Obserwatorzy

wtorek, 15 stycznia 2019

Remont i wojna Wszechświecie, nadal...



To nie jest nowy post, to stary post z poprzedniej wiosny, ale w obecnej sytuacji, nadal jest aktualny dla mnie. Tego się trzymam.


"Witaj Wszechświecie z rana, dziś bardzo z rana jakoś. Wstałam , gotuję owsiankę, kawka już zrobiona, koty nakarmione, pies wysikany, a jest 5.15...no w takim tempie to dziś nie wiadomo dokąd zalecę.
Wiosna zdecydowała się przyjść. Kiedy rano wychodzę na schodki czuję ten zapach. Zapach mokrej ziemi, wody, próchnicy, zielonego, poruszającego się, wybuchającego. Czuję wtedy radość, energię, poruszenie. Wiem, że to Życie wraca z drzemki.
W klimacie umiarkowanym, jak nasz, można dobrze zaobserwować wszystkie etapy tego odwiecznego cyklu. Zima przychodzi i komenderuje: spać, wszyscy spać! Odpoczywać. Zaśnieży, zamrozi, czasem tylko lekko przykryje suchymi trawami i zgniłymi liśćmi, ale komenda jest jasna. Hibernować, odpoczywać, uwewnętrznić się. Jest nam to potrzebne. Jest to potrzebne całej przyrodzie. Gdzieś tam mają porę deszczową, gdzieś noc polarną i inne dobranocki...ale zawsze jest czas na odpoczynek, a potem akcję. Mądra ta Ziemia.
Widocznie w tym roku ten zapach, energia, wiosna jakoś mnie mocniej obudziły.
Otóż niespodziewanie dla siebie, odnosząc rachunki do księgowej, poszłam do PanaZ, który to zawiaduje robotnikami do remontów. Lekko zdziwiona patrzyłam na moje nogi niosące mnie do tego pokoju, który omijałam już ze trzy lata. Może więcej, bo remont w bibliotece to koszmar każdej bibliotekarki. A trzeba już było dawno wymienić wykładziny i pomalować. I dokupić regałów, bo ciasno.
Taki kamyk w bucie od kilku lat, aż tu nagle...poszłam. Załatwiłam. Zdziwionej koleżance zaordynowałam sportowe buty na nogi i wyniosłyśmy cały oddział w prawie dwa dni. Będzie z dwie tony książek, jak nie więcej. Cud jakowyś.
I żeby jeszcze mnie pokręciło, zakwasiło, połamało...prawie nic. Ot kilka mięśni zaszurało następnego dnia: jesteśmy tu, weś wariatko trochę spasuj, 50+ już jesteś. I tyle.
Tyle lat unikania, męczenia się, poczucia winy, że trzeba, bo już brzydko, zaniedbanie, zła, zła ja kierowniczka, leniwa...a tu masz. Jak po maśle. Już wylewają posadzkę.

A u znajomej Pantery na blogu wpis o wojnie.  Która zaraz, na pewno, jusz tylko paczyć. Bo politycy to czy tamto, a rakiety tu i tam, a terroryści za każdym płotem z plecakami wypchanymi bombami i z nożami w zębach i ...nie powiem czym, w spodniach.
I tak se pomyślałam Wszechświecie. Ja remontuję. To nawet troszkę jak wojna. Zmieniam, zamiatam, odkurzam, reorganizuję, demoluję, czasem bezlitośnie spiszę na ubytki. Zaczytane.

A mnóstwo ludzi na świecie też chce remontu. Bardzo chce. Nie wiem dlaczego tak czuję, ale chcą by PRZYSZŁO i POZAMIATAŁO. Samo. By tony naszych złych emocji, nieuświadomionych lęków, zaniedbań, autoagresji, obwiniania się, ignorancji, głupoty i co tam jeszcze. By to wszystko zmiótł poduch jądrowy.  W sumie, jak tak się zastanowię, jest i we mnie taka leciutka chęć, by jakiś dramat wyrwał ludzi z letargu. By się obudzili i dostrzegli, że można inaczej.

Ale ja już wiem, że to nie pomoże. Bo zmiana musi przyjść ze środka. Środka każdego z nas. Indywidualnie. A to jest najtrudniejsze na świecie. Dla niektórych zbyt straszne, straszniejsze niż okrucieństwo wojny. Straszniejsze niż obozy koncentracyjne, niż masowe groby, niż cierpienie i strach, niż śmierć nawet.
Zajrzeć do własnego wnętrza, znaleźć cierpiące, smutne, przerażone dziecko, utulić.
Znaleźć wściekłe dziecko, zawistne, złorzeczące, zazdroszczące...utulić.

Najcięższe wyzwanie na świecie. Prawie nie do wykonania. Łatwiej wywoływać wojny, by odwrócić uwagę. By nie widzieć siebie.

Kiedyś czytelniczka zachwycona książką wspomnieniową o Sybirakach powiedziała:  aż człowiek żałuje, że nie żył w takich czasach. Lekko mnie prztykało. Co????
Zastanowiłam się. Siedzieć w ziemiance, z wszami, gotować zupę z kory i patrzeć jak umierają twoje dzieci? No nie...Być bohaterem, być silnym, pójść do szpitala odległego o 100 km by uratować dziecko, dzielnie stawić czoła okupantom, honor, bóg, ojczyzna...tralalala. Można sobie wyobrazić jak wspaniale bym się zachowała i jaka byłabym dumna z siebie. W tych przerażających warunkach.

Bo tu gdzie jestem...tu gdzie jestem, jest może syn alkoholik, jest może rozbita rodzina, jest może niewierny mąż, jest może jakaś choroba, jest może patologiczna matka, jest może kupa lęków z dzieciństwa...jest kupa rzeczy, które pozamiatałam pod dywan. Kurtka, do domu już się nie da wejść...wolę na Sybir.

I tak to się toczy na tej Ziemi. Wybrałam remont :-)
Zamiast wojny. Wiem, że wielu ludzi też. Nie jestem w tym sama. I nie jest to proste. Ale trudne zamienia się w łatwe."



Miłego dnia Wszechświecie, Twoja zakurzona, kichająca Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 12 stycznia 2019

Wszechświecie, doceńcie docencie :)

https://www.facebook.com/kabarethrabioczamifanow/



Dzieci nie kochają rodziców.

To stwierdzenie padło w którejś audycji Radia Paranormalium, której sobie słuchałam jednym uchem w bibliotece. Oba uszy w tym momencie się zaktywizowały i stanęły do pionu, a neurony przekazały informację do odpowiednich ośrodków w mózgu. Tych, co odpowiadają za porządne poukładanie wiedzy o świecie :-)
Kiedy w medytacji pola serca, trzeba wyobrazić sobie własny umysł, ja widzę wielką salę z katalogami. Od sufitu, który ginie w ciemnościach wysoko, do drewnianej podłogi, wszędzie katalogi, te stare, kartkowe, w drewnianych skrzyniach katalogowych. Pachnie kurzem i mysimi sikami. Panuje tam taki ciepły półmrok, czuję się tam dobrze. Wszystko jest znane, skatalogowane, uporządkowane.
Potem schodzę do mojego serca, a tam to dopiero się dzieje :-)

Więc wpadło to zdanie do mojego umysłu. Leży ta kartka katalogowa na podłodze, na środku sali i nieporządek robi. Trzeba natychmiast miejsce dla niej znaleźć w szufladkach, w odpowiednim miejscu, pod odpowiednim hasłem. Spiął się mój mózg, szuka...
Nigdzie nie pasuje.

Już tyle się nauczyłam, że jak nie pasuje, to nie wyrzucam do śmieci. Zostawiam na podłodze, niech leży. Zobaczymy. 
Wszechświat pomoże :-) 

I pomaga na różne sposoby. 

Mam 9 lat. Jest fajny, czerwcowy dzień, ciepły i słoneczny. Przed chwilą wybiegłam z sali gimnastycznej w naszej szkole, skończyła się uroczystość zakończenia roku szkolnego. Jestem szczęśliwa, bo dostałam nagrodę na koniec roku i świadectwo z paskiem. W pierwszej klasie mi się nie udało, ale w drugiej przycisnęłam i jest. Cieszę się, bo należę do grupy "tych lepszych", dzieci nauczycieli i zdolniach :-) I zaraz mamie pokażę mój pasek i nagrodę, książkę Jerzego Ficowskiego "Mała syrenka". Mam ją do dziś. Jak na skrzydłach biegłam do sklepu, gdzie mama pracowała. Z lekkim drżeniem serca, z lekkim niepokojem, lekko spięta. Poczekałam, aż mama obsłuży klienta, podeszłam i pokazałam moje trofea. Mama spojrzała przelotnie, powiedziała: bardzo dobrze i poszła coś robić na zapleczu. Cięcie.
Nic więcej nie pamiętam.

Wystawiamy Moralność pani Dulskiej. Jest piękna wiosna. Trzecia klasa LO. W naszej szkole jest taki zwyczaj, że trzeciaki wystawiają jakąś sztukę. Kółko teatralne działa prężnie od lat. My wbraliśmy Dulską. Całą zimę uczciwie się przygotowywaliśmy. Ja gram Hesię, do tego z koleżanką robimy dekorację. To bardzo fajna zima. Jedna z najlepszych w moim życiu. Jestem dobra na scenie, dekoracja wychdzi fajnie. Wszyscy mnie chwalą. Premiera jest połączona z wywiadówką. Nie mam najlepszych ocen. Jak zywkle mat-fiz zagrożone. Ale bardzo się staram na scenie. Wiem, że idzie dobrze. Potężnie mnie boli głowa. Ale daję radę, bo na sali siedzi mama. Dostajemy brawa, dyrektor tak się śmiał, że o mały włos nie spadł z krzesła. Sukces :-) Wychodzę do mamy. Idziemy do internatu, muszę się przebrać i coś zjeść. Mama nic nie mówi o sztuce. Ani o ocenach. Nie pamiętam o czym rozmawiamy. Odprowadzam ją do autobusu. Cięcie.

Jestem lekko po trzydziestce. Pracuję w Ośrodku Kultury. Staram się. W naszym masteczku ciężko znaleźć pracę, a mnie się udało. Nie przepadam za moją dyrektorką. Samolubna, skoncentrowana na sobie, wymagająca, absolutnie bez empatii. Wykorzystująca na każdym kroku. Potrafiąca jedym zdaniem zepsuć humor, dokuczyć i umniejszyć. Ale się staram. Chcę dobrze wykonywać swoją pracę. Chcę też jej udowodnić, że znam się na tym co robię, że umiem, że jestem dobra. Kiedy dyrektorka idzie na dłuższe zwolnienie z powodu złamanej nogi, postanawiam odmalować jej pokój. Od dawna narzekała na brud. Teraz jej nie ma, jest okazja. Zrobię jej niespodziankę. Tak się zapalam do malowania, że z rozpędu maluję korytarz i dwa pozostałe pokoje. Pod sufitem robię szlaczki z tulipanów. Napracowałam się strasznie z naszą sprzątaczką. Nie przyszło mi do głowy poprosić o pomoc w gminie. Jak stachanowiec zasuwam. Miesiąc czasu, z targaniem mebli, myciem, skakaniem po drabinie. Wszystkim się podoba :-) Jasno, czysto,wesoło. Kiedy dyrektorka wkuśtykuje do pracy czekam na pochwałę. Nie ma. Jest tylko skrzywienie ust i słowa: nie, no nawet dobrze... Spodziewam się większej premii :) Też nie ma :-) Tu cięcia nie ma, tu jest słuszny żal i oburzenie. Choć dyrektorka nie prosiła, to był mój pomysł, autorski.

Co ja robię Wszechświecie? Co ja wyprawiam? 
Ano, staram się.
Staram się zasłużyć.
Staram się zasłużyć na miłość, na uwagę, na przytulnie...

Dzieci nie kochają swoich rodziców.
Nie tak jak nam się wydaje.
Choć naczelna zasada na tym świecie mówi twardo: dzieci kochają rodziców, jak nie kochają, to są złe. I rodzice kochają swoje dzieci, jak nie kochają, to są źli.

Kiedy się rodzimy, jesteśmy zależni od rodziców w KAŻDYM rozumieniu tego słowa.
Uczymy się od nich wszystkiego, jednocześnie jesteśmy zdeterminowani, by przeżyć. 
Dziecko użyje każdej dostępnej możliwości, by uwaga rodzica była skoncentrowana na nim, rozchoruje się nawet. 
Rodzic jest źródłem pokarmu, opieki, wiedzy. Stąd czerpiemy wszystko.

Wiedzę o tym jak się kocha na Ziemi również. 

Skoro moja mama mnie nie chwali, to tak wygląda Miłość. 
Skoro nie chwali, to muszę się starać, tak wygląda Miłość.
Skoro nie chwali mimo starania, to muszę nadal się starać, bo tak wygląda Miłość.

To tylko mały kawałek puzzla, ale jakże istotny Wszechświecie.

https://www.facebook.com/kabarethrabioczamifanow/



A tu do pośmiacia, żeby mniej bolało :-)
źródło: https://www.youtube.com/watch?v=MmtbHRsySZg&list=PLFOeJzDNGrHUyDk7gsar1RaUuLa2hua-h&index=1




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja mniejstarającasię i mniejspodziewającasię Prowincjonalna Bibliotekarka...no czasem się potknę i postaram, ale weś Wszechświecie przymknij na to oko ;-)

sobota, 5 stycznia 2019

Wszechświecie, pomyliłam się.


Grudzień mnie napędzał. Święta, Sylwester, prezenty, organizacja. Załatwiam to czy tamto, bronię się przed tym, za to inne, biorę.
Kokosiłam się jak kura w gnieździe w rzeczywistości, próbując znaleźć najwygodniejszą pozycję w szaleństwie, w miarę łagodnie przetrwać czerwono-zielone tornado. To akurat się udało.
Ale...
Kiedyś mój lekarz, wypisując mi antydepresanty powiedział, że one nie leczą. One tylko sprawią, że wychylenia depresji maleją, stają się łagodną falą, która powolutku faluje pod spodem. Czasem mocniej się wychyli, czasem lżej, ale jest.
Tak właśnie było, dopóki nie zdecydowałam się na terapię.
Dużo czasu zajęło mi też dostrzeżenie tej fali, płynącej obok mnie, gdziekolwiek bym nie była.
Wtedy też myślałam, że to się dzieje poza mną. Jakby niezależnie. Łatwiej było tak myśleć, że to nie ja mieszam na palecie i, że, to nie moja ręka z pędzlem maluje szarą falę.

Od września, po pogrzebie taty, postanowiłam poczuć się lepiej.
Od wiosny choroba taty przesłaniała słońce, rzucała cienie, kłuła jak jałowiec, burzyła spokojny sen, męczyła strachem i odpowiedzialnością. Podróże przez lekarzy, poradnie, badania wysysały siły moje i taty. Biorąc pod uwagę nasze nie najlepsze układy, naszą przeszłość, ciężkie to było dla mnie. Dla niego pewnie jeszcze bardziej.
Ale nadszedł koniec, zakończyło się najlepiej jak mogło. Spokojnie i bez bólu dla niego.
Więc mogłam poczuć ulgę z dobrze wykonanego zadania.
I postanowiłam poczuć. Wczuwałam się w tę ulgę, ale im bardziej wczuwałam się, tym bardziej ona tak jakoś się gubiła. Jak się gubiła to trzeba było ją znaleźć. Medytowałam, robiłam ćwiczenia relaksacyjne, uspokajałam głowę i serce. Przez chwilę było lepiej, ale znów pojawiał się atak paniki, kiedy spokojnie siedziałam w fotelu i czytałam książkę. Ciało zaczynało wibrować, oddech przyśpieszał, pojawiał się lęk, kiedy go zauważałam nie potrafiłam już rozsądnie myśleć. Radzi się w takich razach po prostu przeżyć tę emocję. Szłam do sypialni, kładłam się na łóżku i płakałam, trzęsłam się i smarkałam, aż lęk w końcu się wypalał i zostawała pustka i zmęczenie. I tak do następnego razu.
Postanowiłam spotkać się z moją terapeutką. Bo coś sama nie radzę. A przecież tak dobrze mi szło i tak dużo ogarnęłam. A tu klops. Dwa lata po zakończeniu terapii do poprawki.
Okazało się, że muszę czekać najpierw na spotkanie z psychiatrą, miesiąc, potem drugi miesiąc na miejsce u terapeutki. Ale o dziwo, sam fakt, zapisania się i czekania uspokoił mnie na tyle, że poczułam się faktycznie lepiej.

No i jestem po spotkaniu :-)
Wcale mi nie lepiej, tylko gorzej.
Bo się cholernie pomyliłam Wszechświecie...

Pojechałam po pogłaskanie po główce i przytulenie BiednejMałejAni. Że była dzielna i to wszystko tak dobrze załatwiła i zniosła. Że ogarnęła, że pomogła, że zaopiekowała się. Super, zrobiła to wszystko. Tylko zapomniała o sobie. Znów łatwiej było zapomnieć o sobie i mieć pretensje do Wszechświata, że źle.
A źle, bo zapomniałam o sobie. Zapomniałam, że mam płakać, że mam się przytulać, zapomniałam, że mogę i potrzebuję czuć swój ból, a nie innych, że swoim bólem mam się też zaopiekować, zobaczyć go i przytulić.
Łatwiej zająć się czyimś bólem, to prostsze.
To umiem. To wypracowałam bardzo wcześnie i umiem się tym posługiwać.

A pożegnania są trudne. Więc można spróbować je ominąć.

RUN Forest, RUN...

Mam dobrą terapeutkę :-) Solidnie mi dała do wiwatu.
Bo jeszcze jedno do mnie doszło. Coś jak walnięcie młotkiem w głowę. Można przeczytać setki książek i artykułów, tam ci wszystko napiszą jak krowie na miedzy. Ale jak nie chcesz zobaczyć, to nie zobaczysz i już.
Żałoba ma swoje prawa. Jeśli je ominiesz, wrócą jak bumerang. Dla niepoznaki się przebiorą. Mrowienie skóry głowy, napady lęku, zaburzenia snu, drętwienie rąk, twarzy...co tam kto sobie wybierze. Może być zapalenie zatok na ten przykład :-)

Bo tak...

Kiedy umierał mój tata, obok, całkiem nie zauważony, umierał ktoś jeszcze.

Umierał mój tata, ten Drugi.

Ten, który mnie przewijał gdy byłam mała, który nosił mnie na barana po łąkach i pokazywał motyle. Ten, który nie tykał alkoholu, ten, który przychodził do przedszkola na przedstawienia, ten, którego się nie bałam, ten, który przytulał i ten, który powiedział: kocham cię córko.
Mimo, że istniał tylko w mojej wyobraźni i mojej nadziei, żył równoległym życiem do mojego.
Płynął obok mnie.

I ten Drugi też odszedł.
A był tak realny jak ten Pierwszy.
Pochowałam dwóch ojców. I teraz czas na żałobę.

Tak to Wszechświecie.






środa, 19 grudnia 2018

Wszechświatowi ode mnie :-)

No i zaraz święta...
W bibliotece cisza jak makiem zasiał. Koleżanka chora, sama siedzę sobie, biegam na dwa działy, ale w dziecięcym wiele roboty nie ma. Tylko lektury, czasem coś dla przyjemności. U dorosłych więcej, zaopatrują się kompulsywnie na święta :-) Ale ja wiem, z doświadczenia ponad 20-letniego, że czytać będą tak naprawdę po świętach. Zmęczeni i utłuczeni emocjami, tłumieniem ich i wymuszonymi kontaktami międzyludzkimi. Nawet babcie, czekające z niecierpliwością na wnuczki, po tym intensywnym okresie, przyznają się albo wypierają fakt, że zmęczyły się i troszku wnuczków mają dosyć :-)
Co chyba naturalne jest :-)

Na blogach naczytałam się różnych podejść, różnych życzeń, różnych obejść na temat świąt. Absolutnie dźwięczy tam nasza potrzeba CUDU :-)

Tak doskonale widać, że wszyscy pragniemy miłości, wsparcia, bycia widzialnym, wysłuchanym, przytulonym, Potrzebujemy by ktoś nam powiedział, że będzie dobrze, że to wszystko ma jakiś cel, że nasze życie jest ważne. Że całe szaleństwo wokół ma sens. I, że jak to wszystko przejdziemy, to medal dostaniemy :-) I raj :-)

Wchodzę do sklepów i zaczyna od razu mrowić mnie skóra na głowie, ludzie zaaferowani biegają w pogoni za karpiami, które duszą się w  tych za ciasnych pojemnikach, trwa hekatomba zwierząt, na progu sklepu witają mnie nachalnie dzieci z puszkami caritasu, wokół zdenerwowanie, drażliwość, zaaferowanie. Kiedy przyglądam się osobom, które zdawałoby się radośnie rozmawiają, widzę, że one tak naprawdę nie rozmawiają. Nie patrzą sobie w oczy, nie nawiązują kontaktu, nie słuchają siebie nawzajem. Mówią tylko o sobie, są tylko w swoich myślach. A wygląda po wierzchu na miłą rozmowę. Życzą sobie wesołych świąt, szczęśćboże, bywa, że i pochwalony padnie, a zdrowia to już wszyscy nagminnie :-)
Ale nikt ne widzi drugiego człeka, nawet za bardzo siebie nie widzi.

Świetnie znam ten stan, żyłam w nim wiele, wiele lat. Myślałam, że to prawda. Że tak trzeba. Że tak  życie płynie.

Kiedy zaczęłam zauważać siebie, stawałam przed lustrem i patrzyłam sobie w oczy. Widziałam, że nie bardzo wiem jak to robić, uciekałam wzrokiem, uciekała ostrość, wolałam patrzeć na siebie całościowo, tak bezpośrednio w oczy, sobie samej, to nie. Trudne to było na początku, kiedy już przeszłam te etapy uciekania myślami, koncentrowania się na szczegółach np. kolor i faktura tęczówki, kiedy już umiałam zajrzeć za to wszystko co rozprasza, moment spojrzenia na Istotę patrzącą na mnie, będącą we mnie, MNIE, wywoływał łzy i płacz.

I napływały emocje: smutek, radość, niedowierzanie, tęsknota i miłość. Wyciągałam rękę i dotykałam tafli lustra, łzy płynęły mi po policzkach, a ja mówiłam co czułam: kocham cię Aniu.
I to była najprawdziwsza prawda, wypływająca ze mnie, patrzącej na siebie.

Jedyna PRAWDA na tym świecie.
Nie ma innej.
Wszystko inne to zmyłka.

Jesteście Miłością :-)

Nie dajcie się zwieść :-)







Pozdrawiam Wszechświecie, z miłością, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka




czwartek, 13 grudnia 2018

Wszechświecie, puszczajmy się :-)

https://foto-basa.com/imagewdata-woman-jumping-off-a-cliff.htm

Ja tak z opóźnieniem pewnie rzeczy przechodzę. Mimo bycia 50+.
Kiedyś mąż powiedział do naszych synów (jakiś czas po rozpoczęciu mojej terapii), że muszą wykazać się teraz cierpliwością, bo mama przechodzi opóźnione dojrzewanie i właśnie wkracza do gimnazjum :-)
Miał rację :-) Trzęsło mnie po różnych wertepach mojej przeszłości, a to wpływało na nas wszystkich.
Nie było łatwo i nadal czasem nie jest, ale to normalne.
Każdy ma swojego wariata-  jak powiada mądrość ludowa, która, choć czasem mądrością nie jest, tu akurat ma rację.

Czasem mam w bibliotece "gadane dni". Nie wiem jak w innych bibliotekach, u mnie ludzie przychodzą i mówią. Potrzebują. I czasem taka kumulacja się trafia w jeden dzień.
Wtedy wychodząc z biblioteki potrzebuję ciszy i niegadania z nikim. W głowie szumi od ludzkich emocji i myśli :-)

Wczoraj przyszedł MłodyKleryk, pisze pracę magisterską, już chyba finiszuje. Bardzo lubię chłopaka. Znam go od gimnazjum, taki wychowanek biblioteczny. Bardzo stara się, bardzo lubi być księdzem, znalazł tam miejsce dla siebie, i pała :-) pała chęcią. Niesienia boga, światła i miłości. Piękny stan, patrzę na niego i to takie przyjemne, szczęśliwy.
Życzę mu jak najlepiej, żeby zgrabnie przeskoczył przykre doświadczenia i zachował tę radość.
Ale...
No właśnie, ale...
Opowiedział mi, że rozmawiał z kolegą, też księdzem, o tym czy dawać rozgrzeszenie dla geja  jak się trafi, czy nie...
No bo dla wszystkich jest miejsce w domu pana i nie jego wina, że taki jest, ten gej, i jak nie grzeszy, znaczy nie współżyje, to można dać rozgrzeszenie...Z TEGO JAKI JEST.
BORZEZIELONY!
Co oni w głowach mają? Co im się do głów napycha?
I on tak zgrabnie mówi: kim ja jestem by odmówić miejsca w domu pana i jednocześnie odmawia, nawet nie wiedząc o tym, że odmawia.

A ja mam parę świetnych przyjaciół gejów, od prawie 30 lat w fajnym, dobrym, kochającym związku. Żyjących cudnym, spełnionym życiem. Bo zawsze chodzi o miłość.
Nic młody nie rozumie.

Przypomniałam sobie moją maturalną spowiedź w Częstochowie. To było mocne. Pojechaliśmy przed maturą, wszyscy nabożni, z prośbami w sercach o pomoc na egzaminie. Modlitwa w autobusie, różańce, śpiewy.
Jechałam z chłopakiem, obecnym mężem. Chodziliśmy do jednej klasy, parą byliśmy od pierwszej i nadszedł czas w naszym życiu, że wiecie, rąk nie mogliśmy od siebie oderwać :-)


Wszystko było pięknie, ale było jedno ALE.
Otóż mój przyszły mąż był z mocno, mocno katolickiej rodziny. Nawet był popychany w kierunku seminarium. I nawet się trochę zaangażował, ale pojawiłam się ja :-)
I co się pojawiło jeszcze? Ach...każdy wie :-) Truskawki, czekolada i serduszka :-)

Ale NIE WOLNO!
Nie wolno bo grzech, bo piekło i  (jakże podstępnie) brak szacunku dla kobiety!
I mi się udzieliło, choć ja już wtedy nie za bardzo kościółkowa byłam, ale zdawało mi się, że jednak jestem. I nurzaliśmy się w poczuciu winy, a czekolady się chciało.
Taka rozmodlona, pełna winy i postanowienia poprawy (znaczy, że okiełznam żądze podłe) dojechałam do Częstochowy. I postanowiłam pójść do spowiedzi, oczyścić się i wejść na nową ścieżkę życia. Będę cnotliwa, dobra i czysta, anioł, który pod sukienką, od pasa w dół,  nic nie ma :-) A ty, panieboże, za to, pomóż przy tej maturze :-)

No i powiedziałam księdzu. Błąd, duży BŁĄD.
Obsobaczył mnie okropnie. Upokorzył i pogłębił poczucie winy. Zrobił ze mnie MarięMagdalenę podłą. I doradził, byśmy się z moim ukochanym nie spotykali sam na sam, tylko przy ludziach, bo wtedy nie będzie możliwości do zrealizowania pokusy, bo ja za słaba jestem, uwodzicielka jedna!
Odeszłam zapłakana od konfesjonału.
Takie przeżycie w Częstochowie.
To były lata 80-te.

Mieliło mnie nawet dosyć długo, ale w końcu gdzieś tam obudził się bunt i złość i generalnie wyszło mi to na zdrowie. Przez złość do oświecenia :-) Chyba nie to miał ten ksiądz na myśli, ale popchnął mnie w kierunku właściwym dla mnie, jak najdalej od jakiejkolwiek religii, a bliżej czekolady i serduszek.
Boga można znaleźć wszędzie, a czekolada i truskawki, i serduszka, były tuż obok :-)

No i łażąc po internecie, szukając czegoś fajnego do posłuchania co raz trafiałam na Kasię Miller, psycholożkę. Omijałam. Bo jak słuchać kobiety, która wygląda jak wygląda. Znaczy sama nie słucha swoich rad. Marna z niej psycholożka. I, co było kluczowe, ja sama nie lubiłam siebie, w depresji mój rozmiar pyknął do góry, kompulsje jedzeniowe zostawiły po sobie rozmiar 48. Nie fajnie. Nie lubiłam Kasi, tak jak nie lubiłam samej siebie.
Obie na to nie zasłużyłyśmy.
A w Piwnicy przecież Projekt Monster się odbywał, o czym pisałam wcześniej.

ASZ nagle, kilka tygodni temu, kiedy YT po raz kolejny wyrzucił mi filmiki z Kasią na liście z boku, klikłam i zaczęłam słuchać przy wkładaniu kart.
I EUREKA. Idealnie dla mnie. Bycie kobietą, akceptacja samej siebie, swego ciała, miłość romantyczna wbita do głowy przez społeczeństwo, zakuta w dodatku w pas cnoty :-)

A prawdziwym przyczynkiem do tego posta jest komentarz gdzieś tam, który wypłynął z czeluści internetu i który dźwięczał mi w głowie jak dzwon, i dziubał przez kilka dni: wychowałam moją córkę dobrze, nie puszcza się na lewo i prawo...

No cóż, Kasia na to odpowiedziała: PUSZCZAJCIE SIĘ DZIEWCZYNY, PUSZCZAJCIE SIĘ NA WSZYSTKIE MOŻLIWE SPOSOBY :-)

 A z własnego doświadczenia powiem, że sposobów jest mnóstwo i jest kupa frajdy przy tym. Można zacząć od puszczenia starych przekonań.
Poinformowałam Męża, że jestem puszczalska :-)
Ucieszył się :-)

A tu filmik z Kasią Miller :-) Enjoy :-)


Ps. Każdą książkę Kasi Miller warto przeczytać. Ja aktualnie czytam: Kup kochance męża kwiaty; tak na wszelki wypadek, jakby chciał też być puszczalski ;-)




Pozdrawiam Wszechświecie, przyjemnie puszczalska Prowincjonalna Bibliotekarka ;-)



sobota, 8 grudnia 2018

Wszechświecie, okręt odpłynął ;-)



Kiedy zaczęłam zmieniać swoje życie, jakiś czas byłam czajnikiem.
Czajnikowałam w pracy, wśród znajomych, w rodzinie, nawet z własnym Mężem i synami. Nie mówiłam co się dzieje.
Mąż i synowie akurat wiedzieli, że depresja, leki, terapia, ale nie mówiłam dużo.
Bałam się. Oceny.

Ogólnie pojęta "normalność", była moim Świętym Graalem od dawna, bo wychowałam się w "nienormalności". I rozpaczliwie, całe życie próbowałam dosięgnąć ideału "normalności", dopasowania do wszystkich, niewyróżniania się, bycia taką jak "ludzie". Tak naprawdę, to widzę, że w dzieciństwie, jeszcze nawet w Liceum, nie udawało mi się to. Wtedy jeszcze byłam w przepływie Życia, jeszcze byłam otwarta, kreatywna, jeszcze dawałam radę z moim wewnętrzym światłem, które wybuchało wtedy z całą mocą kreacji ;-) Mimo trudności, mimo strachu, mimo wewnętrznego bólu.
To zaczęło się w momencie, kiedy powiedziałam TAK w kościele i założyłam własny Dom.
Byłam młoda, miałam 20 lat :-) I miałam za wysokie poprzeczki do przeskocznia, które sama sobie ustawiłam. Pisałam o etykietkach, cała byłam oklejona. I nakleiłam na innych.
Ech, życie....

Więc czajnikowałam. Bo nie chciałam, by ktoś mnie nazwał "wariatką". Leczącą się psychiatrycznie przecież. I tak udawałam, nie mówiłam, aż w końcu dotarło do mnie, że ten okręt to już dawno odpłynął :-) Od wielu lat męczy mnie depresja, biorę psychotropy, jestem na terapii, co jeszcze musi zaistnieć, żebym zrozmiała, że jednak jestem "wariatką". W ogólnie "normalnym" tego słowa znaczeniu.
Bo tak w środku, czułam się zawsze sobą, w różnych stanach, ale sobą.
Więc zaczęłam przesuwać granice "normalności", takiej, jaką ją sobie wyobrażałam.
Zaczęłam od mówienia, o depresji, o tym co się dzieje, co czuję i co robię. No, łatwo nie było. Spotykam się do tej pory z różnymi reakcjami, ale już nauczyłam się z tym radzić. Ba! nawet nie przejmować, a nawet zobaczyć za tym co mówią o mnie ludzie, to co sądzą o sobie. Wyższa szkoła jazdy :-)

Ale ja nie o tym ;-) Dzisiaj o braku "normalności" Wszechświecie ;-)
Otóż, jak wiesz Wszechświecie spotkałam Rosę :-) Dla ciebie to oczywiste, sam ją do mnie wysłałeś. Jestem ci za to bardzo wdzięczna.
ROSA tu pisałam o niej, jesli ktoś chciałby o niej coś więcej.

Rosa postawiła cały mój świat na glowie i otworzyła mi oczy na to, że normalność i niemormalność nie stnieją. Świat jest inny. Wszystko co piszę na blogu przeżyłam sama. Jest to moje osobiste doświadczenie, odczute, zobaczone, dotknięte. Piszę o tym, bo może ktoś jeszcze jest czajnikiem, albo boi się sięgnąć po coś innego, albo może nie wie, że może. Tak jak ja kiedyś :-)

Więc tak.
Półtora roku temu jechałam na drugie spotkanie z Rosą. Byłam zachwycona. Pierwsze oszołomiło mnie, obudziło, dało inną perspektywę drogi do zdrowia, dodało siły i pomogło kontynuować terapię. Pół roku czekałam na kolejny przyjazd Rosy ze Stanów i doczekałam się. Tym razem miało się odbyć w Centrum Taraska, taki ośrodek w Sulejowskim Parku Krajobrazowym. Bardzo daleko, ale Mąż stanął na wysokości zadania, powiedział, że oczywiście mnie zawiezie na te trzy dni. Znalazam dla nas fajną kwaterę nad Czarną, w starym młynie wodnym, zabrałam jeszcze koleżnkę Anię, która też postanowiła spotkać Rosę i pojechalim.
Wyruszliśmy w piątek rano, bo droga długa, a wieczorem o 19.00  było pierwsze, wprowadzające spotkanie z Rosą. Obiecałam sobie nic się nie spodziewać, pozwolić przyjść temu, co ma przyjść,  nic nie kombinować. Jechaliśmy chyba 6 godzin, tak się troszkę utłukliśmy. Rozbiliśmy obóz na kwaterze, która była fajna bardzo i z klimatem, a potem Mąż nas podrzucił do ośrodka.
Usiadłam na krześle z ulgą, wyluzowana i szczęśliwa. Obok Ania ekscytowała się wszystkim , ale ja byłam w mojej bańce spokoju. Rosa zaczęła opowiadać o sobie, bo sporo osób było pierwszy raz. Płynęłam z jej opowieścią, słuchałam, patrzyłam...Asz nagle coś mi kliknęło w oczach i zrobiło się biało. Zniknęło podwyższenie na którym Rosa siedziała, fotel, tłumacz, ktory siedział niżej, kwiaty w dużych wazonach, obraz, który stał koło Rosy. Wszystko w białej, jarzacej się mgle. Widziałam tylko twarz Rosy, ale tak jakby ileś jej twarzy, nałożonych jedna na drugą niezbyt równo i  jej ręce. Jej ręce były pomarańczowe, w tej białej mgle świeciły jak lampa solna, takim wewnętrzym światłem. Rosa gestykulowała, a one świeciły złotym pomarańczem.
Pierwsza moja myśl: ale jestem zmęczona, oczy wysiadają. Mrugnęłam i złapałam ostrość. Ale za chwilę: klik i znów to samo. To znów mrugnęłam. No jestem zmęczona. Chwilę było dobrze, ale znów trzeci klik. Tym razem popatrzyłam na mgłę, porozglądałam się dokąd sięga, zobaczyłam w niej cień tłumacza i niebieskawą kuleczkę koło niego. Rosy ręce były cudne, świetliste i żywe, jej twarzy nie mogłam zobaczyć dokładnie. Trwało to, nie wiem, może minutę, znów mrugnęłam i tym razem przeszło i nie wróciło. Nadal spokojnie siedziałam, myśląc, że powinnam się wyspać i dać oczom wypocząć. Nie czułam niepokoju.
Po spotkaniu pojechaliśmy na kwaterę. Spokojnie zjedliśmy kolację, cała nasz trójka była zmęczona. Mąż poszedł pod prysznic, a Ania staneła nieśmiało w progu mojego pokoju. I mówi:
- Wiesz, ja próbowałam zobaczyć aurę Rosy...
 (dodam, że Ania bardziej niż ja siedziała już w rozwoju świadomości i ezoteryce, miała znajomych, którzy ją oświecili co do świata energii).
Zacukałam się na chwilę, bo ja już wiedziałam o aurze, ale jakoś do głowy nie brałam:
- I co?
-No zobaczyłam taką białą mgłę...
-I pomarańczowe ręce Rosy!!!- wpadłam jej w słowo.
Teraz Ania się zacukała :-)
Pogadałyśmy o tym. Okazało się, że widziałyśmy to samo. Kiedy Mąż wyszedł z łazienki, zobaczył dwie kobitki spłoszone, zacukane, ktore zaniemówiły na jego widok. Ale nie pytał ;-) A my poszłyśmy spać, a rano pojechałyśmy na dalsze spotkanie z Rosą.
Powiedziałam mu o tym już w domu. Przetrawił :-)
To, co widziłałyśmy, Ania i ja, ona bo chciała, ja nie wiem czemu, to była aura Rosy. Jej energia, jej ciało świetliste. Każdy je ma. Poczytałam o aurze. Jest sporo sensownych książek. Nasi pobratymcy ze Wschodu od tysięcy lat wiedzą i używają tej wiedzy. My, w naszej kulturze wyparliśmy to i uważamy za nieprawdę.
Nie wierzymy sobie, własnym oczom, własnym odczuciom. Kiedy patrzymy nocą nad lekką łunę jasności nad lasem, myślimy, że to latarnie w jakiejś wsi za lasem. Czasem tak, czasem jednak widzimy poświatę, którą wydzielają tysiące drzew razem. To na fotografiach kirlianowskich już dawno pokazano światu.
O proszę ;-)

Każda żyjąca istota tak ma, my również.  Są wśród nas tacy, którzy widzą więcej, ale obecnie myślę, że każdy może zobaczyć, może nawet każdy widział, ale uznał za niemożliwe, złudzenie optyczne, zmęczone oczy, zracjonalizował sobie jakoś. Odrzucił i wyparł. Jako dzieci widzimy więcej, ale wtedy dorośli mówią: to niemożliwe, ludzie tego nie widzą i klapki założone. 
Wierzymy, że się nie da.

Po tym wydarzeniu u Rosy zaczęłam interesować się aurą i spróbowałam samodzielnie wywołać ten klik w oczach ;-) Nie było tak łatwo. Przy pomocy energii Rosy to było proste, samodzielnie musiałam trochę popracować i poćwiczyć. Ćwiczyłam na drzewach, na ich listkach, na kwiatach doniczkowych (grubosz na przykład, rozbłyskuje naprawdę pięknym światłem i w dodatku zawsze wtedy czuję napływ radości, nie bez kozery nazywa się go drzewkiem szczęścia). Zaczęłam widzieć też poświatę wokół ludzi, falującą, spływającą, żyjącą :-) 
Nie mam zielonego pojęcia po co mi się to zdarzyło. Ta umiejętność jest fajna, ale nie widzę wszystkich warstw aury. Nie umiem ich interpretować, po prostu cieszę się nową umiejętnością. Urozmaicam sobie nudne biurokratyczne spotkania, komisje, na weselach podpatruję jak energia działa kiedy się bawimy, rozmawiamy. Najlepiej widać na tle białych ścian, albo czarnych, ciemnych.

A czasem, czasem kiedy jest mi źle, staję przed lustrem, oglądam własne światło i to podnosi mnie na duchu. Świecę.
Widzę jak smutek odpływa, bo moje światło wtedy robi się jaśniejsze, większe, faluje łagodnie. To mnie pociesza, rozjaśnia wewnętrzy mrok. 

Jestem czymś większym. Jest inna forma, prawdziwsza, bardziej moja.

JESTEM.



palce dłoni- fotografia kirlianowska





Ps1. Ten post znów napisał się sam. Widocznie musiał, był jego czas :-)

Ps2. Dla chcących zobaczyć aurę, bo każdy może NAPRAWDĘ!, TU link AURA do ćwiczenia.

Ps3. Dla tych co jeszcze nie łapnęli: przypomnijcie sobie jak w nocy chcemy coś zobaczyć, kiedy patrzymy centralnie na cel, nic nie widzimy, kiedy troszkę przesuniemy wzrok w bok, patrząc kątem oka, zaczynamy widzieć ;-) To się nazywa widzenie peryferyjne :-) tak się ogląda aurę. Albo te fajne trójwymiarowe obrazki, gdzie z chaosu powstaje głębia.



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja świecąca Prowincjonaln Bibliotekarka ;-)

środa, 5 grudnia 2018

Wszechświecie, amnezja sukcesu :-)




Ostatnio u Graszkowskiej spotkało mnie miłe zaskoczenie, napisała, że dziękuje mi za inspirację :-) Któryś z moich postów pomógł jej rozwiązać problem, z jakim się borykała kilka dni :-)

Zaskoczenie, radość, miło...i niepokój.
Ścisk w gardle i napięte ramiona, pochwaliła...
Teraz poprzeczka poszła wyżej, a jak nie doskoczę?
Właściwie na pewno nie doskoczę....

Uzmysłowiłam to sobie prawie od razu, brawo Prowincjonalna!
Kiedyś motałabym się z tym zupełnie bez świadomości co się dzieje. Zaczęłabym wyszukiwać jakieś bardziej oryginalne pomysły na posty, bardziej skupiałabym się na formie, starałabym się lepiej komponować zdania, bardziej pilnować ortografii i stylu, może nawet nie zaczynałabym zdań od "Że" i "Bo" oraz "I", chociaż to lubię ;-)
Tak bym się starała, starała, aż w końcu poprzeczka poszłaby w Kosmos. Wymyśliłabym takie standardy, że samo wejście na bloga powodowałoby napad paniki :-)
I pewnie przestałabym pisać.
Powiedziałabym sobie Wszechświecie, że to kwaśne winogrona są i wiszą tak wysoko :-)

HA! Ale nie zrobię tego :-) Bo już znamy się z tym lękiem. Oj znamy :-)
Że nieperfekcyjna, że nie zasługuję, że tak naprawdę oszustka, te posty od roku to całkowity przypadek, że się napisały...

Ale ponieważ już zmądrzałam i pracuję na tym od dłuższego czasu, to powiem po prostu:
DZIĘKUJĘ GRASZKOWSKA :-)
A potem Graszkowska wrzuciła posta z wykładem :-)
WYKŁAD

Posłuchałam, bo warto, buddysta mówi o przyczynach depresji. Ja wiem, że temat jest głębszy, on mówi z punktu widzenia swojego systemu religijnego, ale dla każdego coś dobrego. Bardzo warto posłuchać :-)

No i mówił też do mnie, o sukcesie. Kiedyś odbierał nagrodę i powiedział, że dziękuje, ale to, co osiągnął, to zbiorowy wysiłek, jego i wszystkich mnichów, i innych ludzi, którzy mu pomogli :-)
Jaki fajny, skromny człowiek. Ale zorientował się, że w ten sposób się umniejsza, stwierdza, że ci co dali mu nagrodę, to raczej tak serio nie dawali, bo on tak naprawdę nie zasłużył, bo przecież inni też brali w przedsięwzięciu udział i tak dalej, i tak dalej...
A wystarczyło się ucieszyć i podziękować, i dalej cieszyć ;-)

Wszechświecie, cyrk na kółkach, zdecydowanie mamy tu Psychiatryk Kosmiczny :-)

Bo se przypomniałam, jakieś pół roku temu dopiero.
Przypomniałam o mojej maturze, która była dawno, w 1986 roku.
To już zamierzchła historia, wtedy dinozaury żyły z ludźmi razem na ziemi, jak mówi młodzież.
A było tak, posłuchajcie:

Wiosna była piękna tego roku, tylko nikt jej nie widział. Ja na pewno nie, moi koledzy też. Wszyscy byliśmy już zmęczeni napięciem, powtarzaniem materiału, kuciem na fakultetach. Obie nasze klasy, A i B, zawsze trochę ścierały się ze sobą, ale teraz ostro iskrzyło, bo każdy w nerwach zastanawiał się, jak będzie z maturą. A mieliśmy problem, bo słabo było u nas z matematyką. Mieliśmy oczywiście kilku wybitnych, zdolnych matematyków, kilka osób co jakoś dawało radę, ale "większa połowa" była kompletnie w czarnejD. Miało to korzenie w tym, że zmieniano nam matematyków kilka razy i niekoniecznie wszyscy byli ok, no i chyba we wrodzonych predyspozycjach, zaległościach z podstawówki, innych zmiennych ;-)
Ja osobiście byłam głęboko przekonana, że nie zdam. Matematyka to moja zmora życia. Wiecznie poprawiałam, wiecznie się bałam, wiecznie nie pojmowałam. Spać nie mogłam, lęk towarzyszył mi na okrągło i wydawało się, że ratunku nie ma...
Asz tu nagle, pojawił się pomysł :-) Zwołano tajne zebranie dwóch klas,  stawiliśmy się w komplecie. I przedstawiono pomysł, jak oszukać system i uratować wszystkich :-)
Otóż przed wejściem na salę losowało się numer miejsca, gdzie się siedziało. A my wymyśliliśmy, że usiądziemy po swojemu, tak by można było wysłać ściągi do wszystkich, którzy potrzebują. Zrobimy drugi zestaw losów, każdy dostanie swój numer już z góry. W ławkach przy samej komisji mieli usiąść ci, którzy poradzą sobie sami, za nimi kilka osób słabych, na środku w każdym rzędzie wybitny, który będzie słał ściągi do przodu i do tyłu, gdzie usiądą też słabi. W ten sposób, każdy ma szansę, każdy słaby dostanie pomoc.
Czy rozumiecie jak trudne decyzje musieliśmy podjąć? Bardzo młodzi ludzie, w strachu i stresie, w obliczu najpoważniejszego egzaminu w naszym życiu? Średniacy musieli zdecydować, że usiądą pod nosem komisji i nie dostaną pomocy, muszą polegać na sobie, bo tam ściągi się nie poda. Wybitni musieli zaryzykować własną ocenę, bo musieli odpowiadać za innych, napisać ściągi i rozesłać, zostawało im mniej czasu na siebie. I słabiaki, czyli ja, musieliśmy poprosić o pomoc, przełknąć dumę, zdać się na innych. Nasi wychowawcy zawsze narzekali, że w naszych klasach dużo jest indywidualności, trudne klasy. A tutaj każdy musiał zacząć pracować jak pszczoły w ulu, dla dobra wszystkich. To dopiero egzamin maturalny :-)
I wiecie co? Udało się :-)
Każdy wylosował los, który potem podmienił na drugi, ten właściwy. Losy robiły trzecie klasy, dogadaliśmy się z nimi i sami zrobiliśmy dwa komplety :-) W ostatniej chwili dowiedzieliśmy się, że jedna, drugoroczna osoba zrezygnowała z powtórnego egzaminu, losów było za dużo o jeden. Ale sprawnie przeprowadzona akcja odwrócenia uwagi nauczyciela z losami, pozwoliła koleżance wziąć dwa losy na raz :-)
Usiedliśmy jak zaplanowaliśmy. Każdy zrobił co do niego należało.
WSZYSCY ZDALIŚMY :-)
Chyba nie docenialiśmy wtedy jak poważny zdaliśmy egzamin życiowy. Jak wielkie było nasze zwycięstwo. Teraz to rozumiem.

Czemu o tym piszę:-)
Bo wiecie, zawsze potem, jak zastanawialiśmy się nad tym, nikt nie pamiętał, kto WYMYŚLIŁ?
Nikt nie miał pojęcia. Ja prowadziłam wtedy pamiętnik, ale napisałam już po maturze o wszystkim, ogólnie, z dopiskiem: nie pisałam o tym, żeby nie zapeszyć :-) I tak tajemnica sobie była, fajne wspomnienia też.
Aż trzydzieści lat później poszłam na terapię, zorientowałam się, że mam sporo dużych, białych plam w pamięci, ale zaczęłam już zdrowieć, wyciszyłam się, trochę nauczyłam się medytować, zaczęły wracać wspomnienia, w większości bolesne, czasem zaskakujące, czasem wesołe, aż któregoś dnia, wychodząc do pracy spojrzałam w niebieskie niebo i BUM....

Leżę w łóżku na stancji, jest noc, nie mogę spać. Martwię się, boję, lęk przykrywa mnie szarą, ciężką pierzyną, czuję jak pulsuje wokół mnie. Jest ciemno, patrzę w tą ciemność. Zastanawiam się nad maturą i jakoś nie widzę ratunku. Obracam w głowie różne wersje mojego życia bez matury i nagle olśnienie!
To się pojawiło jak błysk, rozwiązanie. Poczułam ekscytację, nadzieję, nadzieję na ulgę. Pamiętam dokładnie. Moja wyobraźnia podążyła po tej ścieżce przyszłości, po tym jej wariancie. Jak to uzyskać, jak to przeprowadzić? Od czego zacząć? Wyszło mi, że od znalezienia osób, które są lubiane przez wszystkich i które muszę przekonać, by przekonały innych ;-) I poleciało :-)

Ja to wymyśliłam. I zapomniałam, że wymyśliłam :-)

Wszechświecie, wiem, że ten błysk, to twoja robota. Dziękuję :-)
Wiem, że moje żadne poczucie własnej wartości kazało mi zapomnieć jak mogę być sprawcza w życiu :-)
Wiem, że to był wspólny, odważny i wspaniały akt dojrzałości nas wszystkich :-)
Wiem, że to był też mój SUKCES :-)



Chłopaki z Tresury Matrixa i ich złote myśli -)


Ps. Jeśli ktoś z czytających, przypadkiem należy do  Wspaniałej 39   (bo już dwójka z nas przeszła na Drugą Stronę Życia), odezwijcie się :-) Może czas na kolejny zjazd klasowy :-)




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja wdzięczna Prowincjonalna Bibliotekarka w działaniu.