Obserwatorzy

środa, 19 września 2018

Ciemna dolina Wszechświecie...bardzo ciemna.




 Zdzisław Beksiński- wykopek 


"Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną"-
Stary Testament, psalm Dawidowy, czy jakoś tak ;-)

Cóż Wszechświecie, jesień...
Jesień to czas obfitości, pełnych stodół i spiżarni, odpoczynku, zamykania pracowitego, letniego rozgardiaszu, czas czerwonych jarzębin, pomarańczowych dyń, kolorowych liści, czas na posiedzenie na ławeczce przed domem i cieszenie się ciepłym, niepiekącym, złotym światłem słońca.
Piękny czas.

I jest to jednocześnie czas nasilenia się depresji. Tak jak na wiosnę, tak i na jesieni wzrasta ilość ludzi, którzy zapadają w marazm, szarość, niechęć. Osuwają się w żal, słabość, smutek, beznadziejność i strach. Statystyki kłamią z założenia, ale coś tam pokazują. I jak rozejrzeć się po okolicy, to właśnie tak jest.
Dlaczego ?
Dlaczego w momencie, gdy możesz usiąść na ławce, rozprostować nogi, rozluźnić barki i pośladki, oprzeć głowę o ścianę i BYĆ, nagle otwierasz oczy i siedzisz w obrazie Beksińskiego?
Znam z autopsji :-) Znaczy z sekcji umarlaka :-)  Znaczy z tego, co wygrzebałam u siebie.
Kiedy życie zwolniło tempo, dzieci dorosły, skończyłam studia, praca zmieniła się na wymarzoną...zrobiło się szaro.
To nie było tak, że od razu, to skradało się powolutku, jakieś cienie w kątach pokoju, jakiś niepokój, coraz częstsze zmęczenie, dużo snu, coraz cięższe ciało, coraz trudniej wstać z łóżka, malutkie kłopoty jak góry w Himalajach, ludzie męczą, czemu tyle mówią o jakichś beznadziejnych sprawach, czemu ja nie mogę wykrzesać z siebie iskierki energii nawet, zaległości w pracy nie do przeskoczenia, drżą mi ręce, jestem beznadziejna, czemu wszyscy mnie krytykują, kiedy się ostatnio uśmiechałam, kiedy ostatnio płakałam...nie wiem. I ciągle chora byłam...zapalenia zatok, uszu itp.
Długo można by pisać. Każdy po swojemu wsuwa się w szarość. I w niej mieszka.

Po jakimś czasie, długim raczej, trafiłam prywatnie do lekarza internisty, któremu powiedziałam, że coś ze mną się dzieje. Już byłam pod ścianą. I miałam szczęście, bo to dobry lekarz. Dziękuję Wszechświecie :-)
Diagnoza: DEPRESJA.
Kochany lekarz dokładnie mi wytłumaczył. To zaburzenia w chemii mózgu, padły słowa: hormony, neuroprzekaźniki, zwrotny wychwyt serotoniny, dopamina, noradrenalina.
Ja wyjściowo pielęgniarka jestem. W zawodzie nie pracowałam, ale takie medyczne tłumaczenie było jak dla mnie. Rozpłakałam się z ulgi.
To tylko depresja. Jestem chora. To się leczy.
Antydepresanty :-)
Tak...nie byłam gotowa. Dziękuję Wszechświecie. To był etap już łagodniejszy. Dostałam wyjaśnienie zgodnie z poziomem na którym wtedy byłam. Nie dało się inaczej, wtedy bym nie zrozumiała. Nie miałam jeszcze ODWAGI.
Antydepresanty pięknie złagodziły szarość. Taka puchata i miła się zrobiła. Przytulna. Zagnieździłam się w tym, odpoczęłam, lewitowałam w przestrzeni spokoju, wyciszenia i braku nacisku...do czasu.
Bo po kilku latach dostrzegłam...
Brak koloru, brak marzeń, brak radości, BRAK...nawet nie wiedziałam jak to nazwać.
Na antydepresantach nie czuje się dużo. Właściwie mało. O to właśnie chodzi z resztą.
To i pomoc, i pułapka.

Jeżdżąc do pobliskiego miasta zahaczałam wzrokiem o szyld na szarym, drewnianym domku z gankiem, nieadekwatnym zupełnie do nowoczesnych, murowanych domów na głównej ulicy miasta. Mój wzrok zaczepiał się na tym szyldzie, przyklejał do niego, kiedy mijałam domek jeszcze oglądałam się na szyld, nie mogąc wyczepić spojrzenia. Pół roku.
Na szyldzie było napisane : Psychiatra  Justyna Anna...
No już wyraźniej nie można było :-) Ale decyzja należała do mnie.

Po pół roku zdecydowałam się, nie wiedziałam co ja jej powiem, przecież się leczę, wprawdzie u internisty, działa...tylko coś nie gra.
Psychiatra Justyna Anna od razu załapała. I dała namiar na swoją koleżankę psycholog Ewę. I pooooszło... :-)
Z górki na pazurki, świat się zmienił, huragan zaczął zamiatać stare, niejedno tornado się z przewaliło. Miałam wrażenie czasami, że spadam, nie miałam się czego chwycić...wszystkie stare podpórki okazały się spróchniałe.
Martwa przeszłość dogoniła i kazała autopsję robić.
Grzebałam więc w tym nieświeżym truchełku mojej przeszłości.
Powoli odstawiłam antydepresanty.
Kolor wrócił...
Przeszły migreny...
Zrobiłam się zdrowsza.
Powoli...

Po trzech latach rozumiem więcej.
I wiem, że depresja to nie choroba.

Byłam tam, widziałam i wyszłam. W połowie terapii zorientowałam się, że jest objawem.
To trochę zmyłka, że jest chorobą. Owszem, są objawy biochemiczne w ciele, ale to jest SKUTEK, nie przyczyna.
Depresja jest objawem życia kompletnie niezgodnie z sobą.
Choć siedząc w tej studni depresyjnej, na gwoździu nawet czasem, nie chcemy tego zobaczyć. Ze strachu. I na pewnym etapie łatwiej przyjąć, że to choroba, jak każda inna. I brać leki. Każdy po swojemu sprawę ogarnia. Tak jak ja. Oczy szeroko zamknięte. Aż przyszedł czas i pomoc :-)

Na tej jesiennej ławeczce, w złotym blasku słońca, pod czerwoną jarzębiną możemy spotkać SIEBIE.
I to nasz największy, NAJOGROMNIEJSZY strach.
Latem nie ma czasu na posiedzenie, robisz, robisz, robisz...
Jesień zatrzymuje. I klops.

"Chciażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną."
Ja to zupełnie inaczej interpretuję niż kościół. Ja nawet myślę, że oni specjalnie nie tłumaczą, bo to by uczyniło ludzi bardziej świadomymi.
Ty jesteś ze mną.
Nie o Boga chodzi. On jest ZAWSZE Z NAMI, nawet w studni.
Nigdy nas nie porzuca, nigdy nie ocenia, nic nie wymaga, kocha nas i akceptuje takimi jakimi jesteśmy. Jakżeby inaczej. Stworzył nas z z siebie. On nie ma problemu z samoakceptacją ;-)
Ja i Ty. JA.
CAŁA JA.
Wszystkie moje wewnętrzne MałeBibliotekarki: wyparte, wyrzucone, niewidzialne, niekochane, znienawidzone. Poprawiane, korygowane, przemalowywane.
Teraz przytulone, widziane i przygarnięte do serca. Takie jakie są.
JA, DUSZA i ŹRÓDŁO/BÓG.

Trójca. Całość.

Na razie tak :-)


Zdjęcie: Joanna Polak

Pozdrawiam Wszechświecie, Prowincjonalna Bibliotekarka na ławeczce :-)

czwartek, 13 września 2018

Wstyd Wszechświecie, całkiem goła baba!


Pamiętam Wszechświecie...

Różne rzeczy pamiętam. Okazało się, że niektóre, które pamiętam nawet z obrazami zdarzeń w głowie, nie zdarzyły się. Tak przynajmniej mówią moi rodzice, zapytani niedawno.
Zdziwione spojrzenia, dwa wielkie znaki zapytania...A ja nadal uważam, że było tak jak pamiętam, całym ciałem czuję, że było tak jak w mojej głowie.
I obecnie ufam bardziej sobie, choć czasem siebie nie rozumiem. :-)

Pamiętam.
W kącie pokoju jest szeroki wieszak na kurtki. Dużo tego tam wisi. Tuż pod wieszakiem stoi pluszowy, ciemnoniebieski tapczan, taki z podniesionym zagłówkiem. Wieszak jest na tyle nisko, że kurtki dotykają zagłówka. MałaBibliotekarka często korzysta z tego ukrytego miejsca. Schowana w kącik, skurczona w kulkę, w kącie za kurtkami czuje się bezpiecznie. Nie widać jej. Znikła.
Słyszy tylko swój oddech, ale to jest dobre. To nie pozwala zniknąć całkiem. Oddech, o czym ona wtedy jeszcze nie wie, jest jak sznureczek przy baloniku. Utrzymuje ją na Ziemi. Nie pozwala odlecieć w siną dal, choć tak bardzo by chciała.
Uciec nie uda się, ale zniknąć można. Też działa. W tamtym czasie, to odkrycie ratuje życie.

Od kilku lat po cichutku podczytuję Dzika Kura. Kury młodsze, starsze gadają tam sobie fajnie, ja tam chadzam i oglądam Kurzy Świat, bo ciekawy :-) Nie komentowałam do tej pory, bo one tam takie zżyte ze sobą, nie wpychałam się.
I ostatnio trafiłam tam posta ze słowem EKSHIBICJONISTYCZNY, TU zajrzeć należy.
Temat mnie ruszył, więc się odezwałam. Przymus pomagania ludziom, stykanie się z niewdzięcznością za pomoc, oczekiwania...Mocne. Przeżyłam sama. Kury też, bo komentarzy jest mnóstwo. Kurnik się rozgdakał, wiele głosów, wiele emocji, wiele energii w działaniu :-)

A potem przez kilka dni w mojej zewnętrznej i wewnętrznej przestrzeni życiowej wracało do mnie słowo: EKSHIBICJONIZM.
Znaczy Wszechświecie dajesz znaki by popaczyć :-)

Więc poklikałam do Wikipedii, która oddaje aktualny stan pojęciowy umysłu zbiorowego ludzkości i czytam:
Ekshibicjonizm – rodzaj parafilii seksualnej, stan, w którym jedynym lub preferowanym sposobem osiągania satysfakcji seksualnej jest demonstrowanie swoich narządów płciowych lub aktywności seksualnej (np. masturbacji) obcym osobom – zazwyczaj płci przeciwnej – które się tego nie spodziewają[1]. Osoby obnażające się nie zdradzają zamiaru współżycia seksualnego z mimowolnym uczestnikiem tej sytuacji. 
Reakcja lęku/szoku u świadka tego zdarzenia większa podniecenie ekshibicjonisty[2].
  1. Pojawiające się przynajmniej przez sześć miesięcy powracające, silnie podniecające fantazje seksualne, impulsy seksualne lub zachowania związane z pokazywaniem swoich genitaliów niespodziewającej się tego osobie.
  2. Fantazje, impulsy lub zachowania powodujące klinicznie znaczący dyskomfort lub upośledzenie w towarzyskim, zawodowym lub innym obszarze funkcjonowania[3][4].

Borzezielony! Wszechświecie!
Chyba jednak MM, pisząc, nie zajrzała do Wikipedii. I bardzo dobrze, bo by może nie odważyła się napisać tego fajnego posta.
Więc, jak już mój mózg poprocesował trochę, zaczęłam się zastanawiać.
O co chodzi? Ekshibicjonizm dotyczy genitaliów, w naszej kulturze temat TABU, strach, wstyd, inkwizycja, stosy, piekło, grzech! Po stokroć grzech! Genitalia się zakrywa! Ukrywa, nie mówi, udaje się, że ich nie ma. Dopuszczalne mówienie o nich tylko w sprośnych żartach. Pod wąsem, z przymrużeniem oka. ;-) I w pornografii, tam nawet pokazują, ale to jest BE! :-)

Jakimż cudem, Wszechświecie, post o wewnętrznych odczuciach, prawdziwy, szczery, uczciwy, dorobił się słowa: ekshibicjonistyczny?
I po kilku dniach przypomniałam sobie moje schowanko za kurtkami.
Wygląda na to, że w moim schowanku nie byłam sama, siedziała tam ze mną połowa, może trzy czwarte ludzkości. Gęsto i tłoczno. I wszyscy tam, jak te baloniki, kiwaliśmy się na sznureczkach ze swoich oddechów, starając się oddychać jak najciszej, starając się, by nikt nas nie zauważył. Ukrywaliśmy się.

I tu pojawia się kolejne brzydkie słowo: EMOCJE.
Zajrzyjmy do umysłu zbiorowego :
Emocja[a] (od łac. e movere, 'w ruchu') – stan znacznego poruszenia umysłu. Emocje charakteryzują się tym, że pojawiają się nagle i zawsze łączą się z zaburzeniem somatycznym; mogą osiągnąć dużą intensywność, ale są przejściowe[1].
No...to pocieszające, że to draństwo jest przejściowe. Kto ma ochotę na zaburzenia somatyczne i znaczne poruszenie umysłu. Wszyscy pragniemy spokoju, stabilizacji, wyciszenia...Zen, nirvany, nieba.
Ech...
I jakimś paskudnym trafem, jakąś podłą ścieżką, doszło do tego, że EMOCJE połączyliśmy z EKSHIBICJONIZMEM.
Kiedy, jak, czemu? Co się stało?
Nie wiem Wszechświecie jak u innych, wiem, co działo się ze mną.
Piszę o tym. Wyciągam moje wspomnienia i układam mojego puzzla. Wiem, że dorośli wmówili MałejBibliotekarce, że emocje są BE! ze strachu. Swojego strachu przed zobaczeniem, jak ich działania mnie krzywdzą. Kiedy dziecko nie płacze, kiedy znika, kiedy nie reaguje, kiedy chowa własne emocje, mogli udawać, że wszystko jest ok.
NIE HISTERYZUJ...i wyrzuty sumienia tak wtedy nie dokuczają.
Uwierzyłam. Uwierzyłam, że emocje są TABU, są zaburzeniem...I, że nie można ich pokazywać, bo to tak jak pokazać genitalia...Jesteś cały odsłonięty, cały widoczny, cały nastawiony na STRZAŁ.
I ktoś cię upoluje i zje.
Strach, strach, STRACH....
I wszyscy gramy w tę grę. Wymyśliliśmy mnóstwo zakazów, nakazów, dobrych obyczajów, etykiet, regulaminów, zasad, definicji.
Wszystko po to by siedzieć w kącie za kurtkami. I słyszeć tylko własny oddech. Nic więcej.
To jest SAMOTNOŚĆ.
A prawdziwa ODWAGA polega na wyjściu zza kurtek. Pomachaniu łapką: halo, tu jestem.
Na stanięciu we własnym świetle, na powiedzeniu CZUJĘ...
I magicznie, tak jak w Kurniku, nagle rozgdakają się kury...
Bo wiecie... #metoo
:-)

Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja Goła Prowincjonalna Bibliotekarka :-)



piątek, 7 września 2018

Witaj Wszechświecie...my name is Alice.

Foto by Peter Zeley :-)

Miałam kłopoty z uszami...Pamiętasz Wszechświecie? 
Bo ja pamiętam, prawie rok mrowienia, swędzenia, pieczenia, ciągle coś...To trochę przestanie, to za chwilę wraca i cholery można dostać. A lekarz nic nie może znaleźć.
Znaczy psychosomatyczne. Ok. Przeczekamy.
Problem znany, psychosomatyka nie raz mnie przewiozła przez różne, fizyczne stany organizmu, więc może jak dojdę co mnie dręczy, czego ja słyszeć nie chcę, to samo przejdzie.
Bo to fakt. Już kilka dokuczliwych rzeczy, ot taka migrena na przykład, mnie opuściło. Powoli, w miarę postępu na terapii, wraz ze zrozumieniem co i jak.
Popatrzę, poczekam....
A uszy mrowią. 

Siostra poprosiła mnie o zaopiekowanie się jej kotami, kiedy ona urlopuje. Koty niewychodzące, mieszkające w małym bloku w środku miasta. Ktoś musi ogarniać. Skorzystałam. Pomyślałam, że wyrwę się do miasta i przy okazji, zapiszę się do laryngologa, niech te uszy fachowiec obejrzy. Na wszelki wypadek. Bo wiadomo...?

Siedzę pod gabinetem. Idzie jakaś starsza pani. W białym fartuchu. Skulona, dość wiekowa, zasuszona jak śliweczka. Weszła do gabinetu. Mam jeszcze 10 minut do wizyty. Nikogo nie ma. To była lekarka? Stara jak piramidy. A ja płacę stówę za wizytę. 
Trudno. Przepadło. Odczekałam 10 min, wchodzę, a lekarka mówi: przepraszam, chwileczkę...i jeszcze chwilę śmiga na swoim srajfonie :-)
Odetchłam Wszechświecie :-)
Bardzo kompetentna, miła, pomocna. Zaordynowała jeszcze badanie słuchu, nawet mnie zaprowadziła do gabinetu gdzie to robili. Obejrzała wsio, wypytała, podłubała w uchu, obejrzała wyniki badania i powiedziała: ZDROWE USZY :-)
Psychosomatyka, dziękujemy :-)

Wyszłam na słońce. Ulica gwarna, uszy zdrowe, uznałam, że zrobię sobie dobrze w takim razie i pójdę do kina. 
Weszłam w przejście podziemne, idąc słyszę grajka grającego na akordeonie. Fajnie gra, z fantazją. Czasem mam dylemat: dać nie dać. Ale kilka dni wcześniej czytałam w internecie na czyimś blogu, że ludziom, którzy coś tworzą, trzeba dawać. Bo tworzenie to wartość sama w sobie, bardzo cenna. Utkwił mi ten post w głowie. Zaglądam do portfela, a tam dwa złote i PIĘĆ....Hm...
PIĘĆ pożałowałam. Bo do niebieskiego kotka przecież zbieram, na urlop i podróże. 
Popatrzyłam na grajka. Gra i się cieszy :-)
Siwy kompletnie hippis z kucykiem, z błyskiem w oku i rumieńcem na twarzy, zdecydowanie napędzany procentami :-) Musi alkoholik, ale jakiś taki fajny, pochyliłam się i wrzuciłam do walizki dwa złote. Wyprostowałam się i na twarzy hippisa zobaczyłam przepiękny, ciepły Uśmiech.
Nie było mocy by nie odpowiedzieć tym samym. Uśmiechnęłam się szeroko, uczucie radości zalało mnie całą. ŁOŁ!
Poszłam dalej po schodach w górę niosąc ze sobą to uczucie, wyszłam na chodnik, zrobiłam krok... i w tej chwili bzyknęła przede mną dziewczyna na rowerze. Gnała jak dzika. Poczułam podmuch, gdy mnie minęła. Stanęłam i popatrzyłam za nią. Wariatka.
Dopiero w połowie filmu dotarło do mnie, że te dwa kroki, które zrobiłam do walizki, by wrzucić dwójkę, uratowały mnie od potrącenia. I być może solidnych obrażeń. A ja pożałowałam PIĄTKI...
Wracając, wrzuciłam piątkę do walizki. 
Hippis na mnie spojrzał znów szeroko uśmiechnięty: O!...pamiętam panią :-)
Mówię, że i owszem , przechodziłam dwie godziny temu. 
A on na to, że w takim razie on mi coś zagra. 
Ja, że nie trzeba. 
On, że nalega. 
Ja, że nie trzeba, naprawdę. 
On, że mogę podać tytuł, a on zagra. 
Ja, że ok. To poproszę "Words" F. R Davida.

(tu wyjaśniam, że uwielbiam tę piosenkę, bo wiąże się z liceum i z zakochaniem ogromnym, przeokropnym w moim Mężu, wtedy koledze z klasy)

Hippis prosi bym zanuciła, bo jakoś złapać nie może.
Nucę...A ON GRA :-)


Łzy w moich oczach...

Idąc do wyjścia uzmysłowiłam sobie, że tak właśnie wygląda spotkanie z Tobą, Wszechświecie...
Ile takich spotkań przegapiłam? Ile przegapię? Ile dostrzegę?
Zobaczymy...
Czasem Aniołowie robią sobie z nas żarty- powiedziała Rosa na warsztatach :-)
Ano robią, ale poproszę więcej :-)

I jeszcze jedno: PIĄTKĘ odzyskałam natychmiast. W najbliższym sklepie do którego weszłam kupić coś na kolację.
A uszy powoli odpuściły...
Takto.


 Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka z Króliczej Nory :-)

środa, 29 sierpnia 2018

Wszechświecie...upiór w masce ;-)



Mam takie zdjęcie Wszechświecie.
Zdjęcie zrobił mi mój brat cioteczny w szatni szkoły podstawowej. Szatnia była ciemna, zapach dymu z pieca mieszał się z zapachem przepoconych kurtek. Kiedy piszę ciemna, to mam na myśli ciemna, nie pamiętam jej jasnej. Może tam nie było oświetlenia? To był kawałek korytarza, przejściowy, wieszaki stały pod ścianami, był piec...i było ciemno.
Teraz kiedy to piszę, uświadamiam sobie : "ciemno", muszę zapytać siostry jak to pamiętają, bo już od jakiegoś czasu wiem, że każdy pamięta inaczej.
Więc mam to zdjęcie.
To była pewnie czwarta klasa. Zdjęcie nie jest w dobrej jakości, Cioteczny wtedy uczył się dopiero. Miał aparat i strasznie jarał się nową pasją. Dorwał mnie w tej szatni i namawiał, aż niechętnie stanęłam i pozowałam. Epizod zadawałoby się, kilka chwil z mojego dzieciństwa.
Wywołał zdjęcie, dał mi, trafiło do albumów i zapomniałam. Odkopałam je trzy lata temu, gdy zaczęłam chodzić na terapię i dostrzegłam, że mam MałąBibliotekarkę w środku. Zdjęcia z różnych okresów dzieciństwa stały się wehikułami czasu, w  mgnieniu oka przenoszącymi mnie w przeszłość.
To akurat do Ciemnej Szatni.

Stoję lekko pochylona w bok, spięta. Mam na sobie fartuszek z poliestru, kołnierzyk w grochy, pamiętam, że niebieskie, bo zdjęcie jest czarno-białe. I kucyk z kokardą na czubku głowy. Część włosów rozpuszczona. I mam grzywkę tylko z jednej strony.
Bo ją se poprzedniego dnia, bawiąc się nożyczkami, ucięłam. Przy skórze.
Mama sporo się nagadała, próbując coś z tym zrobić. Poskracała mi włosy na bokach, przycięła pozostałą grzywkę. I machnęła ręką: zrobiłaś, to masz.

I musiałam pójść do szkoły. Szłam jak zamrożona, zamieniona w kamień. A w szatni dorwał mnie Cioteczny. Jemu nie przeszkadzało, on chciał tylko robić zdjęcie nowym aparatem.

Na zdjęciu się uśmiecham. Lekko wykrzywione usta we właściwy sposób. Prawa dłoń opuszczona swobodnie. Lewa...
Mam taki nawyk, kiedy jestem zdenerwowana, w stresie, dłubię skórki wokół paznokci. Do krwi. Do bólu.
To właśnie się dzieje z lewą ręką.
Pamiętam ogromny wstyd, ogromny sprzeciw we mnie przed tym zdjęciem. Ale nie umiem tego powiedzieć. Nie potrafię odwrócić się i odejść. Krzyczę w środku "NIE", ale stoję i czekam, aż on mi błyśnie po oczach lampą. Tylko lewa ręka....
Nie pamiętam nic więcej. To musiał być dla mnie potworny dzień.
W ogóle poza kilkoma przebłyskami, nic nie pamiętam z sześciu lat szkoły. Pod koniec szóstej klasy zaczęłam pisać pamiętnik, więc mam niebiesko na białym :-) A z siódmej sporo już pamiętam.

Eh...Wszechświecie.
Biedna MałaBibliotekarka.
Kiedy patrzyłam na tę małą dziewczynkę z krzywą grzywką, otworzyły się jakieś drzwi we mnie i poczułam, co czułam wtedy...Kłąb emocji uderzył z siłą huraganu. W małym dziecku tornado. Nie wiem jak to się pomieściło we mnie wtedy...
Teraz wiem, że się nie pomieściło. Nie dawałam rady.
Rozpaczliwie szukając ulgi i ratunku, odcinałam.
Już nie włosy. Uczucia.
Odcinałam wszystko co bolało, straszyło, przerastało, co zapierało dech w piersi i groziło uduszeniem.
Potwornie silna MałaBibliotekarka.
Kiedy ją pierwszy raz spotkałam, myślałam, że to biedna, malutka dziewczynka, bezsilna i przerażona. I taka była. Potrzebowała utulenia, pokołysania, miłości i bezpieczeństwa.
Ale schodząc głębiej i głębiej, poznając ją lepiej, zaczęłam dostrzegać, że coś mi umyka.
Coś w Jej/Moich oczach miga, coś się chowa, coś nie chce być zobaczone.

W weekend były warsztaty z Rosą.
Blisko mnie. Tuż za krzakami :-)
W przepięknym miejscu, odgrodzonym od rzeczywistości zielenią, łąkami, laskami i polami. W cudnym, drewnianym domu nad stawem. Byłam szczęśliwa. Choć wiedziałam, że nie jadę na wakacje, tylko na spotkanie z samą sobą. Ale mam już tę pewność, że udźwignę. Mnie samą :-)
Więc cokolwiek Rosa we mnie otworzy, popatrzymy na to razem Wszechświecie.

Takie ćwiczenie: weźcie maskę, całą białą. Weźcie farby i mazaki. Usiądźcie i pomalujcie maskę. Na zewnątrz namalujcie bądź napiszcie to, co jak myślicie, pokazujecie ludziom. A od wewnątrz namalujcie, bądź napiszcie to, co chowacie przed ludźmi i sobą może....

Proste, trudne.
Kocham kolor, nie jest to dla mnie trudne. Można mówić kolorem. Siadłam na podłodze i straciłam poczucie czasu. Byłam cała kolorem, maską, pędzlem, mazakiem.
Byłam dzieckiem, byłam MałąBibliotekarką, byłam Całością, byłam Sobą.
I powstała maska.
I kiedy Rosa klaśnięciem przerwała ten stan...wynurzyłam się jakby z dna oceanu. Z ciszy, z bycia, z istnienia.
Popatrzyłam na maskę z zewnątrz. Zdziwienie. Była piękna :-) To moja maska dla ludzi?
A Rosa, śmiejąc się, patrząc na nas zdumionych, oglądających swoje maski, mówi: Malowaliście Prawdę. Cokolwiek byście nie próbowali, malowaliście i tak Prawdę o was. Nic się nie da ukryć.
A w środku...Co ja próbuję schować Wszechświecie?
I tam nic nowego, to samo co inni. Smutek, bezradność, kruchość, wrażliwość, strach...
I ZŁOŚĆ.....

Siedzieliśmy w kółku, każdy miał coś powiedzieć o swojej masce. Ciężko :-)
Emocje napływały mrowiąc pod skórą, przepływając ciepłem po ciele, zawilgacając oczy łzami.

Ukrywam ZŁOŚĆ- kiedy padło to słowo z moich ust, cisza aż zadźwięczała. Tak jakby kamyk wpadł do wody i czuć było jak rozchodzą się kręgi...

Kiedy mówicie o czymś, to odchodzi, przestaje istnieć...
Mówi Rosa.


Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja Zamaskowana Prowincjonalna Bibliotekarka ;-)













środa, 22 sierpnia 2018

Jaskiniowi Ludzie są wśród nas Wszechświecie.

I po, i po...
Znaczy po urlopie.
Znaczy urlop jeszcze trwa Wszechświecie, ale pięć wyjazdowych dni już za mną. W tym roku wyjechaliśmy w tzw. sezonie. Zazwyczaj jeździmy przed albo po. Unikamy w ten sposób upałów, tłumów i cen zaporowych. Mamy taką skarbonkę niebieską, w kształcie kotka. Tam wrzucamy każdą piątkę jaka trafia do naszego portfela, nie ważne jakim sposobem. Przez kilka miesięcy można uzbierać całkiem fajną sumę, 600-800 zł. Jest na kwaterę i trochę paliwa. Pomysł kolegi Męża, strasznie mu wdzięczna jestem. Jakoś nie szło nam oszczędzanie, a sposób z piątkami GENIALNY i u nas działa.

Więc pojechalim na urlop w sezonie, w upał, w tłumy i ceny zaporowe...Możesz się chichrać Wszechświecie. Ale i tak cud, że udało się wyłowić pięć dni między zdarzeniami losowymi zwanymi Życiem. Wiem, że trochę w tym maczałeś palce, dziękuję, bo znaleźć kwaterę za 35 zł., czystą, wygodną, z miłymi właścicielami, w sezonie w górach...graniczyło z cudem. A tu pan nawet sam oddzwonił...Więc jakby ktoś, coś, to tu link.. Monte Negro
Kotlina Kłodzka jest przepiękna. Góry budzą we mnie szacunek i zachwyt. U nas, na Podlasiu, czasem trafiają się pagórki morenowe, ale tutaj horyzont z niebieskawymi, masywnymi szczytami jest tak inny, tak zadziwiający. Czuje się potęgę Ziemi, siłę i moc. A zarazem piękno w czystej postaci.
Cudna planeta Wszechświecie, udała ci się :-)


Nasz sposób odpoczynku to rozbicie obozu na kwaterze, a potem w Pikachu (tak nazywam nasz dzielny samochód, choć tym razem miał tymczasową ksywkę: Skwierczu-Piekarniczu) i jazda po okolicznych atrakcjach, znalezionych wcześniej w internecie. Oczywiście wyszukujemy zawsze za dużo. Chciałoby się zobaczyć jak najwięcej, ale siły już nie te. Korygujemy więc plany na następny dzień co wieczór, wskaźnikiem jest ból moich nóg.
W tym roku oboje stwierdziliśmy, że upały są zabójcze. Jest jak jest, ale bronić się trzeba.
I zeszliśmy pod ziemię. Dosłownie. Bo tam bardzo przyjemna temperatura : 7-8 stopni Celsjusza :-)
I zwiedzaliśmy jaskinie, kopalnie, podziemne miasta. Nawet nie wiedziałam, że w Kotlinie tyle tego. Nigdy specjalnie się nie interesowałam, bo kiedyś w podstawówce odwiedziłam jaskinię Raj. I to nie było miłe. To było troszku straszne Wszechświecie. Okazało się wtedy, że jestem właścicielką czegoś, co ma na imię Klaustrofobia. I to chodziło za mną jak wierny piesek całe życie. Małe pomieszczenia, windy, zatłoczone pomieszczenia....jeżukolczasty !!!! Miało też towarzysza: LękWysokości. Tak se chodziliśmy razem lat 50+....po płaskim raczej, unikając małych przestrzeni, nie włażąc wysoko, czasem się bijąc ze sobą, bo wkurzająco plątały się pod nogami te stworzonka...

Asz tu nagle...
Jestem w górach i przepycham się przez Błędne Skały...
Nie powiem, bałam się. Ale postanowiłam ponegocjować z wiernymi towarzyszami życia. Ileż można za mną łazić. Nudno. Niech se też pożyją, pozwiedzają, świat obejrzą...
A ja sobie przejdę przez Błędne Skały na początek.
I przeszłam. Troszku zakręciło się w głowie, troszku nogi niepewne były...ale potem bardzo mi się spodobało. I nie utknęłam nigdzie :-)
Wszechświecie, fajnie było!
Po takim teście nabrałam odwagi. No i jednak piekielny upał pomógł w podjęciu decyzji. Złazimy pod ziemię. I pojechaliśmy do Kopalni uranu w Kletnie.

Bardzo ciekawa wycieczka, fajny przewodnik i przyjemna, chłodna atmosfera.
I ZERO klaustrofobii :-)
Rozochocona popłynęłam na fali i udaliśmy się do Jaskini Niedźwiedziej. Tam zupełny luz. Jaskinia jest wysoka, wyczyszczona i dostosowana do zwiedzania. Może i trochę komercyjna, ale nie przeszkadza. Właśnie dzięki temu, mogłam ją zwiedzać w komforcie. I dodam informację: jak chcecie ją obejrzeć od środka, konieczna jest REZERWACJA dużo wcześniejsza. Inaczej może się nie udać. Ja rezerwowałam bilety półtora miesiąca wcześniej.

Tak fajnie szło, więc pojechaliśmy do Kłodzka. Tam w twierdzy jest tzw. Labirynt. Sieć korytarzy podziemnych, którymi minerzy się poruszali. Kupiliśmy bilety, weszliśmy za przewodniczką, ona zaczęła opowiadać...a ja poczułam ciarki na głowie, niepokój...tak dobrze szło. I się rypsło.
Zrobiłam Mężowi papa...
Wyszłam na światło i piekielny upał.
Pewnie bym przeszła, walcząc z sobą i lękiem. Dałabym radę. Tylko po co?
Ma być dobrze, fajnie i przyjemnie. Nie można sobie dokuczać.
Nawet jeśli wcześniej robiło się to notorycznie.

Takie ćwiczenie było na warsztatach pracy z ciałem. Podchodzisz do ściany opierasz się plecami, zginasz nogi i robisz krzesełko. I tak stoisz. Prowadzący, cwaniak, nic nie mówi...stoisz. Nogi bolą, napinają się mięśnie, zaczynają drżeć...Ale dziewczyny obok nadal wytrzymują...kilka odpuściło, jedna nawet rzuciła brzydkim wyrazem, ale ty wytrzymasz. Twarda jesteś, dasz radę. Wytrzymasz dłużej niż inne. Nawet nie sapniesz, nie jękniesz, nie odetchniesz...
W końcu prowadzący się lituje i mówi, że koniec. Twardzielki wytrzymały. Satysfakcja.
A prowadzący tłumaczy: to ćwiczenie pokazuje jak reagujecie w życiu na różne sytuacje, które sprawiają wam ból. Czy się bronicie, czy poddajecie, czy walczycie, czy stajecie po swojej stronie...
Po swojej stronie....
No tak. Czy ja stanęłam po swojej stronie? Dwa dni cholernych zakwasów, powiedziało mi dobitnie, że nie. Nie stanęłam po swojej stronie. Wytrzymałam. Satysfakcji ZERO.

Rozumiem Wszechświecie, że udzieliłeś mi lekcji :-) Właściwie przypominajka taka :-)
Kurtka, nawet na urlopie trzeba być czujnym :-)
Mąż przeszedł i wylazł szczęśliwy. Podobało mu się.
Podziemne Miasto w Kłodzku za to spokojnie przemaszerowałam :-)


Następnego dnia pojechaliśmy do Kompleksu Riese, konkretnie Osówka. Niemieckie podziemne miasto zbudowane podczas II wojny światowej.
Muszę powiedzieć, że mimo potwornej historii, robi to wrażenie. Gdybyśmy tyle sił, środków i zapału wkładali w czynienie dobrych rzeczy, ta planeta byłaby rajem.
Nie wiem czemu tego nie umiemy...


A potem jeszcze świetnie się bawiłam w kopalni w Nowej Rudzie. Rewelacyjna trasa dla dzieciaków. Przewodnik był zabawny i wesoły, trasa urozmaicona, sama poczułam się jak uczniak z podstawówki. 

Urlop ma to do siebie, że się kończy...
Stwierdziłam jednak, że jest sposób na to, by chcieć wrócić do domu. Trzeba na urlopie się solidnie zmęczyć atrakcjami. Wtedy domowe pielesze zaczynają przyjacielsko machać łapką: wracajcie, wracajcie :-) własny materac w łóżeczku najlepszy :-)
Na koniec zajrzeliśmy do Jaskini Raduchowskiej. Znaczy ja zajrzałam i bardzo szybko wyszłam, a Mąż się poczołgał. Wyszedł uśmiechnięty od ucha do ucha i powiedział, że to było NAJLEPSZE. 
Całkiem DZIKA JASKINIA. 
Nie mógł sobie strzelać selfie, bo trudno po ciemku, gdy walczysz o życie ;-) Ale cyknął lekko niewyraźne zdjęcie dziewczynce, jak przeciskała się na pupie przez najwęższe przejście....
OESU....

Mąż zdecydowanie poleca tę jaskinię wszystkim, którzy chcą dotknąć odrobiny prawdziwej, grotołazowej przygody :-)

I tak to Wszechświecie, wrócilim...Pikachu dzielnie się spisywał na drodze Stu Zakrętów, było cudnie... jeszcze kilka dni wolnego. 
A  w weekend mam warsztaty z Rosą :-) 
Tym razem przyjechała z programem ZAUFANIE....

Pozdrawiam Wszechświecie jaskiniowo ;-) 
Twoja wyczerpana acz szczęśliwa Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 4 sierpnia 2018

Projekt Monster...Wszechświecie...


Ja pitolę Wszechświecie...
Że tak powtórzę za znaną i lubianą komentatorką życia, Mariolką...
Ja pitolę....

Gadam ja z Tobą Wszechświecie już od jakiegoś czasu, na blogu i nie tylko. Konwersujemy na wiele tematów, rozmowa płynie lekko, czasem z czkawką, ale generalnie płynie...

Wstaję rano o piątej. Moja sunia łapie wtedy kocyk z posłania w zęby i przeprowadza się do salonu. Wchodzę do kuchni, koty już w gotowości śniadaniowej. Ewentualnie pokrzykują na klatce te, które noc spędziły na zewnątrz...wpuszczam. Przypominam, mam cztery koty :-) Aktualnie sześć, bo siostra pojechała nad morze na tydzień i jej dwie kotki są u mnie. Te są niewychodzące. Jest wesoło. Karmię koty. Wstawiam kawę i owsiankę. Wychodzę z sunią na siku. Witam się z psimi rezydentami w sadzie. Oddycham, łażę boso po trawie. Sprawdzam czy UFO nie lata w okolicy...nigdy nie wiadomo :-) Dobrze się maskują, ale ja liczę na to, że kiedyś im te maskownice jakieś drobne spięcie przepali i zobaczę spodek...takie marzenie z dzieciństwa :-) 
Wlewam kawę do ulubionego aktualnie kubeczka, obok stygnie owsianka. Siadam do kompa, odpalam, wchodzę na bloggera i jakoś się pisze...samo jakoś...tak se gadamy Wszechświecie. 
Ty i ja.
Czy ja ostatnio gadałam o Martwym Źle ???
Czy ja ostatnio pisałam o Piwnicy? 
I czy ja ostatnio mądrzyłam się na temat jednorożców i tęczy ????

Taaaa...

Pojechałam z DobrąKoleżanką na zakupy. Sukienkę chciałam kupić. Na imprezę. Rzadko noszę sukienki, raczej spódnice, a najczęściej spodnie. Ale impreza taka bardziej oficjalna, to zapragnęłam wyglądać bardziej jak wszyscy. Cóż, czasem każdy ma słabsze dni.
Jakoś tak nie bardzo się czułam, ale może coś zjadłam krzywo, może miesiączka miała nadejść, troszku brzuch bolał...może głowa. 
Weszłyśmy do sklepu, oglądamy. Zza lady wyskakuje PaniFioczek, szpileczki, marchewkowa opalenizna, włoski tlenione, pazurki zrobione, spódniczka wąziutka więc chód jak u gejszy, ale linia jak niteczka :-) Od razu znielubiłam...Rzuciła na nas bezlitosnym, oceniającym okiem i wyciąga sukienki, i pokazuje, i namawia, a właściwie autorytarnie stwierdza, że TE. Konkretnie TE będą dobre. Znaczy ja kupuję sukienkę, DobraKoleżanka już ma, ona butów potrzebuje. Nie wiem, czy te sukienki mi się podobają. Pani Fioczek macha nimi, zdejmuje, wpycha w ręce...Proszę przymierzyć tu jest przymierzalnia. Jakoś tak bezwolnie idę. Dobra, dam radę, przymierzę...
Zaciągam zasłonę...chwilę oddycham. Chyba. Brzuch nadal pobolewa, a w głowie dzięcioł stuka coraz głośniej. Zza zasłony szum rozmowy PaniFioczek i DobrejKoleżanki. Stuk, stuk, stuk...stukają szpilki, a może pazurki...
Jest gorąco, spociłam się, miejsca mało, sukienki lepią się do ciała, ciężko je nałożyć, ciężko zdjąć, są za małe, nie mieszczą mi się piersi, zbyt opięte w pasie, zbyt opięte na ramionach, za krótkie, za długie, wcale nie mój styl....Włosy nawet mi się spociły...Ściągam ostatnią. Ubieram się. Chwilę stoję i próbuję oddychać. Głowa już bardzo boli. Sięgam do torebki i na sucho łykam tabletkę od bólu głowy. Z doświadczenia wiem, że jak nie zareaguję szybko, będzie atak migreny, a to nie żarty. Porzygam się.
Wychodzę z przymierzalni, oddaję szybko sukienki. Mówię, że nie, że żadna, za małe. Chcę tylko wyjść. Na świeże powietrze. PaniFioczek coś tam jeszcze mówi, ale ja idę do drzwi, staram się jeszcze być grzeczna, ale MUSZĘ wyjść.
Na dworze chłodno, dobrze. DobraKoleżanka stara mi się coś powiedzieć, czuje moje zdenerwowanie, mówi, że pochodzimy jeszcze i poszukamy...Nie chcę...Nie chcę naprawdę. 
Ale idziemy do następnego sklepu. Już nie słucham sprzedawczyń, jestem niegrzeczna. Od razu ucinam: Sama popatrzę. I w którymś sklepie trafiam na sukienkę. Ładna, troszkę elastyczna, kolory moje, bez gumek w talii, bez odcięć pod piersiami, bez rękawów...Odważam się przymierzyć. DobraKoleżnka coś tam szemrze, że może troszkę za duża....Ale ja się w niej czuję dobrze. Pasuje mi. I cena przystępna. Biorę.
Poszłam na imprezę, średnio się bawiłam, sukienka okazała się ciut za duża, ale była ok. Nadal ją lubię, wisi w szafie.
Od około 15 lat. 
Bo ta historia to stara jest. Zdarzyła się dawno temu. Ja wtedy nosiłam rozmiar 38. Sukienka to rozmiar 40. 
Teraz noszę 48.

Ja pitolę Wszechświecie...

Mam TERAZ trzy wesela. Trzy wesela...i postanowiłam kupić sukienkę. Pojechałam do miasta z Mężem. Wchodzimy do sklepu, zza lady wyskakuje bardzo dobrze utrzymana Pani50+ i rzuca na mnie mierzące spojrzenie...znaczy mierzy wymiary...Jest miła. Stara się. Jest pomocna. Pokazuje fajne sukienki. Nienachalna. Mąż z nią miło rozmawia. Ja wchodzę do przymierzalni. Jest gorąco, spociłam się....mam pisać dalej?
Obyło się bez bólu głowy. Obyło się bez bólu brzucha. Żadna sukienka nie pasowała. 
Nie kupiłam w żadnym sklepie. Choć podeszłam do mierzenia jeszcze dwa razy.
Po tym ostatnim, zorientowałam się, że robię to, co prowadzący na warsztatach pracy z ciałem nazwał: przekraczaniem siebie. Zrozumiałam i stanęły mi łzy w oczach...
Więc przestałam. 
Powiedziałam Mężowi, że poddaję się. Poszliśmy zjeść pyszny makaron sojowy z warzywami.
I lody. 
I pojechaliśmy do domku.
Mąż kupił sobie szorty i spodnie :-)

Czy ja czepiałam się, że jednorożce są BE?
I taka mądra byłam, że Nieświadome mam? I je widzę? 
No to widzę. A mimo to polatałam jednorożcem. Tak z dwa lata. 
Afirmowałam: kocham siebie, kocham swoje ciało. Medytowałam nad miłością do siebie. Na psychoterapii ogarniałam, jakie sytuacje spowodowały, że nie lubię siebie i mojej fizyczności. Zrozumiałam co to jest kompulsywne jedzenie, czemu tak się dzieje i dzieje się coraz rzadziej :-)
Sporo rzeczy odkryłam, sporo przepracowałam, sporo zaakceptowałam...I mimo to...
Zafundowałam sobie powrót do przeszłości...

Ja pitolę Wszechświecie...Nic mądrzejszego nie przychodzi mi do głowy. 
Zdziwienie Mariolki jest moim zdziwieniem.

Zlazłam do Piwnicy, nawet nie bardzo się bałam...
Sprzątam tam już od jakiegoś czasu. Światło tam ciągle wysiada, ciemno, zimno...kurz i pajęczyny pojawiają się ciągle. Gratów trochę wyrzuciłam, ale nadal mam sporo pokitrane po kątach. 
Zlazałam. A tam w kącie, na gołym metalowym łóżku, takim szpitalnym, siedzi COŚ. 
Oszczędzę opisu Wszechświecie. Nie zaglądaj. Na razie.
Będę oswajać.
Na początek pościel dałam, kocyk puchaty. Śniadanie zaniosłam. Kawka, owsianka, bułeczka taka prawdziwa, geesowska ( w realu już nie ma, ale w Piwnicy wszystko jest), masełko, dżemik z truskawek. I lampę solną, ładne światło daje, łagodne. Łagodzi kontury, pozwala skryć się w ciepłym półmroku. Przysiadłam na łóżku, posiedziałam...a jak chciałam wstać, taka żabia łapka wysunęła się spod koca, złapała mnie mocno za rękę...Nie odchodź...
Posiedziałam...

Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Piwniczna Prowincjonalna Bibliotekarka.






środa, 25 lipca 2018

Martwe Zło Wszechświecie...


Młoda dziewczyna, wielkooka, z jasnymi włosami stoi przy drzwiach od piwnicy. Skulona, z uchem przyłożonym do drzwi nasłuchuje...W oczach błyszczy napięcie, usta lekko rozchylone, oddycha przez nie niesłyszalnie, cała skoncentrowana na odgłosach zza drzwi...Tam na dole coś szeleści, skrobie, czasem na granicy słyszalności poniesie się jęk...Tam na dole...

Siedząc w kinie, bądź w fotelu przed telewizorem widz myśli: nie schodź tam, nie schodź...czemu w każdym horrorze bohaterka jednak złazi? Przecież wiadomo jak to się skończy! Nie złaź!!!!

A ona jednak zawsze schodzi, powolutku budując napięcie, schodek po schodku, z gasnącą obowiązkowo latarką...Kiedy coś dotyka jej policzka krzyczy, odwraca się gwałtownie, w blasku migającej latarki widzi, że to tylko pajęczyna...ulga. Schodzi niżej...latarka gaśnie, coś przeczołguje się na krańcach pola widzenia, szybko, wężowym ruchem...

 Mogę tak długo, sporo horrorów obejrzałam i przeczytałam. Zajrzałam w mroczne czeluści ludzkiego umysłu, który potrafi wyprodukować przeraźliwie straszne rzeczy. Naprawdę straszne. W sposób oczywisty i nieoczywisty. Mistrz Stephen King pozostanie moim Mistrzem Strachu na zawsze.
W bibliotece półka z horrorami jest dobrze zaopatrzona. Stoją na niej stare, zaczytane prawie na śmierć, wydania jeszcze z lat 70 i 80, ale dostawiam sporo nowych, polskich, czego kiedyś nie było. Amerykanie przodowali w straszeniu, teraz już nie mają na to monopolu.
W oddziale dla dzieci też jest sporo straszydełek. Dzieci lubią się bać, troszkę...Szkoła przy cmentarzu, Gęsia skórka, seria o Wampirku, nieśmiertelni Grimmowie w różnych odsłonach.
Lubimy. Od czasu do czasu w wygodnym fotelu, z kotem na kolanach, w łagodnym blasku lampy, albo w zapełnionym ludźmi kinie, obok pana mlaszczącego nachosy (koniecznie z sosem serowym).

Pierwsze co się dowiadujesz, wchodząc w świat ezoteryczny i duchowy, to to, że przeszłość jest martwa. MARTWA. PRZESZŁOŚĆ.
Anthony de Mello w słynnym Przebudzeniu pisze: z przeszłością należy się rozstać nie dlatego, że jest zła, ale dlatego, że jest martwa.
Bardzo chwytliwe, prawda? No trudno się przyczepić. Nie ma co z tym dyskutować. Piękne. Oczywiste.
A ty właśnie szukasz. Szukasz spokoju po potwornej burzy, szukasz ukojenia, szukasz życia w którym będzie ci lżej, nie będzie lęku, nie będzie złości, nie będzie tych wszystkich brzydkich uczuć.
I czytasz z wypiekami na policzkach, że trzeba żyć tu i teraz, że przeszłość już była i nie istnieje, że trzeba tworzyć w teraźniejszości przestrzeń miłości dla ludzi i siebie, wybaczyć, uwolnić lekkość, obfitość, różowy kolor. I spotykasz ludzi pięknych, zharmonizowanych, medytujących, oddychających, na dietach wegetariańskich, pełnych miłości do siebie i innych, żyjących w obfitości wszystkiego, ciała, kasy i piękna. Łaaa....Ludzi, którzy pracują z energią, ludzi, którzy  pomagają innym, którzy podnoszą świadomość, rozwijają się, odrzucają ego...no czyste kule światła i miłości...I pławisz się w tym światku, bo taki piękny, tęczowy, lekki....Jednorożce, anioły, tęcze i słoneczka...odrobina tylko pracy i będziesz to miała...TEN STAN.

Ale nagle, coś w piwnicy zaszura....I myślisz sobie: ja nie jestem taka głupia jak ta lalunia z filmu. Ja tam nie schodzę...Bo jestem mądrzejsza i właśnie lecę sobie na różowym obłoku i afirmuję przestrzeń lekkości.
Spotkałam takich ludzi. Troszku się nawet zachłysnęłam takim lekkim światem. Bo on taki fajny.
I pan de Mello taki mądry :-)
I ta pułapka taka puchata, miękka, pachnąca...No nic tylko dać się złapać:-)
Chwilę trwało otwieranie oczu zalepionych watą cukrową. Ale wiadomo, wszystko potrzebne. Nigdy w takiej przestrzeni nie byłam. Nigdy nie latałam na jednorożcach. Lekkość i obfitość nie istniały w moim świecie. Raczej spodziewałam się Hiszpańskiej Inkwizycji niż lizaka. Choć podobno jej się nikt nie spodziewa...a ja jednak tak.

Wczoraj miałam dziwny dzień. Przyszło kilka osób do biblioteki. Takich co lubią pogadać. Pewnie dlatego, że lubię słuchać :-)
I pewnie dlatego, że jak dużo mówimy, to nie słyszymy siebie. Paradoks, ale tak jest. I czasem, kiedy nas coś ciśnie i dusi a nie chcemy tego widzieć, to zagadujemy na śmierć problem. I już. Nie ma.
Tak wyrzucamy z siebie...
Pani Obolała skarży się na stawy, kręgosłup, kolana...Mówi, że musi sobie pomóc. Musi, bo to już ostatni dzwonek, czuje, że jak nie teraz to już nigdy. Bo mama jest egoistką, bo maż niedobry, bo życie brzydkie, a ona nie chce wracać do tego co było, chce zapomnieć. Już 50 lat zapomina. Martwa przeszłość.
Młoda, szybka mama, mówi trzy zdania na jednym oddechu...nie wiedziałam, że się tak da nawet. Córka bardzo nerwowa. Na moje pytanie, czy była z nią u psychologa odpowiada, że była. Psycholog powiedziała, że ona po prostu taka jest. Na moje niedowierzanie, lekko się łamie i mówi: bo ja taka nerwowa jestem, to pewnie dlatego. No tak, a czemu mama nerwowa? Martwa przeszłość.
Chłopak poważny, z dystansem, nieufny...opowiada mi o jasnowidzu, który oczyszcza domy i ludzi ze złych energii, walczy ze złem. Cały czas ten jasnowidz choruje od walki z tymi bytami, ale się nie poddaje. Fascynacja w oczach jednak sympatycznego, młodego człowieka. Fascynacja strachem i walką z nim. Martwa przeszłość.
Szczuplutka, wyprostowana jak patyczek czterdziestolatka. Dzielnie walcząca z parkinsonem. Z oburzeniem opowiada o tym, jak bardzo rozczarowują ją niektórzy księża. A to przecież służba ludziom, od takich oczekuje się więcej, jak coś im nie wyjdzie to u nich wina jest podwójna, bo mają ogromny wpływ na ludzi. Ona sama stara się żyć z Bogiem, służyć ludziom, być dobrą, choć to trudne, wie, że prawie niemożliwe, bo grzech czyha. Oni też powinni, bardziej nawet. Wysokie standardy. Wysokie poprzeczki. Trudno przeskoczyć, zwłaszcza, że parkinson usztywnił wszystkie mięśnie. Zamienił w posążek. Zatrzymanie. Martwa przeszłość.
Dziwny dzień, dziwne rozmowy...

Co mi chcesz powiedzieć Wszechświecie?

Kiedy zastanawiałam się na tym, w mojej głowie pojawiła się dziewczyna z terapii grupowej, nazwijmy ją Henia. Ostatnie spotkanie. Henia kończy. Wtedy cała sesja należy do niej. Podsumowanie. Generalnie terapeutki delikatnie i ostrożnie pomagają pożegnać się. Odciąć sznureczki, które połączyły z grupą podobnych sobie biedaków. A niektóre sznureczki silne, mocne. Pożegnania nie są łatwe. Wszyscy wtedy staramy się dać odchodzącemu jak najwięcej wsparcia.  Więc trochę waty cukrowej i jeden mały jednorożec. Dlatego, gdy nagle Henia powiedziała, że największą radość jej sprawia to, że na terapii sobie uświadomiła, że jest ZUPEŁNIE INNA niż jej mama...Drgnęłam, ale ugryzłam się w język. Tęcza, jednorożce...pamiętaj.
Skoro na razie takie myślenie jej pomaga, nie gadaj...nie gotowa.
Bo była identyczna jak jej mama. Bardzo kreatywnie nawet przejęła nerwicę lękową mamy, wplatając w nią przekonanie, że NIE JEST taka jak mama.
No ja cię kręcę Wszechswiecie, cyrkówka Henia.
I taka sama cyrkówka Prowincjonalna Bibliotekarka, czasem nie widać tego co mamy pod nosem.

Bo Martwe Zło, nie jest martwe.
Kochany, przemądrzały panie de Mello ;-)
Nasza przeszłość jest osnową na której tkamy naszą teraźniejszość i przyszłość. Wszystko to istnieje na raz. I co dzień wybieramy, wybieramy emocję do odpowiedniej reakcji na to co następuje. A nasz wybór opieramy na bazie doświadczeń z przeszłości. Co dzień, co chwila, co sekunda.
I generalnie chodzi o to, by choć trochę być tego świadomym, a nie lecieć na automatycznym pilocie.
Uczyń nieświadome świadomym. Pod tym się podpiszę.
Cały myk polega na tym, żeby ogarnąć, że jest jakieś NIEŚWIADOME.
I, że lata z nami na jednorożcu, i wpitala watę cukrową, i sabotuje naszą różową przestrzeń obfitości, dlatego nam się nie materializuje dobrobyt :-)
Bo Martwe Zło, nie jest ani martwe, ani nie jest złem...choć straszne rzeczy tam się przydarzyły być może. TERAZ to jest SZANSA.
Czasem jak zleziesz do piwnicy, pół już żywa ze strachu, oblana zimnym potem, szczękająca zębami, widząc w wyobraźni jak za nogę łapie cię kościotrup i wciąga do piekła, to okaże się, że to tylko myszy...:-)
Miłej Środy Wszechświecie, cyrkówka Prowincjonalna Bibliotekarka, treserka jednorożców!