Obserwatorzy

czwartek, 15 listopada 2018

Lost in Space...Mój Drogi Wszechświecie.



Dziś się nie wymądrzam...
Dziś mam słabszy dzień, i wczoraj, i przedwczoraj...i chyba przedprzedwczoraj też...

Piszę "chyba", bo nie zawsze wyłapuję obniżki nastroju. Czasem zsuwam się tam tak powolutku i podstępnie, że mój zadek już siedzi w studni, a moja głowa myśli, że leżę na łące i motyle oglądam :-)

Pod którymś postem Ola Jawor opowiedziała o artykule, który ją zainteresował. O tym jak emocje, te nieuświadomione, wpływają na nasze ciało. Kiedyś nie miałam o tym wcale pojęcia. Skwitowałabym prychnięciem taki wywód i pobiegłabym do swojego dalszego życia: bycia grzeczną, poukładaną, oddaną, pomocną, idealną;  matką, żoną i kochanką, bibliotekarką.

I lata całe rzeźbiłam siebie, kształtowałam mój skafanderek, a on dostosowywał się do mnie, ratował mnie przede mną samą, pomagał, wspierał, z miłością pokazywał co się dzieje, próbując unieść i pomieścić efekty mojej działalności życiowej. Umożliwić mi dalsze życie próbował. Dbał o to bym się nie zabiła :-)
Wszystkie bóle kręgosłupa na całej długości, migreny, mrowienia, pieczenia, zapalenia, kłucia, zwapnienia, zwyrodnienia, drętwienia i brak czucia. Mowa mego ciała.

Więc dziś się nie wymądrzam :-)
Dziś BARDZO MĄDRA OSOBA się wypowie.


"HAK: „co mogę dla Ciebie zrobić”?

Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy ktoś nas przekracza i czujemy narastającą złość, ale z lęku przed opuszczeniem zatrzymujemy ją, uśmiechamy się i dobrotliwie mówimy: „no dobrze, masz rację”.
Czujemy jak wszystko w środku się w nas gotuje, krew podpływa do twarzy, mięśnie tężeją, zęby zaciskają się niczym imadła... .

Jednocześnie wewnątrz towarzyszy nam potężny lęk:
„kiedy wyrażę sprzeciw, zostanę ukarany i porzucony”.

Lęk, który siłą chłodu stali, zatrzymuje żar złości. Więc uśmiechamy się pogodnie, godząc się powierzchownie z przegraną, a wewnętrznie czując potrzask: „nie ma dla mnie wyjścia”.

Dylemat konfliktowy:
„KIEDY WYBIORĘ SIEBIE, STRACĘ CIEBIE. 
KIEDY WYBIORĘ CIEBIE, TRACĘ SIEBIE”



PUŁAPKA bycia dobrą i grzecznym…
Ta wysoko zorganizowana pułapka ma ściany zbudowane z gniewu, ale ich cementem jest lęk. Za każdym razem, gdy pojawia się złość na bycie użytym, równocześnie przychodzi lęk przed utratą bliskiej osoby. Lęk scala ściany, które rozsadza złość. Obie siły są równie mocne. Dochodzi do ich zwarcia, a potem utrzymywania takiego status quo. Złość zostaje wycofana z obwodów do środka w postaci naładowanej, skoncentrowanej energii, „zapieczonej” w mięśniach przechodzącej w ten sposób w GNIEW, który zamieszkuje w naszych tkankach. Ukryty w środku, będzie przypominać o każdym przekroczeniu i w możliwych momentach całą „serdecznością” postawy bierno-agresywnej, będzie szukał ujścia dla swojego ładunku, domagając się wyrównania wobec ceny tracenia siebie: swojej WOLNOŚCI i AUTONOMII na rzecz innych.

DYNAMIKA CIAŁA.
W tym zawieszeniu ładunek złości jest równie mocny, jak ładunek lęku. Osoba czuje narastające pobudzenie w mięśniach, ich gotowość do sprzeciwu i postawienia granicy. Ale lęk zatrzymuje całą ekspresję i spycha ją do środka. Wysiłek włożony w powstrzymanie akcji jest większy niż sama potrzeba wyrażenia. Można by powiedzieć, że mięśnie pracują stale na pobudzeniu: skurcz do wyrażenia, na co idzie kolejny skurcz, by zatrzymać rosnące pobudzenie. Zobaczymy więc duże brzuśce mięśniowe, ale dość krótkie. Nie ma fazy rozluźnienia ani przestrzeni na wydłużenie. Taka osoba musi trzymać ładunek i wytwarzać kolejny, by zatrzymać skutecznie ekspresję. To tak jakbyśmy wyobrazili sobie, ciągłą próbę zrobienia kroku do przodu. Wystawiam nogę i ją cofam, i jeszcze raz.... Jednak nie ma odpoczynku między fazami.

Ciało staje się skompresowane. Patrząc mamy wrażenie, że osoba mogłaby być wyższa. Kark jest skrócony, głowa wysunięta do przodu w ustawieniu do ataku, ale zaprzecza temu wyraz twarzy: grzecznej dziewczynki czy dobrego chłopca.

Górne plecy są naładowane. Powstaje fizyczna półeczka przeciążeniowa, którą można dosłownie rozumieć jako magazyn powstrzymanej złości, skompresowanej do gniewu.

Ramiona będą zwisać pozornie swobodnie, ale zobaczymy rozbudowane mięśnie, pokazujące ich nad aktywność. Łokcie będą lekko zgięte. Powstaje wrażenie, jakby osoba trzymała w rękach wiadra z wodą. Ten rodzaj GOTOWOŚCI SPOCZYNKOWEJ NA PRZYJĘCIE OBCIĄŻENIA jest charakterystyczny dla całego ciała. Również patrząc na tułów widzimy stłoczenie mięśni i tkanek.

Nogi, podobnie jak ręce, są masywne, uda często wyglądają jak u zawodnika podnoszącego ciężary. Pupa jest schowana i zaciśnięta, tworząc wrażenie podwiniętego ogona. To odpowiedź na lęk i podporządkowanie, ale też na skontrolowanie impulsów płynących z miednicy.

Cała postawa woła:
„DŹWIGAM ŚWIAT NA RAMIONACH I DOBRZE TO ROBIĘ”.

Możemy przełożyć to na język konfliktowy:
„ZNIOSĘ WSZYSTKO BYŚ ZOSTAŁ”.

JAK SOBIE POMÓC?
Jak nietrudno się domyśleć poczucie stłoczenia emocjonalnego i gotowania się we własnym sosie uczuciowym jest częstym doświadczeniem przy tym zawieszeniu. Oczywiście pozwolenie sobie na wyrażanie i stawanie za sobą jest kierunkiem pracy, ale równocześnie największym zagrożeniem. Dlatego w przypadku tego zawieszenia tak dobre i ważne jest rozpoczęcie praktyki od ciała, a nie w relacji do innych osób. Ich obecność może uruchamiać przymus zadowalania otoczenia i powodować automatyczne opuszczanie siebie.

A to MY, nasza wolność, przyjemność i odzyskiwanie ciała dla siebie jest celem naszej pracy. Wszystko, co będzie służyło wydłużaniu i rozciąganiu mięśni oraz pogłębianiu oddechu będzie dawało więcej przestrzeni NA SIEBIE W SOBIE.

• GŁOS – to najważniejszy kanał wyrażania siebie, dający dostęp do lęku i złości. Praktyka mówienia, krzyczenia, skandowania: NIE, jest pierwszym krokiem. W aucie, pod mostem można oswajać swój głos doświadczając jego mocy.

• GRANICE – dopuszczenie w myślach, to mi przeszkadza: „odsuń się”, a potem robienie tego samodzielnie z użyciem rąk, jakbyśmy kogoś przesuwali ze słowami: „zrób mi miejsce” jest dobrą codzienną praktyką (otwieramy dłonie, ściągamy łokcie w stronę łopatek i wyrzucamy ręce przed siebie).

• SPONTANICZNOŚĆ – w tańcu, bieganiu, śpiewaniu (dobrze w grupie, by oswoić schowane części siebie).

• MASAŻ – głęboka praca z pancerzem piersiowym, karkiem i podstawą czaszki pozwoli ożywiać je i przywracać czucie skamieniałym częściom.

• ZRZUCANIE Z PLECÓW – podstawowe ćwiczenie rozładowujące nadmiar napięcia, a przez to rozluźniające pancerz: wymach łokciami w tył jakbyśmy chcieli kogoś zrzucić, ze słowami: „złaź, daj mi żyć!”

• WŚCIEKŁOŚĆ – jej rozpoznawanie, a później wyrażanie jest celem do pracy terapeutycznej. Osoba z „hakiem” latami zatrzymywała swoją złość, ma więc całe jej pokłady do wyrażenia. Terapeuta nie tyle potrzebny jest, by pomagać pomieszczać uczucia, zwykle taka osoba dobrze je trzyma, ale by przyjmować Ją, kiedy dotknie swojej złości i zacznie wyrażać wściekłość. Wspierająca obecność drugiego człowieka pozwala odzyskać dawno porzuconą część siebie: „masz prawo czuć to, co czujesz i wyrażać to”.

DZIECIŃSTWO.

MALUCH POTRZEBUJE POWIEDZIEĆ „NIE”, ZANIM POWIE „TAK”.
Szanujmy „nie” naszych dzieci. Ich potrzebę spontaniczności i kreatywności w ekspresji. Opuszczanie nie jest dobre, ale przytłoczenie bliskością i nie pozostawienie małemu człowiekowi przestrzeni na samostanowienie jest równie trudnym doświadczeniem. Spętanie symbiozą i brak zgody na oddalanie się dziecka czynią niewolnika w dorosłym życiu.

I pamiętajmy zwieracze są gotowe do pracy, kiedy maluch ma 2,5 roku. Nie zarządzajmy jego wydaleniem wcześniej. Za naszą iluzję władzy i wpływu płaci dziecko utratą autonomii.

Marzena Barszcz,
Psychoterapeuta w Analizie Bioenergetycznej."

Marzena Barszcz ma na FB profil: Psychoterapia przez ciało.
Niedługo wyda książkę:


Książkę, którą kupię do biblioteki i do domku, i siostrom, i znajomym...

Bo od kiedy wiem, że mój skafander ze mną gada, od kiedy mu trochę zaczęłam pomagać, kręgosłup lekko ozdrowiał, oddycham lżej, ramiona mniej bolą, migreny przeszły, kolana mniej bolą, zadyszka ustała, trawię lepiej, refluks mniejszy...i choć zadek siedzi w studni, to nie jest tak źle :-)

Pozdrawiamy Wszechświecie, Skafanderek i  Twoja Prowincjonalna Bibliotekarka ;-)

piątek, 9 listopada 2018

Małpie życie na planecie, Wszechświecie ;-)



No tak....dziś mi się przypomniało....

Nie pamiętam gdzie to przeczytałam, czy może usłyszałam, ale zapadło mi w pamięć.
I wstrząsnęło.
I kłuło długo w bucie.
Bo zachwiało posadą mojego świata i żałowałam przez jakiś czas, że to zobaczyłam. Wolałam nie widzieć. No cóż...

Taki podły eksperyment ludzie zrobili.
W dużej klatce zamknięto kilka małpek. Na środku klatki postawiono wysoki słup, na jego szczycie ustawiono talerz z owocami. Małpki posiedziały, zgłodniały i w końcu jedna, bardziej kumata, zaczęła włazić na słup, po owoce. I w tej chwili laborant zaczął polewać resztę małpek lodowatą wodą. Polewał do tej pory, aż tamta na górze najadła się i zlazła. Po jakimś czasie druga małpka zaczęła włazić na słup...Ale tym razem, jak to zobaczyły inne małpki, rzuciły się na nią i dostała bęcki. Próbowała włazić, znów bęcki. W końcu zrezygnowała. Siedzą.
Eksperymentator, Stephenson zwał się, postanowił wymienić jedną małpkę. Wyjął starą, wpuścił nową, a ta nowa oczywiście włazi po owoce :-) I co dostaje? Bęcki. W końcu rezygnuje. Wymienił następną, to samo. Nowe są bęckowane nawet przez tę, która właziła i jadła. Ale już nie włazi, bęckuje....
I tak wymienił wszystkie małpki.
Zostały same takie, które nigdy nie dostały zimnego prysznica, ale lały każdą, która próbowała wleźć po słupie do owoców.

Wszechświecie...czasem się zastanawiam, jak wiesz, nad sensem. SENSEM.

Patrzę na moich czytelników. Są różni. Każdy jest inny i niepowtarzalny.
Choć role społeczne mają powtarzające się: matki, żony, rolnicy, lekarze, przedsiębiorcy, emeryci, nauczyciele, sprzątaczki, bracia, siostry, wujkowie, rodzice, dziadkowie, menele, wierzący, niewierzący, politycy...można wymieniać mnóstwo, bo każdy ma przypisane do siebie mnóstwo etykietek.
Jakby tak wziąć małe, przylepne karteczki, ponapisywać na nich te etykietki i poprzyklejać na siebie, wszyscy chodzilibyśmy jak choinki, spod karteczek mało by nas było widać :-)
Bo wszystko mamy poetykietkowane.
Nie wierzycie?
Zacznijmy od nóg :-)
Jakie powinny być stopy? Nie za duże, nie za małe. Równe. Palce powinny być smukłe, albo ładnie zaokrąglające się, paznokcie owalne, niewrastające. Żadnych nagniotków, żadnych odcisków, żadnych halluksów. Gładkie pięty, nawilżona skóra. Latem malujemy paznokcie, bo widać. Pewnie niektórzy nawet zimą, bo o siebie trzeba dbać ;-) Kostki naszej nogi powinny być nieobrzęknięte. Ładny, łagodny łuk ma być. Łydki nie za grube, nie za cienkie, OGOLONE! Żadnych żylaków!!!
Dobra, więcej nie piszę, bo spojrzałam na moje stopy....
To tylko stopy i łydki, nawet do kolan nie dotarłam...a spod nalepek nie widać nogi :-)

Każdy mój czytelnik ma swoje upodobania czytelnicze. Po prawie 20 latach pracy znam je. Na wskroś. Bardziej niż oni sami. Co czasem utrudnia mi pracę.
Przychodzi PanRatunkowy, ma dyżury na karetce. Lubi książki przygodowe, z akcją, nie wymagające myślenia i kombinowania. Przewidywalne i lekkie. Trzech autorów ma ulubionych, płodnych wprawdzie, ale już starych, mało piszą. I kłopot. PanRatunkowy z magicznej trójcy nie chce wyjść.
Przychodzi i dusi :-) Staram się, podsuwam, kombinuję, a on chce, żeby było jak było. Tych trzech ma pisać, ja mam kupować, on ma czytać ciągle to samo. Bo choć to inteligentny facet, to niespecjalnie wierzy, że może coś zmienić w swoim życiu. Operuje na tym co zna.
Czyżby siedział w klatce z małpkami?

Mam taką czytelniczkę, PaniąDamę. PaniDama zawsze jak mantrę powtarza: pani mi da coś takiego mądrego, żeby coś wnosiło, coś uczyło. Nie lubię głupich książek czytać!
Lekko się na PaniDamie potknęłam. Bo dawałam poważne powieści, czasem coś z poradników psychologicznych, coś rozwojowego ...
A PaniDama robiła dobrą minę do złej gry, biedna. Brała co dawałam, nie miała odwagi. Aż w końcu wyłapałam, pomiędzy wierszami, w przekazie raczej niewerbalnym, że te książki to raczej nie. Danielle Steel raczej. Ona taka życiowa. I nie piszę tego z przekąsem, o nie :-) Absolutnie pani Steel jest życiowa, pięknie uruchamia emocje w czytelniczkach. Zwłaszcza takie, o których wolą nie wiedzieć, że je mają. Tak jak PaniDama. Teraz jesteśmy dogadane ;-)
PaniDama też siedziała w klatce z małpkami. I ma wyobrażenie jaka powinna być.
Ktoś jej wbęckował :-)

I afera na cmentarzu wybuchła. Bo tak się złożyło, że jak zaczęto nowy rząd grobów, to położyło się w nowych grobach trzech, całkiem młodych jeszcze mężów.
MążPrezes, lat 48, żona zadbana, śliczna, z wyższych, prezesowych sfer, spięta jak agrafka.
MążZłośnik, około 60 lat, żona nieprzyjemna, nerwowa, ale przy bliższym poznaniu zabawna.
MążOfiara, też około 60 lat, serio, ofiara. Żona go biła, biegała za nim z siekierą wokół domu. Wszyscy się jej boją w mieście. Ja też.
I one tam, pucując te groby, wykładając chodniczki, deliberując nad nasypem, który się osuwał z góry na groby ich mężów, spotykając się prawie co dzień, bo nawet ta straszna żona chodziła często, jakoś w tej żałobie i smutku się skleiły, niby inne, ale takie same :-)
I pięknie było, WDOWY.... a po roku ta, od MężaZłośnika wyszła za mąż ;-)
I dwie pozostałe ją wyklęły, zgodnie, razem ;-)
Bo już nie przychodzi. Zdradziła.
Jak ona może być szczęśliwa? Nie wypada, zwłaszcza, że dwie pozostałe boją się po to sięgnąć...
Wybęckowane jak nic.

I tak to...
Zlazłam do Piwnicy, takie tremo wyciągłam.  Było u nas w domku, fajna rzecz. Wysokie lustro na  środku i dwa lustra na skrzydłach. Można się obejrzeć od stóp do głów i jeszcze tył i boczki :-)
TO WYŚWIETLAJ- powiedziałam.
Bo ja wybęckowana i sama bęckowałam...czas zobaczyć.
I widzę.

Ale jeszcze zacytuję mądrzejszego ode mnie :-)

Don Miguel Ruiz- Cztery umowy.
"...Nazywam ten proces udomowianiem ludzi. Udomowienie to nauka, jak żyć i jak śnić. Dzięki niemu informacje z zewnętrznego snu przepływają do snu wewnętrznego, tworząc nasz własny system wierzeń i wartości. Najpierw uczymy dziecko nazw rzeczy: mama, tata, mleko, butelka. Dzień po dniu w domu, w szkole, w kościele, w telewizji mówią nam, jak żyć, jaki model zachowania jest właściwy. Zewnętrzny sen uczy nas bycia ludźmi. Mamy gotową koncepcję, czym jest kobieta i czym jest mężczyzna. Uczymy się również sądzić: sądzimy siebie, sądzimy innych ludzi, sądzimy naszych sąsiadów.
Dzieci udomawia się w taki sam sposób jak psa, kota czy jakiekolwiek inne zwierzę. Aby wytresować psa, karzemy go i nagradzamy. Tak bardzo kochane dzieci tresujemy w ten sam sposób..."

Jak to ogarnąć? Można NIE. Jeśli w tym "śnie planety" czujesz się dobrze, nic nie musisz. Żyj i ciesz się :-)
Jeśli jednak czujesz, tak jak ja, że coś nie gra...

Poprosiłam pół roku temu o pomoc Wszechświat, zaplątana, w chaosie dnia codziennego, nie miałam pojęcia gdzie iść. Zawołałam do GÓRY o wskazówkę, pomoc, cokolwiek.

I oto ona :-)

Don Miguel Ruiz JR- Ścieżka wolności.
"Wiedza stanowi największe wyzwanie dla osobistej wolności, ponieważ buduje wyobrażenie jakie masz o sobie. Pokonanie wiedzy oznacza stopniowe usunięcie kawałek po kawałku całej definicji, jaką dla siebie stworzyłeś. To przeraża większość ludzi. Wydaje im się, że nie potrafią tego dokonać, ponieważ bez wiedzy, na której można się oprzeć, umysł czuje się tak, jakby umierał albo miał skończyć w zakładzie psychiatrycznym. Ale kiedy pozbędziesz się wszystkich tych szczegółów, które- jak sądzisz- wiesz o sobie, kiedy odrzucisz wszystkie swoje wyobrażenia, odnajdziesz wolność."

Może nie wszystko od razu, powoli :-)
Ale przecież drzewo, nawet jeśli je nazwę " żółwiem", nadal będzie drzewem, jego istota się nie zmieni...
Bo jest COŚ głębiej....





Pozdrawiam Wszechświecie, twoja owocożerna Prowincjonalna Bibliotekarka  :-)











piątek, 2 listopada 2018

Wszechświecie......aaaaaaaa!!!!!!

Zdjęcie: Joanna Polak


aaaaaaaaaaa....
Będę wrzeszczeć...
Mam dość !!!!
Ckliwe, jęczące, zapłakane, zasmarkane, wzniośle-patetyczne, złośliwie-przemądrzałe, smutnie-wyszlochane, snujące się jak dym z segregacji nocnej, opowiadania o żałobie, o śmierci, o pożegnaniu, o odchodzeniu, o powinności, o pamięci, o bólu...

Każdy poczuł się w obowiązku?
Bo taki czas?
Bo trzeba pamiętać?
Bo trzeba się zadumać?
Bo trzeba cierpieć?
Bo trzeba zapytać, czemu?
Bo trzeba to, trzeba tamto....
A chryzantemy umierają bez sensu....

Kiedy wulkan wybuchł, kiedy okazało się, że mój tata stanął przed drzwiami do innego świata, zaczął się proces. Proces odchodzenia, proces zamierania, proces godzenia się z nieuchronnym.
Mój proces, jego proces, proces mamy i sióstr. Każdy po swojemu.
Kłamstwa lekarzy, uniki lekarzy, nieumiejętność mówienia wprost, nieumiejętność mówienia o śmierci, brak kompletny zrozumienia procesu śmierci...
Wszystko to wcale nie ułatwiało.

Tak naprawdę, cały czas wędrując po poradniach spotykałam się ze strachem.
Moim, ale też i lekarzy, pielęgniarek, pacjentów...
Strach ten można było zobaczyć w oczach ludzi: umierasz, współczuję, ale ja też się boję, wycofam się, nie wesprę cię, bo nie chcę myśleć o tym, że ja TEŻ, ja też umrę, właściwie umieram, codzień coraz bliżej...
Cały system zdrowia, zdominowany przez strach.

I jest też systemem egoizmu.
Bo strach, zostawiony sam sobie, właśnie tak działa. Buduje egoizm jak wielki mur. Jego zadaniem jest zasłonić twórcę przed strachem. Egoizm nie jest niczym złym, jest tylko schowankiem dla strachu :-)

Oczywiście uogólniam. Są ludzie umiejący się poruszać w takich tematach, już swoje przerobili, wyszli ze schowanka, rozumieją, godzą się z własnym strachem i zauważają, że inni się też boją.
Potrafią mówić o śmierci, odchodzeniu, bez uciekania, bez uruchamiania własnego strachu.
Oswoili.
Nie spotkałam.
Tę lekcję dał mi tata.

Odchodząc na własnych warunkach, godząc się i układając z własnym lękiem i przerażeniem.
Nie rozmawiał z nami. Wszystko zawsze przeżywał w sobie. Był trudnym człowiekiem dla siebie i innych.
Umieranie było czymś, co musiał zrobić sam, jak zwykle ;-)
I całkiem nieźle mu wyszło.
Z cichym wsparciem żony, córek i myślę, opiekunów z innego świata.

Był zapisany do hospicjum domowego, przyjeżdżał lekarz, pielęgniarka. Odmówił wszystkiego, żadnych kroplówek, żadnych odżywek, żadnych tlenów...
No lekko się wściekałyśmy. Bo byłoby mu lżej. Ale może niekoniecznie.
Modliłyśmy się o najlżejszą ścieżkę dla niego i dla nas.
Do ostatniego dnia nie potrzebował żadnych leków przeciwbólowych.
Wystarczyła chyba wewnętrzna zgoda na to co się dzieje.
Co nie było łatwe i nie przyszło od razu, ale w końcu...
Zaistniało.

Lubił posiedzieć na słońcu. Lubił ciepło. Zawsze był bardzo odporny na upał. Miał POCHP, chorobę płuc palaczy, zimne powietrze powodowało skurcz oskrzeli i się dusił. Ale upały pozwalały lżej oddychać. W sierpniu chyba, przy którychś odwiedzinach znalazłam tatę siedzącego na krześle na podwórzu, okutanego w sweter, bo marzł, krążenie słabe było. Siedział w pełnym słońcu i cieszył się chyba tym ciepłem. Za nim, na ścianie chlewka pięła się winorośl, którą sam posadził. Rozbuchana zieloność, złote słońce, dobry, miły dzień na planecie Ziemia.
Stanęłam przy budzie naszej suczki Niuni, chwilę pomilczeliśmy, bo o czym tu mówić. Wsio jasne. A poza tym, nie rozmawialiśmy nigdy w życiu o uczuciach. Nasza przeszłość mroczna była, alkoholiczna. Pełna ciemności, bólu i strachu.

W tym momencie jednak, już była przeszłością, która mnie i jego ukształtowała.
Mnie, taką, jaka stałam przy budzie Niuni.
Jego, który siedział w słońcu na tle winorośli.
To było dobre, takie jakie powinno być.

I powiedział: wiesz Ańka, tych wszystkich księży i ten cały grzech to tylko o kant dupy potłuc.

Roześmiałam się. On też trochę.
Opowiedziałam mu historię, którą usłyszałam od Jackowskiego, tego jasnowidza, który znajduje ciała zaginionych. Otóż jeden człowiek nie chciał chyba, żeby jego ciało zostało znalezione. Jackowski nie mógł jakoś długo skontaktować się z tą duszą. Próbował, czekał, kombinował i nic. Dopiero po jakimś tygodniu, pach! jest wizja! Stodoła rozwalająca się, nie używana od dawna. Po co on tam polazł, nie wiadomo, ale dostał ataku serca i leży tam. Zadzwonił do rodziny, pojechali. Znaleźli. Stoi Jackowski niedaleko tej stodoły, pali papierosa, czekają na policję i karetkę.
I nagle słyszy w głowie: no tak, znaleźli i teraz płaczą, a ja już w tylu ciekawych miejscach byłem...

Nic dodać. Nic ująć.
Tato, lataj wysoko i daleko :-)
Baw się dobrze :-)

Do zobaczenia ;-)

Pozdrawiam Wszechświecie, twoja lekko wkurzona, trochę smutna (ale już mniej), Prowincjonalna Bibliotekarka.








niedziela, 21 października 2018

Witaj Wszechświecie, wspominam :-)



Książki.
Wszędzie książki.

Moje życie od maleńkości to książki.
I o dziwo, wcale nie z domu wyniesiona ta miłość. W sumie nie bardzo wiem skąd, podejrzewam babkę Szurę. Rodzice mi nie czytali. Nie kupowali książek. Nie było ich wiele w domu.
Babka Szura czytała. Mama mojej mamy.
Babka miała tylko cztery klasy zdobyte przed wojną. Miała talent artystyczny, potrafiła pięknie rysować, robiła kwiaty z bibułki, szyła nam lalki-szmacianki. Nie była ciepłą osobą. Raczej emocjonalnie chłodną, ale lalki robiła nam z miłością.
Pamiętam ją siedzącą na krześle przy oknie, z książką na stoliku. Kiedy czytała powtarzała szeptem to co czytała. Dziwiło mnie to, jak można cały czas tak ustami ruszać przy czytaniu? Nie wiedziałam wtedy, że babka tylko 4 klasy szkoły skończyła, taki nawyk małego dziecka przy czytaniu jej został.
Czytała dużo, Kraszewskiego całego, Sienkiewicza, Żeromskiego, wszystkich naszych polskich pisarzy ogarnęła. Nie była taką zwykła babką z ławeczki na ulicy :-)

Moja biblioteka z dzieciństwa była szara. Szara i zakurzona, niedoświetlona i zapchana po uszy. Katalogi stały jak wielkie czołgi z tajemnicą w środku, bo jako małe dziecię nie ogarniałam co to za kartki tam siedzą. Zresztą nigdy nie widziałam, żeby ktoś poza StarąBibliotekarką tam grzebał. Źródłem ciepła był piec kaflowy, zimą wchodziło się do nagrzanego pomieszczenia, pachnącego kurzem, papierem i mysimi sikami. To było jak powrót do domu, miodowe kafle emanowały ciepłem. To nie było zwyczajne ciepło. Każdy kto ma jeszcze piec wie o tym. To ciepło było jak mięciutki, leciutki, kremowy szal. Otulało nienachalnie, delikatnie dostosowując się do ciała. Była w tym magia i miłość. Mam to nadal, ponieważ u mojej mamy został jeden piec. I kuchnia na drzewo.
Każda książka w bibliotece była obłożona w szary papier. Ten porządny szary papier. Szorstko-miękki, trochę twardy kiedy był nowy, potem w miarę stykania się z rękami ludzi miękł, dopasowywał się do książki, stawał się przytulny, jak druga, pluszowa skóra. Każda książka była tajemnicą. Dopiero otwierając ją, można było zajrzeć do tego świata, który zawierała. Książki do mnie mówiły. Otwierałam na dowolnej stronie i zaczynałam czytać, zazwyczaj już w tym momencie płynęłam z historią, której jeszcze nie znałam, ale miałam tę umiejętność, że ją czułam od pierwszej chwili. Czasem te kilka zdań na początku szeptało do mnie:
- jestem dla ciebie, cieszę się, że już mnie znalazłaś, już czas.
Niektóre jednak mówiły:
- nie, nie ten czas, nie ta pora, odłóż mnie, bo cię przerażę, nie zrozumiesz, wróć później, znajdziemy się.
Znajdowałyśmy się. Po latach trafiałam na nie znów i byłam gotowa.
StaraBibliotekarka chyba wcale nie była stara. Choć tak ją pamiętam. Miała krótkie, lekko ondulowane siwe włosy, bladą cerę. Zaciśnięte surowo usta. Nosiła granatowy fartuch i ortopedyczne buty. I kołnierzyk przy fartuchu, który dawał się wymieniać. Kołnierzyki miała ładne, robione na szydełku, koronkowe, z haftem richelieu, jakimiś szczypankami. W całej tej smutnej i surowej osobie, lekko zgrabionej, kołnierzyki były takim okienkiem do tego fragmentu, gdzie schowała marzenia i światło. Nie uśmiechała się do mnie. Nie rozmawiała ze mną. Nie zachęcała mnie do czytania. Za to ja z nabożeństwem patrzyłam na niezrozumiałe, magiczne działania: wypisywanie kart, uzupełnianie katalogu, wielkie arkusze ubytkowe, księgi grubaśne; zastanawiając się jak ona to wszystko ogarnia.
Kiedy StaraBibliotekarka zorientowała się, że dużo czytam, pozwalała mi na grzebanie w książkach z działów już dla doroślejszych czytaczy. Tak właśnie poznałam się z Tomkiem Wilmowskim już w czwartej klasie chyba. Pół roku koło niego chodziłam i wychodziłam :-) Zabierał mnie ze sobą w dalekie, cudowne wyprawy, uwalniał od trudnej rzeczywistości. Zawsze będę mu wdzięczna za wolność :-)
 Książki całe moje życie były ze mną. Odbijając jak w lustrze moje marzenia, pragnienia, problemy, strachy. Radziły, uczyły, pozwalały płakać, cieszyć się, złościć.
Dawały wolność, przenosiły do innych światów, poszerzały horyzonty.
Dziewczynka z przyszłości K. Bułyczowa, była kamieniem węgielnym do zrozumienia, że świat nie jest płaski jak kartka papieru. Że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, nie muszą następować jedno po drugim. Spojrzenie w głąb Kosmosu zmieniło mnie, oprócz miłości do science fiction i fantasy, pozwoliło mi, obecnej mi, znaleźć drogę do mojego Serca. I dostrzec świat ukryty przed nami :-)

Kiedy poszłam do liceum, w odległym, innym mieście, trafiłam na kolejną StarąBibliotekarkę2 :-)
Fartuch, ortopedyczne buty, kołnierzyk, brak uśmiechu i dystans. Brak zachęty do czytania.
Książki jednak były moim Życiem, więc...StaraBibliotekarka2 połapała się szybko jaki jej się trafił skarb napędzający statystykę. Zrobiło się przyjaźniej.
Nie wyjechałam już z tego dalekiego miasta. Zostałam. Zakochałam się w liceum, wyszłam za mąż, pojawili się moi synowie. Życie płynęło.
Pracowałam jako siostra PCK, potem w muzeum, potem w Domu Kultury. W małych miasteczkach specjalnego wyboru nie ma. No i  rodzinne klany miejscowe obsadzają stanowiska. Trzeba mieć szczęście, albo plecy, albo coś...
Coś chyba miałam, praca w Kulturze na początku była bardzo ok. Byłam pełna pomysłów, pełna energii, pełna entuzjazmu. Chciało się i dawało się :-) Dom, praca, dzieci, studia. Ja Siłaczka :-)
Książki też wtedy dawały odpocząć, wyhamowywały, kiedy przekraczałam siebie, kiedy nie szanowałam własnych granic. Kiedy w pędzie zapominałam o sobie. Kiedy cała byłam POZA sobą.
Po dziesięciu latach pracy w kulturze wypaliłam się. Byłam zmęczona pracą. Była zmęczona ludźmi, byłam zmęczona mną. Brak rytmu, praca w weekendy, święta, bez konkretnych godzin, bez możliwości zaplanowania czegoś na dłużej...Ale nie widziałam możliwości zmiany. Zdawało mi się, że już zostanę w tym grajdołku. Poddałam się i płynęłam na półgwizdka. Ślepa ja...

A tymczasem, za ścianą, w tym samym budynku tylko z drugiej strony, StaraBibliotekarka2 zbierała się na emeryturę. Po czterdziestu latach pracy. Ciężko jej było, choć robiła dobrą minę. Biblioteka była jej schronieniem, jej miejscem spokoju, jej twierdzą. Sytuację rodzinną miała skomplikowaną, nie była towarzyska, raczej chropowata i kaktusowata. Emerytura jest fajna, ale nie dla każdego. Odchodziła jednak i radziła sobie z tym jak mogła.
Wspierałam ją troszkę, na ile pozwoliła, zastanawiając się kto dostanie tę pracę. W małym miasteczku, taka fucha to skarb. Zazdrościłam. Stawiałam na kogoś z krewnych i przyjaciół obecnej władzy. Jak zwykle.

Już nie pamiętam, jeden czy dwa tygodnie przed swoim odejściem, StaraBibliotekarka2 przyszła do mojej dyrektor, która była też dyrektorem biblioteki. Takie połączenia  kultury i biblioteki robiły straszną krzywdę finansową i nie tylko, bibliotekom, ale cóż...życie.

Tak sobie siedzimy, coś tam rozmawiamy i nagle:
- Pani Aniu, a pani to nie chce na moje miejsce? Księgozbiór przecież pani zna...

Znacie to uczucie, kiedy wasze życie zmienia bieg? Kiedy całe ciało jest jak rozedrgany kamerton na wysokim C? Kiedy miesza się ze sobą wibracja i dźwięk tak, że nie wiadomo co jest czym?
Usłyszałam dźwięk, kryształowy. Nie do opisania.

I taka oczywistość. No przecież, kto jak nie ja :-)
To nawet było oczywiste dla mojej dyrektorki. I dla burmistrza. Poszło jak po maśle.  Dwa tygodnie i byłam ProwincjonalnąBibliotekarką :-)
Usiadłam za biurkiem, cała przejęta, pierwszego dnia.
Spojrzałam na regały, katalogi, książki. Na latające wokół, podświetlone słońcem drobinki pyłu z książek i szarego papieru. Poczułam zapach kurzu i mysich sików :-)

DOM.




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja wdzięczna ProwincjonalnaBibliotekarka.

niedziela, 14 października 2018

Wszechświecie, zemsta na wroga!




Siedzę w kółku.
Kółku terapeutycznym.
Na terapii grupowej.

Stara, 48-letnia baba. Się posadziłam. Nigdy w życiu nie myślałam, że dojdzie do takiego czegoś. Miałam plan na życie. Doskonały :-)
Podstawa brzmiała: wszystko inaczej niż rodzice.
Wszystko odwrotnie i będzie dobrze.
I ja nie będę taka jak mama.
Będę odwrotna :-)
I będzie dobrze :-)

No i siedzę w kółku.

Życie z alkoholikiem to nie przelewki. Jeśli ktoś słyszał o DDA, czytał o tym, jest DDA, to rozumie.
Strach jest codziennością. Wstajesz z nim, jesz śniadanie, idziesz do szkoły, wracasz, odrabiasz lekcje, kładziesz się, śpisz z nim, budzisz się...I tak na okrągło.
W rodzinie alkoholika nie ma nic, czego można się przytrzymać. Wszystko jest płynne, czeka się na to czy przyjdzie pijany, czy trzeźwy? Jak pijany, to wiadomo. A jak trzeźwy, to ulga jest króciutka, bo zaczynasz myśleć o tym, co jutro. Jutro pewnie znów się napije. W sumie lepiej jak przyjdzie pijany teraz, nie trzeba wtedy znów czekać, awantury uwalniają emocje, po tym jest troszkę lżej jednak. Dłuższa ulga.

Strach jednak dominuje. Przynajmniej w moim przypadku. I przenosi się na wszystkie sfery życia. Wszystkie. Szkoła, dom, ulica, sklep. Jest z tobą zawsze, mdlący, szary, napinający, męczący, wysysający każdy gram energii. Więc w ramach ratunku, ulgi, właściwie ratowania życia, zaczynasz wypierać. Walczyć z nim. Spychać go w otchłań niebytu. Nie chcesz go czuć.
Trudna walka. Ale się udaje. Naprawdę. Można go zepchnąć tak głęboko, że nie ma. Nie ma w głowie. A przecież właśnie o to chodzi.
Żeby nie było w głowie.

Jest taki etap również, że boisz się myśli, że on wylezie i znów będziesz musiała się bać. Strach strachem pogania. Ale, wierzcie mi, można i to stłumić.
Niewiarygodne, jak można być silnym, myśląc, że się jest słabym :-)

Jak ktoś ciekaw, może poczytać o DDA. Ja poczytałam w wieku lat 35. I doznałam kosmicznej ulgi. Nie jestem wariatką :-) Są tacy jak ja. To nawet ma nazwę. To nie moja wina. Jestem DDA.
Zajrzałam na fora, gdzie tacy biedacy jak ja spotykali się, poczytałam więcej. Na forach długo nie wytrzymałam, bo oni tam wszyscy też byli przecież DDA. Walili mi lustrem po oczach, czego jeszcze wtedy nie ogarniałam, ale bolało. To były i pewnie są nadal, smutne miejsca. Ale każdy etap potrzebny.
Pomyślałam nawet, że może pójdę do psychologa i spróbuję zapytać, jak sobie pomóc. Jakoś się zebrałam. Taka psycholog w ośrodku pomocy była, poszłam.
Powoli, nieskładnie wyłuszczałam problem. A ona mi z grubej rury walnęła: że rodzice to też ludzie, jestem dorosła, powinnam to zobaczyć. I wybaczyć.
Wyszłam od niej jak zbity pies.
Z takim poczuciem winy jak z Podlasia na Madagaskar. I z kiełkującą złością, że nie. NIE. Nikomu nie wybaczam. To mnie skrzywdzono. To ja cierpię. Ja mam prawo domagać się przeprosin. I zemsty.
I znów poczucie winy, bo przecież jestem dorosła, powinnam być lepszą i wybaczyć. I znów złość, że NIE.
Dysonans poznawczy.
Zgadnijcie co wygrało?
Oczywiście, że poczucie winy. To uczucie szlachetniejsze, o ironio :-)
Złość nie jest dobrym uczuciem. Brzydka jest, mroczna. Za nią stoi kupa innych pokracznych, oślizłych uczuć. Nie, nie będę taka ohydna. Nie patrzymy w tamtą stronę. Wybaczamy. Psycholog ma rację, ksiądz ma rację, inni ludzie mają rację, ja nie mam racji.
Mam przecież plan na życie.
Doskonały.
Wszystko odwrotnie.

I siedzę.
W kółku.

Siedzę już dłuższy czas, kilka miesięcy, gdy chłopak, nazwijmy go Stefan, wreszcie się otwiera i opowiada o swoim ojcu i dziadku. Dziadek wymaga, by jak wróci do domu, wszyscy byli na baczność. Nikt nie ma prawa siedzieć. Każdy ma być zajęty czymś pożytecznym, robotą.
W mojej głowie pojawia się wizja zestresowanej rodziny, małego chłopca, ze strachem czekających na dziadka. Na jego reakcję. I nagle czuję, rozumiem...i współczuję ojcu Stefana. Bo ja tam byłam, gdzie on. Jesteśmy tacy sami. A Stefan jeszcze nie chce tego widzieć. I tam też byłam. I jesteśmy tacy sami.
Wszyscy jesteśmy tacy sami.

I wszystko zależy od poziomu świadomości na jaki się już w drapałeś.
Zanim Stefan mi pokazał drogę do wybaczenia, musiałam jednak wejść w brzydkie, oślizłe uczucia. Przyznać się do nich. Przytulić je. Uznać za swoje. Oddać im sprawiedliwość.
Miałam prawo tak się czuć. I to nie było złe, to było MOJE.

I tak oto, chytrze :-), zapraszam w kierunku miłości bezwarunkowej z poprzedniego posta :-)
Łapie się ktoś na ten pociąg?
Że tak się zapytam przebiegle?

Pozdrawiam Wszechświecie, twoja chytra, przebiegła i podstępna Prowincjonalna Bibliotekarka ;-)



czwartek, 11 października 2018

Wszechświecie, Smętek Zwodnik nadal zwodzi.


Temat chodzi za mną już z pół roku. Nasilił się na warsztatach z Rosą, tych ostatnich...
Buczy mi w głowie, jak taki grubaśny, mały, puchaty bąk...
I chociaż, Wszechświecie, mnóstwo się teraz działo w moim życiu, ten temat cały czas pobzykiwał w tle.
Ciężko się z nim mierzyć. Nie wiem, czy dorosłam.

Ale na mojej liście czytelniczej mam Kurnik, a tam znów się rozgdakało.
Lilka B. popełniła bardzo ciekawy post TUTAJ.

I dziabnęło mnie. A bąk w mojej głowie zaczął buczeć bardzo głośno.
Moja mama mi opowiadała, że jak była mała, schodziły się sąsiadki do mojej babki wieczorami. Zapalało się lampę naftową i darło pierze, szatkowało kapustę, a jedna kobitka czytała głośno książkę.
Tytuł "O Smętku Zwodniku".
Dzieciom uszy falowały aż od słuchania tych opowieści o zwidach na cmentarzu, upiorach, błędnych ogniach wiodących na manowce. Wszystko to w migocącym, magicznym świetle lampy naftowej i półmroku kryjącym się po kątach. Kiedy potem dzieciuki szły spać, to bały się nos wychylić spod kołdry, a wyjście na siku, nawet do oddalonego o metr nocnika, było wyprawą przerażającą :-)

Dziadek natomiast opowiadał o tym, że jako mały chłopiec był w Rosji. Nie mówił wiele, był małomówny i zamknięty. Jako wnuczki kochałyśmy go, przy nas ciepła strona jego natury się ujawniała. Był ofiarą tzw. bieżeństwa. I kiedyś opowiedział swoim dzieciom jak tam było. Przyjechali, nie wiem do jakiego miasta, w trakcie rewolucji październikowej. Był głód. Ogromny. Na ulicach leżały ciała zmarłych i zabitych. Krew była wszędzie. Z więzień wypuszczono wszystkich więźniów, politycznych, złodziei, morderców. I to wszystko grasowało wolno i bezkarnie. W ludziach budziły się najgorsze instynkty. Dziadek z kolegą chodzili po domach opuszczonych próbując znaleźć coś do jedzenia, bądź sprzedania. Trudne to było, bo ludzie co nie zabrali, to wszystko niszczyli w jakimś bezmyślnym szale. I weszli raz do bogatego domu, a tam w sypialni, w kołysce, dziadek zobaczył niemowlę z poderżniętym gardłem...
Wrócili do Polski, potem była wojna....

Nie wiem Wszechświecie.
Czytając post Lilki B. poczułam smutek. Zniechęcenie.
Kury się rozgdakały, każda prawie opowiedziała swoje fragmenty historii rodzinnej. Każda z dramatem, każda z nieszczęściem wojennym.  Historie ciekawe, czasem inspirujące, czasem smutne, czasem zabawne.
Ludzkie losy.

Czytam też Klarkę Mrozek :-) O TUTAJ
Dziś też cię kocham...
Klarka pyta: co się stało z miłością?
Pytanie jest zasadnicze. Sięgające korzeni.
Ale nikt nie dał rady odpowiedzieć, rozmyło się na szczególiki, obwinianie, osądzanie...

 Na ostatnich warsztatach z Rosą było super, choć przestraszyłam się trochę tematu ZAUFANIE.
Bo ja wiem, że ja nie bardzo ufam sobie, a co dopiero ludziom. Dopiero się tego uczę. Stawiam niepewne kroku w kierunku: cokolwiek będzie, będzie dobrze. Jakkolwiek będzie, będzie dobrze.
Zaufanie do płynącego Życia. Zaufanie do mnie samej, zaufanie do moich wyborów. Trudne.

Bo przekaz rodzinny wcale mnie nie przekonał, że wszystko będzie dobrze. Moi przodkowie, żyjący w takich okropnych czasach, przekonali mnie, że dobrze nie będzie. Ich strach stał się moim strachem, ich trauma, moją. Ich smutek, moim. Ich tajemnice też stawały się moimi.
Moja babka, kiedy demencja cofała ją w czasie, zaczęła chować w łóżku chleb, kiełbasę, wsypywała pod poduszkę cukier, chowała, bo może zabraknąć. A gorsze czasy przyjdą.

U Rosy kiedy ludzie mówili na podsumowaniu, co zrozumieli przez te dwa dni, wiele osób powiedziało, że chce się zmienić.
Chce być miłością, MIŁOŚCIĄ BEZWARUNKOWĄ. Chce czuć miłość, być miłością i ją dawać innym.
Borzezielony, jak mi to nie grało. Jak czułam, że coś nie tak, że ślizgają się po powierzchni czegoś, ale wcale nie rozumieją tej swojej potrzeby. Że oszukują się, choć całym sercem czują, że mówią prawdę.
I mówili, prawdę.

Chcemy, chcemy kochać. Być kochanymi. Pragniemy miłości tak bardzo, że aż boli.
Bo ją straciliśmy.
Oddaliśmy. Sami oddaliśmy. Pozwoliliśmy, by w nurcie Życia wszystko się przeinaczyło, podzieliło, rozmyło. Ustaliliśmy granice, państwa, nadaliśmy znaczenie kolorowi skóry, kulturze, stylowi życia, historii, tradycji, naszym lękom, pragnieniu i pożądaniu. W tej mieszaninie różnorodności wątków straciliśmy naszą MIŁOŚĆ.
Poczucie bycia RAZEM.

Mieliśmy to. Inaczej nie czulibyśmy braku. Sięgamy do ludzi po to. Wszyscy to robimy. Sięgamy po to uczucie, że ktoś nas zrozumie, zaakceptuje takimi, jakimi jesteśmy.
Nazywamy to MIŁOŚCIĄ.

I pojęłam jedno. Miłość bezwarunkowa z punktu widzenia ZIEMI, jest okrucieństwem.
Prawdziwym, strasznym okrucieństwem.
Niesprawiedliwością i okrucieństwem.
To zdjęcie na górze.
Hitler, Ewa i ich córki. Miłe, fajne zdjęcie rodzinne. Ta dziewuszka z lewej strony lekko i ufnie opierająca się o tatę. Ewa z matczynym uśmiechem. Rączki dzieci ufnie w rękach rodziców.
Rodzice pochyleni do dzieciaków. Rodzina, więzi, emocje.

Ten biedny Hitler, ikona wszystkiego złego, oczerniany i uznany za potwora. Prawdziwe, osobowe zło. A tu zdjęcie, które pokazuje człowieka.
I miłość bezwarunkowa w naturalny sposób go kocha. Ze wszystkim co zrobił. Z każdym wątkiem nieszczęścia, który sprowadził. Z każdą minutą cierpienia jego ofiar. Ze zrozumieniem, że był jaki był. Nie osądza. Pozwala.
I tak samo Lenina, Stalina, Kaligulę, doktora Mengele i każdego złego człowieka o którym pomyślimy.
I tak samo każdą ich ofiarę.

Uważajmy, o co prosimy :-)
Bo może się okazać, że to dostaniemy.

Jesteśmy na to gotowi?

Mój bąk buczy dalej...

Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja bucząca Prowincjonalna Bibliotekarka.





piątek, 5 października 2018

Ach, jak się pięknie garbię, Wszechświecie.



"Pokuta zaspokaja naszą potrzebę wyrównania. Jeśli jednak wyrównania szukamy w chorobie, nieszczęśliwym wypadku lub śmierci, co tak naprawdę osiągamy? Zamiast jednego poszkodowanego lub zmarłego, mamy dwóch. Gorzej nawet: dla ofiary nasza pokuta jest podwójną szkodą i podwójnym nieszczęściem, ponieważ jej nieszczęście podsyca nieszczęście innych, a z jej szkody wyrasta dalsza szkoda, a jej śmierć przynosi śmierć innych.
I jeszcze coś trzeba wziąć pod uwagę. Pokuta jest tandetą. Podobna jest do magicznego myślenia i działania według których, zbawienie innych pochodzi tylko z mojego nieszczęścia, moje cierpienie wystarcza, by uratować innych. Cierpienie i umieranie mają wystarczyć. Nie trzeba patrzeć na relacje między ludźmi. Nie trzeba widzieć drugiego człowieka. Nie trzeba czuć bólu z powodu jego nieszczęścia. Nie trzeba też robić niczego dla innych.
Działanie zostaje zastąpione przez cierpienie, życie przez umieranie, a wina przez pokutę. Samo cierpienie i umieranie, bez działania i wysiłku mają wystarczyć. Tymczasem przez pokutę choroba, cierpienie i śmierć stają się jeszcze większe."
Bert Hellinger "Porządki miłości"

Mocne. Bert Hellinger. Zakonnik, misjonarz, odszczepieniec.
Dziwny człowiek, dziwna teoria, dziwne praktyki.
Nie dla każdego.
Kiedy weszłam na drogę poprawy życia, po terapii postanowiłam jeszcze trochę poszukać. Zobaczyć czy coś jeszcze mogę zrobić. No wiesz Wszechświecie, żeby uklepać. Utwardzić. Umocnić.
A poza tym czułam się, po dwóch i pół roku pracy z terapeutkami i grupą, samotna i opuszczona. Nie wierzyłam do końca, że sama dam radę.
Potrzebowałam balkonika do podparcia.
Szur, szur, szur...
Nie czułam się pewnie.

Już od jakiegoś czasu trafiałam na wzmianki o ustawieniach systemowych hellingerowskich, ale uważałam to za czary-mary i omijałam z daleka. Temat czasem wracał, ale jakoś odpychałam...
Pojawiały się książki, ale nie miałam przekonania. Coś iskrzyło, ale...
Jednak z każdym takim powrotem tematu, dowiadywałam się coraz więcej. I w sumie zaczęłam się bać.
Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że się boję, zaczęłam się zastanawiać czego właściwie?
Przecież tyle ogarnęłam na terapii, naprawdę dużo. Stanęłam twarzą w twarz ze sobą i moimi demonami. Było strasznie. Było okropnie i przeżyłam. Czego boję się teraz?
Tego samego.
Mnie.
Bo nie wszystko ruszyłam, bo coś jeszcze się chowa.
Na wszystko jest czas i miejsce.

Znajoma była i poleciła Kasię. Sprawdzona, bo oszołomów nie brak. Pojechałam.
W poczekalni kilka dziewczyn, starsze, młodsze. Co jest, że same kobitki? Nie raz już się zastanawiałam. Na terapii grupowej przewaga kobiet, na warsztatach pracy z ciałem jeden rodzynek odpadł na drugich zajęciach, u Rosy więcej facetów, to fakt. Tak 1/3 grupy. Ale to ROSA :-)

No więc kobitki. I wchodzi ANIA! Przyznam, że się zdenerwowałam. Miała być Kasia!!!
Bo Anię znam, z głupiego filmu na YT i nie podobała mi się.
A Ania pyta: kto widział film na YT???
Niepewnie podnoszę rękę ja i kilka innych dziewczyn. A Ania tłumaczy, że film ze spotkania pocięto na kawałki, bez sensu. Wyszło idiotycznie i ona jest zła na organizatorów. Ale za późno się dowiedziała i poszło w świat. Troszkę ze mnie zeszła para. Dam szansę.

Kiedy Ania zaczęła mówić wszystko zaczęło się kleić. Powoli zrozumiałam, że jestem w dobrym miejscu. Zobaczmy, co się dzieje w przestrzeni rodziny, rodu, związków rodzinnych.
To to samo co ogarniałam na terapii, tylko jakbym weszła innymi drzwiami.
Drewno można rąbać różnymi siekierami. Efekt ten sam. Polanka do kominka :-)

Kiedy czekałam na swoją kolej, przysłuchiwałam się kobitkom. Masażystki, trenerki życiowe, tarocistka...branża ezoteryczna :-). Każda z nich mówi, że są tu by wyczyścić się z zakłóceń energii, by lepiej pomagać innym. Tak trochę mnie zastanowiło, że jakoś ustawiają się poza problemem. Zakłócenia energii? Ok, ale to twoja energia, to Ty. A zakłócenie to na ten przykład niemożność wybaczenia mamie, tacie...To nie jest jakieś czyszczenie, to jest bardzo osobisty kontakt ze sobą :-)
I rodzicami. No i, że jeszcze niby robisz to dla innych? Jakoś nie tak coś.
Więc gdy padło w moim kierunku pytanie: a ty to robisz dla kogo?
Odpowiedziałam bez namysłu: DLA SIEBIE.
Zapadła konsternacja i cisza.
Jakieś krzywe uśmiechy i po chwili: no tak, tak jest na początku, a potem zaczynasz pomagać.
No wytłumaczyły sobie :-)
Ja już byłam PO pomaganiu. Po byciu fontanną pouczeń i olśnień. I po rozczarowaniach, bo nikt nie chciał słuchać :-) Nikt nie chciał olśnień, przebudzenia i zmiany. Wszyscy chcieli, by było tak jak było :-)
Więc sobie odpuściłam, choć przyznaję, że misjonarskie zapędy nadal zdarza mi się miewać i muszę studzić własny zapał w tym kierunku:-)

Kiedy weszłam do pokoju była tam Ania i dwa krzesła. Oraz spore naręcze Twoich Stylów na stoliku.
Krzesła reprezentowały moich rodziców, moje siostry...zależy.
Nie wiem, skąd  Ania wiedziała pewne sprawy. Tak działa POLE. Albo fizyka kwantowa, albo Źródło, albo nie wiem co. Ale wiedziała.
Przeciągnęła mnie w ciągu 50 minut przez większość rzeczy, które z bólem i trudem odkrywałam na terapii. Poszło łatwiej, bo już mniej więcej wiedziałam o co chodzi. Ale i tak osmarkałam Ani bluzkę płacząc jak dzika :-) Bo ona przytulała :-)
Podała mi kilka Twoich Stylów, kazała trzymać i powiedziała, że to ODPOWIEDZIALNOŚĆ, którą wzięłam, ale ona nie była moja.  A wzięłam bardzo wcześnie, w wieku trzech lat. I niosłam, niosłam za kogoś.
Stałam tam, zapłakana i zasmarkana, siąkając nosem, czując się jak mała, trzyletnia dziewczynka, trzymając gazety. Dosyć ciężkie, bo kupka spora.
I kiedy Ania, powiedziała: oddaj tę ODPOWIEDZIALNOŚĆ właścicielce i wyciągnęła ręce...moje dłonie zacisnęły się na tych gazetach. Nie mogłam. Nie mogłam. Czułam, że to MOJE.
Chwilę trwało. Oddanie kupki Twoich Stylów.
I ta ULGA, kiedy w końcu oddałam...

Każda kobitka, która wychodziła z pokoju była zapłakana i zasmarkana jak ja. Więc jednak się nie udawało stanąć z boku :-)
Tak sobie myślę, że każdy dotrze tam gdzie powinien, w końcu :-)
I w najodpowiedniejszym czasie :-)

Tytuł posta nie jest mój :-)
Na warsztatach pracy z ciałem powiedziała to dziewczyna: że tak patrzy na siebie i sprawdza, czy się ładnie garbi :-)
Nie zrozumiałam od razu, musiałam trochę nad tym pomyśleć.
Ale okazało się, że ja też się ładnie garbiłam, wiele, wiele lat. Udawałam kogoś, kim nie byłam, niosłam rzeczy nie moje, zdejmowałam odpowiedzialność z innych ludzi, ubierałam się w nią i patrzyłam jak mi w tym ciężko, ale jak ja pięknie pokutuję. Jak ja pomagam, jak ja wzniośle pomagam nieść krzyż :-)
OESU, jak my czasem świrujemy na tej planecie.
Wszechświecie, Ty jesteś pewny, że to nie jest Psychiatryk?

Ustawienia hellingerowskie polecam, czemu nie. Cokolwiek działa. Tylko z wyczuciem. To nie magia jednak. To coś, co nie dzieje się samo, trzeba, tak jak wszędzie, włączyć Świadomość.
Ale każda lekcja cenna :-)


Miłego dnia Wszechświecie, wyprostowana, aczkolwiek z lekko strzykającym kręgosłupem Prowincjonalna Bibliotekarka :-)