Obserwatorzy

piątek, 7 czerwca 2019

Relatywizm Wszechświecie.



Życie jest proste.

Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie mów fałszywego, kochaj....

Proste prawdy wyznaczające ścieżkę.

Prawa ułatwiające orientację w świecie. Wystarczy się trzymać i masz zapewnione miejsce w niebie. Nic nie musisz, tylko przestrzegaj punktów. Nawet nie pytaj, bo ty nie jesteś od pytania.
Są więksi od ciebie.
Tyś pyłkiem na wietrze, prochem w który się obrócisz.
Przestrzegaj prawa.
Potem sąd nad tobą się odbędzie i dostaniesz przydział.
Kropka.

Pamiętam zimę w 1987 roku. Byłam w studium pielęgniarskim w Warszawie. Podobało mi się. Ale najważniejsze, że byłam w Warszawie, bo mój chłopak z liceum studiował na Politechnice. Rozstanie nie wchodziło w grę. Wybrałam szkołę gdzie przyjmowano bez zbędnych ceregieli. Jednak było dobrze. Zawód mnie interesował, było ciekawie.
Zimą miałam praktyki w szpitalu na Kondratowicza. Daleko. Mieszkałam kątem u niezbyt bliskiej rodziny, w przechodnim pokoju. Dojeżdżałam pociągami podmiejskimi, potem jeszcze autobusem. Prawie dwie godziny w jedną stronę, a zima była sroga, minus30 było prawie co dzień. Wchodziłam do pociągu o 5.10, a na ścianach od środka był szron. Kiedy usiadło się na plastikowe siedzenia, pupa zamarzała po 10 minutach. Ale mimo tego, to był szczęśliwy czas. Żyłam pełnią życia. Byłam szczęśliwa w bańce miłości, mając w perspektywie małżeństwo i bycie z osobą kochaną najbardziej na całym świecie.
Z perspektywy obecnej: byłam w swoim Niebie :-)

Tego konkretnego, zimowego dnia jechałam ze zlodowaciałymi nogami, pupą i nosem, na oddział noworodków. Pierwszy dzień. Byłam podekscytowana, ale pewna, że będzie fajnie.
Małe dzieciaki; a ja już, gdzieś tam po cichutku, zastanawiałam się, jakie będą moje.
Fajnie, że mogę nauczyć się pielęgnacji.
Dojechałam w końcu do szpitala, pobłądziłam trochę szukając naszej szatni, przebrałam się i poszłam na oddział. Wszystko poleciało zwykłym trybem, wprowadzono praktykantki w nasze obowiązki, pokazano co i jak.  I wypuszczono na salę. Do roboty. Masowe mycie i przewijanie.
To był duży szpital. I dzikie czasy, kiedy dzieci zabierano od matek, przywożono tylko na karmienie. Maluchy leżały w rządkach w szaro-białym, aseptycznym pokoju z jednym oknem. Zawinięte w kokoniki z szorstkich, żółtawo-brązowych od prania i dezynfekcji, pieluszek tetrowych i flanelowych. Nieważne było, że akurat śpią. Trzeba było dzieciuczka roztrząść, rozwinąć, łapnąć na rękę, wsadzić pod kran, opłukać, potem szybko osuszyć, zapudrować i zapakować w kokonik.
Jak tak się wzięłyśmy do pracy, w sali najpierw zaczęły płakać dzieci, które obudziłyśmy, a potem już wszystkie...Patrzyłyśmy na siebie, bo nie tego się spodziewałyśmy. Ale pielęgniarka kazała działać i nie przejmować się.

Podeszłam do następnego łóżka, gdzie w tym harmiderze o dziwo spokojnie, leżał dzieciuczek z wielkimi, niebiesko-ciemnymi oczyma. Patrzył spokojnie. Buzia była ładna, jasna, nie czerwona jak u innych noworodków. Obejrzałam się, pielęgniarki nie było. Zagadałam do niego, uśmiechnęłam się, też się uśmiechnął i coś zaguglał. Tak chwilę guglaliśmy, a potem podłożyłam rękę pod jego głowę
i pupkę by go podnieść.
I o mały włos nie rzuciłam go z powrotem. Zszokowana miałam na tyle świadomości by go położyć delikatnie.
Ponieważ moje palce podłożone pod jego główkę, zagłębiły się w niej, jak w galaretkę. Tam gdzie spodziewałam się twardej kości malutkiej czaszki, nie było twardości, była przerażająca miękkość.
Stałam nad nim jak zamrożona, a maluch płakał....

Odsunęłam się od niego i poszłam poszukać pielęgniarki.
Znalazłam i zapytałam o co chodzi...
Usłyszałam: ojej, zapomniałam wam powiedzieć.
Wróciła ze mną na salę i wszystko nam wytłumaczyła.

Chłopczyk miał już pół roku. Po porodzie mama go zostawiła w szpitalu. Miał genetyczną chorobę, wrodzoną łamliwość kości, postać letalną (śmiertelną). Cud właściwie, że jeszcze żył. Pierwsze złamania nastąpiły już w macicy. Przy porodzie następne. Kilka przy przewijaniu. Był na lekach przeciwbólowych i uspokajających. Bo nic nie można było zrobić.
Tylko czekać na śmierć.
Noworodki pojawiały się na tej sali na kilka dni, on od pół roku był stałym elementem, bo czekał...

Nie mogłam się przemóc, by go znów dotknąć. Nie miałam odwagi, potwornie bałam się, że zrobię mu krzywdę, a on i tak cierpi. Z nas trzech, jedna tylko, Agata, przemogła się i brała go na ręce. Podchodziła z nim do okna, by zobaczył niebo, rozmawiała z nim, przynosiła mu soczki z domu.
Ale...
Po kilku dniach pielęgniarka powiedziała jej:
- Nie rób tego, to mu nie pomaga...przytulasz go, obdarzasz miłością, ale jesteś tu na chwilę, zaraz stąd pójdziesz, a on będzie chciał WIĘCEJ...

Widzę Wszechświecie oczy tego chłopczyka, zapamiętałam je na całe życie.
Duże, niebieskie, lekko nieobecne od leków.
Życie płynęło wokół niego, barwne, żywe, radosne...a on czekał.

Nie rozumiem wszystkiego, świat jest nieogarnialny w swej różnorodności.
Ale spotkanie tej Duszy spowodowało, że przestałam uważać, że na wszystko jest paragraf.
Że są proste odpowiedzi na trudne pytania.
Zrozumiałam, że czasem odpowiedzi nie ma.
A czasem odpowiedzi się boimy.

Kiedy mój ukochany, schorowany pies, który nie był psem, tylko częścią mojej Duszy, odchodził na stole u weterynarza, kiedy powoli usypiał w moich ramionach po podaniu leku uśmiercającego, mówiłam mu:
- spokojnie, za chwilę pobiegniesz , będzie po wszystkim, jeszcze chwilka i będziesz wolny.
 Jeszcze chwilka kochanie...dziękuję, że ze mną byłeś, ale już jesteś wolny.

Słyszałam to ostatnie szarpnięcie serca i ostatni wydech.
I czułam, że to jest Dobre.

Kocham cię, możesz odejść.





Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja  pogrążona w relatywizmie Prowincjonalna Bibliotekarka.


czwartek, 6 czerwca 2019

Nie oddaję ręcznika Wszechświecie!



Czasem się sama proszę o bęcki.

Nie słucham intuicji, nie słucham tego cichego głosiku w głowie: nie idź tam, nie idź...
Brzęczy mi nad uchem, że coś nie tak, że raczej nie tędy, ale ignoruję.
Sio mucho!

I lekcja się odbywa. Temat: trzeba sobie ufać i słuchać co Anioł Stróż szepcze do ucha.
O ileż życie jest wtedy łatwiejsze.
Ale bądźmy szczerzy Wszechświecie, jest we mnie jakaś taka przekora.
I czasem aż korci, by jednak sobie utrudnić, jednak wdepnąć gdzieś i tak, jak gdyby nigdy nic, uszczypnąć...
Choć wiem, jakie będą konsekwencje, to tak niby jednak nie wiem... czy co?
Spryciulka.

Już dawno się zorientowałam, że jeżeli spotkam ludzi koczujących na nuklearnej pustyni Życia, śpiących w dołkach wygrzebanych w ziemi, opiekających szczury nad ogniskiem, zrozpaczonych, chorych i pogrążonych w beznadziei, usiądę z nimi. Wezmę patyk i opiekę szczura, podzielę się wodą, posłucham. Przytulę, choć brzydko pachną. Powiem, że można dołek wyłożyć mchem, niekoniecznie trzeba tak w błotku. Kiedyś bym jeszcze zgarnęła do  swojego domku, ale teraz nie...Teraz wiem, że każdy z nich ma własny domek. I w każdej chwili może do niego wrócić.

Jednak, jeśli spotkam ludzi w tęczowych szatach, mieszkających w ogrodzie, świecących jak słońce, odżywiających się owocami prosto z drzewa Dobrego, promieniujących pewnością siebie w każdym aspekcie, i miłością, i zrozumieniem...
Tu zrobię się czujna. Siądę z boku. Najpierw popatrzę.
Coś za piękny ten obrazek, gdzie tu jest haczyk?
Może kiedyś uda mi się nie szukać dziury w całym?
Może po prostu odpuszczę, pocieszę się słońcem, owocami i spokojem.
Czasem mi się to już zdarza nawet.
Ale czasem nie....

Spotkał mnie hejt :-)
Nie pierwszy raz w życiu, nie ostatni. W zasadzie wszyscy się spotykamy z różnymi formami negacji. A negowane są nasze uczucia, poglądy, wygląd, sposób życia, wszystko właściwie.

Kiedyś długo myślałam, że to ja jestem tego powodem.
Teraz wyraźniej widzę, że powodem hejtu jest osoba hejtująca.
Serio.
W złośliwościach zawsze chodzi o wypowiadającego złośliwości.

To trudno zobaczyć, bo formy hejtu nie zawsze są oczywiste. Jest wiele sposobów by nam wsadzić szpilę, zlekceważyć nas, umniejszyć, pozbawić pewności siebie, pokazać kąt, gdzie mamy siedzieć we wstydzie. Kiedyś wsadzano w pręgierz, a dobrzy ludzie mogli się poczuć jeszcze lepsi obrzucając biedaka w pręgierzu bobkami :-) Teraz są inne sposoby, internet daje mnóstwo możliwości, nawet nie będę się nad nimi zastanawiać, bo co raz dochodzą nowe. To płynne.
Towarzyszy nam od zawsze.

Ja zastanowiłam się po tych dwóch lekcjach nad Sednem.
Jaka ja ci jestem wdzięczna Wszechświecie, że już mogę to Sedno, przynajmniej jedno z Sedn, zobaczyć...

Odkrycie, że nie muszę się wstydzić, że nie muszę się denerwować, że nie muszę czuć się zła, niemoralna, nie taka jak trzeba, jest uwalniające.
Ale, żeby to zobaczyć, czasem trzeba wleźć w jakieś miejsca, gdzie cię tymi bobkami jednak obrzucą i poczuć. I zobaczyć, co ja czuję i czemu?
A potem zastanowić się.

Takie ćwiczenie było na warsztatach pracy z ciałem.
Osoba ćwicząca dostaje ręcznik. Ma go powąchać, przytulić do serca, poczuć, że jest on czymś ważnym, czymś miłym, czymś własnym. A osoba asystująca ma stanąć naprzeciw, wyciągnąć ręce
i poprosić: daj mi go, proszę cię, jest mi bardzo potrzebny.

Ja byłam w parze z moją KoleżankąAnią. Pewnie z obcą osobą jest inaczej. Ja KoleżankęAnię lubię bardzo, razem pełzniemy przez depresję i nerwicę. Wspieramy się.
Więc przytulam ten ręcznik, KoleżankaAnia prosi, wyciąga ręce i co ja czuję? NIE.
No NIE. Głębokie, stanowcze NIE.
Jestem zdziwiona niepomiernie swoją reakcją. Zaraz potem napływa ogromny dyskomfort, poczucie winy. Jak to? KoleżanceAni nie oddam? Toż ona wszystko by mi oddała. Stoi naprzeciw, wyciąga ręce, patrzy szczerymi, jasnymi, lekko mokrymi oczyma...
A we mnie NIE. Mimo poczucia winy, mimo wstydu, mimo koszmarnego rozerwania...
To tylko ręcznik, ale może już nie...
Nie oddałam.

Później, na koniec zajęć jest relaksacja. Kładziemy się na matach, rozluźniamy, pozwalamy mięśniom się rozkurczyć. Czasem wpadamy w wibrację, mięśnie się trzęsą, zrzucają balast emocjonalny.
I nagle, płaczę...
Bo nie umiem jeszcze stawać za sobą, bo każdy taki akt, budzi we mnie strach. Bo jeśli nie oddam ręcznika, ludzie mnie nie będą lubić, egoistki jednej.
Długo na to pozwalałam, na to oddawanie, które odczuwałam jako odbieranie.
To stało się sposobem na życie.
Wtedy to wyraźnie zobaczyłam. Ale...nie oddałam.
Już byłam na dobrej drodze :-)
Lekcja Numer Jeden.

Wszyscy mamy swoje ręczniki.
Nasze własne, puchate, mięciutkie, pachnące, swojskie.
Albo strefy komfortu, albo ulubione, niewzruszalne poglądy, albo wizje siebie...
Każdy z nas coś trzyma.
I bardzo nie chce puścić. Bardzo.

I kiedy ktoś wejdzie w te strefy, i nawet bez złych intencji coś powie inaczej, nie tak, z innej perspektywy. Oberwie. Mocno. Nie ruszaj, to moje!

Bo oprócz tego, że nie oddaję ręcznika, jeszcze za bardzo się do niego przywiązuję :-)
Lekcja Numer Dwa.

I tutaj wracamy do hejterów.
Oni nie oddają, przywiązują się i biją z całym światem o ręczniki.
Zawsze chodzi o nich. Cokolwiek zrobią, cokolwiek powiedzą, jakiejkolwiek metody użyją, zawsze chodzi  to by nie oddać własnego ręcznika.
Nie umieją żyć w świecie bez swojego ręcznika.
A przecież jest tyle ręczników, kolorowych, większych, mniejszych, puchatych, bardziej szorstkich, pachnących.
Wybór.


Zdjęcie nie jest tu przypadkiem.
Zasugerowano mi, że wyznaję podobne poglądy jak Goebbels.
A ja zawsze myślałam, że raczej jak ten pan w kółku ;-)

Ale po zastanowieniu, jakby tak uczciwie popatrzeć, to coś jest na rzeczy.
Taki mały, autorytarny ludzik we mnie, który wie jak inni mają żyć. No jest. Zawsze był.
Karmił się moim strachem, wstydem, wstrętem i paniką.
Ostatnio jakby przycichł, stał się milszy, spokojniejszy, mniej narzucający się.
Troszku się polubiliśmy, bo jego umiejętność stawiania granic, choć taka dość kanciasta, wiele razy uratowała mi zadek :-)
Współpracujemy.

Zarzucono mi również relatywizm moralny. Hm....

Więc, relatywizmie  moralny, przybywam!
Ale to w następnym poście....


źródło: internet
Ps. A jeśli chodzi o tych co mieszkają na pustyni i tych co w ogrodzie. Okazuje się zawsze, że ci z     ogrodu byli na pustyni, a ci z pustyni bywali też w ogrodzie. Bo to tylko miejsca zamieszkania są.
Wcale nie na stałe...






Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja zawsze, tańcząca z ręcznikami Prowincjonalna Bibliotekarka.





środa, 22 maja 2019

Miejsce do płaczu Wszechświecie.


Maj się burzy Wszechświecie. 

Pomrukuje groźnie na krańcach ciemno-fioletowych chmur. Gromadzi błyskawice i pioruny 
w powietrzu, które aż wibruje od skrzącej energii. Roślinność ma dziwny, ostry, zielono-niebieski kolor. Ozon w powietrzu skwierczy i napełnia płuca energią od której drżą ciała, zostawia też na języku metaliczny posmak. Deszcze przychodzą gwałtownie, grube krople spadają jak grad, wszystko co żywe ucieka i chowa się gdzie może.
Matka Ziemia gwałtownie zmienia nastroje jak zbuntowana nastolatka, 
płacze i śmieje się jednocześnie.

Jestem w liceum. Druga klasa. Mieszkam w internacie. Jest maj.
Sale są duże, budynek jest zabytkowy, poklasztorny. Zbudowany chyba w XVII wieku. 
Cóż te ściany widziały...
Teraz mieszkają w nich licealistki. Obok taki sam budynek dla chłopaków. W wielkiej sali jest nas dwanaście. Zero prywatności. Tapczaniki jeden koło drugiego. Dwanaście nastolatek razem to naprawdę odbezpieczony granat. Ale jakoś się dostosowujemy, żyjemy na wulkanie, który czasem wybucha.
Jest trudno. I trzeba być świetnym aktorem. Nikt nie może zobaczyć twoich prawdziwych uczuć. 
Bo zostaniesz celem. Celem żartów, celem przycinków, celem spojrzeń i szeptów. 
Dwanaście samotnych dziewczyn. 
Dwanaście oskarowych aktorek. 
Dwanaście młodych kobiet uczących się być Człowiekiem.

Wykradam się wieczorem z internatu. Cichutko schodzę po drewnianych schodach, uchylam powoli skrzypiące drzwi i wsuwam się w mrok podwórza. Zostawiam za sobą budynek śmiechów, krzyków 
i szeptów. Okna rzucają na dziedziniec wielkie płachty żółtego, ciepłego światła. Mijam je, by mnie nie oślepiły jak sarny na drodze. Wtapiam się gęstą, ciepłą, majową ciemność. Pełną zapachów, wilgoci, szmerów. Jestem czujna, rozglądam się, nasłuchuję. Idę na boisko, potem dalej...
Pod parkanem rośnie wielki kasztan. Na końcu dziedzińca, w mroku, schowany za rogiem starego klasztoru, który już kompletnie zapomniał o ciszy kontemplacyjnej, bo jest w nim szkoła podstawowa. 
Ale teraz, prawie o północy, jest cicho, przystanek między przeszłością a przyszłością. 
Między wczoraj a jutro.
Nie widzę siebie. Ciemność mnie przygarnęła, otuliła. Podchodzę do kasztana, czuję jego szorstką korę pod palcami. Obejmuję go, przytulam ciało do niego, schodzą napięcia, słyszę swój oddech. Kasztan szumi nad moją głową. Opieram czoło o  pień, zdaje mi się, że czuję wibrację drzewa całym moim ciałem, moje serce zwalnia, słyszę je jak z "bumbumbum", zmienia swój rytm w "bum...bum...bum..."
Mam wrażenie, że moje serce bije w drzewie...

I płaczę, płaczę bardzo, płaczę brzuchem, sercem, ciałem...

Mogę tak płakać, bo nikt mnie nie widzi.
Tylko kasztan i majowa ciemność. 



Kilkadziesiąt lat później stoję pod prysznicem i robię dziwne rzeczy...
Polewam się ciepłą wodą, koncentrując się na odczuciu, jak to jest, kiedy woda spływa po całym ciele. Jak to odczuwa moja skóra? Jakie to jest uczucie, gdy woda uderza mocniej, jakie gdy słabiej? Jak to czuję na szyi, jak na głowie, jak na ramionach, jak na brzuchu, nogach? A jak na dłoniach?
I czy wszędzie czuję tak samo? A może są miejsca, gdzie wcale nie czuję?
Potem przesuwam rękoma po ciele, starając się poczuć, jakie to jest uczucie. Znaleźć siebie w tym ciele, czy ja tam jeszcze jestem?  Czy też znieczuliłam się już tak, że nie czuję nic. 
Witaj moje ramię, witaj moja dłoni, witaj mój brzuszku...
Jest to ćwiczenie z książki "Obudźcie tygrysa. Leczenie traumy"- Petera A. Levina. 
Jestem na terapii i zorientowałam się już, że odcięłam się od ciała. Odcięłam się od emocji. 

Nie płakałam lata całe.  To znaczy płakałam, ale tak po prostu leciały mi łzy z oczu. Leciały, ale nie czułam. Organizm chciał mi pomóc, ale mu nie pozwalałam. Zamroziłam wszystko.
Daleka droga od kasztana...

I nagle, kiedy dotykam miękko moich mokrych policzków obiema dłońmi, nagle czuję...
Czuję jak wzbiera we mnie coś o czym dawno zapomniałam, płacz prawdziwy, fala smutku, uczucie...
Jestem zdziwiona, przestraszona i zdezorientowana. Czemu chcę płakać w takiej chwili, czemu przy tym właśnie ruchu? Czuję opór, czuję nieszczerość całej sytuacji. Wydaje mi się, że udaję, że to nieprawdziwe, Jestem sztuczna.
Ale płaczę, uczucie jest, choć chropowate, przebijające się z oporem. Wypływa z brzucha. Przepływa przez serce i gardło, wychodzi z łzami i jękiem, który woda zagłusza. Szum prysznica stawia między mną a codziennością barierę, która mnie chroni. Jak majowa noc.

Kiedy opowiadam o tym na terapii pytam, dlaczego czułam, że udaję? 
Odpowiedź brzmiała: bo tak długo nie pozwalałaś sobie na prawdziwy płacz, że zapomniałaś jak to się robi...
To był początek. 
Wcale nie było łatwo. Niby nic, a tak ciężko.

To jak nauka chodzenia. Znów. 
Po wypadku.

Jakiś czas później robimy z Mężem zakupy w Lidlu. Wchodzę do sklepu myśląc co kupić, ale już w połowie zakupów czuję się źle. Narasta strach i panika. Narasta uczucie osaczenia. Trzymam kurczowo wózek jakby był moim jedynym oparciem. Usztywniam się cała, byle tylko dobrnąć do kasy, zapłacić i wyjść. Zanim stanie się coś Strasznego.
Biegiem prawie dopadam samochodu, by się schować.
Mówię przestraszonemu Mężowi, że źle się czuję i wybucham płaczem. Nie mogę powstrzymać łez, nie mogę powstrzymać łkania, nie mogę powstrzymać drżenia i spazmów. Przestaję walczyć. Siedzę i płaczę.
Mąż zdezorientowany, przerażony nie wie co ma ze mną robić. Trzyma mnie za rękę i czeka...patrzy na mnie, ale często odwraca głowę w drugą stronę.
Nie może na mnie patrzeć. W oczach ma łzy...
Mam okropną ochotę się schować, ale nie ma gdzie.

Mówię, że możemy jechać.
Nie wiem co się dzieje, ale popłaczę i przestanę.
Płaczę całą drogę do domu.

W domu zawijam się w koc, cała, z głową. Kładę się na kanapie i zasypiam.
Wstaję jak nowo narodzona.

To ciągła uważność. Nie jest prosto płakać.
Nie dla mnie.

Czasem uczucie napływa, ale mówię sobie: no coś ty, przy zmywaniu? Pozmywaj, potem se popłaczesz, zamkniesz się w pokoju i popłaczesz. Powiesz wszystkim, żeby nie wchodzili. Ale muszę to robić po cichutku, by nie słyszeli.  I sąsiedzi za ścianą, pod podłogą...
Czasem czekam, aż nikogo nie będzie w domu przez dłuższy czas. I wtedy, terapeutycznie wracam do uczucia, które wypłynęło dwa dni temu i czeka...czeka na uwolnienie.
I już boli w ramionach, albo w kręgosłupie, albo spłyca oddech.
Czasem płaczę w sadzie gdzie kojącą obecność niosą psy tam mieszkające. Leżą obok, czasem wtykają zimne, mokre nosy w moje dłonie, ale tu też trzeba uważać, ktoś może zobaczyć.

Czy są bezpieczne miejsca do płaczu?
Czy jest taka przestrzeń, gdzie można zwinąć się w kłębek i smucić, i płakać, i nikt nie powie:
- nie płacz: nie histeryzuj jakoś będzie,
- nie płacz: słabeusze płaczą,
- nie płacz: inni mają gorzej, nie ma co płakać, to ci nie pomoże...

Czy jest taka przestrzeń, gdzie możemy płakać i nikt nic nie powie, potrzyma za rękę, pozwoli też swoim łzom płynąć i to będzie DOBRE?



Widzę dwanaście łóżek, dwanaście dziewcząt wtulonych w poduszki, dwanaście kołder naciągniętych na głowy, dwanaście serc bijących "bumbumbum", dwanaście ściśniętych gardeł, dwanaście par oczu mokrych od łez.


Bo my wszyscy tacy sami jesteśmy.
Każdy z nas.
Na całej planecie.
 
Jacek Yerka- Sen nocy letniej.



 PS. Później jeszcze się okazało, kochany Wszechświecie, że jeśli nie przeżyjesz ( z naciskiem na: przeżyjesz) smutku i rozpaczy, nie będziesz w stanie odczuć radości i szczęścia. Sprzężenie zwrotne. Odkrycie :-)





Pozdrawiam Wszechświecie, jedna z większych obecnie użytkowniczek chusteczek higienicznych, Twoja zawsze, Prowincjonalna Bibliotekarka.

piątek, 17 maja 2019

Umarł Numer 56 Wszechświecie.

źródło: internet.
Odchodzą...
Kiedy zaczęłam pracować w bibliotece, StaraBibliotekarka2 ( TU  pisałam) odchodząca na emeryturę, przekazała mi czytelników, którzy czytają dużo, chodzą często, zaprzyjaźnieni.
Mieli stałe numery. Nie zmieniałam.
Musiałam jej solennie obiecać, że zadbam o nich. Będę dobrze traktować, bo to podpory biblioteki.
I trochę przyjaciele. Choć StaraBibliotekarka2 nie miała przyjaciół. Stroniła od ludzi. Biblioteka była jej Domem, więc tych, którzy jak ona kochali książki, traktowała jak przyjaciół. Dbała.
Wtedy nie wiedziałam, że ja też tak mam...
Ale obiecałam. Dbałam.

Przez te dwadzieścia lat pracy pożegnałam już kilka Numerów.
Pani31, złożona prawie w pół, zawsze z laseczką, miła i smutna. Z determinacją pokonująca moje schody. Czytała wszystko. Nie pasowała do wioskowej społeczności.
Pan105, wesoły, pogodzony z Życiem rolnik. Zawsze żartujący, czasem na granicy dobrego smaku. Palił jak smok od czwartej klasy podstawówki. To go w końcu zabiło, ale pogoda ducha nie opuszczała go do końca. Kryminał, sensacja.
Pani9. Zrozpaczona, z depresją. Ciężko walcząca o przetrwanie. Nie zdecydowała się sobie pomóc. Odeszła na swoich warunkach. Może uciekła...Powieści obyczajowe, raczej nie za wesołe.

PanRomantyk, numer 5...TU

Numer56...

Szłam do domu, zmęczona. Szurałam noga za nogą po chodniku. Chciałam ciszy, spokoju
i zielonego. Za chwilę miałam skręcić z ulicy w spokojną targowicę. Tam nikt nie chodzi.
Za targowicą, mój sad. Czuję jak w nim zieloność łagodnie mnie otula, wita, zdejmuje ze mnie paproszki nie moich myśli, pragnień i żalów, które poprzylepiały się w kontaktach z ludźmi. Na tym odcinku jestem tylko JA i drzewa. I krzyczące gawrony, i psy wybiegające z chaszczy, ich uśmiechnięte oczy i różowe języki.
Prawie już tam byłam, ale coś kazało mi spojrzeć na drugą stronę ulicy, na tablicę ogłoszeniową. Nigdy nie patrzę. Nie interesuje mnie. A tym razem spojrzałam. I moje oczy, zepsute już trochę, nadspodziewanie ostro wyświetliły mi klepsydrę przyczepioną.
Numer56.

Spodziewałam się.
W większości wypożyczała książki jego malutka, okrąglutka żona. Sama nie czytała wcale.
Nie rozumiała miłości męża do książek. Mówiła o nim "ON".
-On prosił sześć książek. Tylko pani sprawdzi, czy wszystkie oddał. On rozkłada po całym domu. Mówię mu: w jedno miejsce kładź. Ale On nie słucha, On nikogo nie słucha. A ja się boję coś mu mówić, bo On nerwowy taki...
Nigdy nic nie zginęło.
On jednak pilnował :-)

Czasem, rzadko raczej, dwa razy do roku może, Numer56 przyjeżdżał sam. Osobiście. Zawsze w letnich miesiącach, bo jeździł takim starym Komarkiem. Ubrany był wtedy w długi, skórzany, czarny, dość zużyty płaszcz, buty oficerki i miał na głowie skórzaną czapkę pilotkę. Na nią nakładał starodawny kask, taki śmieszny trochę. Wchodził z bombonierką pod pachą. Zawsze.
Szarmancko całował w rękę, mówił: a tu coś słodkiego. Nie przyjmował odmowy.
Zrozumiałam szybko, że to część rytuału.
Dziękowałam, pytałam czy książki, które mu wybieram i daję żonie, pasują.
Zawsze mówił, że oczywiście. I szedł między półki, gdzie z lubością i powoli, smakując kontakt z książkami, wybierał sobie stare kryminały i powieści. Nie brał nowych, kolorowych książek.
Tylko te stare, obłożone w szary papier go przyciągały.
Kładł mi wybraną kupkę na biurko, jeszcze chwilę rozmawialiśmy i znikał, do następnego lata i bombonierki.
Już nie będzie bombonierek.

Dwa tygodnie później przyszła oddać książki po raz ostatni jego żona.
Malutka, okrąglutka, szara i skurczona.
Kiedy ją przytulałam, miałam wrażenie, że przytulam mięciutką piłeczkę.
Pozwoliła się przytulić, lekko wtuliła się w moje ramiona.
- Pani, ja nie wiem co robić. Mnie się zdaje, że on jest, że on poszedł coś robić na podwórku i, że zaraz wróci...
Zrobiłam co mogłam, słowa wsparcia przepływały przez nią nie zatrzymując się.
Była w swoim żalu, samotności i strachu.
Chyba więcej pociechy przyniosło jej przytulenie. Dotyk, potrzymanie ręki, pogładzenie po ramieniu i plecach. Jestem z tobą, nie jesteś sama...

Weszłam w czas pożegnań.

Wszechświecie, pozdrów ode mnie Numer56.




PS. Oddałam puste numery innym osobom. Przestały być specjalne. Stały się zwykłe...
       Nie spodziewałam się...



Pozdrawiam Wszechświecie, zawsze Twoja Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 11 maja 2019

GPS Duszy Wszechświecie.

Było tak...
Pojechaliśmy na Mazury. Na trzy dni.
Musieliśmy z Mężem odpocząć.

Kiedy wyjeżdżam w nieznane łatwiej mi odłożyć nadmierną kontrolę na bok. Zostawić ją w koszu do prania.
Kiedy wracam, wrzucam ją do prania i zawsze wychodzi coraz bardziej skurczona, jakaś cieńsza, jakaś mniej pasująca.
Pranie czyni mistrza :-)

Więc pojechaliśmy na Mazury.
Październik to był, więc jeszcze nie za zimno, ale już właściwie jesień. Kłopotu z kwaterą nie było. W pensjonacie byliśmy sami, oprócz właścicielki jeszcze było 8 kotów. Rewelacja przy śniadaniach. Polecam kociarzom Pod Gwiazdami
W planach mieliśmy odpoczynek, bez napinki. Drugiego dnia spokojnie, po kocim śniadaniu, wyruszyliśmy do Rapy, bo tam jest fajna piramida, tu można poczytać Piramida

Wsiedliśmy do samochodu, Mąż wziął GPSa, ustawił, podłączył. GPS grzecznie wyświetlił nam drogę i pojechaliśmy.
Mazury są piękne. Cała Polska jest piękna, uwielbiam patrzeć na to wszystko jeżdżąc na nasze wycieczki. Nigdy mi się to nie znudzi. Nie lubię tylko autostrad. Porażka. Nuda.
Więc jedziemy. Lasy, łąki, gaje, jeziora, strumyki. Wyszło słońce, choć troszkę zimno. Po jakimś czasie coraz mniej zabudowań, coraz mniej ludzi, coraz jakby węższe drogi, zmienia się zdecydowanie kolejność odśnieżania. Ale jedziemy. GPS prowadzi i nie ma wątpliwości.
Jednak my zaczynamy mieć.  Coś jakby nie tak.
Drogi coraz gorsze, bruk, kostka. Samochód trzęsie się i wibruje. Huczy. Nie ma pól. Zieleń zdziczała. Łąki zarosłe. Ludzi brak. Gospodarstw prawie nie ma. Oboje zaczynamy się martwić, że może już za granicą jesteśmy.
Czuję, jak w moim siedzącym obok Mężu rośnie frustracja. Złość. Czuję się winna. Choć akurat to on znalazł tę piramidę. Niemniej słyszę, że to moja wina, bo nie sprawdziłam dokładnie gdzie to jest i ciągam go nie wiadomo gdzie, samochód cały trzeszczy, zepsuje się, zgubiliśmy się. GPS durny...
Poczucie winy przepływa falami przeze mnie, mieszając się ze strachem.
Odczuwam to jako takie szare osłabienie w mięśniach, choć mięśnie od tego się napinają. Szczęka, kark, nogi...w żołądku mdli.
Nie znoszę zawodzić innych ludzi. Nie znoszę kiedy mnie się obwinia, że jestem nie taka, jak ktoś oczekuje.
Ale...
Nie na darmo jeździłam na terapię. Już wiem, że moje uczucia czasem kłamią, więc powoli, powoli zaczynam rozróżniać, co moje, co nie moje. I w końcu zaczynam widzieć, że spokojnie dojedziemy, że zapytamy kogoś po drodze, że wszystko ok. I, że Mąż też powinien zostawić kontrolę w koszu do prania. Ale, co zrobisz...zabrał ze sobą.
Pooddychałam. Na skrzyżowaniu objawił się pan na rowerze, pokazał nam gdzie jechać. Źle pojechaliśmy, bo nie słuchaliśmy już GPSa, tylko sami zakombinowaliśmy na poprzednim z skrzyżowaniu. Wróciliśmy i dojechaliśmy w pięć minut.
Zwiedziliśmy z przygodami, bo piramida była w remoncie. Ale do dziś pamiętamy wycieczkę do Rapy.
Inne rzeczy nam umykają, ale Rapę pamiętamy dokładnie oboje.

Czemu ja o tym?
Bo wiecie, ja już trzy lata plączę się po świecie ezoteryki, rozwoju, świadomości. Duszy, Kosmosu, Alienów. Psychologii, fizyki i parapsychologii. Zwiedzam różne światy, a one zwiedzają mnie.
 I co raz natykam się na jakieś powtarzalne wzorce w różnych tych przestrzeniach. Coś wspólnego tam, gdzie tak jakby nie powinno być nic wspólnego. Ale jest.

Kiedy zaczęłam przygodę z ezoteryką i szeroko pojętym rozwojem, od razu natknęłam się na coś, co ja nazywam: Kule Światła i Miłości, KŚiM w skócie.
To są ludzie, którzy wybrali drogę odrzucenia EGO, odrzucenia wszelkich negatywności, przeszli na drogę bycia tylko energią Miłości.  Znaczy rozpracowali wsio, pozbyli się wszelkich ograniczeń i mechanizmów, tylko ŚWIECĄ :-)
Bo tam gdzie jest światło, nie ma ciemności przecież.

No i mnie denerwowali.

Ja wyjaśnię co to EGO, bo bez tego ani rusz dalej.

"Ego najpowszechniej znane w ujęciu psychoanalitycznym, mieści się w triadzie tworzonej przez id, ego i superego, i jest tym elementem, który kontaktuje się z naszą rzeczywistością. W interpretacji filozoficznej jest tym, co charakteryzuje osobowość każdego człowieka. Nie da się go całkowicie wyeliminować z naszego życia, ponieważ jest podstawą naszej egzystencji. Stanowi o naszej indywidualności i odrębności."

I okazuje się, że w sporej ilości nurtów filozoficznych, religijnych czy oświeceniowych EGO jest wrogiem.
U nas też się mówi, że EGO to nic dobrego. Wybujałe Ego, egoistyczny, egotyczny, egoista...ZŁO.
No i te KŚiM odrzuciły drania. Tylko prowadzenie Duszy i Boga. Żadnej szarpaniny z tym podłym, samolubnym, pożądliwym Cieniem.
I to tacy mili ludzie, tacy uduchowieni, tacy cierpliwi i wszystko przyjmujący, no może nie wszystko, tylko to co uważają za swoje :-) A to co nie, to z miłości do siebie, odrzucają.
I tak pływałam w tym światku, kule świeciły, aż w końcu stwierdziłam:
- coś jest na rzeczy, bo mnie to wkurza
- niby nic w tym złego, a mnie wkurza
- niech se świecą, co cię obchodzi
- ale nie, coś mi nie gra....

 Jasne, że nie grało. Nie bardzo siebie lubiłam, wchodziłam dopiero na tę drogę: polubić siebie tak całkiem. Dopiero liznęłam po wierzchu samoakceptację, sporo miałam jeszcze do przejścia.
To było kuszące, odrzucić EGO...ale  podświadomie wiedziałam, że się nie da.
Pragnęłam tego bardzo i nie chciałam się pogodzić ze świadomością, że nie tędy droga.

Kiedy nie akceptujesz EGO, walczysz tak naprawdę sam ze sobą. Kiedy je odrzucasz, tak naprawdę odrzucasz sam siebie. Czyli, robiłam to całe dotychczasowe życie.
Nie ma we mnie materiału na KŚiM.
Bo okazało się, że moja droga, to polubienie mojego EGO.
Poznanie go, oswojenie, wzięcie pod rękę i dalsza wędrówka razem.

Czemu ja o Rapie?
Bo kiedy zaczęłam znów myśleć o EGO, przy pomocy poznanej kilka dni temu dziewczyny praktykującej drogę BON (buddyzm), to ta podróż mi się przypomniała.
A w głowie usłyszałam: GPS DUSZY...oczywiście pod prysznicem, często mam olśnienia pod prysznicem.

EGO jest GPSem Duszy.

Jak inaczej Dusza mogła by dotrzeć tam gdzie chce?
Przychodzimy na ten świat już wyposażeni w to wszystko, co nam potrzebne do tego doświadczenia, tej lekcji jaką jest nasze obecne Życie.
Mamy Plan, zgrabnie ułożony przez nas samych, mamy oprogramowanie do tego dostosowane. Nasze EGO. Tam są wgrane wszelkie programy, które nam to umożliwią.
Zręby naszej psychiki, to jak reagujemy na dane sytuacje, to jak przeżywamy, co zapamiętujemy, czego się uczymy. Cała wielka baza danych. EGO. System operacyjny, ale też modyfikujący się wraz każdą dodaną nową informacją.

Nasz GPS wybrał dla nas drogę do Rapy najkrótszą. Bo takie miał ustawienia. Wybierać najkrótszą. Wcale nie najwygodniejszą. Najkrótszą. I pojechaliśmy. Lekcja się odbyła :-)
Wracaliśmy już inną drogą, przez większe miasta, asfaltowe drogi, dłużej, ale wygodniej. Nic nie pamiętam z tamtej trasy, była nudna.

Więc...
Ja i moje EGO jesteśmy kumplami na razie.
Chwilowo tak. 
Kumple się czasem kłócą, ale kiedy są prawdziwymi kumplami to się pogodzą dość szybko.
W końcu dochodzi się do punktu, gdzie mówi się tylko: ups, zrobiłam to znów?
A kumpel się śmieje :-)

Bo jesteśmy IDEALNI tacy, jacy jesteśmy.
Właśnie w tym momencie, w tym miejscu, pod tym słońcem, na tej planecie :-)


A tu idealny tulipan, dziki i beztroski, od lat wędrujący sam gdzie chce.






A tu Podlasie wreszcie wiosenne, choć jeszcze zimne :-)



PS. Muszę się jeszcze zastanowić, bo jak byliśmy w Emilcinie pod pomnikiem Ufo, to potem pojechaliśmy do Lublina. Mąż ustawił GPSa na Lublin, a on zrobił kółeczko i pokazał nam trasę z powrotem do Emilcina pod pomnik. I tak pokazywał przez godzinę, mimo powtórnych wprowadzań danych, mimo resetu...
Po godzinie się poddał i poprowadził do Lublina. O co chodziło? Chyba jeszcze musimy tam wrócić.







Pozdrawiam Wszechświecie Twoja Egolubna Prowincjonalna Bibliotekarka.




piątek, 10 maja 2019

Me and Shirley Wszechświecie.

źródło- internet
Czasem Wszechświecie zadziwiasz mnie bardzo...
Tak bardzo, że siedzę z buzią otwartą i gapię się w przestrzeń, bo procesor zwany "mózgiem"  nie radzi sobie z danymi...

Robię porządki na półkach. Mała ta moja biblioteka. Książek coraz więcej. Regały nie z gumy, więc przenoszę, przestawiam, upycham, przeorganizowuję. Teraz zamówiłam nowe regały na korytarz. Trudno. Ale raczej nikt nie kradnie książek. A jak ukradnie, na zdrowie, widocznie musiał...

I tak grzebiąc, i przenosząc, trafiłam na książkę małą, niepozorną i rozklejającą się. Przyciągnęła mój wzrok i rękę już nie pierwszy raz. Znamy się. Jakieś 15 lat temu nawet wzięłam ją do domku poczytać. Ale przeleżała u mnie pół roku i nie mogłam jakoś...Odniosłam.
 A teraz znów moja ręka sięgnęła po nią.
Czy ja już pisałam, że nie ma przypadków?
Popatrzyłam i pomyślałam: damy sobie jeszcze jedną szansę.

Mój ty Wszechświecie :-)

To był "ten" moment. Piętnaście lat temu za cholerkę nic bym nie pojęła.
A teraz...

Oddam głos Shirley: "...Życie nie jest czymś co nam się przydarza. To my je stwarzamy. Rzeczywistość nie jest czymś odrębnym od nas. Tworzymy swoją rzeczywistość w każdym momencie. Dla mnie ta prawda oznacza ostateczną wolność i ostateczną odpowiedzialność".


No tak...
Zaczęłam czytać.
Czytam, czytam i punkt po punkcie odhaczam każdy schodek swojej własnej, autorskiej drogi. Wierzyć się nie chce.
Shirley urodziła się w 1934 w Richmond w Ameryce. Inny czas, inne miejsce, inna rodzina. A jednak...
"...Ja lubiłam myśleć, lubiłam koncentrację, lubiłam też się angażować w sprawy pozaosobiste, ponieważ - mówiąc szczerze - byłam przekonana, że jest to właściwa droga do samopoznania. Gdzieś we mnie znajdowały się odpowiedzi na wszystkie pytania, powodujące niepokój na świecie. Co za arogancka myśl! Ale...gdybym mogła dotrzeć do siebie samej, naprawdę dotrzeć - byłoby to również dotarcie do świata...może nawet wszechświata".
"...Jest to zatem rzecz o poszukiwaniu siebie - poszukiwaniu, które pchnęło mnie do długiej podróży, będącej stopniowym objawieniem i nieustannym zadziwieniem. Cały czas starałam się  mieć oczy szeroko otwarte, ponieważ czułam się poddana stałemu, choć łagodnemu, wpływowi takich wymiarów czasu i przestrzeni, które dotąd uważałam za dziedzinę science-fiction i okultyzmu.
Ale zdarzyło się to mnie samej. Zdarzyło się nie od razu, ale w czasie, który był w jakiś sposób moim własnym. Myślę, że wszyscy doświadczamy czegoś podobnego, czyniąc postępy w miarę osiągania gotowości. Musiałam być gotowa na przyjęcie tej nauki, bo przyszedł właściwy moment."

Mogłabym to napisać sama. Moje słowa, napisane w latach osiemdziesiątych przez znaną i lubianą aktorkę. Ale w tym czasie moja podróż dopiero się zaczynała. Dopiero stawiałam pierwsze, niepewne kroki w dorosłość, zamierzając porzucić naiwne i skrzywdzone dziecko we mnie. Wierząc, że to dobra droga. Że właśnie bycie na zewnątrz siebie jest odpowiedzią na to, co we mnie bolało.
Zrobiłam to.
Skończyło się bolesnym upadkiem.
Ale teraz wiem, że taki był Plan.

Co nawet Wszechświecie mi pokazywałeś :-)

Każdy zna uczucie dejavu. Uczucie, że już tu byłam, już to się działo, jakaś powtórka. W czasie depresji często miałam to uczucie, właściwie co kilka dni, czasem kilka razy dziennie. Psychologowie jakoś to tam nazywają. Ale nie mają tak do końca racji. Teraz to wiem.
Kiedyś słuchając opowieści ze snów świadomych Jarka Bzomy (każdemu polecam: TOPOGRAF), usłyszałam: dejavu to uświadomiona konieczność.
Przykuło to moją uwagę, ale nie mogłam zrozumieć. Kilka dni plątało mi się w głowie, ale w końcu objawiło się wielkie TAK.
Stan w jakim wtedy byłam był potrzebny. Bez niego nie dotarłabym TU, gdzie teraz jestem.
Dusza moja w tych ciężkich opałach życiowych, kontaktowała się ze mną swoim językiem, językiem odczuć i uczuć. Kiedy miałam dejavu przekaz był taki:
- jesteś na dobrej drodze, jest ciężko, ale wytrwaj, to jest proces, przejdziesz to, bo jest potrzebne. Poczucie swojskości i znajomości tego stanu właśnie to mówiło. Ale z tamtego punktu słabo to było widać. No cóż, udało się i teraz jest jaśniej :-)
Nigdy nie byłam sama, zawsze pod rękę z Wszechświatem :-)

A teraz Shirley, duchowa siostra.
Napisała też o czymś, co mnie kiedyś bardzo przestraszyło.
"...Padłam na łóżko. Nie mogłam zasnąć. Moje nogi wibrowały z dziwną, nieomal magnetyczną energią pochodzącą ze środka. Zmieniłam pozycję. Nie pomogło. Energia stale wibrowała...prawie się przeraziłam, tak niezwykłe było to uczucie. Poczułam te same wibracje w palcach i wokół warg. Odczuwałam to fizycznie, ale jednocześnie mogłam odczuć jakąś emanację energii z mojego umysłu".
WOW. Tak, ja też dwa lata temu wibrowałam. Nocami nie mogłam spać, jakby we mnie rój pszczół buczał wprawiając moje ciało w drobny, ale stały stan wibracji. Trwało to chyba dwa, trzy miesiące i myślałam, że wariuję, w tamtym czasie często tak myślałam. Dopiero Rosa wyjaśniła mi, że wszystko ok. Drżenie i wibracja świadczą o tym, że moja energia się zmienia, czyści, transformuje. Teraz też to się zdarza, ale krótko. Już wiem o co chodzi. Cały czas jestem w przepływie, uczę się :-) Zmieniam się Wszechświecie :-)
A może wracam do Siebie...

Często się spotykam z niezrozumieniem :-)
To akurat się nie zmieniło :-)
Zmieniło się to, że spotykam się też ze zrozumieniem.
Kiedyś uważałam, że ludzie mnie nie lubią, że muszę walczyć o ich akceptację, ale i tak czułam się odrzucana. To moje braki mówiły do mnie: jesteś do niczego, nic ci się nie uda i tak, nikt cię nie polubi takiej, jaka jesteś. Musisz się starać...
Taaa...to nie było przyjemne. Czułam się samotna i opuszczona.

Teraz, czasem nadal tak bywa, kiedy ktoś powie: weź zejdź na ziemię, tu jest życie. Praca, rodzina, smutki, problemy. O czym ty mówisz? To całkiem oderwane od życia.
W takich chwilach przepływa przeze mnie czasami szara smuga dawnego smutku, ona nie wibruje, a raczej wibruje wolno, dlatego jest ciężka....
- odpychana, odrzucona...
Ale nie, już wiem, że nie...
To lęk tej osoby przemawia do mnie. To on przepływa przez moje ciało, rezonując z cieniem moich braków, z cieniem mego własnego lęku, który powoli odchodzi.
Wszyscy się boimy.

Shirley napisała:"...Po pewnym czasie zaczęłam dostrzegać, że istnieje jeszcze inny rodzaj odrzucenia wartości duchowych; odrzucenia, które u pewnych ludzi wynika z autentycznej potrzeby. Pogodzili się oni ze światem takim, jaki jest. Zaakceptowali cudowność i radość jakie oferuje życie na tej ziemi i tak samo zaakceptowali grozę, cierpienie i agonię. Tacy ludzie odważnie ogarniają wszystko, z wolą i niecierpliwością dojścia do kresu, ale zawsze w przeświadczeniu, że życie jest wszystkim, co istnieje. Cały dodatkowy wymiar, który by mógł - albo nie mógł - okazać się istotny dla ich cierpień i radości, jest tylko dodatkowym balastem, z którym nie mogą, nie chcą się uporać. 
I znów, jest to pogląd, który mogłabym doskonale zrozumieć. Jeśli to wystarcza, to dobrze. 
A jednak..."

Jestem w strefie "A jednak..."
Bo widzę w każdym z nas potrzebę duchowości, obudzenia się ze snu, tęsknotę za czymś co nieuchwytne, a jednocześnie widzę ten strach...
Jak dziecko, które oparzyło się raz o drzwiczki rozgrzanego pieca. Uważa, że drzwiczki nawet zimne, są przerażające...Nie dotknie, choć dziecięca ciekawość popycha, by sprawdzić. Ale lęk już się wkodował. Powstało przekonanie i bariera w umyśle. Pilnowane przez strach i pamięć bólu.

Jeszcze raz Shirley :-)
" - Hej Bello - rzuciłam - czy znasz etymologię słowa 'disaster" - katastrofa"?
- O Jezu - powiedziała - co jeszcze?
- No dobrze...pochodzi ono od łacińskiego słowa disastrum i greckiego disastrato. 
Analizując je: dis oznacza "odrywać albo oddzielać", a astrato znaczy "gwiazdy". Zatem osoba będąca "disastrato" została oddzielona od ciał niebieskich, czyli oderwana od gwiazd. 
Doświadcza więc tego, co łacina określa słowem "disastro" - katastrofa."

Mój drogi Wszechświecie :-)
Wszystko jasne.

Skoro ja i Shirley McClaine wędrujemy tą drogą, to nie jesteśmy na niej same. Jesteś Ty i mnóstwo, mnóstwo ludzi. Może być więcej. I będzie.

Może film "Truman Show" z Jimem Careyem był dokumentem a nie fikcją?
Może pokazał nam nasze życie i drogę do wolności?
Może Jezus, Budda, Kryszna, i wielu, wielu innych, którzy nieśli światło między nas, może oni byli istotami z kosmosu? Wysoko rozwiniętymi duchowo? 
Może nadal tu są?
Może świat duchowy jest tak samo materialny jak nasz, tylko inaczej?
Może jest na wyciągnięcie ręki?
Może lata po naszym niebie?
Może zagląda do nas w snach?

Może jest w gwiazdach, atomach, trawie, wodzie i świetle?
Może jest to część nas samych?

Pytań jest mnóstwo, odpowiedzi są w nas...
" Żeby sięgnąć po owoc, czasem trzeba stanąć na krawędzi".


Ps. Książka o której piszę to "Na krawędzi" - Shirley McClaine. Wszelkie cytaty z niej pochodzą.








Pozdrawiam kosmicznie Wszechświecie, twoja astronautka w głębokim Kosmosie, Prowincjonalna Bibliotekarka.



sobota, 27 kwietnia 2019

Mały, biały szczeniaczek Wszechświecie.

Małe miasteczka.
Swoisty klimat i urok.
Takie położone nad rzeką, właściwie magiczne.
Niewinna zieleń listków na drzewach. Wielkie, ciepłe słońce. Ultramaryna nieba. Ogromne, żółto-zielone dywany łąk. Bug toczy wody wartko, pluszcze żwawiej. Na jego brzegach kwitnie życie, miłość i rozmnażanie. Rytm natury bije pełnią dźwięku, barw, zapachów i wibracji.
Natura budzi w naszych ciałach, należących do niej, drgania, które każdy czuje. Jednych to osłabia, innym dodaje energii.
Jedni mówią: Ach, znów wiosna :-) I drżenie w ciele sprawia miłą ekscytację, zapowiada smakowanie życia po zimowaniu.
Drudzy mówią: Cholera, znów wiosna ;-( I nie chcą drżenia, nie chcą ekscytacji, chcą płaskiej linii encefalografu i ekg. Dość, za dużo.

W małym miasteczku to widać. Bo zna się wszystkich choćby z widzenia. Coś tam się wie o ich życiu, z plotek, szeptów, uśmiechów i ciała, jego pochylenia, ruchów, napięć. Chcąc nie chcąc, buduję jakąś historię osób z którymi mam kontakt. Bezwiednie, pozazmysłowo, nieświadomie.
Na ile to prawda? Na ile mogę temu zaufać?

Wyszłam z biblioteki trochę  zmęczona. Zawsze mam jeszcze taki szum w głowie po całym dniu. Ludzie mówią, książki szepczą, moje myśli krążą wokół pobudzone. Powoli wyczepiam się z tego idąc do domu nie ulicami, ale targowicą i przez sad. Nie ma tam ludzi, jest dziki gąszcz, czyści moją głowę i serce, przestawia na łagodne, popołudniowe tory.
Już miałam przejść przez ulicę i skręcić w targowicę, kiedy kawałek przede mną zobaczyłam dwóch PanówPijaków.
Jako córka alkoholika bardzo dobrze rozpoznaję ilość procentów we krwi, czas poboru i inne rzeczy ;-) Panowie szli równym, marszowym, krokiem. Sztywnym, ale szparkim. Ręce równo wzdłuż ciała, nogi sztywne, biodra do przodu, głowy wyprostowane, oczy patrzące prosto przed siebie. To wszystko po to, by kontrolować grawitację. Bo ciągnie na boki :-)
Czyli panowie już po poborze, ale zamierzają stan pogłębić. Jest miłe popołudnie, ciepłe, a kierunek wybrali: Biedronka. Wsio jasne, tylko...
Poszłabym swoją drogą, ale zobaczyłam przy nogawkach PanaPijaka2 malutkiego, białego szczeniaczka, który tuptając wesoło, podskakując, podgryzając od czasu do czasu pięty panu, radośnie wędrował z PanamiPijakami.
Minęłam mój skręt, poszłam za nimi. Maluch był luzem. Oni szli chodnikiem przy ruchliwej drodze. Skupieni na dotarciu do celu. Tylko PanPijak2 od czasu do czasu odważał się spojrzeć na szczeniaczka, sztywno przechylając głowę. Nic więcej.

W mojej głowie burza. Nie chcę więcej zwierząt. Trzy koty i pies, dwa bezdomniaki w sadku, u mamy spora gromada pod moją opieką. NIE.
A szczeniorek tupta radośnie, podbiega do krawężnika, a potem znów do PanaPijaka2.

Kucnęłam i cicho zawołałam: psipsipsi...
Mimo odległości usłyszał. Stanął, odwrócił się i spojrzał na mnie. Klapnięte uszka się podniosły, wyprostował się, nagle zobaczyłam istotę, która całkiem serio mnie oceniała. Nie szczeniaka, istotę dorosłą, poważną i czujną. Popatrzyliśmy na siebie ponad płytami chodnika. Nagle, jakby przestrzeń przed nami skurczyła się. Chwila trwała w zawieszeniu...

W tej chwili bezczasu pojawił się film w mojej głowie...

Doganiam PanówPijaków. Uśmiecham się do nich, by wydać się milsza. Pytam o szczeniaczka. Mówią, że suka się oszczeniła i taki gówniarz został. Upierdliwy, wszędzie za nimi lata. Pytam czy by go nie oddali. Bo bardzo mi się podoba i zapewniam, że u mnie będzie miał bardzo dobrze.

Niepewność na twarzy PanaPijaka2.
Patrzy na podskakującego malucha, tańczącego radośnie wokół mnie, patrzy jak go głaszczę, biorę na ręce i przytulam. Widzi. Widzi mnie, czysto ubraną, paniusię bibliotekarkę, z etatem, domem, mężem, samochodem. Żyjącą życiem spokojnym i dostatnim.
Widzi siebie. Brudny, pijany. Porzucony przez matkę. Ciągle kombinujący jak przeżyć, za co się napić. Oszukany przez najbliższych, tułający się po obcych kątach.
Widzi szczeniaka, wesołego, małego i niewinnego. Który tak bardzo go lubi nie wiadomo czemu. Chodzi za nim krok w krok.
To nawet miłe, lubię go- myśli PanPijak2.
I w tej myśli jest czułość jakby...?

Ja widząc, że PanPijak2 zaczyna mi się wymykać, sięgam po portfel i mówię, że mam pieniądze.
Ja kupię tego szczeniorka, bo naprawdę bardzo mi się podoba i zapewniam, jeszcze raz, że u mnie będzie mu bardzo dobrze.
Mam w portfelu 70 zł. Wyciągam.
W tym momencie PanPijak1 trąca łokciem w bok PanaPijaka2.
PanPijak2 patrzy na pieniądze, na szczeniaka i na mnie...
Dobra, u pani będzie miał lepiej...
Powoli, sztywno kuca, ryzykując utratę równowagi i głaszcze psiaka, który szczęśliwy kręci mu się pod ręką i liże małym, różowym jęzorkiem.
Powoli wstaje, bierze pieniądze.

Łapię szczeniaka na ręce, by nie pobiegł za nimi.

Stoję na chodniku, panowie odchodzą sztywnym krokiem.  Jakby mniej żwawo, jakby z mniejszą radością i pewnością celu.
Szarzeją na szarym chodniku, pod zielonymi lipami, w blasku wiosennego słońca.
Szarzeją i oddalają się...

Mrugnęłam okiem i znów znalazłam się kucnięta na chodniku. Panowie nadal szparko wędrowali do Biedronki.
Istota patrzyła na mnie jeszcze dłuższą chwilę. A potem nagle zmieniła się znów w małego, wesołego szczeniorka i pobiegła za nimi.
Wstałam oszołomiona. Poszłam za nimi jeszcze kawałek. Zobaczyć, czy przejdą przez główną ulicę. Przeszli, szczenior trzymał się ich nóg, a PanPijak2 kilka razy popatrzył na niego.

Odetchnęłam.
Westchnęłam.
Podjęłam decyzję.
Poszłam do domu.

Drugie, świadome spotkanie z Aniołem Wszechświecie :-)
Dziękuję :-)

Czeremcha rozkwitła :-)



Moja wieczorna modlitwa brzmiała: wiem, że wszystko toczy się jak trzeba. Ale jeśli...jeśli będę potrzebna, jestem. I pomogę.


Pozdrawiam Wszechświecie. Twoja naćpana zapachem czeremchy Prowincjonalna Bibliotekarka.