Obserwatorzy

sobota, 10 lipca 2021

Taniec Różowych Słoni Wszechświecie.

 


Lato rozlewa się po okolicy.
Kiedy wychodzę rano z suczką trochę rozpaczliwie staram się poczuć ten poranny chłód na skórze. Zebrać go jak najwięcej w komórkach mojego ciała, zmagazynować na popołudniowe, kleiste i przypominające brodzenie w ciepłym żelu, godziny. 
Koty całe dnie przesypiają. Wychodzą dopiero późnym wieczorem.
I mnie kusi życie Dziecięcia Nocy.
Mrok, chłód rosy na policzkach i stopach, sen Miasteczka słyszalny w ciszy jak delikatny plusk rzeki płynącej spokojnie. Otwarte niebo z widokiem na Plejady. Godziny wytchnienia...
Ale nieuchronnie muszę, jak nurek, zanurzać się w codzienność.
Coraz większe ciśnienie, opuszczam się coraz niżej...
I coraz dłuższa droga powrotna. Nie ma co igrać z chorobą kesonową....

https://mydigitalsauce.com/

Wczoraj przyszła czytelniczka PaniE, która dość rzadko przychodzi. Ale systematycznie. 
Pogadanki w bibliotece koncentrują się teraz raczej na alfach, omegach i lambadach, bo to jest na tapecie medialnej. Ale tym razem usłyszałam historię inną.

Otóż w styczniu PaniE kładła się spać. To był dla niej trudny czas po śmierci mamy. Miała kłopoty ze snem, wiec kładła się późno. Mąż już spokojnie pochrapywał od dawna, a PaniE, zapaliwszy malutką lampkę, siedziała na łóżku bezmyślnie patrząc w mrok za oknem. Była godzina pierwsza. Dom PaniE jest ostatni na ulicy. Okno wychodzi na pola i łąki. Środek nocy.
PaniE widziała ciemność.
I nagle, w tej ciemności na wysokości oczu PaniE, lekko z lewej, pojawiły się dwa jarzące punkty, wielkości małego jabłka. W pierwszej chwili kobieta pomyślała, że to oczy zwierzaka, ale skonstatowała, że punkty świecą własnym, wewnętrznym światłem. Jasnym, białym. Z lekką otoczką żółci i pomarańczu.
Siedziała jak zaczarowana. Patrzyła na zjawisko próbując dociec: cóż za licho? Światełka znikły, pojawiły się, znów znikły, przesunęły się. Jedno znikło. Potem zapaliło się znów. 
PaniE czuła niepokój, zaciekawienie i niedowierzanie. Światła  jeszcze trochę poświeciły i znikły. PaniE podeszła do okna i starała się dojrzeć coś w ciemności. Ale nic już nie było. Jednak na wszelki wypadek zsunęła roletę. I długo nie mogła zasnąć.
PaniE wie, że ze mną można pogadać na takie tematy. Bo nie z każdym można.


Tymczasem w lutym moja mama z przerażoną miną powiedziała mi: Ania, coś dziwnego było w ogródku...
Obudziły ją o trzeciej w nocy odgłosy z ogródka. Jakby coś biegało, tupało. Jakieś koty warczały i ganiały się po ogródku. Za oknem ciemność, ale mama próbowała coś dojrzeć, bo myślała, że nasze koty biją się z cudzymi. Przed oknem rośnie wielki świerk i zasłania nasz dom od ulicy.
I mama wpatrując się w ciemność, i nasłuchując tego dziwnego warczenia zobaczyła nagle, jak spod świerku wystrzeliły promienie światła, jakby laserowego. Kolor biały. Ułożone jak wachlarz, w równych odstępach. Rozleciały się jak strzałki i znikły. Jakiś kot wrzasnął głośno i zapadła cisza. Kompletna cisza. 
Mama przerażona natychmiast opuściła roletę i wskoczyła do łóżka. 
Cisza trwała do rana, mama zasypiała i budziła się, ale już nie wyglądała. 
Rano wszystkie cztery koty przyszły na śniadanie całe i zdrowe.
Powiedziała mi: czasem lepiej nie wiedzieć...


I jeszcze jedna historia z życia. 
Moja ciotka mieszka na wsi podlaskiej. I ta wieś podlaska mocno w niej siedzi. Jesienią remontowali dach stodoły i wynajęli fachowca. Fachowiec starej daty, po sześćdziesiątce, przyjechał troszkę chory. Zasmarkany i trochę kaszlał. Ale wlazł na dach i przez dwa dni zrobił co należało i to dobrze. Ciotka go karmiła przez ten czas, z wujkiem po robocie sobie troszkę Kopnięcia łosia popili dla zdrowotności.
I fachowiec pojechał. Kilka dni później dowiedzieli się, że człek wylądował w szpitalu i umarł na jedyną, słuszną chorobę. No cóż, przestraszyli się trochę. Jeszcze bardziej się przestraszyli, gdy kilka dni później sami poczuli się źle. Gardło zaczęło boleć, katar się pojawił i gorączki trochę.
Udali się więc do przychodni w Bielsku Podlaskim, która o dziwo, przyjmowała cieleśnie, a nie wirtualnie. I tam usłyszeli: no chyba grypa, ale dobrze byłoby zrobić testy, bo trudno odróżnić.
Na to moja ciotka:
- żadnych testów! Pani nam da antybiotyk i leczymy grypę!
 Jak zrobię test i wyjdzie pozytywny, to ja na pewno umrę! 

Dostali antybiotyk. Wyzdrowieli dość szybko. Ament.
Ciotka mi zaimponowała znajomością własnych lęków...WOW!


Ostatnio czytałam o halucynacjach.
Halucynacje (omamy) (łac.: (h)al(l)ucinatio = majaczenie lub (h)al(l)ucinari = bredzić, majaczyć, śnić) – spostrzeżenia zmysłowe pojawiające się bez wystąpienia zewnętrznego bodźca. 
Znaczy: WIDZIMY CZEGO NIE MA.
Proste.

Ale jest też halucynacja odwrotna.
I to dopiero odkrycie, choć wszyscy znamy to z autopsji, tylko nie mamy o tym pojęcia, że to robimy.
Otóż: NIE WIDZIMY TEGO CO JEST...

Tu link dla zainteresowanych: halucynacja odwrotna

 I takie pytanie mi wyszło:
- skoro widzimy to czego nie ma i nie widzimy tego co jest, TO CO MY WIDZIMY?

Na koniec śliczna piosenka Klinczu.
Piosenka z mojej młodości.
Choć wydaje się nie na temat, jest jednak bardzo na temat Wszechświecie...




PS. Oddam jeszcze, że chyba, może, sama nie wiem, aferka u Jaskółki? spowodowała, że odwiedza mnie sporo więcej ludzi. Nagle wzrosły mi statystyki i tych nowych postów, i starych.
Tak sporo, po 200 odwiedzin dziennie nawet.
Jak na mnie to zawrót głowy :) Witajcie, nawet jeśli tylko przechodzicie :) Nawet jeśli jesteście mruczkami, co nie chcą gadać :)
Dzięki Jaskółko, to ogromnie fajne :)






Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zawsze, z miłością, różowa i halucynogenna Prowincjonalna Bibliotekarka.

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Kupa w biosferze Wszechświecie, kupa...

 


Biosfera
: (ekologia lasu, podstawowe pojęcia z zakresu ekologii), biosfera jest cienką warstwa na powierzchni Ziemi, w której występuje życie, obejmująca dolną warstwę atmosfery do wysokości około 10 km (troposfera), wszystkie wody do głębokości ponad 11 km (hydrosfera), łącznie z gorącymi źródłami o temperaturze > 100°C, oraz zewnętrzną warstwę skorupy ziemskiej (litosfera), do głębokości kilku kilometrów. Większość organizmów żywych oraz największe natężenie procesów życiowych koncentruje się jednak w cienkiej warstwie grubości rzędu 100 m, na powierzchni lądu, w glebie, wodzie rzek i jezior oraz w powierzchniowej warstwie wód oceanu. Biosfera stanowi globalny ekosystem, w którym w zamkniętych obiegach krążą pierwiastki. 
Warunki utrzymania stabilności biosfery nie są znane i stanowią przedmiot intensywnych badań.
źródło: encyklopedia leśna.

Tylko 100 metrów i warunki utrzymania stabilności nieznane, nadal...
Zastanawiające...

W pracy moja koleżanka nie daje się przekonać, by nie zaglądać do na portale informacyjne. Ciągle i ciągle grzebie w tym śmietniku i co raz przychodzi do mnie z obłędem w oczach, bo wyczytała jakieś hiobowe wieści, tak jak dzisiaj: 
- Ania na chwilkę weszłam, patrz co piszą, że w Rosji szczepienia obowiązkowe!
Spojrzałam na nią przyznam ze złością już, bo ileż można wiosłować w tym szambie? Pytanie retoryczne, można dłuuugo. Poszłam zobaczyć ten artykuł, choć chyba tego artykułem nazwać nie można. Czytam, że Putin się zastanawia nad przymusem szczepień ze względu na jakiś potworny wariant Delta. Zastanawia się...
A trzy zdania dalej, w tym samym "artykule", informacja, że szczepionki są mało skuteczne na ten przerażający wariant, objawiający się katarem, kaszlem i temperaturą. 
Co ja czytam? Popukałam się w trzecie oko, może nie działa? Bo ja zrozumiałam zupełnie coś innego niż koleżanka. 
Jednak poczułam; czytając ten bezsensowny zlepek domniemań, gdzie nawet nikt nie wysilił się na ukrycie tego, że pisze bzdury; poczułam lęk, a potem Złość.
Powiedziałam koleżance, że mam dość i niech do mnie z takim czymś już nie przychodzi. Mówię jej to już fafnasty raz, no cóż...do skutku trzeba.


Idąc do domu postanowiłam pójść na skróty. Koło Domu  Ludowego, z którego powodu wycięto i zdewastowano nasz sad. Resztki zieloności dają radę, ale nie ma wokół nas ogrodzenia, bo je rozwalono. I natknęłam się na TO...

To białe to chusteczki, służące do czynności higienicznych po wydaleniu kupy. Jacyś higieniści tu byli, niedaleko, parę metrów od naszego bloku, zrobili kupy i...

W miejscu, gdzie od lat stawałam w świetle słońca przefiltrowanym przez listki dzikiej jabłoni. Oddychałam tym światłem, czułam dobro, spokój, równowagę. Czułam, że ta fala rozpływa się po całym Miasteczku, leczy, uzdrawia, otula mnie i wszystkich. Kiedy zamknę oczy widzę nadal ścieżkę otuloną blaskiem, drzewa, których już nie ma, nasz kamienny krąg ogniskowy, moją ławeczkę do rozmów z Wszechświatem, dzikie tulipany, czerwoną różę w bukszpanie i bluszczu... 

I znów poczułam złość, wściekłość, bezradność...
Ścisnęło mnie za gardło, zaczęła boleć głowa. Poczułam, że się duszę, że niebo napiera na mnie jak szklany, niski sufit, że nie mam miejsca, nie mam przestrzeni. Nie mam tlenu...
Szybko poszłam do domu. W domu zrobiłam kilka ćwiczeń z rąbaniem drzewa, z zrzucaniem z pleców, wrzasnęłam kilka niecenzuralnych słów i wreszcie popłynęły łzy. Zapłakana położyłam się z suczką na łóżku i zasnęłam. Obudziłam się spokojniejsza. Emocje...

W moim rodzinnym domu nie było miejsca na emocje dzieci. Mama rozwiązywała sprawę jednym zdaniem: nie histeryzuj. Trzeba było udawać, że nic się nie dzieje. Rodzice mogli szarpać się, bić, wrzeszczeć, płakać, dzieci miały być cicho. Nauczyłam się tego tak wcześnie, że dopiero parę lat temu ogarnęłam, że mam jakieś emocje. Że mogę je czuć i w dodatku okazywać światu. I mieć w głębokim poważaniu co świat, czyli mama, o tym myśli.

W dodatku okazało się, że są drogowskazami, mogę im zaufać, co było dziwnym, bolesnym procesem. Z niedowierzaniem odkryłam, że mój lęk, złość, niepewność, smutek, mogą mi podpowiadać, że coś jest dla mnie niedobre. Że mogą mnie uczyć innego podejścia do życia, do zaopiekowania się sobą, zadbania o własne dobro. To robili moi rodzice, uwalniali emocje, dbali o siebie w ten dziwny sposób. Są inne sposoby, teraz już wiem.

Będąc nastolatką w pamiętniku pisałam: 
- nie mogę znieść tego gówna, czuję się cała brudna...

Kupa, wszędzie kupa.
Moja mama była i nadal jest mistrzynią w tworzeniu świata dla siebie. Wybiera z rzeczywistości to co jej pasuje, a reszty po prostu nie widzi. Kiedy coś jej nie pasuje, tak potrafi zmanipulować fakty i informacje, że zostaję z otwartą buzią, bo takiego zwrotu akcji w życiu bym nie wymyśliła..
Mogłaby pisać "artykuły" do wirtualnej.
Ale już dotarło do mnie: prawdy się nie odkrywa, prawdę się tworzy.
Dlatego każdy ma inną. 

Skutkiem życia w takiej a nie innej rodzinie jest to, że nienawidzę manipulacji i przymusu. 
Mimo, że przez pół życia używałam tych narzędzi, bo jak kto się nauczy, tak śpi i mruczy...
Myślałam, że inaczej nie można, nie uda się nic bez tego. Nikt mnie nie zauważa, muszę sama zdobyć to, czego potrzebuję. Nikt mi nic nie da dobrowolnie.
Byłam mistrzynią, uczyła mnie przecież mistrzyni.
I nadszedł dzień, kiedy mogę za to podziękować mamie. Bo mnie nauczyła jak stosować manipulację, przymus, wyparcie...i parę innych rzeczy.
A sobie mogę podziękować za to, że zauważyłam, że to robię, rozbroiłam ten granat i widzę, gdy ktoś próbuje mi wcisnąć kupę jako deserek. Nie ze mną te numery Bruner...

Mój lęk mówi do mnie, moja złość mówi do mnie, mój smutek do mnie mówi.
Słucham uważnie... 



To ja i moja siostra. Zadowolona wracam z biblioteki z torbą pełną książek.
Bałam się wtedy, że nie zdążę, bo kopaliśmy ziemniaki do późna na polu. Ale się udało.
Kiedyś książki były moim życiem. Alternatywne światy, w których uczyłam się czuć.
Płakać, śmiać się, bać się, poddawać, odpuszczać, walczyć, bronić siebie...
Dziś już nie potrzebuję do tego książek, mam tę MOC.

Zajmujemy na tej planecie tylko cieniutką warstwę biosfery, cieniusieńką. 
Jesteśmy całkowicie zależni do rzeczy, których nawet nie ogarniamy rozumem. 
Czasem kupa, to tylko kupa, pożywka dla bakterii, owadów, grzybów i pleśni...
I tyle.
A czasem nie...

 




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zawsze, tańcząca wśród kup, Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 5 czerwca 2021

Odpadki zmieszane Wszechświecie

 

Taka sytuacja...

W lutym dostaliśmy nowe umowy na wywóz śmieci. Blok jest gminny, my wynajmujemy. Teren wokół nie należy do nas, Mąż zajmował się zielenią, bo lubi, a gminie było na rękę. Ale teraz po wycięciu sadu nie zostało dużo zieleni, a Mężowi przeszła ochota. W bloku mieszka cztery rodziny. Trzy wdowy i ja, mężatka. Wdowy mają dorosłych synów, ale to "gniazdowniki" jak mówi mój Mąż. Czyli raczej konsumenci życia podanego na tacy przez mamy. Obu stronom to zapewne pasuje, bo coś by zmieniły inaczej, a nie zmieniają.
Nowe umowy przewidywały zniżkę za kompostownik.

A wykopiecie sobie jakiś dół - powiedział burmistrz, bo mu pasowało, żeby wszyscy nowe umowy podpisali, pewnie im więcej kompostowników tym bardziej gmina eko i tym łatwiej dostać jakieś pieniądze unijne.
Dół jak dół. W marcu ziemia na kamień zamarznięta była, więc ustaliliśmy, że póki co, to jest taka stara, nieużywana wygódka. Dół w niej wielki, na razie tam nasze eko i bio posypmy. 
I sypiemy, sypiemy, aż dotarło do mnie, że ja tam widuję kości z kurczaków, plastik, nawet zawiązane torby plastikowe z tym bio, bo komuś się nie chciało wysypać. Poczytałam o kompostowniku i dotarło do mnie, że o to też trzeba dbać. To nie może być dół w ziemi. Teren jest nieogrodzony. W takim dole będą siedzieć wszystkie psy z Miasteczka i inne zwierzęta. Smród będzie, bo to jednak 4 mieszkania. I nikt się nie bierze do ogarniania tego, wszyscy czekają aż mój Mąż, jako jedyny facet w bloku, sprawę załatwi. To jest dobry człowiek ponad miarę wszelką, złota rączka, zawsze pomaga. Ale stwierdziłam, że dość.

Już się wypowiedziałam na temat segregowania, że jest to bezsensowne w obecnym kształcie.
I nie będzie mój Mąż tym razem bujał się z kompostownikiem dla wdów i gniazdowników. Może to prospołeczne, eko, bio i wygodne dla gminy, ale wycięty sad sporo nam odjął dobrej woli w stosunku do społecznych działań.
Ponieważ ja bardziej piekielna jestem niż Mąż, poszłam do gminy by zmienić umowę na droższą, czyli wrócić do odpadów zmieszanych tylko i już. Kto bogatemu zabroni? Ustaliśmy z Mężem, że będziemy sobie segregować metal, papier i plastik dalej. Ale chcemy mieć w tym wolność i już.  Przecież nie mamy ogródka, po co nam kompost?
I ze zdumieniem ogromnym dowiedziałam się, że nie ma opcji śmieci zmieszanych. W ogóle.  Były i znikły. Teraz rzeczone bio/eko i tak trzeba do oddzielnego wiadra odkładać. I zbierać dwa tygodnie, bo co taki czas jest odbierane. Ożesz!
I mam głębokie przekonanie, że coś jest bardzo, bardzo nie tak z nami wszystkimi.
Że nas to nie dziwi.

Bo we wszystkich instytucjach gminnych, z gminą włącznie, opcja zmieszana jest. Pani w gminie wrzuca sobie pojemniczek po jogurcie, skórkę banana, puszeczkę po paprykarzu i  chusteczkę po smarkach do jednego kosza pod biurkiem. A w domku własnym nie może...Takżetak...

Zachorowaliśmy Wszechświecie. Rzecz zwykła. Ale nie w dzisiejszym świecie.
Kiedy Mąż zaczął narzekać na zatoki i ból głowy zmartwiłam się. Bardziej się zmartwiłam, gdy dostał gorączki, dreszczy, słabości, bólu mięśni i kości, nadwrażliwości skóry i ogólnie padł. W tym samym czasie odwiedził nas SynNumerDwa i też się pochorował.
Spanikowana trochę pomyślałam nawet, że może by do przychodni zadzwonić, podnieślibyśmy te marne wyniki grypy w tym roku. Ale głos w głowie powiedział: AKURAT....

Nasz lekarz zamknięty od zeszłej wiosny. Z gorączką nie wejdziesz. Chociaż on się zaszczepił jako jeden z pierwszych i mobbingiem z szantażem zmusił swoje pracownice do szczepienia. Pielęgniarki nie chciały, wiem od fryzjerki, która nas strzyże, sto procent wiarygodności ma kobieta. Ale teraz takie czasy, że tego typu działanie jak mobbing i szantaż są działaniami prospołecznymi.
Dla naszego dobra wspólnego.
No jakoś mu nie ufam temu lekarzowi już.
Więc uruchomiłam głowę...

Nie dzieje się nic, co wcześniej się nie działo. Chorowaliśmy stadnie już wiele razy na wirusówki. Jedna z najpamiętniejszych to grypa żołądkowa, obaj synowie i mąż jednocześnie ją przechodzili, a łazienka jedna. Poza tym mam opracowane metody na takie rzeczy więc do dzieła. I już. Chłopaki się ogarnęli w 5 dni, a teraz ja przechodzę. Łóżko, woda, trochę suplementów, lipa i moja własna odporność. Działa.

Mając trochę czasu, bo chorowanie moje padło na  długi weekend i oszczędziło mój urlop, połaziłam po różnych blogach, trochę na chybił trafił. Zajrzałam na wp i onet, z powodu gorączki chyba, bo normalnie już od miesięcy nie zaglądam.
I cóż ja widzę? Mój bosze, odnalazłam zaginiony kubeł z mieszanymi odpadkami. Wszystko tam jest co obecnie ważne: strach, mobbing, manipulacja, szczepionki, więcej strachu, duuużo ekspertów, jeszcze więcej propagandy i hooplala: zaszczep się, a będziesz wiecznie zdrów, młody i podróżujący.
I jeszcze uratujesz dziadka i babcię, znów, bo przecież na początku zamknęliśmy ich w domach dla ich dobra. I tak w kółko. 

Poprawiłam moją czapeczkę z foli na głowie i popiłam lipy. 
Cóż, zaliczamy kolejne poziomy wariactwa.
W końcu mamy Psychiatryk Wszechświata na planecie, to zobowiązuje.

Kiedy moja przyszła synowa powiedziała mi, że nie znajdzie pracy jako położna jeśli się nie zaszczepi, nie wierzyłam jej. Okazało się to prawdą. Na każdym spotkaniu o pracę jest pytana o szczepienie. Rodo, konstytucja, tajemnica medyczna, dane wrażliwe, zwykłe prawa człowieka do dysponowania swoim ciałem, nie ma. Młoda, zdrowa, nie chorująca dziewczyna musiała się zaszczepić, by dostać pierwszą pracę w życiu. Chorowała po tym prawie tydzień, gorączka, wymioty, potworne osłabienie. Mając 50 kg, schudła 4 kg. To nie są zwykłe objawy poszczepienne, to poważny NOP. Choć w kuble z odpadami mieszanymi tego nie widać. To przecież prospołeczne, patriotyczne, humanitarne, odpowiedzialne. W podobne trąby dmą ludzie, którzy sami mieli NOPy, ot na przykład takie krwawienie z dróg rodnych, mimo braku miesiączek już od dawna. Taki drobiazg po szczepieniu, nic takiego...

Kiedy mój Mąż usłyszał jak źle Synowa zniosła szczepienie powiedział do mnie:
- No Gienia, same my sobie tych wnuków nie  narobimy...
Czarny humor z ulubionego filmu. Ta synowa chce mieć dzieci, SynNumerJeden i jego dziewczyna nie chcą. Ale oni się nie szczepią.

Nikt z moich znajomych, którzy się zaszczepili nie przeczytał ulotek. NIKT. 
Nawet znajomy weterynarz, który powiedział, że czuje się jak więzień i chce pojechać do Grecji...dlatego się zaszczepił. 
Mogłabym powiedzieć to, co do tej pory: to decyzja każdego z osobna. Jesteśmy dorośli. Konsekwencje i tak każdy poniesie sam. Teraz, w przyszłości. Nie da się odszczepić. Będzie jak będzie.

Ale zaczynamy szczepić DZIECI!!!!!
Eksperymentalnymi, nie przebadanymi preparatami. O których największe sławy wirusologii, genetyki, epidemiologi świata, nie jacyś tam doradcy pana premiera w Polsce, wypowiadają się, że coś tu ostro nie gra. 
A my jak ślepi.

DZIECI, nasza przyszłość, najbardziej wrażliwi i bezbronni na planecie.
W naszych rękach...


 PS. Mimo starań by zachować spokój, nie wyszło. Nie przy dzieciach. To się dzieje już od dawna, firmy farmaceutyczne zaliczyły sporo wpadek lekowych i szczepiennych. Chyba wszyscy wiedzą, że testowano w krajach ubogich, na dorosłych i dzieciach różne rzeczy, wykorzystując to, że nikt za nimi się nie ujmie. Ale ogrom tego co się teraz dzieje, przerasta moje oczekiwania....Nigdy nie byłam antyszczepionkowa i nie jestem. Chodzi tylko o te preparaty, które na siłę wtłacza się nam teraz, przy chorobie, która jest procentowo tak jak grypa zabójcza. I to są fakty, dane z Ministerstwa Zdrowia, polskiego.
Poniżej link do Grzegorza Płaczka, który opracowuje dane z Ministerstwa na bardziej przystępne dla normalnych ludzi.

https://www.youtube.com/watch?v=TOc50wN4zHc&t=1s

Dla osób, które nie boją się dysonansu poznawczego wrzucam parę linków. 

Tu rozmowa Ewy Kopacz, która nie zakupiła szczepionki na świńską grypę, dziękibogu , 2009, pamięć nasza krótka, miałam dejavu oglądając...

https://www.cda.pl/video/609236069?fbclid=IwAR3F0_N9oXv2M4yr4E229o_HK7-t478WDSaKOkgtCn9RZcQsp45Qb2fxtfI

Poniżej Fragment posiedzenia teksańskiej Komisji Senackiej do Spraw Państwa (The Texas Senate Committee on State Affairs) z dn. 6 maja 2021 r. 


https://www.bitchute.com/video/fD6V8QhJEkVx/?fbclid=IwAR0EZXWefwREDlGbBsDhTQyV9zqoqeNTkrkf7Jvsi2McpeG8R-3L9VURYPc

Poniżej link do filmu Vaxxed, do jego pierwszej części, dalsze części 3 części są tam też. 
Powinien każdy zobaczyć.

https://www.youtube.com/watch?v=S0fKfTs9OPo



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zawsze, ale tym razem przerażona, Prowincjonalna Bibliotekarka.


sobota, 1 maja 2021

Pozycjonowanie Głupca Wszechświecie

 

Głupiec
To będzie dziwny post. 

Post nierealny, nieracjonalny, zamglony nieświadomym, otulony magią.
Jak zjawy we mgle, jak błyski słońca na wodzie, jak ulotny zapach, znajomy lecz nienazywalny, jednak przywodzący na myśl: DOM.

Czy magia jest z nami? Czy jest częścią nas? Co nazywamy magią? Co jest nauką, a co wcześniej było magią? Czasem nad tym się zastanawiam. Czy ja jestem magiczna? Czy wszyscy jesteśmy magiczni? Czy moja magia, moje wewnętrzne światło, ma zgodę we mnie na bycie?

Kiedyś odbyłam taką rozmowę z Mężem:
- Ania, ty jak walniesz komuś między oczy to strach się bać. Wiem, że widzisz więcej, rozumiesz więcej, ale czy to właśnie nie powoduje, że powinnaś zatrzymać dla siebie niektóre rzeczy? 
-Mężu, czasem po prostu muszę, bo się uduszę. Jestem sobą i nie zamierzam już trzymać mego światła pod korcem! 

I tyle. Albo AŻ tyle, bo pod korcem siedziałam i omal tam nie zapleśniałam.
Nie wracam.

Skupienie

Sny dwa przyszły.
Nie, nie ostatnio, dwa lata temu. Kiedy jeszcze była "normalność" jak niektórzy uważają. Ja nie, bo uważam, że normalności nie ma. Normy zmieniają się co chwila.
Więc: dwa lata temu...

Śnię, że jestem u mamy. Naprzeciw jest dom sąsiada. I szczeka pies. Ale szczeka rozpaczliwe, wyje, ujada, właśnie z podwórza sąsiada, Nic nie mogę zobaczyć, bo płot wysoki. Trzeba wejść na podwórze. Waham się, nie chcę konfrontacji z sąsiadem, to prymitywny gość. Ale piesio krzyczy o pomoc. Idę.
Wchodzę na podwórko, sąsiada nie widać. Obok domu stoi wielka stodoła i stamtąd słychać psa. Podchodzę i otwieram jedno skrzydło wielkich, drewnianych wrót. W środku jest ciemno, ale wpuszczam światło i widzę starego piesia, zwykły burek. Wielka, pusta stodoła, po środku leży piesio, wokół niego rozłożone mięsko, filety z kurczaków. Jednak on nie zwraca na to uwagi. Chce wyjść. Na mój widok podnosi się i wolno wychodzi na trawę.

Moją uwagę przyciąga jakiś dźwięk. Widzę, że pod stodołą jest jakby piwnica. Do piwnicy jest wąskie zejście , całe wycementowane. A na dole, przy drzwiach do piwnicy stoi buda. Do budy na łańcuchu przypięty jest szczeniak. Leży zwinięty na betonie, cały brudny i mokry. Znów się waham. Bo bardzo chcę go zabrać, ale nie chcę konfliktu z sąsiadem prymitywem. No i w domu spora gromadka, Mąż się ze mną rozwiedzie chyba. Ale szczeniak leży...
Stoję i myślę, a tymczasem stary piesio mija mnie i schodzi do budy. Staje obok małego i patrzy na mnie. 
I już wiem. 
To jego dom, ta buda, ten cement, te ściany po bokach, ten skrawek nieba widoczny nad budą, ten łańcuch. On się tu czuje bezpiecznie i dobrze. Przyzwyczaił się. Chce tu zostać.
Mogę zabrać małego. Odpinam łańcuch, burek nastawia łeb. Przypinam z głęboką wdzięcznością i zrozumieniem, choć jednak cień smutku przemyka.
Biorę szczeniaka na ręce, przytulam. Jest ciężki, ma spore, kłapciate łapy, wtula się we mnie.
I myślę: to będzie wielki pies...

Wolność

Sen drugi wyśnił dwa lata temu mój SynNumerDwa. Ten, który jako czterolatek na zadane niefrasobliwie i w żartach pytanie: synku, co jest najważniejsze na świecie?
Odpowiedział patrząc mi prosto w oczy: miłość mamusiu...

Napiszę jego słowami:
Byłem na wakacjach i wracam do Miasteczka. Widzę mnóstwo ludzi na ulicach, podjaranych, rozmawiających o Obcych, którzy wylądowali na całej ziemi. Obcy są piękni, przyjaźni, rozmawiają z ludźmi, obiecują pomoc. W Miasteczku też są. Nie podoba mi się. Zbyt to wszystko piękne jest. Znajomi mnie nakłaniają bym poszedł do tych cudnych kosmitów, bo oni ustawili takie specjalne namioty medyczne i leczą ludzi ze wszystkiego. Podają leki, robią zabiegi, leczą wszystko. Pomagają wszystkim. I są tacy dobrzy. A ja czuję, że to wszystko ściema i manipulacja. Ale idę, zobaczę, sam się przekonam. I widzę, że oni są piękni, ale widzę też jak manipulują ludźmi, jak kłamią, jak hipnotyzują, to takie oczywiste. I strasznie się dziwię, że ludzie stoją w kolejkach do tych namiotów i, że nie widzą tego całego szajsu. 
Niestety matka, ty też dałaś się omamić w moim śnie.

Dwa lata temu wyśniony sen. Ciągle go Syn pamięta, choć wtedy nie było wcale powodów do pamiętania. Można go było wsunąć do szufladki: za dużo science fiction na Netflixie.

Koło fortuny

Wiosna obudziła we mnie chęć działania. Mimo zniszczeń w sadzie, na kawałeczkach trawy które zostały, pojawiły się dzikie tulipany. Nie dają się. Czeremcha pod oknem tylko czeka by wybuchnąć. Gawrony karmią dzieciuki i nie przejmują się wariactwem w krainie ludzi. 
Pojechałam na malowanie intuicyjne. 
Cudna sprawa. Spotkanie z ludźmi, dobre emocje, kolor, bliskość, magia grupy....
Każdy potrzebuje.
I kiedy nauczycielka wprowadziła nas w stan relaksu, pomogła wejść w siebie bardziej, otworzyć  się na Wszechświat, zobaczyłam to: 

A teraz wróćmy do pierwszego zdjęcia na samej górze.

Cudna karta: Głupiec tarotowy.
Zadałam pytanie: co teraz?
Ano Głupiec.

"Głupiec symbolizuje początek podróży i wewnętrzne dziecko, które kryje w sobie każdy człowiek. Jest przepełniony entuzjazmem, bawi się czasem i przestrzenią. Jednocześnie nie jest świadomy swojego położenia i potencjalnych zagrożeń, które może mu przynieść rozpoczynająca się wędrówka. Głupiec jest wszystkim i jest niczym, jest pustką i nieskończonością. Jest zapowiedzią czegoś nowego, ruchu i rozwoju. Sam sobą nie przedstawia żadnej wartości, lecz nosi w sobie potencjał do stworzenia wszystkiego. Jest impulsem, pociągającym za sobą zmiany, jakie nastąpią w człowieku i otaczającym go świecie. Głupiec jest bohaterem, który prowadzi przez tajemnice." cytat pochodzi ze strony: blog.otylia.pl
Traktuję karty intuicyjnie, podoba mi się Głupiec. 
Ma swoją laskę do podparcia, w ręce klejnot z własnym światłem i ufa, choć spada... 

Więc jeszcze na koniec wyciągnijmy jedną kartę Wszechświecie.
Dla mnie i wszystkich, którzy dotarli do końca nierealnego postu...

Królowa Różdżek

I cóż zobaczyliście...?
Pierwsza myśl i skojarzenie....


PS. Karty wybrały się same do tego postu. Kiedy nie spodobało mi się koło fortuny, przetasowałam jeszcze raz i...wyciągnęłam znów koło fortuny.
No cóż, z Wszechświatem nie ma co się kłócić ;)



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja nierealna Prowincjonalna Bibliotekarka, polecająca serial Nierealne na Netflixie :)







 


sobota, 17 kwietnia 2021

Święty Michał Miecz Boży, Wszechświecie

Nawrzeszczałam na Pana z Pieskiem, Wszechświecie.

Bardzo nawrzeszczałam.

A zaczęło się w lutym, kiedy dotarła do nas hiobowa wieść. Nasz Sad będzie wycięty, by mogły tam powstać ścieżki, klomby, plac zabaw dla dzieci i siłownia na wolnym powietrzu (trzecie już takie miejsce w mieście emerytów). Dotarła do nas cywilizacja w jej najbardziej siermiężnym wydaniu.
Z piłami, buldożerami i spychaczami, ludźmi w pomarańczowych ubrankach, z których każdy był dużo młodszy od wycinanych drzew.

Sad nigdy nie był mój. Był gminny. Ale od dawna nikt się nim nie przejmował. Weterynarz, który go założył w latach 50-tych, oraz nasadził mnóstwo innych drzew nie tylko owocowych, zmarł 20 lat temu. Przez te 20 lat Sadem zajmował się mój Mąż. Pozwalając mu żyć jak chciał, lekko tylko ogarniając przestrzeń dla ludzi. Sad się odwdzięczał, trzymał wodę i chłód w coraz gorętsze lata, osłaniał przed hałasem i spalinami drogi krajowej, która jest niedaleko. Dawał owoce, lśnił rosą o poranku, wyciszał nerwy szumem drzew. Kiedy leżałam na hamaku widziałam nad sobą zieloną, mieniącą się kopułę...
Energia spokojnie przepływała, wszechobecna, czuła i harmonijna...


Miałam też pewność, że Dobro tego miejsca rozlewa się dalej, na Miasteczko. Że zielona, zdrowa energia zasila wszystkich mieszkańców. Otula, łagodzi i uspokaja.

I nagle wszystko znika.
Dźwięk pił za oknem całymi dniami. Drzewa dostały numery skazańców. To najukochańsze też.
To, które rosło z moimi dziećmi, które widziało wszystkie nasze ogniska rozpalane wieczorami, to, do którego przytulałam się, gdy było bardzo źle. To, które miało mocne, zdrowe korzenie...
Bezsilność...
Mój przecudny Sad...



Teraz wygląda tak...
Moje najukochańsze...

Kolejka do wycinki...


A "prace" postępują....


Tylko po to, by zalać asfaltem, wyłożyć kostką, postawić kilka ławek w pełnym słońcu, bo drzewa przecież nie potrzebne. Gubią liście, trzeba sprzątać, może komuś gałąź spaść na głowę, wichura może je połamać. No cóż, ja wolałam spacerować zieloną ścieżką...
Będą roślinki w gazonach, "certyfikowane" krzaczki kupione w ogrodniczym.
Egoistka. Ludzie wolą cywilizację. 
I żeby wszystko było jasne, to jest projekt za pieniądze UE, w celu zachowania BIORÓŻNORODNOŚCI na terenach....
Ciężka ironia.

I tak mnie męczyło, od lutego. Na różne sposoby starałam się sobie pomóc. Płakałam, tłumaczyłam, wypierałam, ogarniała mnie wściekłość.
Rozsądek mówił: nie możesz się z koniem kopać, nie twoje, odpuść...
A Serce: boli, tak nie można, bosze, weź spuść bombę na tych idiotów!

Kilka dni temu, wyszłam na spacer z suczką, po tym pobojowisku. I szedł Pan z Pieskiem.
I poczułam taką złość do Pana:
-czego tu łazi nam pod oknami, teraz wszyscy będą plątać się jak po swoim, już ktoś wykopał kwiatki z ogrodu, złodziej jeden, a ten łazi, czy ja chodzę do jego ogrodu, włażę na jego podwórko!?
I ja to wszystko do Pana z Pieskiem wykrzyczałam i jeszcze więcej...
Pan mi odburknął coś, ale nie słuchałam. Odwróciłam się i poszłam do domu. Cała roztrzęsiona.

W domu, zapłakana, stanęłam pochylona, oparłam ręce o uda i stałam tak długo, czując wszystko, co kotłowało się we mnie. Rozpacz, złość, żal, żałoba, bezsilność...

Następnego dnia rano szłam do pracy. I nagle, naprzeciw mnie zobaczyłam idącego Pana z Pieskiem.
Ni jak uciec. Bo zrobiło mi się wstyd. Może nie rozpozna? Mamy maski. Nie patrzyłam na nich, gdy ich mijałam. Ale Piesek mnie rozpoznał. Zaczął na mnie bardzo szczekać.
I zrobiło mi się okropnie, poczułam przykrość ogromną, bo przecież ja do Pieska nic nie mam, mnie wszystkie pieski lubią...


Jakiś czas temu musiałam pójść z Mężem na mszę za Teścia - ludzie wykupują te msze jak dzicy.
A Teść, z tego co czuję, ma się teraz świetnie. No dobra, ale to taka planeta. Poszłam.
W sumie lubię ten kościół, można posiedzieć, powspominać, popatrzeć na ludzi covidowych. Może być ciekawie. Msza była spokojna, siostra sercanka grała na organach i śpiewała głosem słodkim jak karmelek. Niespodzianką była litania do Józefa. Słuchałam, zastanawiając się któż to wymyślił.
Bo jakoś nigdy nie wsłuchiwałam się w słowa Wszechświecie, a teraz posłuchałam...
Siostra zaśpiewała jeszcze coś słodziuśkiego i kiedy myślałam, że już koniec, zaległa dość ciężka cisza.
Zrobiło się ciemniej. I jakby na dany znak, wszyscy razem zaczęli mówić. 
Jednym głosem, niskim, wibrującym, dziwnie odbijającym się od wysokich ścian  naw kościoła.
Mroczne murmurando....

...Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, Szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą,
mocą Bożą strąć do piekła...

Hieronim Bosch- Sąd ostateczny

Aż przeszły po mnie dreszcze...
Aż zawibrowało w środku złą radością. Pociągnęło...

O żesz ty, Mieczu Boży, Archaniele Michale, Wodzu Wojska Niebieskiego....
Okaż miłosierdzie i udaj głuchego...












Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja pobożna bardzo, Prowincjonalna Bibliotekarka.


środa, 7 kwietnia 2021

Zabójstwo na zlecenie Wszechświecie

 

Agatha Christie mówiła: 
"Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję, zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie."

Nie wiem kiedy w mojej głowie powstała ta czarna, smolista myśl, może i przy zmywaniu...

 
Na początku, wiosną zeszłego roku, kiedy kolegaW zaistniał, przestraszyłam się jak wszyscy. Mąż i Syn byli strażakami, musieli robić co do nich należało. W sklepach strach, na dworze strach, ludzie odskakiwali od siebie jak zające. Człek spać nie mógł, wszystko spowite było szaroburym woalem paniki i przerażenia. I jeszcze dodatkowo Mama. Godzinę jazdy od nas, sama w domu, też przerażona.
Tu był dość duży kłopot, bo Mama na starość zrobiła się pisowska do nieprzytomności i szczerze wierząca w przekaz TVP1. Siedziała, oglądała i świrowała. Dzwoniła do mnie prawie co dzień, niby zapytać co u nas, ale tak naprawdę, by uzyskać wsparcie dla siebie. No cóż, wspierałam. Po dołożeniu słuchawki byłam zmęczona jak po biegu maratońskim.
Tak to jest, gdy tłumisz swoje własne uczucia, na rzecz tzw. więzi rodzinnych....

A czarna myśl się wykluwała...
Na początku przekaz rządu: kochasz rodziców, nie odwiedzaj ich, izoluj; wydał się zbawieniem.
Wolne weekendy! Żadnego kopania ogródka, grabienia, zakupów (sąsiadka mamie robiła), upierdliwych pogaduszek przy herbacie, listy zadań dla Męża. Super! To było fajne nawet. Ale Mama coraz bardziej popadała w nerwicę i paranoję z samotności, coraz trudniejsze były rozmowy. Kiedy dzwonił telefon wieczorem, dostawałam drgawek ze złości. 
-Co u was? I nie słuchała, tylko zaczynała swoje: popatrz co się porobiło i leciała TVP1.

Ile zniesie dobra córka?
Dobra córka zniesie wszystko!
A ile zniesie zła córka?
Zła córka wymyśli jak się pozbyć matki. 
Zła córka wkręci w to też swoje Siostry, bo nas trzy jest. I Męża, i synów, i partnera Siostry Najmłodszej, bo on jest patologiem, ma certyfikat i jeździ stwierdzać zgony na kwarantannach. 
Doskonale im nas więcej, tym lepiej.
Zła, czarna, smolista myśl wydała podłe, paskudne owoce...

Zadzwoniłam do Mamy i powiedziałam, że jeśli chce, zaczniemy ją odwiedzać. Bo i tak trzeba narąbać drzewa do kuchni, pomóc przy ogródku, zrobić kilka rzeczy na podwórku. A ponieważ nie wiadomo kiedy się kolegaW skończy, może być tak, że nie zobaczymy się nawet do jesieni, może dłużej, a ona ma 73 lata i siły już marne. Przebiegle Wszechświecie, co? Ja mam czyste ręce.
Mama nie namyślała się długo, bo lęk wyssał z niej już resztki zdrowego rozsądku. Zamiast powiedzieć: NIE, bo mi zagrażacie, zgodziła się. Zero instynktu samozachowawczego. Bardzo dobrze.
Mało tego, kiedy przyjechaliśmy zrobiła obiad i herbatkę, i posiedzieliśmy przy jednym stole, bez maseczek i rękawiczek. Znakomicie.
Moje dwie Siostry też zaczęły ją odwiedzać...
Podłość nasza rosła i rosła...
Pojechaliśmy do niej  przed 1 listopada, na Boże Narodzenie, teraz na Wielkanoc. Podobno wtedy kolegaW najgorszy. I tak czekamy, czekamy, a tu nic.
Rodzicielka rozkwitła, uspokoiła się, dłubie w ogródku, chodzi na spacery z psami. Nawet nie kichnęła.
A tak chciałam zamordować Matkę...
Trzy morderczynie, ja i moje Siostry...

KolegaW się nie wywiązał.
No cóż, dobrze, że choć telefon odpoczywa...

 W sumie nie traćmy nadziei, wszystko sprzyja morderczyniom, takim jak my. Jeśli starsza pani zaniemoże, wzywamy karetkę, karetka wiezie na covidowy (nieważne, wylew czy serce, wsio trafia na covidowy teraz). Tam odwiedzin nie ma pod żadnym pozorem, jakie to wygodne, złe córki to doceniają.
Mojej koleżance lekarz z covidowego powiedział: wie pani, chorzy wchodzą do nas na nogach, a wychodzą nogami do przodu. Jest nadzieja... 
A my możemy szlochać, opowiadać jakie to okropne i jak nam ciężko. Idealne alibi.

Więc jeździmy, pijemy herbatki, jemy obiady, przytulamy się.
Złe córki, ponure żniwiarki, morderczynie...


PS. Milutka ma się ciut lepiej, apetyt jest i wkurza się na wszystkich. I nie ma bata, zawsze czołga się do tej kuwety, która jest dalej ;)




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja brzydka, okrutna i zła, Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 3 kwietnia 2021

Nie ma mocnych Wszechświecie

 


Drogi Wszechświecie, nic nie poradzę, ciężkie terminy naszły...
A na to, tylko czas jest panaceum.

Wokół domu piły, siekiery, buldożery niszczą sad. 

I boli.

Ale bardziej boli Milutka. 
Milutka kotkiem naszym jest, najstarsza, ma dziesięć lat. Zwykła, biało/bura, okrąglutka koteczka. Jednak w domu nikt jej nie lekceważy, każdy jej z drogi schodzi, bo Milutka charakter ma  mocny i ostry tak, jak jej pazurek. Oraz spojrzenie. Prowadzi życie niezależne, jak Włóczykij z Doliny Muminków. Przychodzi kiedy chce, wychodzi kiedy chce. 
I przedwczoraj wróciła, ale poturbowana. Nie wiem jak dotarła na schody, bo nie chodzi. Musiała się czołgać. Dzielna kotunia...
Ma pękniętą miednicę i zerwane ścięgna w stawie kolanowym prawej łapy. Weterynarz powiedziała, że rekonwalescencja będzie długa. 

Zmartwienia mnie opadły, za oknem warczenie pił i koparek, w domu Milutka czołgająca się uparcie do kuwety w  łazience, choć postawiłam jej drugą, bliziutko, w pokoju SynaNumer Dwa, który sobie wybrała na chorowanie. Uparta jak zwykle. 
Nie pomagaj, nie ruszaj, sama dojdę...
Moje alter ego, mój kawałek w Milutce.

Na FB wspieram całą mocą GosięAnkę, która walczy o Bajeczkę.

I dzisiaj idąc z suczką na wieczorny spacer, popatrzyłam na gwiaździste niebo...
Tyle gwiazd, tyle mrugających do mnie punkcików. 

Nie jestem sama. 

Więc mam prośbę Wszechświecie.
Kiedy tu zajrzysz, poślij proszę jedną, dobrą, ciepłą, miłą, puchatą myśl koteczce z Podlasia, Milutce. 
Jedna magiczna myśl wystarczy. 
I magia się zadzieje....


PS1. Olu, dziękuję jeszcze raz.

PS2. Star, dziękuję, twoje słowa wpadły mi do serca :)

PS3. Marytko, ja też się martwiłam, że się nie odzywasz. Ola mi powiedziała, że jest ok, więc mi ulżyło.




Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja niemocna, ale nie sama, Prowincjonalna Bibliotekarka.