Obserwatorzy

środa, 13 maja 2020

Złośćććć..wrrrr... Wszechświecie.

Otworzyłam Bibliotekę.
Uwolniłam książki.
Przegoniłam kurz leżący w kątach, rozruszałam osowiałe pająki, domalowałam zielenią listki paproci, dodałam wigoru gruboszowi i dolałam mnóstwo perlistej, żywej wody ogromnym papirusom na półpiętrze. Omiotłam dymem wszystkie zakamarki zatrzymane w czasie kwarantanny, wypełniłam dobrą energią Wszechświata, która pachnie gorzką szałwią i słodkim palo santo.
Usiadłam na kanapie, spojrzałam w głąb długiego korytarza i zapytałam: jesteście gotowe?
Usłyszałam lekkie szelesty poruszających się książek, budzących się ze snu, przeciągających się na półkach, ocierających się o siebie papierowymi okładkami i rozprostowujących grzbiety. Szeptały do siebie i do mnie: jesteśmy...obudziłyśmy się, gotowe...
Poczułam radość i spokój, i ekscytację...



I przyszli ludzie.
Lekko niepewnie stawiający stopy, troszkę się skradający, jakby wchodzili w nowy świat, mimo, że znany, to z obawą, że może jednak zmieniony. Że skoro wszystko wokół przestało być oswojone, to i tu, w bibliotece, też czyha nowe, straszne, niewiadome.
Przyszli też ludzie pogodni, z suniętymi pod nos maseczkami, narzekający na zaparowane okulary, z radością w oczach, że mogą znów dotknąć książki, że biblioteka pachnie jak pachniała, że jest tu tak samo jak było, choć trochę inaczej.
Przyszli też ludzie poważni, smutni ale w jakiś dziwny sposób spokojni. Pogodzeni z tym co jest, zasadzeni jak agawy na pustyni, mocno w suchej, jałowej glebie. Ale tak przystosowani do braku wody, że stało się to ich żywiołem, w tym wzrastają, to daje im siłę.
I przyszli ludzie wściekli...

Na pierwszy rzut oka znajomi, jakby swojscy, tacy jakich znałam wcześniej tyle lat. Starsze panie lubiące pogodne, polskie powieści. Mające swoją rutynę, zaglądające do Biblioteki regularnie, zawsze miłe, zawsze uśmiechnięte...
Teraz uśmiech zgasł. Teraz zza maski patrzyły nieznajome oczy. Niezdarne próby starego maskowania w czystym powietrzu biblioteki spełzały na niczym.

- Bo wie pani, ja to nie mogę patrzeć na tych ludzi bez masek w kościele. Jak można! Idzie drań w masce do kościoła, a potem siada w ławce i ściąga, i tę wstrętną mordę pokazuje. Naraża innych. Wiadomo, że jest ciężko, ja sama ledwie oddycham i się duszę, a ten gnój siedzi i się śmieje...I tak mnie to złości, wie pani...jak można...

Wylewa się złość, pogarda, wściekłość tak bokiem, bez patrzenia mi w oczy, gdzieś w przestrzeń.
Krzywda, ból, lęk, zagubienie, agresja....
Oni są winni. Oni są podli. Oni mi to robią.
Ja tylko chcę, by było tak jak było.
Ja chcę wrócić do MOJEGO świata.

Odczuwam.
Nie biorę, przepływam...
W dziwny sposób współczuję, rozumiem, ale...
NIE.
Nie tędy...

Bardzo jest popularna opowieść o dwóch wilkach.


Kiedyś myślałam, tak jak ten, kto to wymyślił. Że trzeba karmić jednego. Drugiego zamorzyć głodem. Zabić.
Powoli dotarło do mnie, że kiedy zacznę karmić tego dobrego, skazując na śmierć tego złego, stanie się odwrotnie. Ten dobry umrze, ten zły urośnie w siłę. Bo nie wolno zabijać, głodzić, trzymać w klatce, kneblować. To piękne, wspaniałe zwierzęta, stworzone przez Wszechświat. Wszystko jest do czegoś potrzebne. Wszystko pomaga, wszystko jest dobre. Mamy wszystkiego używać. Uczymy się, jak dzieci w piaskownicy. Stawiamy babki z piasku, które albo stoją, albo się rozsypują, kolega czasem nam zabierze wiaderko, więc dostanie szpadelkiem w łeb!

Czasem ktoś przy nas zdejmie maskę i zobaczymy jego śmiejące się oczy...
Czy będzie się śmiał do nas, czy z nas?
Zależy jak zinterpretujesz...Zależy co masz w sobie, co widzisz w lustrze.


Czy namawiam do gniewu, zazdrości i kłamstwa?
Absolutnie nie.
Ale dotarło do mnie, że mam to w sobie.

Nie raz karmiłam tylko wilka złego. Dobry marniał.
Nie raz karmiłam tylko wilka dobrego. Zły marniał.

A kiedy zobaczyłam oba w sobie, nagle oba odżyły.
Złagodniały, ułożyły się syte na łące, między owieczkami.
Wystawiły brzuchy do słońca i przerwały walkę.
Bo one chciały tylko być zobaczone...
Tylko tyle...



 Masz dwa wilki, dbaj o oba dobrze...







Pozdrawiam Wszechświecie, twoja tańcząca z wilkami Prowincjonalna Bibliotekarka.


sobota, 2 maja 2020

Planeta Wiecznej Kwarantanny Wszechświecie


Wewnętrzna emigracja trwała krótko. Nie dam rady.
Bym chciała na dłużej, ale nie wychodzi...

Ogniskujemy teraz często. W ciszy wieczorów, w pomrukach zasypiających gawronów, w delikatnym szumie odpoczywających drzew jest spokój. Przez ten rozgardiasz ludzkich emocji na mieście, z ulgą wchodzę w plątaninę zieleni. Oddycham, wypuszczając z siebie nerwowe, drżące energie strachu, złości, niepewności. Co dzień chodzę do pracy. Może właśnie dlatego, że zanurzam się każdego roboczego dnia w to pole ludzkich emocji, tak bardzo wyraźnie czuję spokój przyrody.
Na zasadzie kontrastu.
Bo kontrast teraz jest głęboki, wyraźny, ostry.

Już jakiś czas temu pogodziłam się z tym, że jestem empatką, wrażliwą, odczuwającą mocniej innych ludzi, przyrodę, otoczenie. Dlatego przez większość życia wygaszałam uczucia, zamrażałam je, by nie czuć. Zbyt dużo danych. Broniłam się jak mogłam. Teraz wreszcie rozumiem, uczę się nie ulegać natłokowi z zewnątrz. Dbać o siebie, ale się nie wyłączać.
Przeżywać Życie, takie jakie przychodzi, ale nie pozwolić się zalać tym, co na zewnątrz.
Być w tym, obserwować, rozumieć.
Nie uciekać, pozwolić przepłynąć przeze mnie emocjom. Kiedy trzeba, płakać, kiedy trzeba, tańczyć, kiedy trzeba, powiedzieć: odejdź...
Tu bardzo pomaga stary, inkaski rytuał rekomendowany przez Tresurę Matrixa...


Oglądając obecny świat przypomniałam sobie wczoraj książkę science fiction, którą czytałam będąc nastolatką, a do której potem wracałam nie raz - "Planeta Śmierci" Harrego Harrisona.
Niepozorna ta książeczka zaczyna się od tego, że na żyzną, pełną życia planetę przylatują koloniści. Zachwyceni bogactwem przyrody budują swoje domy, zakładają osiedla, by mieszkać w tym przepięknym miejscu. Idylla.
100 lat później na planetę przylatuje Jason dinAlt, szuler międzygwiezdny, który w oszustwach wykorzystuje swoje zdolności psi. Czyli empata. Ale to już nie jest ta planeta, co na początku. Koloniści zostali zdziesiątkowani, żyją w zamkniętych, otoczonych murami pod prądem, miastach. Każda roślina wokół miast jest trująca na dziesiątki sposobów, każde zwierzątko, owad, bakteria zabijają ludzi na wiele sposobów. Wszystko co ma zęby, ostrzy te zęby na ludzi...Wojna.
Przejazd z miasta do miasta tylko w opancerzonych wozach, w specjalnych kombinezonach i z bronią. Jason od początku czuje, że coś jest nie tak. Odbiera złość, niepokój, agresję. Chwilę mu zajmuje zrozumienie tego, co naprawdę się dzieje. A kiedy na skutek różnych zdarzeń ląduje bezbronny za murem, orientuje się, że przyroda jest zabójcza tylko wokół zamurowanych miast, im dalej od nich, tym bezpieczniej, spokojniej, łagodniej. Właściwie reszta planety jest nadal żyzna, piękna i łagodna.

I nagle rozumie...

Cała przyroda na planecie jest empatyczna, jest jak odbiornik wysyłanych od ludzi emocji i dostosowuje się. I tak to koloniści własnymi myślami i emocjami, stworzyli sobie wroga...

I cóż ty na to Wszechświecie?

Bo mi dzwoni dzwoneczek i takie jakieś czerwone światełko mruga....

Bakterie, wirusy, wiatr, ogień, woda...
System obronny naszej planety. Sami go aktywowaliśmy.
Nam się zdaje, że to nasze działania, tak, zgoda, ale każde działanie poprzedza myśli, intencja, emocja. To my poruszamy energię, to my ja pchamy tam, gdzie ona według nas ma płynąć.
Tylko słabo z nawigacją u nas. 

Ostatnio przyszła do nas PaniS, nasza sprzątaczka. Opowiedziała mi jak wieczorem jej mąż, spojrzał na nią i powiedział, że ona jakoś dziwnie wygląda i czy dobrze się czuje? PaniS skupiła się na sobie i wyszło jej, że jakoś ją palą uszy i policzki, a ręce i nogi ma lodowate. Ale ogólnie to w porządku. Mąż jednak zaniepokojony, wrzucił te objawy do Googla i wyszło: STRES.
Taaaa.....
I dopiero jak żonie powiedział, że jest w stresie, to ta poczuła, że coś nie tak i wyszła pochodzić wokół domu, by trochę się uspokoić. 

Kiedy zaś siedzieliśmy przy ogniu spokojnie, przyplątała się niedaleka sąsiadka, która zjechała z pracy w Belgii i ugrzęzła w Polsce teraz. Zachwyciła się sadem, tulipanami dzikimi, tą naszą cudną gmatwaniną zieleni, która robi co chce sama, tylko trawę mąż  kosi...Popłynęły zachwyty, a po chwili dodała: ale ja bym te chaszcze wycięła, tam bym przerzedziła, tu bym zrobiła większe miejsce na grilla, a to drzewo to zasłania...
I po ptakach, zniszczyła by to, co ja zachwyciło...





I tak ogarniam dzisiaj sobotę, wstawiam pranie, gotuję obiad, sprzątam kuchnię i te myśli są ze mną...
Więc dzielę się. 
Bo będą inne wirusy, są inne choroby, co raz coś wyskoczy...
Czy już zawsze będziemy się zamykać? Kwarantannować? Bać się i straszyć? 
Wynajdywać sobie wrogów?
Bo może się zdarzyć tak, że nasza planeta w Kosmosie, przez jego innych mieszkańców zostanie przemianowana z Ziemi, na Planetę Wiecznej Kwarantanny.

I będziemy tam tematem żartów zwanych sucharami ;)

Ps. Jeszcze jeden smaczek z zaleceń Biblioteki Narodowej. Mam mieć oddzielny pokój na wypadek gdybym wyczaiła wśród czytelników lub pracowników chorego. I mam tego biedaka odłowić i tam wsadzić. I zadzwonić po sanepid czy policję. I mam go tam przetrzymać, aż oni się zjawią. Ja, bibliotekarka, taką mam moc, no niech przy mnie ktoś tylko kichnie ;) 
Nadal myślicie, że wszystko z nami w porządku?

Ps2. Uważajcie jak idziecie do biblioteki, wszystkie w kraju dostały te zalecenia, ktoś może je wziąć na poważnie!





Pozdrawiam Wszechświecie, twoja ninja/panda, sygnalistka wirusa, Prowincjonalna Bibliotekarka ;)



piątek, 17 kwietnia 2020

Między nami Wampirami, Wszechświecie.


Wczoraj był trudny dzień...
I mąż, i ja, i syn wnerwiliśmy się. Każde z nas miało swoje powody, ale generalnie wnerwiliśmy się głupotą ludzką w naszych instytucjach pracy.
To jednak naprawdę ciężki warsztat rozwojowy ta cała panikodemia.
Mam takie lusterko z Ikea, z jednej strony normalne, a z drugiej powiększa. Nie korzystam z tej drugiej strony. Każdą zmarszczkę widać, każde przebarwienie na twarzy. Nie umiem takiego wielkiego oka malować.
Kolega Wirus, jak mówi Andrzej Krystaszek z Tresury Matriksa, to takie ogromne lustro powiększające dla nas wszystkich. Można się obejrzeć po kawałku, dokładnie.
Ale podejrzewam, że większość ludzi teraz założyła maseczki na oczy również. Nie dość, że nie oddychają, to w dodatku oślepli.
Ale od początku...

Bardzo fajny serial oglądam: Co robimy w ukryciu na HBO.
Kilka lat temu obejrzałam film, który był inspiracją serialu i po prostu uważam, że jest to komedia wszech czasów. Wiadomo, są gusta różne. Ja uwielbiam absurdalny, czarny humor. Jakaś taka jestem ogólnie absurdalna i bardzo rezonuje ze mną taki przekaz, sarkastyczny, podprawiony czarnym humorem, ale jednak bardzo rzekłabym: człowieczy, naturalny, bez ozdobników. Wampiry są egotyczne, narcystyczne, kompletnie oderwane od rzeczywistości. Cudownie, odświeżająco naturalne.

W ostatnim odcinku sezonu taka sytuacja była.
Guillermo, sługus Nandora the Rellentles, po kryjomu zrobił swemu panu testy DNA. Wyszło, że Nandor, który urodził się w wieku XIII, miał wielu, wielu potomków, ale obecnie ma tylko jedną żyjącą krewną. Krewna owa ma 93 lata i całkowitym zbiegiem okoliczności mieszka niedaleko, Na Manhattanie. Nandor się rozkleił z radości i dumy, postanowił natychmiast swą praprapra...wnuczkę odwiedzić. Oczywiście w nocy, z prezentem. Pisałam, że wampiry są niedojrzałe emocjonalnie?


Razem z Guillermo udał się pod dom wnuczki. Okazało się, że mieszka ona na trzecim pietrze w bloku. Nandor więc podleciał do okna, jak to wampir, zajrzał do środka i zobaczył praprapra...wnuczkę śpiącą w swoim łóżku. Rozkleił się jeszcze bardziej: jaka śliczna kruszynka ;)
Guillermo, znający swego pana, od razu zawołał zduszonym szeptem:
- Panie, nie pukaj...
Nandor rozrzewniony, z pluszowym misiem w ręce, bardzo chciał go wręczyć.
Guillermo znów:
- Panie nie pukaj, nie pukaj...
Cóż, Nador zapukał.
Stoją na dachu budynku i patrzą jak pogotowie zabiera zwłoki praprapra...wnuczki, która zeszła na zawał. I Nandor pyta:
- Guillermo, co ja czuję, kiedy czuję to, co czuję?
A na to sługus:
- To smutek panie...
Nandor chwilę myśli:
- Błe..nie chcę tego czuć. To wszystko twoja wina Guillermo, podżegałeś mnie!


Prawda, że bardzo prawdziwe? I takie ludzkie. I takie w powiększeniu. Soczewka.
To wszystko co teraz się przetacza przez świat, to wynik naszej niedojrzałości emocjonalnej jednak.

Wirus jak wirus, przyszedł, pójdzie. Wróci, znów pójdzie. Tak jak cała rzesza innych wirusów, bakterii, pierwotniaków, grzybów, insektów itp.

Ale to, co my wyprawiamy w związku z nim, to już inna para kaloszy. Całe to szukanie winnych, złość, agresja, donosicielstwo, kompletna dehumanizacja na wszelkich płaszczyznach życia rodzinnego, społecznego, politycznego...

To wszystko twoja wina Kolego Wirusie, podżegałeś nas ty Podżegaczu!


PS. Ostatnia kropla, która przelała dzban to zalecenia Biblioteki Narodowej. Jak otworzymy biblioteki, to mamy książki zwracane kwarantannować dwa tygodnie. Tak jak ludzi. Ktoś się głowami pozamieniał...jak mówią moi nieokrzesani strażacy.

PS2. W celu ratowania zdrowia psychicznego pozwalam sobie udać się na wewnętrzną emigrację.
                                  A potem kupię ozoniarkę do biblioteki, bęcwały!

PS3. Wszystkie użyte zdjęcia są kadrami z serialu: Co robimy w ukryciu, który szczerze polecam wszystkim przebywającym tak jak ja, na emigracji wewnętrznej, która potrwa tyle ile potrwa.



Pozdrawiam Wszechświecie, żywa, oddychająca i wcale nie zen, Prowincjonalna Bibliotekarka.

piątek, 10 kwietnia 2020

Uwaga, uwaga nadchodzi... Wszechświecie.


Kwitną mirabelki.
Obsypane drobniutkim kwieciem, delikatnie pachnące, co roku zaczynają wariacki okres budzenia się przyrody z hibernacji. Powrotu witalności, radości, pędu do słońca, do nabrzmiewania, dojrzewania, rodzenia. Moja czeremch pod oknem ma już drobne listeczki i zawiązki kwiatów, które wyglądają jak małe piramidki. Kocham zapach czeremchy, czekam niecierpliwie na ten czas, kiedy będę mogła nim oddychać cały dzień i noc.
Bo oddycham, rano wciągam do płuc zapach mokrej ziemi, próchnicy, wilgoci w powietrzu, kocich amorów i tego czegoś nieokreślonego, co jednak mówi: budźcie się, czas siania nadchodzi...
Czy ktoś słyszy?
Czy tylko ja?
Te szepty w starym sadzie: ach... cudownie, ciepło, słońce, jestem głodna, jestem spragniona, chcę się parzyć, chcę rodzić, chcę...CHCĘ!
Moja półdzika suczka w sadzie ma tylko jeden jajnik. W czasie sterylizacji były komplikacje. Weterynarz powiedział, że pewnie jajnik obumrze bez odpowiedniego ukrwienia. Ale nie, działa bez zakłóceń już 11 lat. Co roku, na wiosnę pojawiają się napaleni na sex adoratorzy i przez kilka dni w sadzie dzieją się gorące, namiętne rzeczy. Potem powtórka na jesieni.
Życie płynie wartkim strumieniem.


A co z nami?
Gdzie są ludzie?
A my w oblężeniu.
Uwaga, uwaga nadchodzi...koma trzy...
Siedzimy w piwnicach, każdy w swoim kącie. Kiedy przerażone dziecko płacze wtulone w matkę, odwracamy wzrok, zaciskamy zęby, by nie powiedzieć: ucisz bachora...
Bo ten płacz jest jak papier ścierny na naszych żywych, napiętych do granic nerwach.
Napiętych od naszego własnego strachu.
I słysząc daleki pomruk bombowców, zastanawiamy się, gdzie polecą bomby: spadną na nas?
Może nie, może na sąsiednie bloki, proszę, tylko nie na nas, nie na nas...
Uwaga, uwaga nadchodzi...koma trzy...

Kiedy chorowałam na depresję, chodziłam cała skulona, patrząc pod nogi, nie podnosząc wzroku za bardzo. Czasem, kiedy przychodził strach, chodziłam bardziej wyprostowana, ale oczy cały czas kontrolowały moje otoczenie. Sztywna głowa, biegające oczy. Próba kontroli niewidzialnego niebezpieczeństwa. Bezradna próba, skazana na niepowodzenie. Ale miałam choć namiastkę kontroli, więc byłam w ciągłym napięciu. Oczy bolały bardzo. Głowa bolała, kark bolał, barki bolały. Migrena za migreną. Zapalenie zatok. zapalenie pęcherza, zapalenie uszu. I ucisk, obręcz wokół gardła. I nogi ciężkie jak kamienie. I obręcz wokół żeber. Płytki oddech...
Czasem miałam wrażenie, że  mogę żyć bez oddychania...
Oddychaj....

Widzę teraz mnóstwo ludzi, takich jak ja wtedy...
Skulonych, z podniesionymi barkami, sztywnych, z biegającymi oczyma, szurających nogami, niby rozmawiających i śmiejących się, ale śmieją się usta tylko, usta schowane za maseczkami.
W oczach jest bezbrzeżna rozpacz i desperacja.
Uwaga, uwaga nadchodzi...koma trzy...
Proszę, tylko nie na nas...

To jest takie ludzkie. Nasze. Organiczne. W każdym atomie naszego ciała zapisany jest strach naszych przodków. Tych w jaskiniach, kulących się ze strachu przed wilkami, tych w piwnicach, czekających na bomby, naszych rodziców, dziadków, pradziadków w zawieruchach wojen, najazdów, pożogi, zarazy...

Ich strach stał się naszym strachem.
Replikuje się jak wirus, namnaża, przenosi się bezprzewodowo, prosto w nasze DNA.
Przyczepia się do spirali życia i infekuje cały organizm.
Nie zabija nosiciela, każe mu żyć i oddychać.
I zarażać.

Na to nie pomogą maseczki, kompulsywne mycie rąk, rękawiczki, kombinezony, plastikowe tarcze na twarzy...Na to nie poradzi nic rząd, politycy, lekarze, strażacy.
Na to NIKT nam nic nie poradzi.
Bo wszystko w naszych rękach. Tych rękach szorstkich i popękanych od środków dezynfekcyjnych, które myjemy kompulsywnie jak Lady Makbet, nigdy pewni, czy jednak tam coś nie zostało na skórze. Więc umyję jeszcze raz, a może jeszcze raz...

Oddychaj...


Wzięłam moje Życie w moje ręce. Niosę je delikatnie, czule i ostrożnie. Jest cenne. Wrażliwe.
Mieści się w moich dłoniach. Jest malutkie, akurat pasuje.
Jest jak oddech w moich płucach, jest jak promień słońca przeświecający przez płatek tulipana, jest jak poranna mgła nad łąkami, jak zapach czeremchy w spokoju zapadającego zmierzchu.

I jest jak diament, mocny, twardy, z ostrymi brzegami, tnący równo, precyzyjnie, kształtujący materiał mojego Wszechświata wedle moich potrzeb i pragnień, i marzeń...

Wrażliwość i Siła.
Lęk i Odwaga.
Miłość...

Wszystko JEST.
Oddychaj...





Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja zawsze, z Miłością, oddychająca Prowincjonalna Bibliotekarka.



poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Uchodźcy Wszechświata, łączcie się ;)


Zamówiłam sobie krem z żyworódki. Zastanawiałam się chwilę, czy warto zamawiać, ale kurierzy jeżdżą. Dostarczają paczki. Myślę, że teraz jednak mają spadek zamówień, więc im też grozi katastrofa finansowa, zwolnienia itp. Martwią się tym, że pracują i martwią się tym, że pracy mogą nie mieć, bo firma podupadnie. Teraz wszyscy tak mamy, ambiwalencja uczuć.
Więc zamówiłam krem z żyworódki dla mamy i siebie, oraz nowe książki do biblioteki. Po kwarantannie ludzie wrócą do czytania. Będzie fajnie dać im nowości.

Grzebałam trochę w starych wpisach. Lubię tam czasem zajrzeć, zobaczyć co przerabiałam, jak, czy nadal tak myślę, czy bym coś zmieniła. Czasem sama siebie pochwalę, bo fajny post mi wyszedł. Czasem coś dojrzę, czego wcześniej nie widziałam. Ciekawe.
Ale jest jeden wpis, który jest ciągle aktualny w moim życiu.
Jak do niego nie podejdę, tak za każdym razem stwierdzam, że słowa bym nie zmieniła, mimo, że powstał dwa lata temu.
Oesu, remont i wojna...

Świat jest taki, jaki jest, z powodu NAS.
Słyszeliście, że energia podąża za uwagą?
Kiedy marzymy o czymś, kiedy o czymś bardzo myślimy, kiedy się boimy, cieszymy, złościmy, kiedy nasza uwaga koncentruje się na czymś, kiedy zaczynamy iść w tym kierunku, coś robić, mówić, wyobrażać sobie, cała energia Wszechświata zaczyna pracować tak, by nam to dać.
Wszechświat nas kocha i daje nam wszystko.
Kiedy pisałam tamten post, brałam właśnie życie konkretnie w moje ręce, moja uwaga koncentrowała się na mojej sile, chęci zmiany, na radości z tego, że robię coś, co wcześniej wydawało się zbyt ciężkie. Byłam ogromnie z siebie dumna i zadowolona. Zamówiłam u Wszechświata paczkę z potwierdzeniem, że stoję na własnych nogach, kurier dostarczył błyskawicznie.
Moimi własnymi rękoma.


W tamtym czasie na tapecie byli uchodźcy. Niedawno, dwa lata temu. Straszono nas, straszyliśmy się sami. Nie chcieliśmy przyjmować, chcieliśmy przyjmować, kłóciliśmy się zażarcie.
Potem jakoś ucichło, a rozpętała się historia z ociepleniem, plastikiem, patyczkami kosmetycznymi, torebkami foliowymi. I znów się kłóciliśmy. Popieraliśmy Gretę, albo pukaliśmy się w czoło. Szukaliśmy zajadle wrogów, tych, co jedzą mięso, tych, co nie jedzą, tych, co używają plastiku, tych, co nie używają. Tych, co chcą wspomagać Matkę Ziemię i tych, co ją niszczą. Tych, którzy mają otwarte serca i tych ciemnych, którzy są źli. Załapałam schemat...
Zawsze ktoś, zawsze coś, nigdy JA.
Teraz też mamy wrogów, oprócz wirusa w liczbie niepoliczalnej.
Tych, co wychodzą z domów i tych, co nie noszą rękawiczek, tych, co nie słuchają zaleceń, tych, co kupują za dużo, i tych co, głupi, kupują za mało. Tych co wierzą w epidemię i tych, co niekoniecznie.
Schemat znany?
A gdzie w tym wszystkim my?
Gdzie nasza uwaga podąża?


To pytanie zadaję sobie sama. Moje odpowiedzi na teraz znam, wiem, że będą następne i następne...
Co z resztą, zobaczymy.
Ale myślę, że działa efekt setnej małpy. 
Kwestia, jak wybierzemy.
Każda droga będzie dobra, tylko niektóre dłuższe i trudniejsze.


Niedawno zadzwonił ktoś do drzwi naszego mieszkania. Podeszłam i otworzyłam, normalnie. A pan, który dzwonił, na mój widok, kicnął do tyłu jak przestraszony zając i wyciągnął obronnie rękę przed siebie. Zapytał o kogoś, kto mieszka kilka domów dalej, pomylił się.
Spokojnie mu wytłumaczyłam gdzie i zamknęłam drzwi trochę rozbawiona. Ale później się zastanowiłam, bo rozbawienie rozbawieniem, ale i lekko na pana się zdenerwowałam. Pojawiła się złość. Więc zapytałam siebie o co chodzi?
I przypomniałam sobie różne ćwiczenia lowenowskie. I zorientowałam się, że cała planeta teraz ćwiczy warsztaty pracy z ciałem.
Bo ten pan tym odskokiem uruchomił we mnie echo traumy z dzieciństwa. Poczucie bycia niedobrą, wstyd, odrzucenie. Widzę to. Mała Ania natychmiast zareagowała.
Nie obarczam pana winą za to, bo on boi się na własny temat. Moja złość była moja.
Tylko jak wiele osób teraz przechodzi przez podobne lekcje.
I nie ma zielonego pojęcia co się dzieje. I szuka winnych...

Kurkawodna, czasem wpadam w mentorski ton :)

Ale tyle teraz widzę, tyle schematów ludziom się powłączało, tyle energii w powietrzu, bardzo intensywny warsztat. A na pewno nie ogarniam nawet 1/100 tego wszystkiego, co się dzieje.

Więc już przestaję gadać na dzisiaj.
Wrzucam film, na którym Pan Grzegorz Byczek pokazuje ćwiczenie jak zrzucać ciężar, ten okropny, emocjonalny ciężar jaki mamy teraz na barkach. Ma też i inne ćwiczenia, warto skorzystać.

I zauważyć, gdzie nasza uwaga pcha naszą energię ;)


PS. Wszystkie sprzedawczynie w naszych sklepach zmęczone, ale nadal zdrowe. Nawet zaczęły się   uśmiechać. To naprawdę daje do myślenia ;)




Pozdrawiam Wszechświecie, lubiąca czasem być guru, twoja zawsze,  Prowincjonalna Bibliotekarka.

niedziela, 29 marca 2020

Poranek w Walhalli Wszechświecie.

kadr z serialu Wikingowie

Wciągnęłam się.
Ogromnie wciągnęłam się w serial Wikingowie na Netflixie.
Nie jest nowy, ma już 6 sezonów, a ja do tej pory konsekwentnie go omijałam. Nie miałam ochoty na krew, wojnę, zabijanie. Bo tak wyglądał. Napadali, łupili, mordowali i walczyli o władzę.
Aż w którymś filmiku Andrzej z Tresury Matrixa zaczął o nim mówić. Zaciekawił mnie do tego stopnia, że postanowiłam jednak zajrzeć w świat wikingów. Okazało się, że oprócz krwi, flaków i okrucieństwa, wikingowie mają jeszcze dużo do opowiedzenia ( a sceny bitw można sobie przewinąć).
W sumie, na czas zarazy jak znalazł.

Opowieść o trudach codziennego życia w surowej krainie, o miłości i poświęceniu, o nienawiści i zemście, o marzeniach przekraczających zwyczajność, sięgających dalej i dalej.
Bez oglądania się na konsekwencje, z pełną odpowiedzialnością i zrozumieniem, że nadejdą.

Każdy ruch na Ziemi ma swoje konsekwencje, każdy krok, który robimy je ma, każdy nasz oddech generuje ruch cząsteczek powietrza, gazów w nim zawartych, drobinek kurzu w nim zawieszonych, które są zasiedlone przez miliardy istnień zupełnie niewidocznych gołym okiem.
Z każdym oddechem wciągamy je do płuc.
Przywitajmy się z roztoczem ;)


Jest cały kosmos rzeczy ukrytych przed naszym wzrokiem. 
Rzeczy, które są magiczne, piękne, straszne i ogromnie ekscytujące.

Przez wiele, wiele lat skupiałam się tylko na cienkiej powierzchni rzeczywistości. Na tym co widzę, czego mogę dotknąć, posmakować, poczuć. To był świat zmysłów i czucia. Widzenia i dotykania. 
Ale okazało się, że to nie wszystko. Pod tym jest jeszcze wiele innych warstw, a te warstwy mają też warstwy i nagle poczułam, jak mój świat staje się całym Kosmosem, multiwarstwowym.
Fraktalem, którego możliwości właśnie  zaczęłam zwiedzać.


Przeczytałam jakieś cztery lata temu książkę Wędrówka dusz-  dr Michaela Newtona.  Ponieważ idea reinkarnacji do mnie przemawiała zawsze, od kiedy ją tylko poznałam, nie miałam problemu ze zrozumieniem tematu. Książka uświadomiła mi jednak, że zawsze zatrzymywałam się na życiu po życiu, po życiu, a co między tymi życiami? Jakoś nigdy się nie zastanawiałam.
A tymczasem coś jest. Autor tej książki jest hipnoterapeutą. Odkrył, że wprowadzając ludzi w stan hipnozy, można dotrzeć do wspomnień z żyć, które były wcześniej. Ale mnie najbardziej zaciekawiło, że można dotrzeć do wspomnień życia między życiami.
Tylko jakoś pomysł z hipnozą wydawał mi się zagrażający. Po prostu się bałam utraty kontroli. Wtedy jeszcze ;)
Więc poczytałam i zapomniałam. Ale po dwóch i pół roku temat powrócił i nagle poczułam, że już się nie boję. Więc zapytałam znajomą czy nie zna kogoś od regresingu (technika terapeutyczna polegająca na cofnięciu pacjenta przy pomocy hipnozy w przeszłość poprzedzającą jego narodzenie, używana w celu uwolnienia pacjenta od negatywnych wzorców w umyśle, mających swe źródło w przeszłości; (regressing)). Okazało się, że zna. W dodatku taką osobę, która stosuje regresing niehipnotyczny, a raczej bazujący na relaksie i oddechu, co pozwala zejść głębiej w podświadomość.
Idealnie dla mnie. W dodatku tuż obok mieszkania mojej siostry w Warszawie, nie trzeba nigdzie jeździć daleko. 
Więc: Ahoy Przygodo, przybywam!

kadr z serialu Wikingowie

Drzwi otworzyłam mi malutka, szczuplutka kobietka. Spojrzałam jej w oczy i poczułam, że mogę zaufać. Gdyby tak nie było, wyszłabym. Ale wesoły uśmiech i ciepło w oczach małej osóbki były szczere. Położyłam się na kanapie w zacienionym pokoju, założyłam miękką opaskę na oczy i wsłuchałam się w głos, który mówił jak mam oddychać, jak rozluźniać ciało i powolutku ruszyłam w podróż...
Poznałam dwa moje wcielenia, o tym nie opowiem, bo to osobiste. Ale znalazłam miejsce między wcieleniami, miejsce, które chyba mogę nazwać Domem. 
Wiec posłuchaj Wszechświecie...
Kiedy wróciłam z trudnej wyprawy, z nowymi lekcjami, z nową wiedzą, zmęczona i oszołomiona, nikt nie wyszedł na moje spotkanie. Wszyscy wiedzieli, że nie chcę. Chciałam ciszy i spokoju, chciałam odosobnienia. Chciałam odpocząć. Poukładać to co przeżyłam, zrozumieć, pozwolić temu wniknąć we mnie łagodnie. 
Wokół, od innych Istot, czułam zrozumienie i całkowitą akceptację. Wszak one też odbywały podróże i wiedziały...
Mój Dom był piękny. Zielona dolina wypełniona światłem, choć nie ma tam słońca. Niebo jest fiołkowe, purpurowe, granatowe, ciemne jak nocą, ale widać gwiazdy, mgławice, kosmos. Widać głębię i ogrom Wszechświata. Jest tam jak w przepięknym, naturalnym parku. Mnóstwo drzew, gajów, strumyków i rzek. Ścieżek, ławeczek, fontann. Istoty spacerują, rozmawiają, pracują w tym przepięknym miejscu harmonijnie i spokojnie. Każdy wie, co ma robić, każdy wie po co tam jest. 
Istoty są różne, widzę tam ludzi, ale też i mnóstwo innych form życia. Kiedy prowadząca mnie kobieta pyta jakie są, mówię: wszyscy są tacy sami w środku, każdy wybiera formę, lecz rdzeń jest taki sam. Nie umiem inaczej wyjaśnić.
Ja jestem piękna. Wiotka, wysoka, mam niebieską, mglistą skórę. Przepiękną, opalizującą suknię i wielkie oczy. Ale oczy są jak to niebo, nie mają źrenic, ani tęczówek, są czarne i fiołkowe, lśnią w nich iskry światła, jak gwiazdy. Piękne i hipnotyzujące.
Po środku Parku stoi budynek, jakżeby inaczej, Biblioteki. 
Każdy ma swoją Walhallę, jak się okazało.
Biblioteka ma tylko przezroczysty, szklany dach wsparty na przepięknych kolumnach. Zamiast ścian są wielkie połacie miękkiego płótna, lekko poruszane wietrzykiem. Książki, o ile tak można je nazwać, są ułożone na regałach ustawionych na środku długiego pomieszczenia, które zdaje się nie mieć końca, choć z zewnątrz, Biblioteka wygląda na niewielką. Przy regałach stoją stoły, gdzie Istoty przeglądają swoje księgi, które im wybieram. 
Bo moim talentem i darem jest wiedza, która książka jest dla kogo. Kiedy Istota przychodzi, patrzę na książki i właściwa rozjaśnia się światłem. Wtedy wiem. Wyjmuję ją i podaję.
Każdy ma różne talenty, ja mam taki, jestem Bibliotekarzem.
Książki są jakby ze szkła. Przezroczyste, ale ciepłe i elastyczne. Są jakby trójwymiarowe i każda kartka opisuje zdarzenia życia, życia, które jest najlepsze dla danej Istoty. Tego życia, które najbardziej pomoże jej w ścieżce rozwoju jaką wybrała. I przed udaniem się do tego życia, Istoty uważnie czytają te księgi. Każda kartka opisująca wydarzenia nie jest płaska, jest też wielkowymiarowa. Każde zdarzenie ma ileś tam wariantów do wykorzystania, więc księgi są multiwątkowe.  
Trudno to przekazać naszym językiem, musiałam polegać tu na odczuciach. Wiele, wiele możliwości, wiele konsekwencji, wiele dróg wyborów. Wszystko dostępne. Wszystko możliwe, wszystko prowadzące do tego, co Istota założyła jako lekcję.
Odpoczywałam w Domu, pracowałam z radością, ale widziałam moją następną księgę, świeciła dla mnie cały czas, czekając, aż będę gotowa...

Wiec przybyłam Wszechświecie...

kadr z serialu Wikngowie



Ps. Okazuje się, że  zamówienia są realizowane. Pisałam o tym, że moja mama chciała suczkę. Otóż półtora miesiąca temu pojawiła się wyrzucona przez kogoś sunia. Na ulicy mojej mamy. I mama zdecydowała się przygarnąć.  Wprawdzie zamówienie było na starszą i spokojną, uległą i przytulankę. A Pusia jest młoda, energiczna, dominująca i nie ma czasu na pieszczotki za bardzo. 
Ale jest idealna. Taka jaka ma być i mama bardzo ją polubiła  :) 
Przedstawiam, oto Pusia :)



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja podróżująca i fraktalna Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 21 marca 2020

Wszyscy umrzemy Wszechświecie.

Kadr z serialu Paragraf 22.

Wszyscy umrzemy.
I to jest dobra wiadomość.

Wczoraj wybraliśmy się z Mężem na zakupy do Lidla w pobliskim miasteczku. Wyjedliśmy już trochę, potrzebowaliśmy coś na kanapki i zieleniny. W Lidlu miły głos oznajmił, że musimy pobrać rękawiczki i nic gołą łapą nie brać. Dostosowaliśmy się. Czemu nie. Przedtem wypryskałam poręcz wózka płynem dezynfekcyjnym, zakupionym niedawno i chyba świeżym, bo miał naklejoną informację, że chroni przed koronawirusem.
Jak pięknie jednak popyt kreuje podaż.
Przyznam, jechałam w lekkim nerwie, ale spacer po sklepie, o dziwo, uspokoił mnie. Ludzi nie było dużo, na półkach wszystko było, nikt panicznie nie biegał, panie przy kasie żartowały.
Kupiłam sobie śliczne, różowe róże. Stają teraz w wazonie i cieszą oko.

Kiedyś nie kupiłabym ich, uważałabym to za okropność. Kupować martwe kwiaty, wyprodukowane tylko dla naszej próżności. Tyle ich marnuje się w sklepach, tyle potem trafia na śmietnik.
Kiedyś...

 Nie oglądam wiadomości, bo nie mam telewizora. Na portale z wiadomościami nie wchodzę. Nie śledzę statystyk, nie potrzebuję. Na FB widzę coś o wirusie na tablicach nielicznych znajomych, bo poczyściłam tę sferę już jakiś czas temu. Zrobiłam czystkę bezpardonową, tak by moja tablica była miła dla mnie. Bo ona jest MOJA.
I kupuję róże.

Jednak całkiem wylogować się nie mam zamiaru, choć taka chęć była. Ale jednak nie. Bo nie o to tu chodzi. Więc czasem zajrzę gdzieś tam, coś do mnie trafi, coś przeczytam na blogach. Różnorodność to podstawa.

I zorientowałam się, że wszyscy zapomnieliśmy.
Zapomnieliśmy, że jesteśmy tu na chwilę.
Wszyscy umrzemy.
Kadr z serialu Paragraf 22
Widzicie tego człowieka w przeszklonej kabinie? To Yossarian, zwany Yoyo.
Bohater książki Paragraf 22- Josepha Hellera. Mała i niepozorna książeczka.
Kadry są z serialu pod tym samym tytułem, który reżyserował George Clooney. Nieopatrznie po południu włączyliśmy sobie z Mężem jeden odcinek, tak na chybił trafił. I już nie odpuściliśmy. Obejrzeliśmy 6 odcinków pod rząd.
Nie ma przypadków.

Yoyo chce tylko przeżyć i wrócić do domu. Tylko tyle. Robi różne rzeczy w tym celu. Jest w stanie premanentnego przerażenia w większym, bądź mniejszym nasileniu, ale stałym.
Jedynie w szpitalu polowym znajduje chwile wytchnienia, więc kombinuje i symuluje, aby tylko tam pobyć.
Próbuje różnych podejść by wylatać loty i dostać zwolnienie do domu. Skutki tego są opłakane, czasem giną z tego powodu inni ludzie. O czym on wie, albo nie wie, ale i tak cel ma jeden: wrócić do domu. Po kolei giną jego przyjaciele, a on lata, zrzuca bomby i rozpaczliwie próbuje znaleźć sposób na wyrwanie się z piekła. A piekło jak to piekło, obłożone papierami, biurokracją i głupotą. Im mocniej Yossarian naciska, tym większe kopniaki dostaje.  Nie będę opowiadać, kto czytał książkę, wie. Kto nie czytał, niech obejrzy serial, Clooney wielkim reżyserem jest.

Mąż mi wyjaśnił, że bombowce latały w specjalnym szyku, nie mogły tego zmienić, bo musiały trafić w konkretny punkt. Z tego powodu były idealnym celem dla obrony przeciwlotniczej. Zwano je "latającymi trumnami", bo straty były ogromne.
Ale na dole, po zrzuceniu bomb również, więc latali i bombardowali, umierali, zastępowali ich inni i tak się kręciło...
Wszak wszyscy umrzemy.


Zamknęliśmy się w domach jak w szpitalu polowym.

Tak, tak wiem...znam wszystkie argumenty, szpitale nie z gumy, respiratorów brak, włochy, odpowiedzialność, kary pieniężne (!)...cała, wielka machina kawarantanny i strachu.
Na różne sposoby próbujemy sobie radzić, szukamy sposobu by przetrwać i wrócić do naszego normalnego życia. Czyż nie tak?
Czytam czasem wysoko moralne wypowiedzi, że nam się to należało, że to kara za trucie Matki Ziemi, za jedzenie mięsa, za nieczystość myśli, za pychę, pożądanie, bezmyślność (dopiszcie sobie coś, wszystko można tu wrzucić).
Dobrze wam tak!, grzmią różne "autorytety" duchowe. Teraz lekcja przyszła, teraz dostaniecie w kość, wyciągać łapy, będzie linijką bicie.
Nagrabiliście, teraz KONSEKWENCJE, KARMA WRACA.
Boli tyłek, dobrze, dusicie się, dobrze, boicie się, DOBRZE. Teraz się nauczycie!!!!
I to słyszę od ludzi, którzy grzmią o miłości, współczuciu, wybaczaniu.
Coś im się poplątało...

Oni też umrą :)

Kadr z serialu Paragraf 22
To jednak jest wyzwalające.
Śmierć jest wynikiem Życia. Zamyka pewien cykl. Kończy jedno doświadczenie. Zaczyna drugie. Gdziekolwiek się rozejrzę, wszędzie ten cykl trwa. W przyrodzie, kosmosie, w nas.
Umierają komórki i się rodzą.
Yossarian zrozumiał to na końcu. I ja to rozumiem od niedawna.
I wciąż się boję, ale już mniej :)
Każde doświadczenie jest cenne, każde. Bez tego nie ma rozwoju, nie ma życia, nie ma Podróży.
A po to tu jesteśmy. By podróżować.
Kiedy patrzę na ludzi na rollercoasterze, aż mam ciarki, ja tam nie wsiądę, ale oni mają z tego sporo radochy. Nawet jak wysiądą i zwymiotują.

Więc o co chodzi teraz?
Wybierajmy. Każdy może coś dla siebie znaleźć: strach, miłość, złość, czułość, zwątpienie, wiarę...
Fasolki wszystkich smaków.
Spróbujmy, bo wszyscy i tak, umrzemy.

Kadr z serialu Paragraf 22.

Ps. Czy ktoś pomyślał, że najlepszym papierkiem lakmusowym epidemii są panie sprzedawczynie w sklepach? W stałym, mocnym kontakcie z całą populacją. A nie chorują :) Czy to nie daje do myślenia?




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zdezynfekowana, ale nie wyjałowiona, Prowincjonalna Bibliotekarka.