Obserwatorzy

czwartek, 9 stycznia 2020

W mglistą, cichą noc Wszechświecie, chapter three.

źródło: internet

- Hania, zanieś babci kolację!

Hania podniosła głowę znad książki. Niechętnie i powoli wsunęła pocztówkę jako zakładkę między czytane strony i odłożyła tom na półkę. Od momentu, kiedy książki Małgorzaty Musierowicz wpadły jej w oko w bibliotece, nie mogła się od nich oderwać. Teraz czytała Idę sierpniową i była zachwycona, a jednocześnie odkrywała, jak świat może być inny od jej własnej codzienności. Zazdrościła Idzie fajnych rodziców, życia w wielkim mieście i odwagi...
Tak, chyba odwagi zazdrościła najbardziej...

-Hania, ruszże się. Rzuć te książki wreszcie!

Głos mamy nabrał ostrości, więc Hania zeskoczyła z wersalki i szybko poszła do kuchni. Mama zakładała właśnie swój codzienny, szary płaszcz. Wzięła torebkę i odwróciła się do Hani:
- Zanieś babci kolację, dopilnuj żeby zjadła, muszę iść do ciotki Marty, źle się czuje. Wrócę późno, a twój ojciec znów siedzi wiadomo gdzie. Zamknij dom, biorę klucz.
Zakręciła się i już jej nie było. Ciocia Marta często chorowała, mama czasem wracała późno w nocy, Hania słyszała jej powolne kroki w korytarzu, a potem ciche, szeptane złym szeptem, kłótnie rodziców. Nakrywała wtedy głowę kołdrą i uciekała w sen, czasem, jak miała szczęście, śniła jej się  jeżycjadowa ulica Rosevelta 5.
Wzięła ze stołu tacę z drożdżówką i kubkiem kakao. Ostrożnie przeszła korytarzem, nacisnęła łokciem klamkę i weszła do malutkiego pokoju babci Mili. Babcia tak naprawdę nazywała się Zofia, Hania nie wiedziała, czemu wszyscy mówią Miłka, sama w dzieciństwie zdrobniła to na Mila i tak zostało. Postawiła tacę na stoliku obok łóżka i spojrzała na drzemiącą kobietę.
Babcia lubiła spać na wysokich poduszkach, prawie siedząc. Była malutka, skurczona i sucha jak herbatniczek. Cieniutkie, siwe włosy zawsze splatała w króciutki, chudy warkoczyk, związany czerwoną szmatką.
- Od uroku wnusiu, od uroku, czasem twoja mama tak spojrzy na mnie, że strach się bać- żartowała babcia, nie dając sobie odebrać szmatki. Hania zawsze miała wrażenie, że to nie do końca był żart. Sama bała się ostrego wzroku  mamy.
Dotknęła ciepłej, drobnej ręki babci:
- Babciu Milu, kolacje przyniosłam.
Babcia otworzyła oczy i przez chwilę patrzyła na wnuczkę oszołomiona, ale zaraz w jej oczach pojawił się błysk rozpoznania:
- Moja Haniulka kochana. Kolację mi przyniosłaś? Co tam masz dzisiaj?
- Drożdżówkę mama upiekła i kakao mam.
- A cukru tyle ile lubię?
Hania roześmiała się:
- Poczekaj babciu...
Szybko pobiegła do kuchni, złapała cukierniczkę i wróciła. Starannie odliczyła sześć łyżeczek cukru do kubeczka z kakao, wiedząc, że mama posłodziła tylko jedną, a babcia lubiła bardzo słodko, siedem łyżeczek cukru. To była ich malutka tajemnica, łącząca babcię i wnuczkę w cukrowej konspiracji.
Babcia poprawiła się w łóżku, usiadła powolutku, wzięła tacę na kolana, zaczęła skubać drożdżówkę i popijać kakao mrużąc z lubością oczy. Hania przysiadła w nogach łóżka, podkuliła nogi, oparła brodę na kolanach i siedziała w ciszy.
Babcia po chwili spojrzała na wnuczkę znad kubka i zapytała:
- A co ty siedzisz tak cicho Haniulku? Zawsze buzia ci się nie zamyka, a tu cisza...
- Bo ja babciu myślę. Czytam książkę teraz i tam jest taka Ida. Ona jest bardzo zaradna. Jak nie miała pieniędzy, to zrobiła takie fajne serduszka i sprzedawała. A jak nie miała sukienki, to z firanki sobie zrobiła, mama jej pomogła i siostra starsza. Wiesz babciu, że idę do liceum we wrześniu. Kaśka mówiła, że mama dała jej trochę pieniędzy na nowe ubrania do nowej szkoły. Ja wiem, że tam będą prawie sami znajomi z podstawówki, ale też bym chciała troszkę nowych rzeczy.
- Prosiłaś mamę pewnie...- babcia ze zrozumieniem pokiwała głową. Wiedziała, co usłyszała jej wnuczka od matki.
- Prosiłam, ale mama powiedziała, że moje ubrania są dobre, a pieniądze na drzewach nie rosną.
Zapadła chwila ciszy, babcia Mila siorbnęła kakao i zamyśliła się.
Po chwili powiedziała:
- Haniu, nie mam pieniędzy, ale porozmawiam z  twoją mamą. Tymczasem podejdź do szafy i tam, na dole, jest szuflada. Otwórz.
Hania zeskoczyła z łóżka i podeszła do starej szafy. Kucnęła i pociągnęła za uchwyt, szuflada wysunęła się gładko. Zapach suszonego piołunu zakręcił Hani w nosie aż kichnęła. Babcia zawsze mówiła, że piołun odgania myszy, wolała to niż kulki na mole, których zapachu nie cierpiała.
W szufladzie był spory, szary, lniany worek. Hania wyciągnęła go i podeszła do babci. Położyła worek na kołdrze i otworzyła. W środku było mnóstwo kolorowych motków włóczki. Małych i większych, pozwijanych starannie, we wszystkich kolorach tęczy. Hania aż się uśmiechnęła, uwielbiała kolory, ale w sklepach rzadko udawało się kupić coś wesołego. Z resztą mama nie lubiła, mówiła, że to nie elegancko wyglądać jak papuga. Większość haninych ubrań była więc elegancko szarobura.
Babcia Mila popatrzyła na wnuczkę z uśmiechem:
- To włóczka, która została z dawniejszych moich robótek. Porządna wełenka, nie jakaś tam anilana. Można z niej wyczarować coś wesołego i takiego, czego nie będzie miał nikt.
I ty to zrobisz sama, tak jak ta Ida.
- Babciu, ale ja nie umiem robić na drutach!
- Nauczysz się raz dwa. Zdolna jesteś. Zaczniemy od czegoś prostego. Prawo lewo. Zajrzyj no do szuflady, tam jeszcze druty są.

źródło: internet

Nauka poszła bardzo łatwo, więc Hania postanowiła zrobić szalik. Wesoły i tęczowy, taki, jaki jej się marzył zawsze. Wieczorami siedziała z babcią, wybierała kolory, dopasowywała. Szalik powstawał powoli, ale cieszył oko. Był szalony, zawadiacki, pełen radości. Babcia opowiadała historie z czasów swojego dzieciństwa, a Hania przy otwartym oknie, w zapachu letnich wieczorów, stukała zawzięcie drutami. Tak jej się to podobało, że wcale nie chciała szalika kończyć. Był duży, szeroki i długi, zakończony fantazyjnymi frędzlami.
Mama krzywym okiem patrzyła na powstające wariackie dzieło. Komentowała, że wstyd będzie na ulicę wyjść z córką, bo wszyscy będą się gapić. Ale babcia zawsze jakoś rozładowywała sytuację żartem i mama w końcu odpuściła. Zabrała Hanię na zakupy i kupiła jej nowe buty i spódniczkę. Hania wiedziała, że zawdzięcza to babci Mili.
Skończony szalik, wyprany i równiutko zwinięty, został włożony do szafy w haninym pokoju, gdzie oczekiwał na zimne i chłodne wieczory i swój debiut w świecie.
Zaczął się wrzesień i Hania rozpoczęła naukę w liceum. W zasadzie nic się bardzo nie zmieniło, podstawówka do której chodziła była w drugim skrzydle tego samego budynku. Kilku kolegów znikło, kilku się pojawiło. Nowi nauczyciele stawiali nowe wymagania, ale poza matematyką, Hania lubiła się uczyć. Nie lubiła na siebie ściągać uwagi, więc była uważana za dobrą, spokojną uczennicę.

Życie toczyło się równo swoimi codziennymi rowkami do momentu, gdy któregoś, wrześniowego ranka Hania weszła do kuchni rano i zastała mamę siedzącą nieruchomo przy stole.
Mama spojrzała nieobecnymi oczyma na córkę i powiedziała:
- Babcia umarła w nocy.

Hania zamarła. Wszystko jakby stanęło w miejscu. Nie mogła nic powiedzieć, nie mogła się ruszyć. Mama patrząc na nią powiedziała:
- Idź do szkoły. Nic tu nie pomożesz. Muszę załatwić mnóstwo rzeczy.
Hania oderwała ciężkie stopy od podłogi. Podeszła do lodówki, wyjęła masło i serek topiony. Wzięła chleb i na stolnicy zrobiła sobie kanapkę. Mama wstała, zrobiła jej i sobie herbatę.
W ciszy, która przykrywała wszystko jak gruba, dusząca kołdra, zjadły śniadanie.
Hani zdawało się, że nie da rady przełknąć kęsów kanapki, jednak zmusiła się do zjedzenia całej.
Potem ubrała się i poszła do szkoły.
W szkole wszystko toczyło się swoim rytmem, tylko Hani zdawało się, że stoi obok. Z oddali oglądała siebie rozmawiającą z koleżankami, śmiejącą się jakby wszystko było dobrze.
Jakby nic się nie zmieniło. Myślała:
- Jakie to dziwne, czy ja jestem Tu, czy Tam z koleżankami. Jakby mnie nie było, ale jestem. Chyba jednak bardziej mnie nie ma...

W tym dziwnym stanie Hania spędziła kilka dni.

Aż w dniu pogrzebu, kiedy ubierała się do kościoła, sięgając po czarną kurtkę z szafy, wyciągnęła przypadkiem szalik.
Szalik wypadł na podłogę i aż zadźwięczał feerią barw.

Podniosła go, poczuła w rękach miękkość wełny.
Nagle pojawiło się wrażenie, że babcia jest obok niej.
Zapach piołunu z szafy, kolory, szarpnięcie w sercu i gardle. Hania rozejrzała się, ale nikogo nie zobaczyła. Jednak poczuła ciepło jakie przepłynęło po jej ramieniu. I nagle popłynęły łzy, najpierw ciche, wielkie krople. Potem Hania osunęła się przy szafie na podłogę i rozszlochała się na dobre.
Oparta o szafę, z szalikiem przytulonym do twarzy, płakała rozpaczliwie, mocno, całym ciałem.
To trwało i trwało, aż w końcu powoli zorientowała się, że jest znów bardziej Tu. Nie czuła się już zawieszona w dziwnym, nieważkim świecie. Czuła ciało, twardą podłogę, szalik pachnący piołunem. Oddech był już lżejszy, choć jeszcze rwał się spazmatycznie, jakby płuca nie mogły się do końca rozluźnić. Ale wiedziała, że jest lepiej, choć była bardzo zmęczona.
Chciała się zwinąć na łóżku z szalikiem i zasnąć.

Jednak musiała iść pożegnać babcię Milę. Wstała powoli, zawinęła sobie szalik na szyi i wzięła kurtkę. Spojrzała w lustro wiszące na drzwiach szafy i zobaczyła dziewczynę w kolorowym szaliku, która była zapłakana, miała spuchnięte powieki, czerwone i mokre policzki a kręcone włosy były w nieładzie. Hania wyciągnęła dłoń i dotknęła odbicia. Tafla lustra była zimna, ale dziewczyna z lustra też wyciągnęła do niej dłoń. Hania miała wrażenie, że tamta jej współczuje. Widziała w jej/swoich oczach smutek i ciepło.
Niespodziewanie uśmiechnęła się do tej drugiej w lustrze.
-To Ja i Nieja- pomyślała- jesteśmy dwie, nie jestem sama.
I zapadła decyzja w Hani.
Włożyła kurtkę, poprawiła szalik, spojrzała w lustro.
Nieja uśmiechała się do niej, stała wyprostowana z głową dumnie podniesioną do góry, szalik mienił się kolorami tęczy a w jej oczach błyszczało zdecydowanie.
- Babciu Milu pożegnamy się, dam radę...

Ubieranie drzew www.urbanshit.de
cdn.....

środa, 1 stycznia 2020

W mglistą, cichą noc Wszechświecie, chapter two.

źródło: internet
Miasteczko owinięte mgłą lewitowało na ziemią.  Biało-szary dywan uniósł je ponad nadrzeczne błonia, łagodnie kołysząc, wyciszając, utulając do snu.
Mieszkańcy wstawali od stołów po kolacji, czując napływające zmęczenie. Jeszcze żony krzątały się w kuchni, jeszcze mężowie podrzucali do pieców centralnego ogrzewania, jeszcze małe dzieci marudziły, a nastolatki, oświetlone światłem małych ekraników komórek, wysyłały w eter sekrety młodego życia. W ciałach już jednak pojawiała się ociężałość, zmęczenie rozluźniało napięte mięśnie, ciążyło na powiekach, przyczepiało się do stóp. Dorośli przytulali się do poduszek z lekkim westchnieniem ulgi, dzieci z uśmiechem, a nastolatki z planami na następny dzień.
Miasteczko, otulone mgłą, zasypiało.
Pojawiało się i znikało, raz będąc Tu, a raz Tam.

Hanna nadal zdziwiona, lecz z jakąś niezwyczajną dla siebie determinacją, szła dróżką na wzgórze. Lampy świeciły rozproszonym, żółtym światłem. Mgła trochę rozrzedziła się i gdy Hanna, lekko zasapana, weszła na szczyt wzgórza, zobaczyła Rzekę. Na nocnym niebie świecił księżyc zbliżający się do pełni. Oświetlał chmury srebrnym, magicznym światłem. Płynąca w dole Rzeka odbijając je, wyglądała jak szeroka wstęga błyszczącej rtęci, rozlewająca się w biało-szarej dolinie.
Oddech kobiety uspokajał się, a w sercu zatrzepotało coś ciepłego.
Coś, czego Hanna dawno nie czuła, więc nie od razu rozpoznała. Chwilę trwało zanim zrozumiała, że ten ucisk w klatce piersiowej to zachwyt. Pozwoliła by to uczucie rozpłynęło się po całym ciele. Ciepła fala z lekkim oporem spłynęła do brzucha i kolan, popłynęła w górę ogrzewając policzki, szkląc oczy:
- Czemu tu nie przychodziłam? Tyle lat... mieszkam tu od urodzenia, czemu przestałam tu przychodzić?

Myśli Hanny poszybowały w przeszłość, w czasy dzieciństwa, gdy Rzeka była przyjaciółką.
Razem z koleżankami spędzała nad jej brzegami całe dnie. Pływały, zbierały kamienie, opalały się, spacerowały. Rzeka słuchała szalonych opowieści, dziecinnych kłótni i wyszeptanych marzeń. Szemrząc cicho rzucała na uśmiechnięte twarze złote refleksy słońca, a czasem spłukiwała z policzków łzy. Czas niewinności.

Hanna podeszła do ławki. Wytarła ją rękawiczką i usiadła zapatrzona w srebrną Rzekę, pozwalając by słodko-gorzki film z przeszłości w głowie, mieszał się z zachwytem.
Mgła wirowała za jej plecami, tworząc dziwne, falujące wzory. Była cały czas w ruchu, jakby szukając swojej prawdziwej formy i nie mogąc jej znaleźć. Mglista kurtyna zasłoniła Miasteczko, gdyby Hanna się obejrzała, nie dostrzegłaby nawet dachów, ale ona patrzyła na Rzekę.
Po raz pierwszy od wielu, wielu lat słyszała bicie swego serca.

źródło: internet
Powoli emocje opadły i kobieta rozejrzała się po wzgórzu. Spory kawałek dalej, obok punktu widokowego, stała ławka. Była słabo widoczna we mgle, ale nagle padło na nią światło księżyca, który wypłynął zza chmur i zaskoczona Hanna zorientowała się, że nie jest sama.
Na ławce siedziała para, chłopak i dziewczyna. Światło rozproszyło mgłę i wyostrzyło kontury przytulonych do siebie postaci. Zaiskrzyło w kręconych włosach dziewczyny i Hanna z niemałym zaskoczeniem zorientowała się, że na ławce siedzi Kolorowa, zamotana w ten wielki, niedorzeczny szal. Chłopak obejmował ją ramieniem, a Kolorowa, wciśnięta pod jego pachę, wyglądała na zachwyconą i przeszczęśliwą. Chłopak wyglądał znajomo, Hanna mocniej skupiła wzrok i poznała ministranta z kościoła.

Przez chwilę była zła, że zakłócają jej spokój, jej samotność, jej własną chwilę zachwytu. Czuła, że ta noc jest jej. Po raz pierwszy od tylu lat coś drgnęło w jej sercu, coś ją zachwyciło, napłynęły wspomnienia o których zapomniała. Czuła, że jakaś klatka wokół jej żeber poluzowała, lżej jej się oddychało. Miała wrażenie, że jest nieważka, mogłaby usiąść na pasmo mgły i z spłynąć nad rzekę, a potem jak łódką, popłynąć dalej, w nieznane.
Zaskoczyły ją własne myśli.

Jeszcze raz spojrzała na młodych tulących się do siebie i pomyślała:
- Stara jestem, zazdroszczę im, przyznajmy się. Niech sobie siedzą, to takie miłe, taka młoda miłość...
I znów coś w Hannie, jak echo, zabolało. Oparła się wygodniej o ławkę i przeniosła wzrok na Rzekę.

Jednak po chwili zerknęła ukradkiem na młodych.

Już nie siedzieli przytuleni. Odsunęli się od siebie, a Kolorowa coś gorączkowo tłumaczyła chłopakowi, machając rękoma. On siedział sztywno, widać było, że nie zgadza się z tym co słyszy. Hanna zorientowała się, że przytulanie przeszło w poważną sprzeczkę, choć odległość uniemożliwiała usłyszenie czegokolwiek.
Chłopak zerwał się z ławki zrobił i parę kroków jakby chciał odejść. Kolorowa siedziała nadal, pochyliła głowę, burza loków zasłoniła jej twarz. Plecy jednak miała wyprostowane, rękoma kurczowo trzymała się siedziska ławki, jakby to miało ją uchronić przed pobiegnięciem za chłopcem. A on stanął tyłem do niej i patrzył na księżyc. Srebrne światło oblało smukłą, młodzieńczą postać. Ręce włożył do kieszeni spodni i kołysząc się na piętach, chyba coś mówił. Kolorowa ani drgnęła. Siedziała spięta, nieprzejednana. Chłopakowi opadły ramiona, skulił się lekko w sobie i odwrócił do dziewczyny. Ona podniosła głowę i popatrzyli sobie w oczy.

Hannie zrobiło się wstyd, że ogląda tak osobiste emocje, ale nie mogła oderwać oczu od pary, która tej nocy, wraz z nią, wędrowała po zaspanym i mglistym Miasteczku. Tak jakby mgła swoimi pasmami i wirami połączyła ich w jakiś magiczny, nieprzewidywalny sposób. Młodzi zdawali się nie widzieć Hanny, zabsorbowani własnymi uczuciami. Ani razu nie spojrzeli na ławkę, gdzie w pełni oświetlona przez księżyc, siedziała starsza pani:
- Jakby mnie tu nie było- pomyślała- może nawet mnie tu nie ma. Śpię sobie w moim łóżku, mąż cicho chrapie, a mi się śni ta dziwna noc, mgła, woda, księżyc, rzeka. I ta młoda, śmieszna, rozczulająca para. Śni mi się to wszystko, to tylko dziwny sen. Przecież nigdy bym nie poszła sama w nocy na wzgórze. To nie jestem ja. Przecież lubię moje utarte ścieżki, małe, powtarzalne zwyczajności. To wszystko nierealne, więc to sen...

Jednak czuła zimno, które wraz z wilgocią przepełzło pod płaszcz i dotarło do skóry. Czuła twarde oparcie ławki i zmarznięte palce u stóp. Kiedy przesuwała ręką po siedzisku czuła nierówne warstwy nałożonej przez lata farby. I wiedziała, że to nie jest sen. Ale jakoś dziwnie i niespodziewanie dla siebie, nie bała się. Wewnątrz niej, w sercu, była zgoda i ciekawość. Coś, czego Hanna nie czuła od dawna. Przypomnienie sobie tego stanu teraz, było jak odkrycie na nowo zapomnianego na strychu skarbu. Starego, ale jakby nowego.

Młodzi patrzyli na siebie długo, szukając w swoich oczach czegoś, co wydawało im się, że chcą zobaczyć. Ale chyba się nie udało. Chłopak zrezygnowany odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył ścieżką na dół. Skulił się, opuścił głowę i przeszedł obok Hanny jakby nie istniała. A ona poczuła szarpnięcie współczucia:
- Ach, jakie to niepotrzebne, możecie być razem, nie trzeba tak melodramatyzować...

Kolorowa siedziała nadal sztywno na ławce, patrzyła za oddalającym się chłopakiem, aż zniknął we mgle i ciemności, której nawet księżyc nie mógł rozjaśnić. I w tym momencie zapadła się w sobie, zwinęła w kulkę i zaczęła szlochać. Drobnym ciałem wstrząsały spazmy, objęła się ramionami i płakała.
Hanna teraz naprawdę poczuła się okropnie, jak podglądaczka. Z jednej strony chciała odejść i dać dziewczynie prywatność, a z drugiej strony chciała podejść, przytulić i powiedzieć słowa otuchy. Wstała, ale nie mogła się zdecydować, ciało szarpnęło się raz w kierunku ścieżki, raz zrobiło krok w kierunku Kolorowej.
W głowie Hanny wirowały emocje: żal, smutek, rozczarowanie, stary, swędzący ból znów odbił się echem od sztywnej blizny, gdzieś w głębi Hanny. Nie była w stanie zrobić żadnego kroku....

Tymczasem Kolorowa  przestała już szlochać i powoli wstała z ławki. Chwilę patrzyła na Rzekę i powoli ruszyła ścieżką w dół. Nie goniła chłopaka, widać było, że się poddała, szła zgarbiona, zawinięta w szalik, zagubiona...
Hanna stała jak wmurowana, nie mogąc zrobić ruchu, a Kolorowa była coraz bliżej, oświetlona srebrnym światłem. Loki jej się skręciły mocniej od wilgoci, mgła wirowała wokół jej stóp. Kiedy podeszła blisko, kobieta mogła zobaczyć jej policzki lśniące rtęciowymi łzami.
W momencie mijania, ich oczy się spotkały....

Hanna spojrzała w mokre, błyszczące źrenice. Coś przepłynęło między nią a Kolorową, coś co było śliskie, ciepłe i elektryzujące. Kobieta cała zadrżała i osunęła się na ławkę bez tchu. Kręciło się jej w głowie i usłyszała dźwięk jakby kryształowy, wibrujący, wysoki. Rozszedł się  wokół jak fala. Wszystko zadrżało. Nawet wzgórze. Nawet księżyc i rtęciowa Rzeka.

Kolorowa powoli zniknęła we mgle.
Hanna oniemiała siedziała  na ławce.
Myśli jak w kalejdoskopie wirowały, układając coraz inne wzory, w końcu zwolniły i wyłoniła się pewność:
- Szalik, ja znam ten szalik. To niemożliwe...

Twórca:Gogol Lobmayr



PS. Ciąg dalszy nastąpi :)
PS2. Wszystkim życzę zdrowego, pełnego radości i szczęścia, magicznego 2020 roku.




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja noworoczna i wyspana Prowincjonalna Bibliotekarka.




czwartek, 19 grudnia 2019

W mglistą, cichą noc Wszechświecie, chapter one.


Mgła opadła na Miasteczko jak poliestrowy koc. Owinęła domy, płoty, drzewa w plastikowy kokon pachnący węglem, dymem i wilgocią zbutwiałych liści. Spłynęła na gałęzie i kable elektryczne, zmieniając się w ciężkie krople zwisającej wody, które leniwie rozkołysane, w końcu spadały z głuchym odgłosem. Woda przesiąkała wszędzie. Wiła się w starym sadzie niewielką strużką strumyka. Przylepiała się do szyb jak szmatka, zasłaniając mokry, zamazany świat.
Lśniła na asfalcie ulic odbijając żółte, rozmyte światło lamp.
Mgła rozpraszała światła  samochodów znikające w niej jakby była bramą do innego świata. Wystarczyło odsunąć ją jak mokrą kotarę, by zrobić krok w biało-szarą, wirującą przestrzeń i znaleźć się w nieznanym, dziwnym świecie...

Mimo grudniowej pory ten wieczór, tak jak wiele innych przed nim, nie przypominał zimy.
Hanna wyszła przed dom, stanęła na schodach i spojrzała w mgłę. Szaro, biało i ciemno, wzdrygnęła się. Poczuła jak za kołnierz, na cieplutki kark, spadła jej z daszku nad schodami zimna kropla wody. Szybko naciągnęła kaptur, czując jak dreszcz przebiega całe jej ciało.
Miała ochotę krzyknąć głośno z dyskomfortu, ale nie zrobiła tego. Wokół sąsiedzi mieszkają, cóż pomyśleliby sobie...
Więc syknęła tylko cichutko, szybko zeszła ze schodów i włożyła rękawiczki.
- Dobrze, że chociaż lampy się palą -  pomyślała.

Gmina oszczędzała pieniądze, lampy gasły o dwunastej w nocy i wtedy naprawdę Miasteczko zamierało. Zastygało w ciemnościach i zdawało się znikać z powierzchni planety. Jesień i zima przypominały życie pod kołem podbiegunowym, tyle, że bez śniegu. Krótkie, szare dni, długie, czarne noce. Hanna ciężko to znosiła. Jedyna przyjemność, praca w ogródku, mogła się zacząć dopiero w marcu. Przetrwanie do wiosny z roku na rok stawało się coraz trudniejsze. Mąż majsterkował, spał przed telewizorem i wydawał się zadowolony. Hanna mu zazdrościła, ale nie umiała sobie znaleźć innego hobby.
Teraz, przed Bożym Narodzeniem, przynajmniej mogła codziennie pójść na roraty. Lubiła to. Wieczorna msza rozświetlona lampionami, wyciszała i uspokajała. Hanna przenosiła się wtedy do cichego, nieruchomego miejsca w swojej głowie. Nic tam nie było, oprócz zapachu świeczek, kadzidła i niewyraźnego szumu głosów gdzieś w oddali. Wystarczająco by nie czuć się samotnym, lecz bez konieczności BYCIA.

Kościół był niedaleko na wzgórzu, podświetlony reflektorami, owinięty mgłą, świecił pomarańczowym światłem z wysokich okien. Hanna widziała go ponad dachami domów. Już chciała iść chodnikiem przy głównej drodze, kiedy jakiś impuls popchnął ją w kierunku mrocznego sadu, na skróty. Zawsze brała ze sobą latarkę na wszelki wypadek. Wyjęła ją i zdecydowała, że nie ma ochoty na spotkania z tirami pędzącymi po kałużach. Jedna kropla wody za kołnierzem wystarczyła.
Świecąc latarką przeszła przez sad. Potem minęła targowicę, weszła na opuszczoną posesję i wyszła na ulicę za kościołem.
Wokół nikogo nie było. Cisza była tak głęboka, że Hanna aż przestraszyła się, że jej buty tak głośno tupią. Nie lubiła zwracać na siebie uwagi, a w tej dziwnej mgle, która była jakby gęstsza coraz bardziej, jej obcasy stukały z jakimś dziwnym pogłosem. Zaczęła ostrożniej stawiać stopy i iść wolniej. Rozejrzała się, mgła wiła się tworząc jakieś dziwne zawirowania wokół. Domy zniknęły, tylko światło z okien przebijało przez mleczny opar. Hanna poczuła się nieswojo, jakby nagle znany świat zniknął. Przez chwilę miała wrażenie, że nie jest sama, że za nią, we mgle, jest COŚ.
Coś uważnego, coś patrzącego, coś obserwującego....

Otrząsnęła się, racjonalny umysł zaczął pracować:
- Kobieto, uspokój się, setki razy tędy szłaś. To Miasteczko, a nie Warszawa. Kościół już blisko, ta mgła wpływa ma mózg. Idziemy, nie wygłupiaj się.

Po udzieleniu sobie reprymendy poczuła się lepiej. Zdecydowanym krokiem ruszyła dalej.
Mgła rozrzedziła się, obcasy już tak nie stukały, obecność za plecami znikła. Hanna z ulgą weszła w kościelny, przyjazny półmrok i usiadła w lewej nawie, w ostatniej, ulubionej ławce. Ludzi było mało, ale to też było dobrze. Zamknęła oczy, zmówiła modlitwę i weszła w swój stan spokoju.
Jednak po jakimś czasie zorientowała się, że coś jej przeszkadza. Rozejrzała się i przed sobą, dwa rzędy ławek dalej, zobaczyła plecy dwóch nastolatek. Dziewczyny kręciły się i szeptały między sobą. Zwłaszcza jedna, z burzą kręconych włosów na głowie, owinięta jakimś ogromnym, niedorzecznie kolorowym szalikiem, nie mogła usiedzieć w miejscu. Ciągle wychylała się z ławki i zerkała na ołtarz, a potem coś zawzięcie szeptała ze spokojniejszą koleżanką. Hanna zdenerwowała się. Nie lubiła obecnej młodzieży, która za nic miała wszelkie zasady i świętości. Wychowała swoje dzieci tradycyjnie, wpoiła im co jest dobre, co złe. Te dwie pannice z pewnością miały to w nosie. Wyglądało na to, że chłopak służący do mszy budzi ich zainteresowanie.
Hanna z daleka nie widziała go dobrze, ale dwie flirciary pewnie miały lepszy wzrok.
Niechęć Hanny się pogłębiła.
- Młodość, nic nie rozumieją, nie ma dla nich świętości...
- Cisza!- wysyczała do dziewczyn- jesteście w kościele!
Leciutko się obejrzały i przycichły.
Hanna twardo popatrzyła i dziewczyny skuliły się w ławce.
Kolorowa trochę się kręciła, by pooglądać chłopaka, ale już nie chichotały.
Msza toczyła się bez przeszkód, Hanna odetchnęła głęboko.
Zauważyła, że wychodząc z kościoła dziewczyny nie podeszły do chłopca, chowały przed nim. Patrząc na nie, przypomniała sobie nagle, że sama była tak wstydliwa. Bardzo się jej podobał kolega z klasy w liceum. Obserwowała go ukradkiem na lekcjach, często chodziła oglądać mecze piłki nożnej, bo wtedy bezkarnie, ukryta w grupie koleżanek, mogła popatrzeć na smukłą sylwetkę i rozwianą czuprynę kolegi. Przypomniała sobie, że i w kościele też go ukradkiem podglądała, kiedy służył do mszy.
Jakoś cieplej spojrzała na chowające się za filarem dziewczyny, czekające aż chłopak wyjdzie i pójdzie do domu. Spojrzała na Kolorową, której buzi prawie nie było widać zza tego okropnego szalika i pomyślała:
- Powodzenia mała, bądź odważniejsza niż ja byłam. Szanse się nie powtarzają, mam nadzieję, że wykorzystasz swoją.
Dziewczyny szepcząc i śmiejąc się wyszły z kościoła znikając we mgle.
Hanna postała jeszcze chwilę na dziedzińcu. Jakoś nie chciała wracać do domu. Wspomnienie chłopaka z liceum ukłuło w serce i gdzieś, w Hannie, coś zabolało. Ból nie był duży, raczej jakby stara, zagojona rana delikatnie się napięła. Echo starego urazu przepłynęło przez ciało i znikło.
Hanna popatrzyła w mgłę i nagle ruszyła. Zdziwiona spojrzała na swoje stopy, które zdecydowanie poniosły ją nie do domu, tylko w kierunku dróżki na wzgórze nad rzeką.

- Co ja wyprawiam, nie byłam tam od lat. Ciemno, mokro, zimno. Zwariowałam. Stara wariatka.

Ale nogi niosły ją raźnie, latarka w ręku oświetlała drogę, mgła się kłębiła, a serce Hanny biło mocno i szybko.
Noc się dopiero zaczynała....


Ciąg dalszy nastąpi...



PS. Można poznać Hannę lepiej tu: Hanna


Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka nadająca ze znikniętego we mgle Miasteczka.

wtorek, 17 grudnia 2019

Zluzujmy talerzyk Wszechświecie


Z racji bezczynności, choroby i bólu, przebywania w domku już dwa tygodnie w nicnierobnieniu wymuszonym, budzi się we mnie zgryźliwość, złość i niezgoda na stan w jakim obecnie przebywam.
Dni spędzam najczęściej horyzontalnie, netflix mym przyjacielem został, nawet lody nie smakują.
Powoli zdaję sobie sprawę, że to potrwa i przygotowanie wigilii staje pod znakiem zapytania.
Nie lubię być zdana na innych. Teraz widzę to z jasnością supernowej.
A potrzebuję pomocy, co jeszcze bardziej mnie wkurza...
I nawet wiedząc, to co wiem, i nawet rozumiejąc, że to wszystko jest ok, emocje napływają i powiększają dyskomfort, albo właściwie, ujawniają go.

Czuję się zresetowana do ustawień producenta.
Wszystko wysiadło, działa tylko oprogramowanie podstawowe.


W internetach Gwiazdka, w blogosferze Gwiazdka, na YT przepisy wigilijne, a ja dwa razy przypaliłam słonecznik do sałatki brokułowej i w końcu się poddałam. Obrzydliwy zapach został ze mną na cały wczorajszy dzień mimo wietrzenia.

Dlatego kiedy już któryś raz trafiłam na rozważania o tym, że pusty talerzyk przy naszych stołach pokazuje nam jacy jesteśmy niewrażliwi na drugiego człeka, jacy jesteśmy niedobrzy, bo nie zapraszamy samotnych, opuszczonych, nieszczęśliwych włóczęgów...
Zaczęłam się zastanawiać. O co chodzi?

Niech nikt nie bierze tego personalnie, to po prostu jeszcze jeden strumień świadomości, płynący równolegle do wszystkich...
Postanowiłam dodać swój głos do chóru greckiego, tylko może w innej oktawie. Tak zepsuć harmonię, skoro już jestem zła, niepogodzona i czuję się samotna, bezradna i nieszczęśliwa.
Wykorzystajmy to.

Pamiętam jedną z historii opowiadanych przez mamę.
Wiele, wiele lat temu, w latach młodości mojej mamy, obok niej mieszkała jej koleżanka. Lubiły się, czasy były trudne, bieda aż piszczała, więc dziewczyny wspierały się w tej nierównej walce o zdobycie pieniążka przy pilnowaniu gęsi, wyławianiu pijawek na sprzedaż, podkradaniu jajek i jabłek u sąsiadów.  Problemem wielkim u koleżanki mojej mamy było to, że jej mama uprawiała zawód: żebrak. To był zawód, miała na to pozwolenie. Jeszcze latem jak latem, ale zimą, kiedy mama koleżanki wyruszała w trasę żebraczą na dwa miesiące, było źle. Zostawiała dzieciom wór suszonego chleba, trochę zboża, trochę drewna i znikała.
Mojej mamy koleżanka była najstarsza, miała tak z 12-13 lat. Musiała zająć się młodszym bratem.
To nie były czasy, kiedy działała opieka społeczna, to były czasy kiedy nikt nikogo nie żałował za bardzo, bo większość miała tak samo. A jeszcze świeży był horror wojny, która bynajmniej nie uszlachetniła i nie wyczuliła na nieszczęście innych, a wręcz odwrotnie.
Moja babka jednak pomagała tym dzieciakom, karmiła, spali oboje u niej w mrozy...
Tylko trzeba to było ukrywać przed mamą-żebraczką, która idąc do pracy na dwa miesiące stanowczo, pod groźbą lania, nakazywała dzieciom nie chodzić po sąsiadach, o nic nie prosić, nic nie mówić.
Aż niestety, któregoś dnia wróciła niespodziewanie i zastała swoje dzieciaki u mojej babki. Zrobiła  awanturę. Zabrała dzieci i zlała potwornie w domu. Tak bardzo, że już nigdy do babki nie przyszli. Chłopak chyba zmarł potem na zapalenie opon mózgowych. Koleżanka mojej mamy odizolowała się od wszystkich. A niedawno mama-żebraczka zmarła w wieku lat 92...córka ją dochowała.

To tyle, jeśli chodzi o żebraków.
Może ktoś ze mną polemizować, że to było dawno, pojedyncza historia. Nie można generalizować i wydawać sądów.
Nie mam zamiaru takiego.
Tylko dotarło do mnie jakiś czas temu, że ja nie muszę stawiać żadnego talerzyka dodatkowego.

Kiedyś stawiałam, nawet tak myślałam sobie, że jakby naprawdę ktoś zastukał, to było by super, zaprosiłabym, zadbała, pomogła...
Taaaa....


Wielokrotnie słyszy się o ludziach bezdomnych, którzy wybierają takie życie i wcale nie chcą inaczej. Teraz jest opieka społeczna, zasiłki, plusy, caritasy, programy antyprzemocowe, przeciwalkoholowe itp. Jest tego mnóstwo, a żebraków, pijaków, bezdomnych nadal mamy. Często nawet ze schronisk nie chcą korzystać, bo tam trzeba trzeźwym być i dostosować się do regulaminu.
Istnieje podejrzenie, że to może ich wybór jednak?

To może samotne osoby, stare matki opuszczone przez dzieci, samotni staruszkowie, emeryci zasklepieni w swej samotności, schorowani, opowiadający smutne historie o nieszczęściu prześladującym ich całe życie. Tak cierpią szlachetnie, nie obarczając nikogo, oni może bardziej by zasługiwali na talerzyk przy stole?
Ale zawsze istnieje możliwość, że jednak to co mają, jest skutkiem ich wyborów....
Już spotykałam dziwaczne strefy komfortu. Czasem bycie biednym, chorym emerytem to ogromnie przyjemne miejsce do siedzenia dla niektórych. Troszku tym zatruwają otoczenie, ale przecież o to chodzi...

Mogłabym tak długo, zawsze by znalazło się coś.
W zeszłym roku słuchałam opowieści o tym, jak reagowali niektórzy beneficjenci szlachetnej paczki, Bynajmniej nie z wdzięcznością. Raczej z wyrzutem, że takie grube, najtańsze podpaski dostali ;)

Wiele można na ten temat mówić. Najwięcej o braku wrażliwości w obecnym świcie.
Ten talerzyk stał się obecnie symbolem naszej ogólnoplanetarnej pokuty.
Źli ludzie, którzy nie zauważają drugiego człowieka, źli, bardzo źli....
Dla nich tylko rózga, samolubów jednych...


Jednak mimo wizji rózgi, zawsze mnie śmieszy żart o harcerzu:
- Druhu komendancie, melduję, że zadanie wykonane!
Dwadzieścia staruszek przeprowadzonych przez pasy. Kilka się opierało, ale dałem radę!


Może dajmy sobie spokój.
Dajmy staruszkom iść, gdzie chcą.
Może to jest czas, by dać SOBIE prezenty,
Miłość, uwagę, dobre jedzonko, miłą atmosferę, spokój, ludzi, których kochamy, ludzi z którymi najbardziej pragniemy być.
Bądźmy dobrzy dla nas samych. Włóżmy ciepłe skarpety, przytulmy rozmruczanego kota.
Zróbmy sobie kakao, rozpalmy w kominkach, popatrzmy w ogień...
Otulmy kocykiem siebie...
I wtedy nic nie musimy robić...


Reszta dzieje się sama.






Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja zawsze, obecnie wredna, zła i przekorna,
Prowincjonalna Bibliotekarka ;)






piątek, 6 grudnia 2019

Prezent dla mnie, Wszechświecie.


Grudzień zaczął się lenistwem.
Choć najpierw zaproponował zapalenie zatok i rwę kulszową.
Chciał nie chciał, przyjęłam. Mało asertywna jestem, wciąż muszę ćwiczyć jednak.
Niemniej z perspektywy czasu i opioidów przeciwbólowych stwierdzam, że prezent zamówiłam.
W takim wypadku trudno odsyłać i tłumaczyć się niepoczytalnością.
Kliknęłam: kupuję i płacę.

To siedzę. Oba pośladki bolą od leżenia, zastrzyków i rwy. Okazało się, że brak samodzielności dokucza mi bardziej niż myślałam, że będzie. Zosia Samosia we mnie cierpi i siąka nosem. Z kolei Mała Ania czuje się biedna, bo syn i mąż mają swoje sprawy, wyjeżdżają, zostawiają samą, bezradną i uwięzioną w domu. Paradoks goni paradoks. Jak tak spojrzysz na chorobę, sporo się dowiesz o sobie. To siedzę i się dowiaduję.

Pisałam o metodzie Feldenkraisa. Ćwiczenia, mikro ruchy wykonywane w komforcie, bez napinki, niewidoczne, ale wpływające na świadomość, na układ nerwowy, na jego rozwój. Byłam na dwóch całodniowych warsztatach w listopadzie. Jak dla mnie, rewelacja.
Nie musisz robić tak jak inni, nie musisz nic. Czasem wystarczy wyobrazić sobie ruch i on się zadzieje. Tak fajnie nasz mózg ma. Wyobrażamy sobie, a on odbiera to tak, jakby ruch zaistniał.
Poruszają się mięśnie, przepływa ciepło, czuję rezonans w ciele. Magia?

Poruszam minimalnie prawym barkiem, ruch jest niewidoczny. Czuję jak wraz z barkiem rusza się łopatka, jak coś przepływa przez mój kręgosłup, jak po przeciwnej, lewej stronie ciała, talerz miednicy się leciutko odzywa. Rezonans ruchu w ciele. Jak drobne fale na wodzie.
Kiedy delikatnie , minimalnie rozsuwam w wachlarzyk palce prawej stopy, czuję prawe kolano, udo, mój kręgosłup się leciutko skręca, miednica też, czasem place lewej dłoni się też leciutko rozsuwają.
Kiedy robimy zwykłe ćwiczenia, tak jak każe instruktor, w tempie, nie mamy cienia szansy zauważyć jak ten ruch idzie, co na to nasze ciało. A ciało często krzyczy: NIE!
Ciągnie, boli i piecze.

W tej metodzie pytam moje ciało, moje barki na przykład: który chce ćwiczyć? Często lewy jest oporny, cięższy i wiem, że nie chce. Wtedy prawy ćwiczy. Tyle ile chce. Okazuje się, że nasze ciało jest tak idealnie skonstruowane, że wystarczy ćwiczyć prawy, by lewy też brał udział. Nasze półkule mózgowe się dogadają. Lewa strona ciała z prawą stroną cały czas się komunikują, uzupełniają się nawzajem. Pomagają sobie.
Kiedy poruszam leciutko prawą stroną miednicy, czuję rezonans w lewym barku.
Naprawdę magia.

Najbardziej mnie cieszy czucie ciała. Pytam, a ono odpowiada. I rozumiem co ono mówi.
Kiedy tak jak ja, we wczesnym dzieciństwie już, odcina się emocje i ucieka od nich, bo bolą, traci się kontakt z ciałem. Nie czuje się bólu, ale też nie czuje się ciała. Staje się ono tylko narzędziem do jak najlepszego wykorzystania. Ma pracować. Ma nosić, ma być niezawodne. Kiedy boli, łykamy tabletkę i dalej. Kiedy drży, ma przestać. Kiedy zalewa je fala gorąca, zimny prysznic. 
Ma nie przeszkadzać.
Nigdy nie pytałam mego prawego barku czemu boli? Nawet mi to do głowy nie przyszło.
Słowo psychosomatyka wtedy nie istniało w moim słowniku.

Teraz czuję się bardziej.
Bardziej związana z ciałem, bardziej uważna. Nasz kontakt staje się przyjacielski, partnerski bym powiedziała.

Dzieje się też coś więcej. Dużo więcej.

Dziewiętnaście lat mieszkam na pierwszym piętrze w bloku.  Nie wysoko, ale jak tacham zakupy i torbę (lubię duże),  to upierdliwie zawsze kucam pod drzwiami mieszkania i szukam kluczy. Często w głupich pozycjach, bo zawsze mam nadzieję, że wsadzę rękę do torby i wyciągnę klucze. Może nie trzeba odkładać tych wszystkich zakupów? Bo się rozsypią, wypadną z reklamówek. A czasem kolana strzykają, kręgosłup zaiskrzy...
A klucze nigdy prawie nie leżą na wierzch, tylko zawsze trzeba grzebać głęboko.
I miałam syndrom Muchy :)


I tak się bawiłam lata całe, kombinując jak koń pod górę. Niby próbując inaczej, ale zawsze wychodziło tak samo.

ASZTUNAGLE....
Dwa dni po warsztatach wchodzę po schodach. I zupełnie niespodziewanie na półpiętrze podchodzę do okna, kładę zakupy i torbę na szerokim parapecie. Spokojnie wyciągam klucze, biorę manatki i z kluczami w ręku idę po schodach dalej, do moich drzwi. Lekko, naturalnie, jakbym to zawsze robiła.
Jakaś część mnie patrzy na to i jest zdziwiona niepomiernie: co ja robię? A reszta mnie działa. Nie ma kucania, nerwów, strzykania w kolanach. Jest spokój i luz.
Czemu nie wpadłam na to wcześniej?

Ano, moja Babka Szura miała rację: kto jak się nauczy, tak śpi i mruczy.
Kiedy coś się zadzieje, a my zareagujemy, nasz system nerwowy wybierze tę reakcję jako paradygmat w każdej tego typu sytuacji. I zawsze ją nam zapoda jako jedyną w tym wypadku.
Wytworzy się norma. Żelazna.
Czyli brak innych opcji.

Kiedy wybrałam odcięcie od ciała i wykorzystywanie go jak maszyny, taka norma powstała u mnie.
I wszystkie ścieżki prowadziły do modelu: zawsze coś!
Tak zaczęłam postrzegać całe Życie bardzo wcześnie.
Biedna Mucha....

A kiedy wreszcie zapytałam na warsztatach moje własne ciało: słuchaj, a ty w ogóle masz ochotę na ruszenie barkiem? I odpowiedź przyszła; tak, ale tylko prawym...
Zadziałała magia, powstała druga opcja, norma poluzowała, system nerwowy zaiskrzył i powstało jakieś inne połączenie...
I stało się.
Dla mojego dobra, dla większej wygody, dla większej zgody z Życiem.

Magia dostępna dla każdego.
Pod warunkiem, że zechcemy użyć.

Nie miałam pojęcia ile moich codziennych ruchów jest nawykowych, w ilu schematach ruchowych działam i jak bardzo one ograniczają moją ŚWIADOMOŚĆ.
Że w ogóle ma to jakiekolwiek połączenie.
Ruch i świadomość.
Ciało i umysł.

Absolutnie chcę mieć więcej opcji.
Nie tylko tak albo nie, nie tylko albo albo.
Chcę to, albo to, albo to, albo to....
Chcę wszystkiego co moje Życie uczyni milszym, lżejszym, wygodniejszym dla mnie.

I piszę to ledwo siedząc w fotelu z moją rwą kulszową :)
I zrozumiałam, że właśnie dlatego to piszę.
Wszystko jest po coś,Wszechświecie.

I ja tego chcę na Mikołajki.




"Praca metodą Feldenkraisa działa jak terapia, chociaż z założenia terapią nie jest.To lekcje siebie poprzez ruch. Więc nikt Cię nie terapeutyzuje, nikt Cię nie naprawia. Ale terapia to nie tylko naprawianie, usprawnianie, korekta... Terapia to przede wszystkim poszukiwania. To poszukiwanie nowego, które jest w Tobie obecne. Wystarczy znaleźć drogę... Więc to jest o tej drodze właśnie... Droga do siebie w poszukiwaniu siebie, siebie z przed. Bo każdy z nas ma jakieś swoje "z przed".

Warsztat metody Feldenkraisa to są lekcje ruchu....Bo pada prośba o ruch, ale nikt Ci go nie pokazuje. Nie ma żadnego wzorca. Żadnej poprawności z zewnątrz, do której mógłbyś się odnieść. Totalne zagubienie - po co mam się uczyć ruchu który znam, który codziennie wykonuję. A potem zdziwienie, bo coś się zmienia... Bo zmienił się nie tylko sposób poruszania, ale pojawiają się uczucia, czasami wspomnienia, zapomniane zapachy, miraże przeszłości, przyszłości, ulotność teraźniejszości. Może pojawić się radość i lekkość, a może popłynąć łza. Łza która jest jak zapomniana kropla z zapomnianej zaprzeszłej przeszłości. Może kiedyś miałaś lub miałeś ochotę ją wypłakać, ale nie zdążyłaś, nie zdążyłeś. Więc wypłynęła teraz, przy lekcji o ruchu. Pamięć ruchu to również pamięć znaczeń i emocji przypisanym jeszcze sprzed tych znaczeń. Zanim nauczyłeś się, co jest dobre i jakie emocje zamknąłeś kiedyś w tym słowie, jakie wartości i zabarwienia mu przypisałeś. Żeby jeszcze raz znaleźć się w tym czasie "z przed", uczyć się siebie od początku.

Rozwój. Terapia bez naprawiania, korygowania i usprawniania. Szukanie. Aby łatwiej było żyć, żeby piękniej można się było poruszać. Żeby perliściej się śmiać, a czasami żeby w ogóle zacząć się śmiać...
Lekcja samego siebie. Neuro-edukacja w praktyce, a nie w książce.

Tekst: Ewa Paszkowska Demidowska





Pozdrawiam Wszechświecie, twoja obłożona kocykami, psem i kotami, leniuchująca Prowincjonalna Bibliotekarka.

czwartek, 21 listopada 2019

Rytualny mord Wszechświecie


Dzisiaj moja znajoma powiedziała, że po Wszystkich Świętych tak źle się czuła, że myślała o wezwaniu pogotowia. Bolało w klatce piersiowej, dusiło, czuła potworny ciężar.
A  w czwartek przed świętem byłam sama w bibliotece, bo koleżanka wzięła wolne by gotować i piec. I przyszła młoda mama z dwójką córek, bo nie mogła wytrzymać w domu ze swoją mamą, do której przyjechała. Rodzicielka zasuwała w kuchni, wibrując zmęczeniem i drażliwością, wściekła, że musi to robić, niezdolna przyjąć pomocy, twierdząc, że wcale się nie denerwuje.

Taka wprawka przed Gwiazdką się odbywała.
Rok zatacza koło, a my razem z nim.
Już zamordowaliśmy miliony chryzantem, zwielokrotniliśmy ilość plastiku na planecie, pobaliśmy się samotności i śmierci, odbyliśmy przymusowe sesje psychopatologiczne z rodziną. Odchorowaliśmy tłumione emocje (zadziwiające ile osób przeziębia się na cmentarzu albo przewiewa), psychosomatyka odpuściła.

Zbieramy siły. Grudzień nieuchronnie nadejdzie...



Moja siostra Małgo powiedziała mi, że w dzieciństwie we wszystkim widziała schematy. Czuła, że narzuca się jej jak żyć, że nie miała przestrzeni na to by być sobą. Idąc później w życie postanowiła pójść własną ścieżką. Co było trudne, bo wymagało zmiany paradygmatu wbitego boleśnie w dzieciństwie. Być może po to on właśnie jest?

Czytam teraz genialną książkę Moshego Feldenkraisa: Świadomość przez ruch. Przeleżała na półce dwa lata, zanim do niej dotarłam. Ale tak miało być, nie zrozumiałabym wcześniej. Nadal nie wszystko załapuję i trochę to potrwa, ale garnęłam już kilka spraw.
Rozwój to i prosta, i skomplikowana sprawa.

 "W każdym ludzkim działaniu można wyodrębnić trzy następujące po sobie fazy. Dzieci mówią, chodzą, walczą, tańczą, a potem odpoczywają. Człowiek pierwotny również mówił, chodził, walczył, tańczył i odpoczywał. Na początku  rzeczy te robiło się "naturalnie", czyli tak jak zwierzęta robią to wszystko, co jest im potrzebne do życia.
...We wszystkich częściach świata, nawet w wyizolowanych grupach na wyspach, żyją plemiona które w sposób naturalny nauczyły się mówić, podobnie jak biegać, skakać, walczyć, nosić ubrania, pływać, tańczyć, szyć, prząść wełną, wyprawiać skóry, wyplatać koszyki, itd. Jednak w niektórych miejscach owe naturalne czynności rozwijały się i ewoluowały, w innych pozostają niezmienione od najdawniejszych czasów.
Faza druga: indywidualność.
W czasie i miejscach, gdzie dochodziło do rozwoju czegoś nowego, zawsze napotykamy szczególną fazę indywidualną. Pewne osoby odnajdują swój osobisty, szczególny sposób wykonania czynności, które przyszły naturalnie. Ktoś mógł znaleźć własny sposób wyrażania siebie, kto inny szczególny styl biegania, inny sposób tkania, wyplatania koszy czy też odmienny, indywidualny sposób robienia czegoś, co zaczęło odbiegać od naturalnego sposobu. Kiedy okazywało się, że taka metoda osobista przynosi istotne korzyści, zazwyczaj przejmowali ją inni. W ten sposób Australijczycy opanowali sztukę rzucania bumerangiem, Szwajcarzy nauczyli się jodłować, Japończycy uprawiać judo, a mieszkańcy Morza Południowego pływać crawlem.
Faza trzecia: metoda i profesja.
Kiedy pewien proces daje się przeprowadzić na szereg sposobów, może się pojawić ktoś, kto dostrzeże znaczenie samego procesu, oprócz sposobu w jaki jest on przeprowadzany przez jednostkę. Odnajdzie on coś wspólnego w indywidualnych przedstawieniach procesu i zdefiniuje proces jako taki. Przez to, w fazie trzeciej, proces zostaje przeprowadzony zgodnie ze szczególną metodą będącą wynikiem wiedzy, nie jest on już naturalny."

I po ptakach.

Dalej Feldenkrais pisze:"...Można zaobserwować, jak praktyki naturalne ulegały metodom nabytym "profesjonalnym" i jak społeczeństwo generalnie odmawia jednostce prawa do stosowania metod naturalnych, zmuszając ją do uczenia się przyjętego sposobu robienia czegoś zanim pozwoli jej się pracować.
Na przykład rodzenie dziecka było kiedyś procesem naturalnym i kobiety wiedziały jak pomóc sobie nawzajem w potrzebie. Lecz odkąd położnictwo stało się przyjętą metodą, a położna kobietą z dyplomem, zwyczajnej kobiecie odmówiono prawa i zdolności do pomagania innej podczas porodu.
Obecnie jesteśmy świadkami trwającego procesu rozwoju świadomie skonstruowanych systemów w miejsce metod indywidualnych i intuicyjnych oraz tego, jak działania niegdyś przeprowadzane w sposób naturalny stają się profesjami zarezerwowanymi dla specjalistów."


Każdy z nas bierze w tym udział przez całe życie. Doszliśmy do absurdów wielkich jak Kosmos i brniemy dalej, indywidualnie i jako społeczeństwa. Tworzymy na bazie systemów następne systemy.
I o ile nie mam wpływu na ogólne systemy i innych ludzi, to mam wpływ na siebie. Choć to nie było takie oczywiste, bo ogólnie wszyscy uważamy, że to Życie nami zarządza, a nie my Życiem.
Pewnie to przekonanie jest tak powszechne, bo jest łatwiejsze do przyjęcia. Wygodniejsze do siedzenia. Wyjmuje z naszych rąk ster i możemy usiąść na ławeczkach z tyłu i ponarzekać. W grupie, razem z takimi samymi jak my. Czyż to nie przyjemne? Siedziałam, to wiem.

A w sterówce pusto...i czort wie dokąd statek płynie.

A na pytanie, które czasem padnie z ust kogoś przytomniejszego: czy płynie z nami sternik?; rozglądamy się po sobie i mówimy: nieee, ja nie mam papierów na to.



Ja jestem nauczycielką. Czy naprawdę uczę?
Ja jestem lekarzem. Czy naprawdę leczę?
Ja jestem prawnikiem. Czy naprawdę prawo jest prawem?
Ja jestem budowlańcem. Czy naprawdę buduję?
Ja jestem naukowcem. Czy naprawdę odkrywam?
Ja jestem bibliotekarką. Czy naprawdę ??????????

Kim jestem?


Tym kim zechcę.



PS. Gdyby ktoś chciał poszerzyć horyzont swoich zdarzeń, to można poćwiczyć mikroruch Metodą  Feldenkraisa. Ćwiczenia te są doskonałe dla wszystkich oraz bardzo pomagają dzieciom ze spektrum autyzmu. Poszukajcie na YT. Kto szuka..;)
PS2. Dogrzebałam się, że w listopadzie rok temu też to rozkminiałam i post popełniłam, nie ma przypadków :) Ach ty listopadzie wredny : Małpie życie


Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zbuntowana jednostka indywidualna,
Prowincjonalna Bibliotekarka.

piątek, 8 listopada 2019

Kobiece kręgi Wszechświecie.


Uffff...
Zamotało się w Życiu.
Trochę jakbym siadła na saneczki i zjechała z górki na pazurki.
Tylko na dole mgła była, nie bardzo wiedziałam dokąd jadę.
Ale zjechałam...

To od początku...
Kiedy wyniosłam się z rodzinnego miasteczka, już nie wróciłam. Życie skupiłam na byciu matką i żoną. Chłopaki moje, praca, studia. Wszystko płynęło. Tak jak u każdego. Zmartwienia i troski z momentami wytchnienia, jeśli już sobie na to pozwalałam. A pozwalałam rzadko. Bardzo rzadko. Czujność była sposobem życia wyniesionym z domu. Nigdy nie wiadomo co zdarzyć się może.
A moim zadaniem było wypatrzyć wszelkie zagrożenia i zneutralizować. Albo przynajmniej kontrolować. W takim stanie lepiej nie mieć wyobraźni, ale ja miałam...

Jasne było, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam o tym, że się wypalę.
Więc się wypalałam powoli...

A w rodzinnym miasteczku, dziewczyny z podstawówki w liczbie sześciu spotykały się tak z dwa razy w roku, by się powspierać, pogadać, pobyć w miłym towarzystwie.
Kiedy przyjeżdżałam do mamy czasem spotykałam Jolę, zapraszała mnie, ale zawsze znajdywałam wymówkę. Podstawówka była niemiłym czasem, ciągle patrzyłam na nas, z tamtych czasów, przez pryzmat dzieciństwa i w ogóle nie miałam ochoty tam wracać.
Poza tym wypalałam się przecież :)

Jednak gdy uciekasz, to cię gonią, więc jak już depresja przyszła i czułam się jak kupka popiołu na wietrze, nadszedł moment terapii i grzebania w dzieciństwie.
Jaka ja sobie jestem wdzięczna za pisanie pamiętników od piątej klasy. Choć mogłam przestać.
Pierwszy pamiętnik z czwartej klasy, znalazł mój ojciec, pokazał mamie i strasznie mnie obśmieli. Spaliłam go w piecu. Wstyd pomieszany z wściekłością nie spalił się wtedy. Został ze mną na długo.
Ale zaczęłam pisać następny pamiętnik, chowałam go tylko bardzo. Potrzebowałam pogadać ze sobą, uporządkować myśli, uzewnętrznić emocje, bo już wtedy tylko tak umiałam. Już wtedy odcinałam ciało, bo się trzęsło, drżało, w nim budziły się te wszystkie okropne uczucia strachu. Obwiniałam ciało, że jest takie męczące. Miało być spokojne.
Więc pisanie było kurkiem bezpieczeństwa.

Kiedy dorosłam, kiedy Odwaga zaczęła pracować we mnie, sięgnęłam po pamiętniki. Najpierw te z LO, bo to był lepszy czas. Ale w końcu, niepewnie i ze strachem, zabrałam się za te z podstawówki.
I okazało się, że nie było tak źle. Byłam samotna, przerażona i wściekła. Ale byłam też kreatywna, zabawna, żywiołowa i potrafiłam jednak się cieszyć. Koleżanki i koledzy z dystansu trzydziestoparoletniego okazali się być tacy sami jak ja, w tamtym czasie.

A ja zawsze czułam, że jestem najgorsza, najgłupsza, do niczego.
I bardzo pracowałam by to ukryć, zamazać mój wstyd.
Dokładnie to, po ponad trzydziestu latach, nie pozwalało mi na spotkanie z dawnymi przyjaciółkami.

Wstyd.



Ciężko to było zobaczyć. Ciężko było dokopać się do tego.
Bardzo głęboko schowany, zawalony lękiem, złością, wyparciem, smutkiem, rozpaczą, wściekłością, perfekcjonizmem, WSTYD był całkiem nierozpoznawalny.
Rządził moim życiem długo, jak dyktator schowany w przeciwatomowym bunkrze, nadawał tylko komunikaty i polecenia przez radio, ale posłuch miał 100%. Wykonalność też.

Aż wreszcie dojrzałam, choć jeszcze nieświadomie, choć jeszcze myśląc, że to lęk mnie powstrzymuje. Złapałam lejce w swoje ręce i wybrałam się dwa lata temu na spotkanie.

Bo Jola, kochana Jola, przez trzydzieściparę lat, od czasu do czasu kiedy mnie spotykała, nienachalnie mówiła: Anka, jak masz ochotę, to spotykamy się w czerwcu, przyjdź, dziewczyny się ucieszą...
To się nazywa: trzymanie przestrzeni...
Ona nawet o tym nie wiedziała, ale to robiła. Dla mnie.

Kiedy pojechałam na pierwsze spotkanie, cała drżałam. Trzęsłam się jak galareta, ale dzielnie postanowiłam nie brać tabletki przeciwlękowej. Miałam ją ze sobą w torebce, jako koło ratunkowe, na wszelki wypadek.
Weszłam do sali, kręciło mi się w głowie, mdliło i miałam wrażenie, że upadnę.
Ale moje nogi poniosły mnie do stolika, moje ręce obejmowały, moje oczy były mokre, moje usta się uśmiechały, moje serce biło mocno, tak jak serca przytulanych koleżanek.
I to wszystko uświadomiło mi, że jestem tam, gdzie powinnam być, jestem taka sama jak one, a ten krąg jest też moim Kręgiem. To było trochę tak, jakbym odnalazła kawałek siebie, który zgubiłam...



Każda z nas jest taka, jakie byłyśmy w podstawówce. Ekspresja, wrażliwość, drobne ruchy, tiki, sposoby reakcji, to wszystko takie znajome. Ale jednocześnie jesteśmy inne, głębsze, bardziej  świadome, bardziej wyraźne.
Jakbyśmy były w dzieciństwie malowane delikatną akwarelą, a teraz powstał soczysty obraz olejny, więcej cieni, więcej konturów, więcej koloru, więcej kontrastu. Pełnia.
Kobiety mają MOC.

Po pierwszym spotkaniu były następne i następne, i za każdym razem czułam, że to jest magiczne. Tyle emocji w ruchu, tyle wsparcia i dobra. Tyle podtrzymania w smutku, bo wszystkie wchodzimy w czas, kiedy rodzice zaczynają nas opuszczać. Co jest trudne gdy byli dobrzy, a jeszcze trudniejsze, gdy byli niekoniecznie dobrzy.
Jest to też lustro, mogę się przejrzeć w oczach każdej z nich i mój wstyd tego nie wytrzymał.
Poszedł sobie.
Bo w oczach moich przyjaciółek odbijam się bezwstydnie, prawdziwie i szczerze. Nie chowam się za systemami obronnymi, choć nie wszystko mówię. Każda z nas ma swoje strefy prywatne, ale to jest bardzo ok. Każdy musi mieć swoją Przestrzeń.

Wchodząc w świat duchowości i rozwoju na chwilę zatrzymałam się w strefie, gdzie twierdzono, że wszystko jest we mnie. Jest. To akurat prawda.
Jednak bez innych ludzi, interakcji z nimi nie zobaczę tego wszystkiego. Na nic wielogodzinne medytowanie, na nic zaglądanie w siebie i tylko w siebie. Kontakt z innymi daje nieograniczone możliwości spotkania siebie na wielu, wielu płaszczyznach. Jest to trudne, trudniejsze niż by się wydawało.
Ale mam głębokie przekonanie, że właśnie po to tu wszyscy przyszliśmy...


By widzieć innych, by widzieć siebie, by poczuć to, jak piękni jesteśmy i podzielić się tym.









PS. Jola DZIĘKUJĘ :)
PS2. Wstyd tak łatwo nie odpuszcza, przemieszcza się i przebiera, ale skubany, namierzony został ;)
PS3.  A teraz Jola trzyma przestrzeń dla następnej Zguby...poczekamy.






Pozdrawiam Wszechświecie, twój kawałeczek w Kręgu Życia, Prowincjonalna Bibliotekarka.