Obserwatorzy

piątek, 3 lutego 2023

Ano nie wiem Wszechświecie





Kilka dni temu odkryłam białe łebki przebiśniegów ukryte jeszcze pod suchymi, brązowymi liśćmi. Skulone pod wierzbą, wtulone w siebie, nieśmiało wyglądają: czy już można? 
Jeśli uznają, że nie można, nie rozwiną białych czapeczek, posiedzą w ciepłym gniazdku osłoniętym drzewem, kruchymi liśćmi i mchem. Poczekają...
Nie ma się dokąd spieszyć.
Mądrość Ziemi.
Wiosna nadejdzie...

Kolejna wiosna po kolejnej zimie.
Coraz bliżej magicznych drzwi śmierci. Nieuniknionych, przerażających, dziwnie fascynujących...
Luty sprzyja takim rozmyślaniom. 
Brak światła, ciemne wieczory, szare poranki, deszcz...
Ale ponieważ to powtarzalne, ileś lutych takich było, zgoda. Niech tak będzie.
Pomarudzę. Widocznie potrzebuję.

Jakiś czas temu na fb trafiłam na post znajomej, która depresjuje się od lat już.
Działa, szuka remediun na ten stan. Bardzo jej kibicuję, bo wiem jak niełatwa to jest sprawa.
I każdy musi znaleźć swój sposób na depresję, bo każdy ją rozwija na swój oryginalny sposób.
No i kobieta opowiada o jednym dniu, kiedy poczuła się dobrze. Puściło. Nawet spotkała jakąś starszą panią i jej pomogła. I tak ją to ucieszyło, podniosło, nastroiło dobrze do świata. 
A w dalszej części pojawia się opowieść cioci wiekowej już, która wspomnienie takie ma z II wojny: uciekała z domu swojego, latem, w sukience letniej i sandałkach tylko.
I całą zimę ukrywała się w lesie, bo do domu wrócić nie mogła, w tej sukience tylko i sandałkach...

Pamiętam, jak lekarz w wywiadzie zapytał mnie: kiedy ostatnio czuła się pani dobrze? I ja zastanowiwszy się, ze zdumieniem odkryłam, że w ciągu bardzo długiego czasu, może kilku lat, był tylko jeden dzień, kiedy nie czułam się okropnie. Jeden dzień, słoneczny, miły, bez ciężaru, lekki...
Zapamiętałam go, bo był inny, niż szara, boląca rzeczywistość.
Więc wiem, że może się zdarzyć, ale nie oznacza braku depresji i zwycięstwa, tylko pauzę.
Napisałam znajomej o tym.

No i ogromnie niewiarygodne wydało mi się, że całą zimę w lesie w sukience i sandałkach. Niemożliwe to jest, bo w czasie wojny zimy były srogie. Musiała dostać od ludzi pomoc, może od rodziny, może z innej wioski, jakąś kufaję, kożuch, spodnie i walonki chociaż.  
Napisałam delikatnie, że wydaje się to nieprawdopodobne.


Omatkobosko, jak znienacka oberwałam!
Po pierwsze jako złośliwa i przemądrzała pseudopsycholog z brakami w wiedzy z historii. Po drugie jak śmiem podważać wspomnienia i cierpienia cioci i wielu, którzy marzli w łagrach i przeżyli?
I jeszcze, że ciemną energię mam i jestem wampirem energetycznym...
Jeju...Normalnie się zdziwiłam.

 A potem jednak głos w środku się odezwał:
- a ty pamiętasz gdzie jesteś? 
-....?
- jesteś w Psychiatryku Wszechświata i też na terapii !!!


Przemyślawszy sprawę oddaliłam się spokojnie z miejsca wypadku. Po prostu zostawiłam znajomą na jej ścieżce. No bo co z tym zrobić? 
Wiele razy mi się zdarzało, że coś powiem, bądź napiszę do kogoś, a on jak przypalony gorącym żelazem reaguje kopnięciem. Choć bądźmy szczerzy, teraz rzadziej o wiele, bo nauczyłam się sporo o komunikacji. Ale nadal się zdarza. 
I zdaje się normalne to jest, bo nie mam pojęcia gdzie kogo boli i co mu w głowie się kotłuje. Jakie ma lęki, jakie oczekiwania i jak widzi mnie przez swoje soczewki.

Kiedy byłam na grupowej terapii ( którą polecam mocno, bo ogromnie jest skuteczna) nadszedł dzień, kiedy miałam się pożegnać, bo kończyłam. Okazało się, że połowy grupy nie ma, choć ja ich wszystkich lubiłam i chciałam powiedzieć im o tym. Ja byłam gotowa odejść, ale oni nie byli gotowi powiedzieć: żegnaj. Trochę wiem czemu, byłam najstarsza, oni młodzi jeszcze, myliłam im się z mamą, tą dobrą mamą, taką jaką sobie wyobrażali, że ich mama powinna być. 
Niekoniecznie widzieli mnie, widzieli swoje marzenie: mamę, która się naprawia i kocha.
A ja widziałam w nich trochę małą Anię i moich synów, dzieci.
Lustrzany świat.
Kawałeczki puzzla rozsypane w gabinecie luster.


Sprawę wyjaśniała moja mama, o dziwo...
Otóż powiedziała, że ta starsza pani po prostu utknęła we wspomnieniu w jednym miejscu.
To było najgorsze, ta ucieczka, porzucenie wszystkiego, ten strach, żal i bezsilność. Ten moment utrwalony przez zalew silnych emocji. Wszystko, co wydarzyło się później nie było tak wstrząsające. Zblakło, pamięć się wytarła.
Każdy ma swoje utknięcia, ja, moja mama, każdy...
I co zrobisz, jest jak jest...



Ostatnich kilka dni było naprawdę szarych, smutnych i deszczowych. Nic nie pomagały lampy solne, lampki choinkowe i świeczki zapalone. Kręgosłup pobolewał, nic się nie chciało i w ogóle marnie.
Przedwczoraj położyłam się do łóżka. Za oknem ciemność wydawała się kłębiąca i żywa, ma się tę wyobraźnię ;)
Po chwili pod kołdrę wsunął się ciepły mąż. Przytuliłam się, zluzowałam trochę i zapytałam go: 
- mężu, jak my sobie poradzimy z tą starością?
Chwila milczenia była dość długa, ale w końcu wymruczał odpowiedź:
- powoli przeszuramy...

Wstawiłam obrazki Inge Look, bo fajne ogromnie :)






Pozdrawiam Wszechświecie, twoja marudna neurotyczka, Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 15 stycznia 2023

Herbatka z kompostu Wszechświecie

 



Orkiestra w oskrzelach ucichła.
Zwolnienie się kończy i czas wracać na posterunek biblioteczny. Pisać sprawozdania i wysyłać je w czarną dziurę w Kosmosie. Robić nowe zakupy i cieszyć czytelników oraz siebie, bo zapach nowych książek jest jak narkotyk. Lubię brać do ręki nowe książki, jeszcze nie dotykane, jeszcze nie otwierane, z tajemnicą w środku...
Lubię odkrywać tę tajemnicę, to jak spotkanie z innym człowiekiem w przestrzeni gdzie oboje czujemy się jak w domu. Bezpiecznie, ciepło i przytulnie. 
Biblioteka jest miejscem magicznym. Dla mnie. Być może dla innych też.
Lubię swoją pracę. Właściwie to nawet nie praca...

Jacek Yerka
Odkryłam, że mam kompostownik.
Normalnie nie mam, tzw. "bio" wystawiamy do zabrania co dwa tygodnie. Idiotyzm jakich mało, ale co zrobisz, psychiatryk. Trzeba się dostosować do pewnych rzeczy. A do pewnych nie. Nie i już!

Otóż mój kompostownik stoi w mojej głowie. Lekko na uboczu od głównych ścieżek neuronalnych. W kompostowniku impulsy elektryczne jakby zwalniają, zagęszczają się, bardziej się mieszają, stają się pełniejsze, bardziej wykorzystują swój potencjał. Do kompostownika wrzucam rzeczy, które nie są oczywiste, które dostrzegłam dopiero, bądź znam, ale dostrzegłam ich drugą i dziesiąta naturę.
W kompostowniku czas wolniej płynie więc wszystko ładnie się rozkłada, zmienia formę, nabiera aromatu, sensu, upłynnia się bądź zestala. I kiedy po jakimś czasie pogrzebię w nim, to mogę sobie wyciągnąć czerpaczek herbatki z kompostu. Nalać do kubeczka i zobaczyć cóż mi tym razem wyszło, czasem z fusów nawet powróżyć.
No i ostatnio pogrzebałam w kompoście. 

Bo tak...
Oglądam na YT kanałów kilka, z czego jeden podróżniczy, często: Jak to daleko, bo to Tomek Podlasiak podróżuje po świecie i z miasteczka obok on jest. Jest fajny, robi dobre filmiki, pokazuje świat od normalnej, ludzkiej strony. Postanowił, że z tego podróżowania i filmów chce żyć, że to jego ciężka  czasem praca i to podkreśla. Tak jakby bez tej ciężkości to praca się nie liczy, ale ok, jak dla mnie w porządku.
Więc prosi o lajki, o udostępnianie, o wsparcie finansowe jak kto może, prowadzi sklep internetowy, pisze książki. Wrzuca filmy na bieżąco z podróży, rozumiem, że to trudne, ale naprawdę dobrze mu idzie. Więc uczciwie lajkuję każdy film, polecam, udostępniam gdzie mogę i chciałam kupić książkę w jego sklepie.

I zonk! Do sklepu nie wejdę, jeśli nie wyłączę adblocka! Ożesz, jak zatrzęsło kompostownikiem!

Bo ja tam wcześniej wrzuciłam prośby Graszki z kanału Dom pod bocianem o oglądanie reklam w jej filmikach. Bardzo lubię Graszkę o czym ona dobrze wie :)
Ale adblocka mam i reklam nie oglądam. Znaczy on trochę przepuszcza, ale w ilościach do zniesienia i jest opcja: pomiń reklamę, z której skwapliwie korzystam. Choć 3 sekundy tego syfu muszę znieść. Graszka ładnie prosi, podaje argumenty, a we mnie mocne "nie". Przyznaję, wstyd mi trochę było.

Jakiś głos za uchem marudził: ale to przecież Graszka, lubisz, korzystasz, wiesz, że na koty, pomóż kobiecie. I głupio jakoś się robiło, taka nieładna w lusterku byłam, skąpa i wogóle...
A drugi głos mówił: przestań, reklamy to syf, czort wie co ci do głowy nakładą, wiesz o podprogowych manipulacjach, wiesz, że specjaliści to robią, gadają do twojej podświadomości, kłamią, manipulują, dla nich jesteś tylko towarem. Kiedy ostatnio reklama prawdę zawierała?To twoja głowa, nie wpuszczaj...

Skoro mieszane uczucia miałam, to włożyłam to wszystko do kompostownika, przerabiało się.


I Tomek z Jak to daleko, zmusił mnie do konfrontacji z tematem. Nie kupiłam książki. Napisałam do niego, wyłuszczając mu problem mój, a on mi odpisał, że skoro tak i nie zdejmę adblocka, nie oglądam reklam, to jestem dla niego "nieprzydatna".
On na mnie nie zarabia mój Wszechświecie...
Egoistka jedna, pasożyt normalnie, symbiozy zero...
.

Kompostownik naprawdę się przydaje.
Jednak czasem herbatka z niego wychodzi mocno wytrawna o posmaku ziemistym i tylko dla koneserów
Ale muszę powiedzieć, że smakowała mi :) 
Bo uświadomiłam sobie, że w tym głupim świecie trzeba dbać o siebie na wielu płaszczyznach, nie tylko cielesnej. Znaczy wiedziałam to wcześniej, ale to taki fragment rzeczywistości, który mi umykał. Bo niby reklamy są wszędzie, stały element naszego życia, właściwie nie zauważamy nawet, prawda?
Można zignorować, nie patrzeć, przeczekać. 
Pamiętam kiedy Polsat wszedł do gry. Pierwsza, prywatna telewizja. Mieli fajne filmy, ale w czasie filmu były reklamy. Film miał 2 godziny, a reklamy dodawały mu jeszcze jedną. Jakoś to się znosiło, cena za nową telewizję. Ale...

Jesteśmy prawie 50 lat w przyszłości i rozejrzyjmy się co się dzieje...
Znajdźcie miejsce wolne od reklam.
Okazuje się to prawie niemożliwe. 
Właściwie nawet całkiem niemożliwe.
Kiedy i jak to się stało?


PS. Siedzimy sobie wczoraj u przyjaciół. Z lekkim poślizgiem świętujemy prawosławny nowy rok. Wszyscy zajadamy się shushi, bo nas od kuchni odrzuca po świętach, a w sąsiednim miasteczku pyszne rolki robią. To zamówiliśmy dużo, dużo! i jest fajnie. 
I nagle słyszę:
- Takie mam jakieś poczucie winy jak jem to shushi, bo ono z awokado jest.
Zamieniłam się w wielki znak zapytania????
- Bo córka mi powiedziała, że pod farmy awokado wycinane są lasy deszczowe, tną wszystko, wykorzystują każdy skrawek ziemi, nawet są gangi awokado. Najlepiej awokado wcale nie kupować.
Taaa....
Jak to dobrze, że wiemy takie rzeczy.
Możemy nie kupować awokado i pomóc mamie Ziemi.
Dobrzy z nas ludzie...
I skąd ja to wiem?




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zawzięta ogrodniczka, Prowincjonalna Bibliotekarka.

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Nowy Rok Wszechświecie

 

Victor Nizovstev

Święta prawosławne.
Mój mąż mówi, że panbuk lubi bardziej prawosławnych, bo zawsze mają śnieg na święta.
Ja uważam, że po prostu byli sprytniejsi i wybrali lepszą porę zimową.
A zresztą kto tam wie, bajki tego świata zamotane są, powstawały w mroku dziejów, rozpadały się w świetle słońca, nikt już nie wie jak naprawdę było.
Choć myślimy, że wiemy, bo bardzo chcemy tak myśleć.
Każdemu wolno.

Igor Ropyanyk

Przed świętami przyszedł do biblioteki czytelnik, Niefajny. Nie lubię go i zaliczam do przykrych obowiązków obsługę tego pana. Jest roszczeniowy jak piła drewniana i totalnie głuchy na to co inni mówią. Niefajny bardzo często narusza przestrzeń osobistą  innych i nie potrafi wyczuć, kiedy lepiej się zamknąć. Radzę sobie z nim ale zapewnia mi naprawdę wymagające ćwiczenia z asertywności. Czyta sporo i ostatnio mnie zadziwił jednak.
Wparował do wypożyczalni w czasie gdy ucinałam sobie miłą pogawędkę z ulubionym czytelnikiem Fajnym. Fajny czyta science fiction, taka pokrewna dusza. Niefajny chwilę udawał, że szuka książek, ale wiedziałam, że nie wytrzyma i się wetknie do rozmowy, no trudno...
Dwie minuty i już peorował:
- bo ja nie wiem, jak można takie książki drukować, to bardzo szkodliwe jest. Ja też czytam science fiction (nieprawda, czyta fantasy) i nie da się czytać książek, gdzie zmieniana jest historia. Jeśli się coś zdarzyło, to się zdarzyło. To są fakty historyczne, nie można sobie wymyślać. Nie można ludziom w głowach mącić. Powinna być cenzura, która tego pilnuje.

Rzadko brakuje mi słów, ale razem z Fajnym lekko oniemieliśmy...
Przełknęłam i odezwałam się jednak:
- ale sam pan mówi, że pan czyta science fiction ( nieprawda, ale czort z nim), to fantastyka jest, tu trzeba wymyślać, uruchamiać wyobraźnię, tworzyć światy i wydarzenia alternatywne!
Niefajny odoł się jak indor i widziałam, jak błysk radości zapalił się w jego oczkach, lubi, no lubi swoje racje wykładać, wiem, mogłam zamilknąć, ale nie dałam rady....
-  no tak, oczywiście, wyobraźnia jest bardzo ważna, ale jak coś się już zdarzyło, to tak ma być. Można wymyślać na temat tego, co może się zdarzyć, ale jak już historia zanotowała, koniec, to jest Prawda i jej nie można zmieniać!

Popatrzyliśmy z Fajnym na siebie, zrozumieliśmy się bez słów.
Nie ma o czym gadać. 

Gerhard Gluck

Ale mocno się zastanawiałam nad Niefajnym. Bo w sumie nie przychodzi do mnie dorosły chłop, przychodzi małe dziecko, które nigdy nie dorosło. To ono chce uwagi, zawzięcie i wcale nie skrycie. Chce to dziecko zaistnieć i stosuje metody dziecinne, choć skuteczne. Uwagę dostaje, ale raczej nie przytulaki, tylko poszedł won...
No i sztywne, zestrachane rowki po których umysł jeździ...
Gdyby nie był tak upierdliwy, bym nawet mu współczuła. W sumie nawet współczuję, ale omijam, bo toksyczność duża. 

Jednak takich Niefajnych mnóstwo jest. Sama kiedyś byłam Niefajna. Wtedy myślałam, że byłam Fajna, taki stan pomroczności jasnej. Pamiętam ten czas, ale mam wrażenie, że żyłam w jakiejś mgle. Nie do końca realnej rzeczywistości. Mimo betonowych przekonań i jedynego słusznego poglądu na życie, nie było nic stałego. Teraz kwestionuję mnóstwo rzeczy, wszystko jest płynne a mimo to, jest stabilniej.
Ot ciekawostka...

Gerhard Gluck

Żyjemy w dziwnym świecie.  
Zachorowałam na Sylwestra. Gorączka trzymała mnie cztery dni. No grypa, chyba prawdziwa. Ponieważ zaczęłam słyszeć jakieś podejrzane skrzypienie w moich oskrzelach poszłam do lekarza, niechętnie, ale co zrobisz. Antybiotyk potrzebny jednak.
Siedzę w pustej poczekalni, bo pacjenci na godziny umawiani, zamaseczkowana i przyduszona, czekam.
I któż do mnie się dosiada? 
Córka Niefajnego, pielęgniarka, również moja czytelniczka. I słyszę, że ona to już od świąt choruje, miała grypę, potem c19, a teraz ma jakieś powikłania i słabości, dojść do siebie nie może, ale pracuje. 
I tak siedziałyśmy, i rzęziłyśmy do siebie zza masek, ona poszczepiona 4 razy, ja ani razu, obie chore.
Ona uważa, że gdyby nie szczepienia to już by umarła, ja uważam, że gdybym się zaszczepiła, to już bym kipnęła ;)
Dom wariatów co nie?

Ale najważniejsze chyba, dobrze się w nim urządzić.

Gerhard Gluck
 
Wszystkiego Najlepszego Wszechświecie życzę na nowy, wariacki i ciekawy rok 2023!


Gerhard Gluck

wtorek, 6 grudnia 2022

Całkiem zmyślone historie Wszechświecie...cz. 4

 

 "Wizje przyszłości" Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej NASA. 

Ziemia, twoja oaza w Kosmosie gdzie powietrze jest za darmo a oddychanie jest łatwe...

Taki jest napis na plakacie, który kupiłam by nakleić go na drzwi wejściowe do Wypożyczalni dla Dorosłych. Przyciągnął mnie, patrząc na niego poczułam radość i osadzenie w spokoju.
Takie dobre uczucie. Wygodne, pluszowe, ciepłe.
Oddech wpływający do ciała i wypływający lekko, jak fale przypływu i odpływu spokojnego morza. 
Niezmienne od eonów.
Oddycham.

Mishi McCoy
Czasem zauważam coś, ale nie wiem.
Nie wiem jak się ustosunkować do sprawy. Coś widzę, ale w środku dialog trwa. Gadam ze sobą, sprawdzam, dopytuję, zatrzymuję się, niby wiem, ale orientuję się, że jednak nie to, nie tak, że jeszcze nie mam wszystkich danych. Że nadal muszę pomyśleć.
Cieszy mnie ten proces, bo kiedyś go nie było. Miałam gotowe recepty, opinie, szablony na wszystko. A jak nie było, szybko ustalałam jakieś betonowe granice zjawisk i poglądów. Jest inaczej teraz, cieszy mnie własna elastyczność i uchylanie drzwi w mojej głowie, które do tej pory zamykałam na klucz. Czasem nawet nie wiedziałam, że mam jakieś drzwi...

Wiosną, gdy wybuchła wojna na Ukrainie, zaglądałam czasem do wirtuala, by zobaczyć jak to wygląda. Miałam nadzieję na szybkie rozwinięcie i zakończenie historii. No cóż, nadzieja...
Przeczytałam wtedy czyjś post o tym, że we Francji, w jakiejś firmie gdzie pracowało dużo Rosjan, ich współpracownicy francuscy wpadli na pomysł jak wyrazić swoje wsparcie dla Ukrainy i oburzenie na Rosję. Otóż zamknęli znienacka kilku Rosjan w windzie i trzymali ich tam kilka godzin podglądając zaskoczonych i zestresowanych ludzi przez kamerę.
No dali nauczkę bandytom i agresorom...

Przeczytałam to i mocno poczułam, że nie w tę stronę. W ogóle nie tak. 
Proszę państwa, pomyłka.
Ale zaraz w głębi mnie jakiś głosik zapiszczał: no żeś świętsza od Buddy, przestań...
To Rosja jest agresorem a to są konsekwencje. 

Stefan Billinges

I tak zostałam z tym dysonansem, bo czułam, że nie tak, że zła droga w dokuczaniu i obwinianiu, że to nie jest takie proste wskazać palcem winnych i czuć się usprawiedliwionym. Wiedziałam, że są inne oglądy sytuacji i wcale nie polityczne, wcale...
Pomyślałam: poczekam, popatrzę...

Kat Fedora
A tymczasem Wszechświat mówił do mnie...
Po pierwsze pojawiali się ludzie i mówili: ja już tracę wiarę w ludzi; Ziemi będzie lepiej bez nas; ludzkość jest beznadziejna; my, ludzie, jesteśmy szkodnikami; chciałabym wierzyć w ludzi, ale im bardziej ich poznaję, tym mam gorsze o nas zdanie.
Dużo takich ludzi, sama kiedyś tak mówiłam...

Po drugie książka się przydarzyła: Problem Trzech Ciał, autor Cixin Liu.

Rzecz dzieje się w Chinach w czasie rewolucji ludowej. Komunizm, w najbardziej siermiężnym wydaniu, wypływa na ulice jak mała łódeczka z papieru na falach wielkiej, czerwonej rzeki krwi. 
Na placu odbywają się samosądy gawiedzi nad elitą naukową i umysłową Chin.
Ye Zhetai jest fizykiem, wie co go czeka jeśli nie poprze obecnej władzy, ale znajduje w sobie siłę, by się nie poddać. Mimo tortur i szykan, pogodzony z niechybną śmiercią, nie zgadza się uznać, że nauka to reakcjonistyczne bzdury tworzone przez zdemoralizowanych kapitalistów. Umiera zakatowany przez swoje studentki. A na to patrzy bezradnie jego córka, Ye Wenxue, astrofizyczka.
To jest początek...

A tymczasem, w Kosmosie, wiele tysięcy lat świetlnych od Ziemi, planeta Trisolaris walczy o przetrwanie. Planeta ma trzy słońca co powoduje, że warunki życia na niej są ogromnie niestabilne. Trisolarianie nie mogą sobie poradzić z przyciąganiem trzech słońc, które co raz, w różnych chaotycznych ustawieniach wpływają na ich planetę, powodując ery stabilności w których życie może się rozwijać i nadchodzące nagle ery chaosu, które niszczą cywilizacje ogniem, mrozem, potopem, trzęsieniami ziemi, wzrostem lub zanikiem grawitacji. I choć Trisolarianie nauczyli się jak przetrwać, to jest to okupione tak wielkimi stratami, że ich cywilizacja staje na krawędzi poza którą już nic nie ma.
Zagłada. Muszą znaleźć inne miejsce do życia.

W tym czasie los rzuca Ye Wenuxe w miejsce, gdzie dostaje możliwość wykorzystania swojej wiedzy naukowej. Wysyła w Kosmos sygnał radiowy. Bo mimo wszystko, mimo wszelkich przewrotów, rewolucji i wojen, ludzka ciekawość jest wieczna. A pytanie: czy jesteśmy sami we Wszechświecie? jest jednym z pytań fundamentalnych na razie.
Więc sygnał poleciał i niespodziewanie Ye Wenuxe dostaje odpowiedź od Trisolarian właśnie: 

" Nie odpowiadajcie!
Nie odpowiadajcie!!
Nie odpowiadajcie!!!
Ten świat otrzymał wysłaną przez was wiadomość. Jestem pacyfistą. Wasza cywilizacja ma szczęście, że odebrałem ją pierwszy. Ostrzegam: nie odpowiadajcie! 
Po waszej stronie są miliony gwiazd. Jeśli nie odpowiecie, mój świat nie zdoła ustalić źródła transmisji. Ale jeśli odpowiecie, od razu zostaniecie zlokalizowani. Wasza planeta stanie się celem inwazji. Wasz świat zostanie podbity!
Nie odpowiadajcie!"

Kiedy Ye Wenuxe wyszła z szoku, musiała trochę pomyśleć. Czy widziała znów dziewczyny mordujące jej ojca na scenie ku uciesze tłumu? Może. A może nie. Nie wiadomo.
Jednak jej palce wystukały na klawiaturze odpowiedź i wcisnęły klawisz: wyślij...

"Przylećcie tu! Pomogę wam podbić ten świat. Nasza cywilizacja nie jest w stanie rozwiązać swoich problemów. Potrzebujemy waszej interwencji."

Nie wiem co dalej, to dopiero pierwszy tom trylogii, ale ostatnia wiadomość od Trisolarian brzmi:
" Jesteście tylko insektami"

Verena Wild

Tak to.
Czekam aż czytelnik zwróci następne tomy, ale jedno jest pewne: mój dysonans rozpłynął się i wiem w którą stronę. Niepopularną. Bardzo niepopularną. Ale jedyną na razie gdzie prześwituje na horyzoncie happy end. Bo ja lubię happy endy, szczęśliwe zakończenia po naszemu.

Polub siebie samego, a polubisz bliźniego.

Nożesz znów Joshua...
Bo gdy mówimy: tracę wiarę w ludzkość, ludzie to szkodniki- to o kim mówimy? 
O sobie. Tylko o sobie, zawsze o sobie. 
Jesteśmy częścią ludzkości.
I życzymy sobie i innym eksterminacji.
Wymazania i kary zasłużonej za bycie nie takimi jak trzeba. 
I Wszechświat spełni to życzenie, bo ono takie prawdziwe jest, z Serca.
I przyśle Trisolarian...

Bo podobne przyciąga podobne...


PS. Czasem, kiedy zamęt na świecie mroczy moje światło wewnętrzne, kiedy droga nie wydaje się taka prosta i niknie w oparach szarej mgły, wyobrażam sobie, że gdzieś tam, może w Rosji, może na Ukrainie, może w Syrii, a może w każdym z tych miejsc jest biblioteka. I w tej bibliotece siedzi taka sama jak ja, Bibliotekarka. I ona też chce tego samego co ja: pójść do domu, przytulić męża, nakarmić depczące po rękach koty, wstawić pranie, zrobić kolację, poczytać ulubioną książkę...
Ona też chce happy endu. To pomaga. Nie jestem sama.
Jest nas wiele...



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja ruska onuca pachnąca piernikiem, Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 30 października 2022

Z Pieskiem i bez Pieska Wszechświecie

 

Michael Dumas
Lubię jesień. 
Po gorącym czasie lata rozbuchanym kolorami, pędem do słońca, zawiązywaniem, rodzeniem i dojrzewaniem, nagle hamujemy...
Osiadamy na mieliznach jak zmęczone statki, które całe lato woziły towar przez morza i oceany. Utrudzone, ociężałe od podczepionych pąkli i żyjątek morskich, zanurzone zbyt głęboko nie dają już rady elegancko i lekko mknąć po falach. Mielizny wydają się być dobrym miejscem na odpoczynek. Nie pozwalają płynąć dalej, zatrzymują, osadzają.

Na mieliźnie nie ma pędu, jest spokój bezradności.
Cóż za dobre uczucie.
Nic nie mogę...
Nareszcie.

Jesienny wysyp depresji oznacza, że wiele osób osiadło na mieliźnie z ulgą, mocno i staranie ukrytą, zwłaszcza przed samymi sobą.

Oleg Omelchenko


Jesienne smutki i depresje widać wyraźnie w przestrzeni blogowej i wokół mnie. We mnie też coś zwolniło, coś osiadło, coś weszło w tryb oszczędny. Znam ten stan, ale już się go nie boję. Kiedyś walczyłabym, nazwała: lenistwem i marazmem. Szukałabym zadań do wykonania, wynajdywała prace różne by udowodnić, że jednak nie leniwa, a przydatna, nie rozmemłana, a silna, nie porażka, tylko sukces.
Ale już nie...
Odpoczywam.
Ale lekcje się toczą. Jakby same, choć z moim udziałem. Czasem chętnym, czasem bardzo niechętnym.


Od jakiegoś czasu natrafiam na opowieści o WWO.
Wysoko Wrażliwa Osoba. Ktoś ( nie chce mi się sprawdzać kto, zapewne ktoś mocno uczony) wymyślił i wprowadził to określenie, by skategoryzować, nazwać, ogarnąć zjawisko ludzi zbyt emocjonalnych, wyłapujących większą niż przeciętną ilość bodźców i informacji z otoczenia, z własnego ciała, z własnej psyche. 
Natknęłam się na to parę lat temu, próbując ogarnąć własną nadwrażliwość i jakiś czas to wytłumaczenie mi pasowało. Nawet fajne było.

No tak mam, inni też tak mają, to nie twoja wina, że tak masz, jesteś po prostu delikatna, wrażliwa, empatyczna, co niesie ze sobą konsekwencje. Łatwiej popadasz w depresję i drażliwość, często świat cię przytłacza i ucieczkowość się włącza, unikasz emocji a jak już dopadną, to przeżywasz je głębiej niż inni. Perfekcjonizmu używasz jak mistrzyni, bo chroni i broni. Ale jednocześnie współodczuwasz, podchodzisz empatycznie do ludzi, jesteś troskliwa...

No wszystko zgoda. W sumie nie najgorzej. Można w tym odnaleźć nawet fajne rzeczy: empatyczna, troskliwa, współodczuwająca. Fajna teoria.
Ale po pewnym czasie zaczęło mnie coś w tym uwierać, mimo, że już wypisałam sobie na czole WWO, w miejscu gdzie starłam napis: DDA ( Dorosłe dziecko alkoholika), bo okazało się, że z DDA można sobie poradzić i nie jest to dożywotni wyrok. Ale nadal szukałam sygnaturki dla mnie i  WWO wydawało się takie ładne. 

Dianne Heap

A tymczasem po Miasteczku od wielu, wielu lat chodził Pan bez Pieska, bo Piesek dołączył później.
Pan bez Pieska był żulem. Takim ze starej, peerelowskiej gwardii. Klasyczny był. Mieszkał sam w rozwalającej się chatce, choć bardziej mieszkał w gospodzie, albo w parku na ławeczkach, albo pod kinem. Zawsze z butelczyną winka, wódeczki czy piwka w ręku. Miał kilku kolegów takich jak on i stanowili mocny akcent w życiu Miasteczka, od czasu do czasu naruszając ogólnie przyjęte normy zachowania i higieny.
Omijałam ich z daleka, nie patrząc nawet, bo wychowana w domu z alkoholem, brzydziłam się, złościli mnie i uruchamiali złe wspomnienia.
Jakieś 20 lat temu Pana bez Pieska zatrudniono do dorywczych prac w Ośrodku Kultury. Było lato, gorąco. Wpadłam tam coś załatwić i musiałam z Panem bez Pieska minąć się na schodach. Omal nie padłam. Zapach przetrawionego alkoholu, brudu, potu i moczu był powalający. Weszłam na górę i nie bacząc, że Pan bez Pieska słucha walnęłam ostry komentarz o o brudzie i smrodzie. Nie pamiętam jaki, ale ostry bardzo. 
Kilka dni później koleżanka z Ośrodka powiedziała mi, że Pan bez Pieska skarżył się na mnie: jak ja mogłam tak powiedzieć; uraziłam jego uczucia.
Doskonale pamiętam moją odpowiedź: a to Pan bez Pieska ma jakieś uczucia???
I zaśmiałam się...
Mocne Wszechświecie, a przecież już wtedy byłam WWO jak cholera, choć o tym nie wiedziałam.

No cóż, życie popłynęło.

I dwa lata temu wycięto mój/niemój SAD. I rozpoczął się Projekt. Powstały ścieżki spacerowe i kto się pojawił? Pan już z Pieskiem. Zaczęli spacerować tuż pod moimi oknami. W miejscu ukochanych drzew, krzaków i zieleni. Pan z Pieskiem postarzał się, lekko umył, koledzy mu się wykruszyli, chorował, ale nadal reprezentował coś, czego nie mogłam znieść. I nawrzeszczałam na niego, wylałam na niego całą moją frustrację z powodu niszczenia Sadu, zabierania mojej przestrzeni, niezgody na to, co się dzieje.
Nie łazić ludziom pod oknami!!!!
Oberwał znów. Mocno.

Diane Reandour

Jakiś czas go nie było, ale wrócił. Chodził z Pieskiem nadal, tylko ja powoli się ogarnęłam, przeżyłam żałobę, bezradność, złość i ból. Odpuściłam. Pogodziłam się, zaleczyłam. Znalazłam swój spokój.
Przez rok widziałam go tylko z daleka, aż tu nagle wyszedł zza rogu budynku prosto na mnie, lekko zawiany, więc pewnie odważniejszy i mówi: 
- mogę pani coś powiedzieć?
No cóż, nie było gdzie uciec. Zmieszana i zawstydzona (bo już ogarnęłam, że Pan z Pieskiem nic nie winien wycięciu Sadu i oberwał całkowicie niesłusznie) postanowiłam ponieść konsekwencje:
- słucham?
- pani nie miała racji, kiedy pani mówiła, że nie mogę chodzić tam na spacery. Tam jest dla wszystkich.
Święta nie jestem, więc odpowiedziałam obronnie, bo trafił w bolące jednak:
- wtedy było wtedy, teraz jest teraz.
Ominęłam go i poszłam. 
Pod domem usiadłam na ławce ogarnąć emocje i dotarło do mnie, że biedak rok cały nosił tę krzywdę, jaką moje słowa w nim otworzyły. Trafiłam w jego bolące miejsce, jakiekolwiek by ono nie było i wcale nie chodziło o spacery, wcale...
Pan z Pieskiem nic a nic ode mnie się nie różni. 
Też WWO jest.
No trochę jak młotkiem w głowę, choć gumowym, bo wszak ogarnięta już trochę :)
Inaczej bym lekcji wcale nie zauważyła.
Tak się pocieszam...



Kiedy teraz myślę o WWO, o mojej wrażliwości i lęku, o mojej emaptii i jej braku, pojawia mi się  w głowie Pan z Pieskiem i już nic nie jest takie oczywiste w tej fajnej teorii.
Ze wszystkiego można zrobić schowanko przed konsekwencjami własnych działań z nieświadomości.
I gdy czasem ktoś powie, że jest WWO, to ja tylko pokiwam głową, bo mnie mocno Pan z Pieskiem oświecił...
Wszyscy jesteśmy WWO.

Starłam napis z czoła, postanowiłam zostawić tam puste miejsce. 
Miejsce dla mnie....
Carrie McKenzie







Pozdrawiam Wszechświecie, twoja nieotagowana Prowincjonalna Bibliotekarka

środa, 19 października 2022

Całkiem Zmyślone Historie Wszechświecie, cz. 3

 

Kadr z serialu Tajemnice Smallville


Świat na krawędzi...
Wszędzie, gdzie zaglądam przez okno mego komputera, widzę kłopoty: zagłada, głód, wojna, atom i śmierć. Przygotujmy się na najgorsze. Jakbym zaglądała do innego świata, równolegle płynącego z moim.
Parę rzeczy potoczyło się w tamtym świecie inaczej niż w moim, część podobnie, a część wcale się nie wydarzyła. Komputer jest portalem, który przenosi mnie w inną rzeczywistość.
Podobną, ale nie tą samą. 
Cóż za ulga, że mogę go wyłączyć. 
I jakie to fajne i ciekawe, że mogę go włączyć i przejść do GdzieśIndziej.

Więc udałam się do Smallville  w Kansas.
Ale po kolei...


Jest taka teoria o polach morficznych. Kilka lat lat temu się na nią natknęłam i wydała mi się bardzo spójna i wyjaśniająca wiele, na przykład efekt setnej małpy.

" Pola morficzne cechują się następującymi właściwościami:
1. Tworzą samoorganizujące się całości.
2. Funkcjonują w czasie i przestrzeni, tworząc czasowo-przestrzenne wzorce aktywności.
3. Przyciągają systemy znajdujące się pod ich wpływem, aktywizując je według charakterystycznych wzorców. Cele, do których pola morficzne przyciągają systemy, nazywamy "magnesami".
4. Pola koordynują i łączą w system wzajemnych zależności mniejsze jednostki znajdujące się w ich obrębie. Te zaś posiadają własne pola morficzne, uszeregowane według hierarchii gniazdowej.
5. Struktury te działają na zasadzie prawdopodobieństwa.
6. Posiadają własną wewnętrzną pamięć, będącą wynikiem rezonansu podobnych systemów z przeszłości.
Pamięć kumuluje powtarzające się wzorce, które z czasem przechodzą w nawyk."
w tym linku cały artykuł pola morficzne
Skoro nie widzimy pól elektromagnetycznych, promieniowania cieplnego, fal rentgenowskich i fal radiowych, to może nie widzimy czegoś jeszcze? Może kiedyś nauczymy się z tego korzystać, ale na razie dzieje się to po prostu, naturalnie, poza naszym poznaniem. 
Wszyscy jesteśmy w tym zanurzeni, współdzielimy, czujemy, dodajemy...
No i z tym "dodajemy" jest chyba kłopot.


Clark z rodzicami ziemskimi

W Smallville, bardzo dobrym serialu na hbo, poznałam Clarka Kenta, który jest teraz bardziej znany jako Superman, człek ze stali.
Kosmita z planety Krypton, wychowany od maleńkości przez małżeństwo z Kansas. Znaleziony w małym statku kosmicznym na polu kukurydzy przez parę, która nie mogła mieć własnych dzieci.
Niezwykły chłopiec, z nadprzeciętnymi mocami, który musi ukrywać swoją tożsamość przed światem, musi pogodzić dwie osobowości: kosmiczną wrodzoną i ludzką, nabytą w trakcie wychowania. Uwikłany między dwóch ojców, biologicznego i adopcyjnego młody człek mota się bardzo, próbując odgadnąć, kim jest naprawdę, jak żyć po swojemu.
No i przeznaczenie: jesteś stworzony do większych celów, musisz być bohaterem, musisz uratować ludzkość. To jest twoja misja, do tego cię wyznaczyłem: mówi ojciec z Kryptona.
Nie dla ciebie życie człowieka, nie dla ciebie miłość, spokój i ognisko domowe.
Chcesz grać w bejsbol, no nie żartuj!!!
Jesteś bohaterem, wielka moc, wielka odpowiedzialność. Poświęcenie dla większego dobra.
Czego tu nie rozumieć?
A jednak coś piszczy pod podłogą i wcale nie są to myszy...

Zmyślone opowieści tego świata snują się wszędzie. Gdzie nie spojrzę, toczą się. Jedne opowiada nam świat, drugie opowiadamy sobie sami, jedne się tworzą a inne właśnie się kończą. 
A wszystko na nas wpływa.

Pod koniec 9 sezonu Clark podejmuje decyzję. Sądzi, że dobrą. Zostaje bohaterem.
Poświęca swoje życie by ocalić świat i ludzi których kocha.
No i tata tego chciał, chciał być dumnym z syna.
A któryż syn nie chce, by tata był dumny z niego?
I kiedy tak patrzyłam na Clarka, który spadał z wieżowca by roztrzaskać się na chodniku, który został pozbawiony swych mocy przez wbity pod żebro nóż z niebieskiego kryptonitu, przypomniałam sobie jeszcze jednego tatusia.
Bo to takie oczywiste nagle się wydało.


W zmyślonych opowieściach tego świata był niejaki Abraham.
I jego bóg kazał mu syna zabić. Taki bóg, co lubił zapach palonego mięska, no ale wiadomo, wierzymy w co wybieramy wierzyć. No i ten Abraham całkiem serio to potraktował. Nóż w garść i do roboty, choć nie łatwo mu to przyszło. Tu następuje happy end, bo bóg jednak mówi: oj tam, chciałem cię tylko sprawdzić, zostaw dzieciaka w spokoju...
No tak, a jakby łączność zawiodła? Krzak by się nie odpalił z powodu burzy magnetycznej na Słońcu? 
Po synu byłoby, ale poświęcenie ojca, wow! (tu ironicznie się uśmiecham...)

I był taki jeden syn: Joszua zwany Jezusem. I jego tata też mu coś kazał. 
Kazał mu się poświęcić dla dobra wyższego. Taka opowieść, ale mocna, bo do tej pory opowiadana. Poświęcenie jest tym lepsze, gdy syn uwierzy, że to naj- naj- najważniejsze w życiu, co może zrobić.
Dla dobra wszystkich oczywiście, bo cały czas o to gramy.
O dobro wszystkich.
No i wyszło: ofiara spełniona, jedzcie i pijcie z tego wszyscy...

I teraz Joszua wisi na wszystkich krzyżach na planecie, każąc nam wierzyć, że to symbol nadziei i miłości. Naprawdę?

No cóż, ja nie chcę tego dobra, ani takiej nadziei i miłości.
W ogóle nie chcę bohaterów by mnie bronili. Na pewno nie za cenę ich życia.
Nie mieszajcie mnie do tego.

Nie chcę by dodawali do naszego pola morficznego swoje poświęcenie i ból, i autoagresję, i cierpienie, i strach, i bezradność, i smutek...

Bo to właśnie widzę w świecie równoległym.

Patrząc na obecnie opowiadane historie nie wygląda to na dobro.
Wszyscy, a na pewno większość z nas, czuje się jak ofiary.
Jak łódeczki pchane szalejącym wiatrem w głąb oceanu, bez możliwości korekty kursu.
I ja miewam tak często. Ale jednak część mnie wcale się tak nie czuje.
Ta część, może mała, ale jest i mówi: będzie dobrze.
Tę część dodaję do pola morficznego, na przekór wszelkim bohaterom, którzy zawiśli.

Ja się sama uratuję. 
Jeśli będzie trzeba, bo opcja: będzie dobrze, zakłada też, że nie będzie trzeba.


Gdybym stanęła pod krzyżem Joszuy może bym go namówiła do innego podejścia do tematu dobra, powiedziałabym:

- Złaź! Natychmiast przestań się wygłupiać i złaź. I nie mów, że nie możesz, bo możesz. Ślepych i trędowatych leczysz, wodę w wino zamieniasz, Łazarza wskrzesiłeś, bez żartów, złaź! Matka oczy wypłakuje, koledzy plączą się wystraszeni, Piotrowi cały czas kogut pieje, a Judaszowi tak namąciłeś w głowie, że zaraz się obwiesi. Mnóstwo niedokończonych spraw, czyżbyś uciekał?
To co, że chcieli Barabasza? Nie rżnij ofiary! Na złość mojej babci niech mi uszy odmarzną? No taki mądry człowiek, a czasami taki głupi. Że tatusia zawiedziesz? No proszę cię, tatuś przeżyje i może czegoś się nauczy, a może nie, ale to nie twoja sprawa. Ty masz swoje życie. Sam mówisz: kochaj bliźniego jak siebie. A ty w co się wpakowałeś? Jaki ty przykład dajesz? Dorośnij!
Złaź, masz dobrą kobietę, zrób dzieci, kochaj, ucz jak dobrze żyć i spokojnie umierać.
Dodawaj do pola morficznego dobre rzeczy, czy nie po to tu przyszedłeś?

Ha! Szatan mógłby się ode mnie uczyć :)
Może bym przekonała tego biedaka na pustyni...
Było jak było.
Jest jak jest.
I będzie dobrze...

No cóż, przynajmniej Clark ma swoją Lois i swoje życie :)
Bo jest taka opcja, że można być bohaterem, ratować świat i nie umierać :)



 PS. Serial oglądam również dlatego, że moja wewnętrzna nastolatka lubi ładnych chłopców, ładnie zbudowanych i z ładnym uśmiechem :) Polecam :)





Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zawsze, na nasłuchu, Prowincjonalna Bibliotekarka





wtorek, 27 września 2022

Jak się oszukałam Wszechświecie

 

Jesień nadeszła zgodnie z planem. 
 
Kasztany i orzechy zbieram kompulsywnie i radośnie. Magia aksamitnego brązu kasztanów zabiera mnie w jakieś niedookreślone, miękkie i przyjazne stany duszy. Nie ma tam obrazów, są czucia, dotyk.
Łagodność i utulenie.
Gdy trzymam w dłoni kasztan czuję jakby Wszechświat owijał się wokół mnie jak ciepła pierzynka. 
Gdy patrzę na coraz bardziej pełną orzechów torbę wiszącą na kaloryferze, czuję radość wiewiórki z dobrego zaopatrzenia spiżarni. Bezpiecznie, spokojnie. Zaopiekowana.
Momenty, chwile, ale jakie dobre...


Na świecie znów, a może ciągle, coś się miele i miele. Płynnie przechodzimy od jednych strachów do drugich nawet nie zauważając tego dryftu. 
W sumie dopiero od paru lat zastanawiam się, gdzie mnie pcha i co. I zadaję sobie pytanie, czy ja chcę dryfować akurat w te regiony, może jednak wiosełkiem ciut skoryguję,  przynajmniej to, co się da.

Bo na przykład było tak....
Zbliża się termin turnusu kręgosłupowego. Hotel zaklepany, koty i suczka zaopatrzone w jedzenie, z mężem dogadane, w pracy spokój, biurokracja zrobiona. Sześć dni wolnego, zabiegi nie męczące, spanie, leżenie, spacery, odpoczynek.
Ale jakiś niepokój, jakieś drżenia i bóle w ciele, jakieś budzenia się w nocy, niepewność, głupie myśli.
Jednak jestem dorosła, nie głupia, ogarnięta już trochę i nie będzie mną nerwica rządziła WSZAK!
Racjonalny umysł zbił wszelkie argumenty nieracjonalnego kawałka mnie. 
I było dobrze.
Aż tu nagle...

Trzy dni przed wyjazdem obudziło mnie nad ranem kichanie kota. Śpi z nami w łóżku nasza kotka Mała. Nie przeszkadza jej, że czasem się ją kopnie niechcący, przesunie, poddusi kołdrą. Spokojnie to znosi, przekłada się i śpi dalej, najchętniej między nami, dwoma grzejnikami.
Widocznie wychodzi z założenia, że coś za coś.
No i zaczęła kichać, co mnie od razu posadziło na łóżku.
Bo trzy lata temu przetoczyła się przez moje koty kocia grypa. Mała i Agatka zniosły ją lekko, ale Milutka i Funio dość ciężko przeszli, trzeba było zastrzyki robić. Prawie cały miesiąc zmartwienia, bo chorowali po kolei, a nie wszyscy na raz. 
No i Mała kicha...
A w mojej głowie tysiąc pięćset scenariuszy co może pójść źle. Nie będę przytaczać, bo i po co, każdy ma własne. Wylazłam z łóżka, obejrzałam kotę, ona zaś kichnęła jeszcze kilka razy.
No widzę: źle przełyka, jakby ją coś bolało, pyszczka nie domyka, oczy jakieś zmrużone, uszy jakby za ciepłe...Jak nic wirus. Nie mogę jechać. Mąż nie da sobie rady. 

Racjonalny kawałek mózgu zdecydowanie potwierdził moje przypuszczenia, bo przecież widzę, znam, już to było i tak się zaczynało, dokładnie tak. Będziemy mieć w domu znów epidemię kocią.
Jednak tym razem nieracjonalny kawałek mnie cichutko pojękiwał: poczekaj, poobserwuj, a może jednak nie, nic nie odwołuj na razie...
Jakoś nie specjalnie mu wierzyłam, bo w środku czułam żelazną pewność choroby kociej, ale wytrzymałam dwa dni bez żadnych działań, co było trudne. Bo kontroler we mnie krzyczał: organizuj, dzwoń, przekładaj...
A Mała nie kichała, ani razu! ta kocia małpa więcej nie kichnęła. Była wesoła, miała apetyt i patrzyła na mnie z pobłażaniem tymi zielonymi ślepkami...


Co my wiemy o tym świecie Wszechświecie?
Nic, tylko to, co sobie ułożymy z kawałków rozsypanych wokół nas. Każdy ułoży sobie inny obrazek, nazwie go, pomaluje, nada mu wartość, odcień emocji, zapisze sobie gdzieś. I następny obrazek, i następny...
Czasem doświadczenie z układania poprzedniego się przydaje, a czasem przeszkadza :) 


A naszło mnie na napisanie posta po tym, jak moja czytelniczka, na beszczela, zgasiła mi światło w pracy, bo dzień jest. Jakoś do mnie nie dotarły pomruki dramatu energetycznego za bardzo, bo wiadomo, beztelewizorna ja. Że drożyzna to wiem, ale jakoś spokojnie sobie z tym radzę.
Czy to pierwszy raz?
Że węgla zabraknie, że ropy zabraknie, że Ziemia umrze, że krowie bąki nas usmażą, że smog zatruje, że atom wypali, że plastik zasypie, że głód wydusi, że wirus zabije....boszezielony ileż można????

Objechałam ją dokładnie tak, jak się jej należało.
Moje oczy, moja psychika, potrzebują światła. 
Ja potrzebuję światła, odmawiam siedzenia w półmroku.
Posiedzę, jeśli naprawdę będzie taka potrzeba.
Ale na razie, to tylko kot kicha!

 

A kilka dni temu trafiłam na ten film i WSZYSTKO się wyjaśniło :)




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja kocia wirusolożka, Prowincjonalna Bibliotekarka