nic się nie uda, bo sucho było. 
A jeszcze wcześniej też to mówiła, bo deszczu było za dużo jej zdaniem. Burza za burzą szła.
Zawsze coś. Ale schemat ten sam.

Trzy lata temu mieliśmy siedzieć zimą przy świeczkach i ogrzewać się piecykami na drewno, choć zdaje się miały być nielegalne. Miały być przerwy w prądzie i generalnie prepersi górą. Węgiel był na przydziały, piece w mediach opluwano, a w realu wszyscy je chcieli mieć. Zdunowie mieli zamówienia na dwa lata do przodu. Nadal mają. Dużo było strachu, złości i niepewności.
Minęło i nic się nie stało.
Ba! nawet powstaje coraz więcej urządzeń na prąd. Sama kupiłam sobie air fryera, świetny :)

Teraz WOJNA. Idzie do nas wojna, tuż za progiem, już za chwilę wkroczy. Choć w sumie c19 miał nas zabić, a wojna dopiero potem. Nie wiem, dziwnie wyszło. Bo następne w kolejce do zabijania nas czeka ocieplenie klimatu. Od razu po tym, jak nas już ta wojna zabije...
Znów strach, złość i niepewność. Znane bajorko. I znów nasze umysły przylepiły się do tematu, jak mucha do lepu. Znany schemat.

Za chwilę jakiś inny lep nas przyciągnie i wpadniemy w kolejne bajorko, znane, niewygodne ale takie nasze.
Strach, złość, niepewność.
Bezpieczna powtarzalność. 

Zasilasz to, w czym siedzi twoja uwaga.
Czyli coraz więcej strachu, niepewności i lęku.
Mówisz i masz.

Adam Oehlers

I tak patrząc na to wszystko: rozmowy polityczne, pogodowe, zdrowotne, społeczne, religijne i inne cuda na kiju oferowane na tej planecie ludziom, tę sztukę teatralną odgrywaną wciąż i wciąż; widzę, że rola Pierwszej naiwnej/naiwnego jest rolą najbardziej popularną. Bardzo atrakcyjną.
Delikatni, niewinni, wrażliwi, czyści panienka albo chłopczyk. A świat taki straszny...
A ona/on tacy dzielni, umęczeni ale dzielni, skrzywdzeni ale kochający, zdradzeni ale wciąż ufający, upodleni, ale mający swoją godność...mogę tak długo, ale po co?

Ogromnie oblegana rola, świetne grana, wszyscy znamy :)
Brawa! Brawa, owacje na stojąco!

Jednak mam nieodparte wrażenie, że na tej planecie bardziej chodzi o śpiące wróble...

I to, co czujemy patrząc na nie...


Adam Oehlers


PS. Nie macie już ochoty na zmianę?

PS2. Ja wiem, że to mazurki, tak je przynajmniej nazywamy. Mówię o nich wróble bom przywykła. Alem najbardziej ciekawa, jak one same siebie nazywają...?



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zawsze, przyjaciółka wróbli, Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 30 marca 2025

Droga Bohatera Wszechświecie

 

Iris Ester

Gawrony wysiadują. 
Wiosna może nie szaleje, wciąż są przymrozki, ale nie ma na co czekać. Dni są ciepłe, słoneczne, można ogrzać kosteczki wyziębione nocą. W osiedlu gawronim zapanował spokój, a właściwie spokojne wyczekiwanie na pierwsze popiskiwania nowego pokolenia. Ogrzewa się jaja, poprawia gniazda, gada się z sąsiadami i żeruje. Tylko młodzież od czasu do czasu wszczyna burdy i bijatyki, ale głównie z nudów. Jak to młodzież każdego gatunku.
Dzikie tulipany dały radę. Projekt ich nie pokonał. O ile w zeszłym roku było ich mniej i nie wszystkie kwitły, tak w tym roku wygląda to bardzo dobrze. Jest ich o wiele więcej, pędzą do światła szybko i zdrowo. Już się cieszę na feerię barw dopieszczającą serce. Są też szafirki, krokusy i zawilce, z czego te ostatnie cieszą ogromnie, bo po ochronie bioróżnorodności jaka na nie spadła, uchowała się maleńka kępka. A teraz ładnie się rozrosły.. Nic tylko się cieszyć, że gminny Mordor odwrócił oko od Projektu i go olewa. Są ważniejsze sprawy, ot takie drogi gminne. One na pewno potrzebują uwagi i będą za nią wdzięczne.

Iris Esther

Życie płynie spokojnie, choć przedwiosenne wirusy, podrasowane durnymi posunięciami w w latach panikodemii, dokuczają i trzeba czasem poleżeć w łóżku z herbatką sosnową. Ale pochorowaliśmy z Mężem, posmarkaliśmy i idzie ku dobremu. W sumie zwolnienie jest formą odpoczynku od rutyny bibliotecznej. Nadgoniłam czytanie, seriale, pospałam. Są plusy dodatnie.
Teraz pojadę na zabiegi kręgosłupowe i będę gotowa na sezon wiosenno-letni. Sukienki już czekają w szafie, tylko sandałki jeszcze kupić, bo zeszłoroczne słabe były i się schodziły. Kupię w Łukbucie tym razem. Ich przejściowe trzewiki już trzecią zimę zaliczyły, a nie wyglądały. Porządna firma.
I tak życie płynie powoli, ale uparcie. Czasem szybciej, czasem wolniej, ale w jednym kierunku, do Wyjścia.


Iris Esther

Jednak pod tą cieniutką warstwą codzienności i rutyny są oceany niezmierzone innych, ciekawych, fascynujących rzeczy. Ukrytych przed naszym wzrokiem, schowanych w strumieniu czasu, w innych wymiarach naszej egzystencji, których niektórzy nawet nie podejrzewają o istnienie. 
Moja świadoma podróż przez te przestrzenie trwa dopiero 10 lat, ale nawet ten niewielki ułamek doświadczeń z nią związanych, zmienił na trwałe moje podejście do życia. Może dlatego mniej piszę, bo coraz mniej mnie dziwi, coraz więcej rozumiem, coraz bardziej jestem wyrozumiała dla siebie, nabyłam coś, co nazywam miłosierdziem. Bo my wszyscy na tej samej drodze.

Mojej mamie po śmierci ojca sen się przyśnił. 
Droga po horyzont wśród pięknych wzgórz porośniętych kolorowymi kwiatami. Błękitne niebo, słoneczny dzień. I tą drogą idą ludzie, mnóstwo ludzi, tak dużo, że zlewają się w jedną, barwną masę. Ale obok tego pochodu idzie ojciec. Jest młody, ma na sobie kolorową kamizelkę jakiej w życiu by nie założył. I jest uśmiechnięty od ucha do ucha. Macha do mamy ręką, widać radość, prawdziwą...
A potem dołącza do tej masy ludzi podążającej drogą w pięknych okolicznościach przyrody, w słoneczny dzień.
Podróż.

Iris Esther

Jest taki schemat, zwany monomitem Campbella.
Najczęściej ma zastosowanie w literaturze i kinie. Typowy przykład to Władca pierścieni Tolkiena.
Jest to typ opowieści, w której bohater wyrusza w podróż, przeżywa kryzysy, pokonuje przeciwności, spotyka się z własnym cieniem, zwycięża wroga, po czym powraca do domu odmieniony.
I tak zastanowiwszy się stwierdzam, że to może właśnie tak jest. 
Ania która wyruszyła w podróż 10 lat temu, zmieniła się. Choć nadal jest sobą. Jednak wrócić do tego co było już się nie uda. 
I wcale nie potrzeba. 
Tylko wydaje mi się, że owa podróż bohatera nie jest do załatwienia w jednym życiu. Za dużo na raz. Myślę, że sprawa jest większa, szersza, głębsza i rozłożona na wiele, wiele żyć. Wiele planów filmowych, z różnymi scenariuszami i statystami. Przechodzimy przez kolejne etapy podróży, dokładamy doświadczenia do doświadczeń, wyciągamy wnioski, refleksje i dopiero gdzieś na końcu właściwej drogi ułożymy Całość. Nie widać tego z obecnego punktu siedzenia, ale to nie oznacza, że to nie nastąpi. Czasem dobrze jest nie wiedzieć, to otwiera drzwi do kolejnego etapu.



Post nie miał być taki filozoficzny, ale sam się napisał, więc taki miał jednak być :)

Właściwie chciałam napisać o tym, że ciągle coś odkrywam, ciągle mnie coś zaskakuje i to jest takie smaczne, cieszące i fascynujące. 

Najbardziej lubię, gdy dzień się kończy i noc zapadnie za oknami. Mąż, ja, suczka i nasze koty wychodzimy na ostatni spacer. Jest cicho, gawrony coś pomrukują, w krzakach świecą oczy innych zwierzęcych gości, czasem słychać sowy. Niebo nad nami jest ogromne, pełne gwiazd, otwarte. Idziemy w ciszy, uspokajając wewnętrzny dzienny szum, zmieniając tę rzekę w szemrzący strumyk. Potem, już otuleni mięciutką kołdrą w łóżku, z posapującą w śpidełku suczką i mruczącymi kotami ułożonymi w naszych nogach, w dobrostanie, czasem jeszcze rozmawiamy. 
I ja opowiedziałam ostatnio co odkryłam.
- bo wiesz mężu, takiego podcastu słucham "O Zmierzchu". Fajna kobitka, nie owija wełny w bawełnę. I wiesz, ja taka już oczytana, osłuchana, a ona mi udowodniła, że jeszcze dużo przede mną.
Powiedziała, że mylimy samoocenę z poczuciem własnej wartości. I mnie tak zastopowało, bo mi się zdawało, że to to samo, ale okazało się, że nie. Samoocena to coś, co wypracowujemy sobie z tego, jak nam w życiu co wychodzi. Czy odnosimy sukcesy w pracy, czy dobrze się sprawdzamy w rolach społecznych, ile mamy na koncie, jaki samochód, czy jesteśmy ważni i szanowani. 
A poczucie własnej wartości to jest to, czy czujemy, że jesteśmy na swoim miejscu, że mamy prawo TU być i siedzieć w pierwszym rzędzie, czy jesteśmy pewni i ugruntowani w swoim życiu.
I okazuje się, że dobre poczucie własnej wartości wpływa na dobrą samoocenę, ale dobra samoocena niekoniecznie wpływa na dobre poczucie własnej wartości, no i masz...

Mąż chwilę pomilczał i pomyślał, bo to ja dużo gadam w tym związku. I sennym głosem odpowiedział:
- no tak, zgoda, bo każdy kwadraty jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt jest kwadratem.

Hm... znalazłam się nagle w głębokim kosmosie, gdzie ciepłą i wibrującą, atramentowo-czarną próżnię odrobinkę tylko rozświetlało kilka bardzo dalekich gwiazd. Bardzo dalekich. 
Zawirowały mi kwadraty i prostokąty w tej próżni i chwilę tentegowałam, dłuższą chwilę. 
A potem usłyszałam lekkie chrapnięcie obok.
Mąż zasnął. 
To i ja zasnęłam.

Iris Esther

Wielkanoc się zbliża, dlatego te śliczne ilustracje. Urzekły mię :)




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja geometryczna Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 5 stycznia 2025

Ćwiczenia z utraty Wszechświecie


Dziewczynka
Rok 2024 przećwiczył mnie z utraty...
Straciłam wiele miłych, puchatych i pachnących, wieloletnich iluzji: że kochałam, że nie kochałam...
Że coś było moje, a przecież nie było. Albo myślałam, że nie moje, a było moje cały czas...
Odeszła Agatka i myślałam, że koniec, bo dość, ale nie.

Odeszła Dziewczynka....

Kiedy sprowadziliśmy się 25 lat temu do bloku, do nowego mieszkania, do Starego Sadu, do zieloności poza Sadem czułam, że to moje miejsce.  Pokochałam je jak swoje, choć moje nie było. Wtopiłam się w cienie Sadu, stawałam się zapachem jabłek i ziół, iskrzyłam poranną rosą, szeptałam sekrety z dzikimi tulipanami, biegałam z wiewiórkami z gałęzi na gałąź, razem z jeżami szukałam pędraków, latałam z gawronami wysoko.

Teraz wiem, że Sad był mi potrzebny do zdrowienia, potrzebowałam schronienia, by wylizać i wygoić rany, uspokoić serce, oczyścić umysł. I Wszechświat mi to podarował, tak poprostu.

Za Sadem była targowica, całkiem spora, zaniedbana. Na jej najdalszym kawałku gmina od lat składowała gruz, który poprzerastał zielonością, tworząc groty, jaskinie i podziemne tunele.
I tam któregoś dnia, 18 lat temu, jakiś patałach wyrzucił dwie małe, rude suczki. Matkę i córkę.
Były bardzo płochliwe, nie dawały do siebie podejść, kiedy przechodziłam tamtędy widziałam tylko rude uszy, błyszczące ślepka i czarne noski wystające z trawy. Jakoś sobie radziły, dokarmiały je dwie panie, które mieszkały niedaleko. Ale natura to natura, odbyły się gody i pojawiły się szczenięta. To były dobre matki, szczenięta z wiosennych i jesiennych miotów rosły jak na drożdżach i powstało tam całkiem spore stado. Szczeniaki nie bały się ludzi, dzieci z Miasteczka przychodziły bawić się z nimi, w poniedziałki odbywały się targi, więc sporo szczeniąt wzięli ludzie, bo były śliczne. Ale było wiadomo, że to nie potrwa długo,  choć Mordor gminny dwa lata udawał, że nie widzi problemu. 
Ja też dokarmiałam to stadko, nosiłam szczeniaczkom mleko z żółtkiem, by wspomóc mamy w wychowaniu pędraków. I wtedy poznałam Dziewczynkę.

Dziewczynka druga od prawej :)


Dziewczynka z mamą i bratem, biegnie pierwsza.

Była bardzo nieufna. Od maleńkości. Kiedy wszystkie maluchy radośnie przybiegały by je pogłaskać, ona jedna trzymała dystans. Machała ogonkiem z daleka. Gdy podrosła śledziła mnie gdy wracałam do domu przez Sad, ale nie było mowy o dotykaniu. Znikała jak leśny duszek w zakamarkach Sadu, który znała doskonale.

I kiedy już była prawie dorosła Mordor gminny postanowił zrobić porządek. Przyjechał hycel i wyłapał prawie całe stadko. Prawie, bo Dziewczynka i jej młodszy Brat nie dali się.  Nie nabrali się na żadne kiełbasy w klatkach-łapkach, nie dali do siebie podejść. Hycel próbował kilka dni, w końcu odjechał. Losy rodziny Dziewczynki nie są mi znane, ale hycel był przestępcą, wiadomo było, że zabija psy albo wyrzuca w innych gminach gdzie ma umowy, by złapać jeszcze raz i znów zarobić. Gmina o tym wiedziała.

W każdym razie została Dziewczynka i Brat.
Brat był dużym, nieporadnym strachulcem, z wyglądu podobnym do wilka. Był oswojony, dawał się głaskać, więc Mąż znalazł mu dom u kolegi strażaka, gdzie Brat jeszcze spokojnie dożywa starości.
Dziewczynka została, przeniosła się do Sadu i zniknęła ludziom z oczu. Ufała tylko mi i dwu innym paniom. Wiedziałam, że za chwilę będą szczenięta więc zaczęłam ją oswajać, by dała się złapać na sterylizację. Szło opornie, pojawiły się jednak szczenięta, aż 8!
Szczęśliwie jakoś ludzie je wzięli do domów a mi udało się złapać Dziewczynkę i wysterylizować. Potem dłuuugo mi to pamiętała i nie podchodziła do mnie. Ale jakoś znów się dogadałyśmy. 
I tak zaczęła się nasza wspólna droga.


Maż zrobił budę, postawiliśmy ją w chaszczach śnieguliczkowych przy naszym ognisku. Dziewczynka w ciepłe miesiące wolała chłód i cień śnieguliczki, jesienią uwielbiała kupy liści do spania ale zimą przenosiła się do ciepłej rezydencji. Buda, pełna miska, pomoc w razie choroby i wolność, to miała od nas.



Znała zwyczaje mieszkańców bloku lepiej od nas samych. Towarzyszyła nam w spacerach, odprowadzała dzieci do autobusu, odprowadzała mnie do pracy. Po sterylce, z powodu powikłań, został jej jeden jajnik, więc miała pseudo-cieczki. Dwa razy do roku w Sadzie rozgrywały się gorące sceny, ale i tu umiała się schować z kawalerami tak, by nie wchodzić ludziom w oczy.



Przysparzało to Dziewczynce sporo kolegów, którzy ją odwiedzali też z czystej przyjaźni przez cały rok. Miała super charakter, niekonfliktowa, przyjacielska, łagodna, ale gdy było trzeba, umiała postawić granice. Niektórych kolegów odwiedzała w ich domach, pobawiła się z nimi i wracała do siebie. Opatrzyła się ludziom więc przestali na nią zwracać uwagę, traktowali jak coś stałego i niegroźnego. Przynajmniej część ludzi, bo zawsze znajdą się tacy, co im wszystko przeszkadza.

Latem chodziła do Bugu się kąpać, wracała mokra, pachnąc wodą z mułem i ziołami w których się suszyła. Zimą uwielbiała śnieg, tarzała się w nim z lubością, czyszcząc grube furto, aż stawało się mięciutkie i błyszczące. 



Nigdy nikogo nie zaatakowała, nigdy nikogo nie zaczepiała, kiedy czuła się niekomfortowo, znikała.

Po latach pozwoliła mi się głaskać najpierw jedną ręką, potem dwoma. Kilka ostatnich lat pozwalała już głaskać brzuszek. Nigdy na nią nie naciskałam w tej materii, chciałam by była wolna i czuła się bezpieczna. Zaufała mi. 
Ostatni wolny pies. Przynajmniej znany mi...
Miałam zaszczyt być objęta jej przyjaźnią.


Pomagała mi na wiele sposobów, najczęściej była przy mnie gdy nieświatło, łzy, strach i smutek ze mnie wychodziły. Chowałam się wtedy w Sadzie a ona była obok. Czasem trącała mnie mokrym, zimnym nosem i patrząc w oczy mówiła; jestem tu, słucham, nie jesteś samotna...
Czasem robiła coś co mnie rozśmieszało, czasem jej radość była tak zaraźliwa, że nie dało się smucić.
Kiedy unia i Mordor gminny rozjechały Sad dla niej też to było szokiem. Znikła na kilka dni, ale wróciła. I zaadaptowała się. Oswoiła Projekt, znalazła w nim luki, które przegapiła unijna "ochrona", dostosowała się. I pomogła mi się przystosować, choć u mnie tak łatwo nie szło :) 


Niestety ten jeden zostawiony jajnik i produkowane przez niego hormony spowodowały raka sutków. Dwie operacje przedłużyły jej życie o jakieś 4 lata. Ale rak wrócił i 13 grudnia miła, zasmucona pani weterynarz pomogła Dziewczynce opuścić ten świat, zanim stał się on dla niej bólem.

16 lat dobrego życia to dużo. Odejście bez bólu, bezcenne.
Tyle dostała ode mnie na pożegnanie. 

Tęsknię.


Za jednym tylko nie będę tęsknić. Za niepokojem i martwieniem się o bezpieczeństwo Dziewczynki. 
Bo była wolna, ale mieszkała w środku Miasteczka. Biegała gdzie chciała i choć była uważna i ostrożna, rozpracowała samochody i nigdy nie miała wypadku, to wszędzie ludzie...
A ludzie to największe niebezpieczeństwo. 
Bo się boją, bo nie rozumieją, bo są zwyczajnie głupi lub okrutni.
Było kilka nieprzyjemności wcale nie sprowokowanych przez Dziewczynkę. Ona sobie gdzieś szła, albo spała na trawniku, zajmowała się swoimi sprawami. Ale czasem trafiają się osoby, które się boją. 
I te osoby są najgorsze. 
Z własnego doświadczenia wiem, że najgorsze, najgłupsze, najobrzydliwsze i najokrutniejsze rzeczy zrobiłam powodowana strachem. Takim strachem z przeszłości, który dotarł ze mną aż do teraz...
Nie jest dla mnie wytłumaczeniem: boję się psów, bo mnie jeden w dzieciństwie ugryzł.
Dorośnij człeku...
 
Boisz się, to się bój i omijaj je, albo się bój i coś z tym zrób i nie odmawiaj im praw do życia w spokoju. Jeśli chodzi o psy, nie wiem dlaczego, ale siedzimy jeszcze w mrokach średniowiecza na ich temat. Nawet osoby mające psy nie ogarniają ich potrzeb, o czym świadczył deptak w Ustce w ponad  30stopniowym upale. Mnóstwo psich biedaków na rozpalonym asfalcie przypiekało sobie łapki i roztapiało się pod futerkiem. A pan i pani w leciutkich ubiorach, w kapeluszach i klapeczkach z lodami w dłoniach. Ech...no i i same rasowce w dodatku, zero kundelków.

Więc pomyślawszy jakie tu życzenia na Nowy Rok wysłać do Wszechświata, wyszło mi tak:
 

"Nie wolno się bać, strach zabija duszę.

Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.

Stawię mu czoło.

Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.

A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.

Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.

Jestem tylko ja."

Frank Herbert "Diuna"
   

Dla tych co nie załapali, strach nic nam nie zrobi, bo to my go tworzymy. Nasze dziecko :)


Więc pozdrawiam Drogi Wszechświecie, twoja tańcząca ze strachami,  Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 17 listopada 2024

Smutek nie boli Wszechświecie

 

Umarła Agatka. 

Miesiąc temu wybiegła jak zwykle wieczorem, po kolacji, na dwór. Lubiła spędzać noce na zewnątrz. 
Była dobrym, delikatnym duszkiem Sadu, Projektu i okolicznych chaszczy. Ostrożna, uważna i płochliwa. Nerwusik mój kochany. Pojawiała się i znikała bezszelestnie. Była i już jej nie było. Ze względu na migdałowe, skośne i ciemne oczy nazywałam ją Ufoczkiem. Zawsze czyściutka, bialutka, bardzo dbała o futerko. Miała prześliczny, lemurkowy ogonek. Uwielbiała mizianie po łebku i barkach, ale tylna część Agatki była niedotyklana, dostawałam pazurem i zębem kiedy o tym zapomniałam.
Była też ogromnie gadatliwa-
...miał kurmał nga nga garu gru, gru...
Agatkowe gadanie, towarzyszyło mi 12 lat.
Teraz cisza...
Mimo Funia, którego ryczenie jest donośne bardzo.
Cisza.
Nie przyszła na śniadanie. Wieczorem zaczęliśmy szukać. Sąsiadka powiedziała, że jakiś kot biały leży na poboczu szosy do Warszawy. Znaleźliśmy. Ktoś zdjął ją litościwie z szosy i położył na trawie.
Nawet nie wiedziałam, że tam chodziła.
Płakałam kilka dni na jej wspomnienie, przypominałam sobie jak do nas trafiła z bratem, jak długo chorowała, aż w końcu wyrosła na śliczną, kocią pannę.
Najczęstszym okrzykiem w domu było: AGATA NIE !!!!
Bo Agatka lubiła znaczyć dom moczem. Nie tylko dom, ale i wszystko co pachniało inaczej lubiła obsikać. Trzeba było się pilnować, ćwiczyła w nas uważność :)

Pochowaliśmy ją pod wierzbą, przy starym miejscu ogniskowym.
Dołączyła do innych naszych zwierząt. Przez kilka dni widziałam ją jeszcze obok mnie na spacerze, zbiegającą przede mną po schodach...Ale teraz już rzadko...Odchodzi.
Żegna się.

Nasze stare wideo zawsze Agatkę fascynowało...i ptaszki :)



Tu z Ósemką, znajdą, która teraz mieszka w stolicy.


 
Ostatnie zdjęcie
Do zobaczenia Agatuś Ufoczku

I był Florek.
13 lat temu schronisko miało kłopoty albo naprawdę, albo ściemniało, bo oni różne rzeczy robią by wyadoptować psy. W każdym razie na FB zobaczyłam Florka. Skulony, wystrachany, zwykły piesek, burek jakich wszędzie pełno. Chwycił mnie za serce mocno i zgodziłam się dać mu dom tymczasowy. Ostrzeżono mnie, że jest tak lękowy, że agresywny. Nie dogaduje się z psami, więc wypuszcza się go na pobieganie, gdy reszta skończy, bo inaczej go atakują. Kompletnie niedostosowany. No i nie wiadomo jak z kotami, a w domu 3. Postanowiłam zaryzykować. 
W trakcie transportu pogryzł wolontariuszkę, wniosły go do domu w klatce. Postawiły pod stołem w salonie i zwiały :) Dałam mu półgodziny na uspokojenie, otworzyłam klatkę i kazałam rodzinie udawać, że go tam nie ma. W nocy przeniósł się głęboko pod stół. Stół stoi w narożniku pokoju, więc wokół miał ściany, czuł się tam dobrze. I zaczęliśmy się oswajać, co wcale nie trwało to długo. Siedział pod stołem i obserwował nasze życie. Ja też z nim siedziałam pod stołem, rozmawialiśmy, czytałam mu książki, śpiewałam, czasem zasnęłam na materacu w nocy:) Kilka powolnych dotknięć, szelki, spacer, dobre jedzenie i smakołyki, i nic, nic na siłę. 
Po trzech tygodniach Florek zameldował się na stojącej niedaleko kanapie, podgarnął do siebie poduszeczki i został tam już. 
Stwierdził, że mnie kocha najbardziej. Lubił wszystkich, ale był tylko mój. 


Ale po trzech latach zachorował, nie był młody, nie wiem ile miał lat. Nasz weterynarz, który jest również naszym przyjacielem, pomylił się w diagnozie. Wyglądało jak niestrawność. Ja zbyt długo zwlekałam z wizytą u innej wet, lepszej może. A kiedy w końcu postanowiłam, że do niej pojadę z samego rana, było za późno. Florek umarł w nocy i nie była to lekka śmierć, ani dla niego, ani dla mnie.

Byłam z tym sama w domu.
Płakałam ogromnie, bolało mnie wszystko, obwiniałam się o każdą sekundę jego bólu.

I robiłam to przez 10 lat.

Ta noc tak wryła się w mój system nerwowy, w ciało, w umysł, że wracała we flashbackach gdy tylko czułam niepokój, bezradność, strach. Cokolwiek mnie zaniepokoiło, chorzy rodzice, problemy synów, choroby zwierząt, a czasem nie wiem czemu, Florek z tamtej nocy pojawiał się obok. I wszelkie emocje z tamtej nocy pojawiały się także. Nakładając się na te obecne. 
Nie miałam pojęcia czemu. Cierpiałam. Naprawdę.
Prosiłam go czasem: odejdź piesku...
Ale on wracał, w emocjach, w snach czasem...

To zabierało siły. Dopiero teraz to widzę. Może dlatego mało piszę od zeszłej wiosny? Może dlatego wróciły zawroty głowy, agorafobia, apatia i brak sił? 10 lat to bardzo długo...
Powoli, tak, że nie zauważyłam, cichutko, kropla po kropli wyciekało Życie.

Miesiąc temu chciałam zrobić tablicę marzeń i utknęłam. Nie widziałam nic do przodu. Nic.
Jakby przyszłości nie było. I w mojej głowie usłyszałam dzwon. Wielki i donośny.
Starczy. Florek musi odejść.

Dokładnie te słowa powiedziałam terapeucie, do którego umówiłam się na wizytę.
Florek musi odejść.

Wybrałam faceta tym razem, bo wiem, że samo gadanie to za mało i potrzebowałam solidnego, męskiego wsparcia. Wybrałam specjalistę od traumy, pracującego inaczej. Brainspotting i terapia czaszkowo-krzyżowa. Ciało i umysł razem. 
I jest lepiej, dużo lepiej.

W ostatnią środę  na sesji weszłam znów w tę noc do Florka (na tym polega terapia ale teraz to robię z kimś, kto mnie trzyma i wspiera). Było inaczej, ciało nie drgało walcząc z emocjami, czułam dziwny spokój i dezorientację. 
Na pytanie terapeuty: co czujesz, nie umiałam odpowiedzieć, bo nic nie było...
Nie było bólu, rozpaczy, ciężaru winy, pusto...
Pusta przestrzeń, biała, jasna, pusta, nie rozumiałam...

Powoli, rozejrzyj się, co czujesz?

Wsłuchałam się w ciało, które było dziwne, jak nie moje...
I nagle, delikatny jak muśnięcie skrzydłem motyla, poczułam Smutek.

Nie rozpoznałam go wcześniej, bo Smutek nie boli....

Ulubiony Miś :)


Kochał łóżeczko, odgrzebywał narzutę i jak widać ;)

Był Wielkim Nauczycielem, do zobaczenia Floruniu

Pozdrawiam Wszechświecie, twoja masochistyczna, ale już mniej, Prowincjonalna Bibliotekarka ;)

niedziela, 2 czerwca 2024

Kociołek rozmaitości Wszechświecie

 


Szturchnęła mię lekko Agniecha "co tam u mnie"...
Zebrałam się więc i piszę: żywam :)

Aczkolwiek przez kilka dni myślałam, że może już czas pisać testament.
Dziwne myśli przychodzą do głowy, gdy ma się wrażenie, że mózg zalany jest smarkami...

Mąż i ja pochorowaliśmy się. Najpierw on dwa tygodnie smarkał, kaszlał i gorączkował, a potem, gdy już myślałam, że nie załapię wirusa, padłam. Gorączka trzymała mnie 6 dni, do tej pory nigdy mi się to nie zdarzyło. LudwikMaria, lekarz mój, powiedział, że siły natury dadzą radę, ale nie dały, bo jakaś bakteria w zatokach skorzystała z okazji.  W oskrzelach znów zaczęła grać orkiestra i skończyło się na antybiotyku przez 10 dni. Słabam, ale żywam.
Jednak zatoki nadal cóś nietego...Jutro laryngolog w nie zajrzy.
Osobiście uważam, że obojgu nam odbiło się czkawką odchodzenie męża na emeryturę. Proces był długi, przewlekły i nerwowy, dokładnie jak nasza choroba. Ponieważ Bzikowy Mąż ma skłonność do wypierania emocji, bądź też do wyrzucania ich na zewnątrz, poszło mu lżej, ja zaś, no cóż, widzę więcej...i czuję.
Srogie grzyby Wszechświecie...

Niemoc twórcza też mię ogarnęła, razem ze słabością ciała. Czytałam cichutko blogi innych, ale udałam się tam, gdzie jest mi dobrze. W Kosmos ze Star Trekiem i innymi. Trzy tygodnie latałam po różnych planetach na zwolnieniu. Było fajnie, że aż wracać się nie chciało :) 
Ale wróciłam, bo wszak dorosła jestem i odpowiedzialna, tak jakby...


Kiedy człek ma dużo czasu na myślenie i jeszcze nauczył się słyszeć, a czasem nawet widzieć (da się, mózg czasem zamiast słów podsyła obrazy), to sporo odkryć można zrobić. 
Na przykład to jak jemy, czym konkretnie.
Znajomy podróżnik był w krajach wschodu: Indie, Bangladesz, Tajlandia. Oni tam jedzą rękoma. Uczył się jak złożyć palce, jak maczać jedzonko w sosie, jak zwijać warzywa itp. by zgrabnie donieść do ust. Jedzenie ma konsystencję: ziarnistość, gładkość, śliskość, twardość, miękkość, lepkość...
My dopiero w ustach możemy to poczuć, ale pozbawiliśmy się tych doznań, które niosą dłonie.
Podobno higieniczniej, ale niekoniecznie. Niekoniecznie....

 Ja już od jakiegoś czasu, w ramach szukania komfortu, najchętniej używam łyżki. Prawie do wszystkiego. Łyżka zbiera sosik razem z kartofelkami :) A widelec? No nie, nagarniasz, nagarniasz i spływa, ucieka i zostaje na talerzu. W domku wylizuję, w restauracjach też bym to zrobiła, ale po pierwsze: mąż by dostał zawału, a po drugie: jeszcze nie jestem tak odważna. Zgarniam kawałkiem chlebka jak mam, a jak nie mam, zostawiam, niestety...
Ale i tak mam radochę z łamania reguł...
Prośba o łyżkę do karkówki powoduje u kelnerów dysonans poznawczy.
Nie dziękujcie, nowa ścieżka neuronalna za darmo, ode mnie :)


Druga sprawa to coś, co mnie od kilku tygodni męczyło. Dokładnie od  kiedy przeczytałam u Taby ten wpis:
Film Familijny
Zwykli ludzie i zło. Zwykli ludzie i ich fantazje. Zwykli ludzie...
Mam wrażenie, że na planecie są sami zwykli ludzie. Bez względu na zajmowane stanowisko, ilość pieniędzy, czy sposób życia. Podejrzewam, że jest kilka osób, które ogarnęły naprawdę kim są.
Tak do bólu, tak w pełnym rozumieniu tego słowa. I niekoniecznie są to mnisi z Tybetu, papieże, Irena Sendlerowa, M. Kolbe i inni tego typu "święci" namaszczeni przez nasze łaknące światłości i dobra, zmęczone ego.
To trochę jak z piłką nożną, kibice, którzy sami nie potrafią kopać, siedząc na kanapie, wrzeszczą; co ty robisz idioto, komu podajesz, bałwan...
Kompensacja własnych, urojonych bądź nie, niedostatków: mieszanie idola z błotem...
Wszyscy to mamy. Tak czy inaczej.
Nie wiem co ja bym zrobiła, gdyby mój mąż dostał robotę w Auschwitz. Może nie mógłby odmówić? 
Może też bym starała się żyć w iluzji, chronić dzieci, relatywizowałam bym wszystko, byle przetrwać.
Może nawet bym przekonała samą siebie, że to dla dobra nas wszystkich.
Robiłam tak w swoim życiu.

W dzieciństwie na przykład
- moi rodzice nie mogą być źli, nie kochają mnie, bo to ze mną coś jest nie tak...
Muszę się tylko poprawić i będzie dobrze.

Auschwitz w mojej głowie, a za murem piękny ogród, na wyciągnięcie ręki...
Jedynym wyjściem z tej iluzji nie jest dążenie do "dobra".
Jedynym wyjściem jest spotkanie z własnym "szatanem".
Widzę cię, witaj...
Pogadamy?


Znam sporo ludzi, którzy mówią: wiem jaka jestem. 
Ajajaj...
Po pierwsze: często bierze się swoje mechanizmy obronne i wszelkie życzeniowości, za własną osobowość. 
Po drugie (i tu należy się trochę bać): to zaproszenie dla Wszechświata, by cię zweryfikować :D
Będzie bolało, bo iluzje czasem już przyrosły.
Ale to dobre dla nas, tak zweryfikować się...
Jeśli masz wrażenie, że coś się w twoim życiu powtarza, to właśnie trwa proces weryfikacji.
I nie ma co się kopać z Wszechświatem, bo on ma bezgraniczną cierpliwość i będzie weryfikował aż pojmiesz. 
 
Wiadomo, że szybkie zerwanie plastra jest lepsze ;)

 
PS. Oczywiście wszystkie obrazy są niezrównanej Andrei Kowch.



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zweryfikowana nie raz, Prowincjonalna Bibliotekarka.