Obserwatorzy

poniedziałek, 16 lipca 2018

Taka piękna katastrofa Wszechświecie.

Nazywam się Prowincjonalna Bibliotekarka, jestem nałogową zbieraczką zwierząt.
Kiedyś hodowałam myszy w bibliotece.

Taaaa.....
Od dzieciństwa zbierałam. Malutkie kociątko na ścieżce po deszczu....Murka. Mama pomogła mi ją wykarmić. Była z nami dwa lata, umarła w domu po zjedzeniu trutki, albo zatrutej myszy...Płakałam cały dzień, nie poszłam do szkoły...Kazan, szczenior wyciągnięty spod stodoły, pod którą oszczeniła się bezdomna suka. Cały we wszach...brrr. Był najgłupszym psem świata, miał różowy, kartoflany nos :-) Jurek, rudy kocur z wrednym charakterem. Był u nas długo. Cała paleta kotów i psów. Gęś Odys. Jak był mały wrony go napadły i wydłubały oko. Ale przeżył. On akurat był kupiony...ale z powodu ciężkiego dzieciństwa, mama wyrok śmierci na pieńku, zamieniła na dożywocie na naszym podwórku. Miał szczęście. Choć stracił oko.
Na wsiach nikt się nie ceregieli. Zwierzęta traktowane są jak towar. Wszystko mierzy się przydatnością. Inwestujesz, zysk musi być. Najlepiej jak zainwestujesz jak najmniej, a zysk jest jak największy...Było tak i jest.
Wyrastając na wsi, możesz być pewien, że twoja wrażliwość dziecka zostanie wystawiona na najcięższe próby. Ekstremalne bym powiedziała.
Nasza suczka Aza szczeniła się dwa razy do roku, nikt wtedy jeszcze nie słyszał o sterylizacjach, ale i teraz dzieje się to samo. Szczeniaki znikały po kilku dniach. Zostawał jeden, albo dwa. Niedawno dopiero mama mi powiedziała, że dzieciaki od Azy brali ludzie, bo ona ostra była i jej dzieci też, więc brali, bo dobre do pilnowania. Ale było za dużo....
Co się działo? Ano..uwaga wrażliwcy!...wykopywało się dołek w ziemi, pod płotem na podwórku, wrzucało szczeniaki, zalewało wodą miłosiernie i zakopywało. Kiedyś mój ojciec zrobił to na moich oczach, potem już nie,  ale zawsze wiedziałam gdzie znikają szczeniaki. Męczyło mnie to okropnie, chciałam w nocy pójść je odkopać, wierząc, że jeszcze żyją....Nigdy nie poszłam. Ale zawsze wiedziałam, gdzie jest ten cmentarzyk na podwórku.
Koty są cwańsze. Kotki chowają dzieci. Jeśli przyprowadzą, to już podrośnięte i dzikie takie, że nie dają się dotknąć. I żyją dzikim, kocim życiem. Może krótkim. Ale swoim. Krowa Lumpa miała co roku cielaczki...cudne, z brązowymi oczami. Kiedy je już pokochałam, zarzynano je. Kury, gęsi, kaczki...Króliki. Świnie, z którymi gadało się czasem, jak było smutno. Odpowiadały chrząknięciami, patrzyły w oczy, trącały ryjkami...Potem przychodził sąsiad, mama zaganiała nas do domu, a na podwórku był przeraźliwy krzyk...Podwórko za podwórkiem... Wszędzie tak samo.

Parę lat temu przyszła do biblioteki mała, ośmioletnia dziewczynka. Matka robiła zakupy w sklepie, a dziewuszka grzebała w książkach o zwierzątkach. Koleżanka z Dziecięcego była na urlopie, więc biegałam na dwa działy. Lubię dzieci, choć wolę wypożyczać dorosłym. Nie mniej przyjemnie jest pogadać z małym człowieczkiem, o ileż prościej widzi on świat.
Dziewuszka grzebała w serii o Magicznych zwierzątkach, więc zagadnęłam:
- Lubisz zwierzaki?  Masz jakieś w domku?
Nie należała do tych nieśmiałych, więc odpowiedziała :
- Mam kotka. Uratowałam go i mama pozwoliła, żeby został.
- Uratowałaś, brawo. Ktoś go wyrzucił?
- Nie, moja ciocia wrzucała kociaki do szamba i ja zabrałam jej jednego, i schowałam. A potem zaniosłam do domu...
Dziewuszka patrzy na mnie wielkimi, poważnymi oczami, nie ma tam łez, jest szok, niezrozumienie, zagubione w okropnym świecie dziecko...takie jak ja...
Chwilę nie oddycham...patrzę na nią, ale jestem w przeszłości, mojej własnej...
Świat wywrócił się do góry nogami.
Ale mam przed sobą małego, bezbronnego człowieczka, więc:
- Jesteś dzielna, uratowałaś kociaczka. Brawo. Udało ci się. Jesteś odważna i bardzo mądra.
Dziewuszka wraca do grzebania w książkach opowiadając mi o tym jaki fajny jest ten uratowany kociak. A ja trzęsę się cała jeszcze do wieczora.

Wrażliwość...po co nam ona?
Po takim treningu możesz jej wcale nie chcieć. Bo to boli. Boli przez duże B.
A kiedy przekracza próg bólu, odrzucasz.
Albo nie, wybierasz dostrzegać, pomagać. Ale nadal cierpisz, bo widzisz, że to się dzieje i końca tego nie ma.
Ubojnie, świniarnie, wielgachne hale z kurami, gęsiami, indykami, z krowami....Targi koni.
Na drogach śmierdzące ciężarówki z przerażonymi istotami.
Zamykać oczy? Udawać, że nie wiem? Nie jeść mięsa? Angażować się w akcje przeciw okrucieństwu wobec zwierząt? Co? Co mogę zrobić Wszechświecie?
Wypróbowałam sporo. Biedna Mała Bibliotekarka. Szarpała mnie za połę od swetra i pokazywała:
- Popatrz, znów ktoś wyrzucił kociaka, a tam pieska, zobacz jaki chory, zobacz jaki głodny...jaki mały kojec, jaki krótki łańcuch, nie ma wody....
A ja, Dorosła, nie miałam pojęcia jak to wszystko ogarnąć...
Bo to wszystko się dzieje w Teraz i to wszystko się działo w Przeszłości....
Robiłam co mogłam. Przygarnęłam sporo znajd. Zjawiały się co jakiś czas na mojej drodze. Niektórym znalazłam domy. Niektóre były z nami do śmierci. Leczyłam, kochałam i dbałam.
Pomagałam przejść przez Tęczowy Most...
Płakałam...pozwalałam swemu Sercu płakać.
Rzadko na to pozwalałam wtedy, ale dla zwierzaków czyniłam wyjątek...
Starałam się uświadamiać ludzi, kupowałam książki o zwierzakach do biblioteki, wieszałam plakaty propagujące sterylizację, mówiłam, mówiłam....
No można sobie wyobrazić co ludzie o mnie myśleli, czasem nie byłam delikatna, zwłaszcza w spotkaniu ze znieczulicą i brakiem empatii....
Nie obchodziło mnie to wtedy i teraz ( dzięki Wszechświecie) też nie. Choć więcej rozumiem, choć wiem skąd i dlaczego, choć jestem w stanie współczuć okrutnym i bezmyślnym ludziom.
Nie ma i nie będzie u mnie zgody na okrucieństwo, w żadnym wymiarze.
Tylko ta wrażliwość....

Po terapii powolutku zaczęłam badać temat. Pojawiło się pytanie: czy ja muszę?
Czy ja muszę pochylać się nad każdym psiakiem, kociakiem, myszą?
Taka jestem tym zmęczona, taka zwyczajnie zmęczona...I czułam, że już nie chcę.
Nie odkopię już tych szczeniąt z dzieciństwa, nie uratuję cielaczków, świnek, królików...
To już się zdarzyło...Mała Bibliotekarka niestety, musi to zrozumieć.
Przytuliłam Małą, dałam jej kredki, wyciągnęłam z ciemnego pokoju na światło.
Powiedziałam : DOŚĆ...
Stanowcze NIE.
Wiem, że spojrzałeś na mnie wtedy Wszechświecie i jednym ruchem ręki zatrzymałeś ten strumyk porzuconych zwierząt. Skończyło się. Dwa lata spokoju. Mniej więcej :-)
Potrzebowałam tego. Pozwolić rzeczom toczyć się swoim torem.

Idąc sadem do pracy, na ścieżce spotykam pisklaka gawroniaka. Leży i patrzy. Pod moimi nogami. Wiem, że jest za młody, ma słabe szanse. W sadku mieszkają psy. Mogłabym...na youtubie pewnie są filmiki, jak odchować...
I nagle robię krok, drugi, trzeci...odchodzę. Przez chwilę, dawne, stare poczucie winy przepływa przez moje ciało. Mdlące, szare, świdrujące w żołądku...
Ale idę, coraz lżejszym krokiem...bo już wiem, że nie wszystko zależy ode mnie. Już rozumiem, że nie wszystko się da i nie wszystko trzeba...
Ufam ci Wszechświecie.
I sobie.

Półtora tygodnia temu rozmawiamy z Mężem, silnie doświadczonym przez moje zbieractwo i asekurującym się lekko nadal jeszcze, choć widzi zmiany:
- Ale wiesz, żadnych małych kotków. No chyba, że jak Agatka (nasza 5 letnia kotka), samo przyjdzie pod nogi i poprosi o pomoc...
Stanowczo, z wewnętrzną pewnością mówię:
- Oczywiście. Jak samo przyjdzie. Ja też mam dosyć. Trzy koty, jeden pies. Wystarczy.
Nie wiem czy Mąż poczuł moją pewność, swoją niepewność poczuł na pewno :-)

Tydzień temu będąc w łazience usłyszałam o szóstej rano koci płacz na dworze. Pomyślałam, że Pacek, nasz kot niedorajda, wpadł w jakieś kłopoty. Wyszłam ratować kota. W połowie schodów już zorientowałam się, że coś za cienki ten płacz jak na mojego dwuletniego Pacynkę. Jednak nie było we mnie wahania, no może tak 1%...Podeszłam do płotu, zakiciałam, kucnęłam...a z krzaków prosto w moje ręce, krzycząc głośno, wybiegła mała, filigranowa, bura koteczka z ogonkiem jak sznureczek.
No zabawne Wszechświecie, bardzo zabawne....

I ona jest przyczynkiem do tego posta. Zostaje. Mam cztery koty.
I zgadzam się na tę wrażliwość.
Teraz rozumiem, że to jednak dar, a nie kamień u szyi.
Teraz to wiem Wszechświecie.
I obiecuję używać, rozsądnie, zgodnie z przeznaczeniem.
Bo gdyby nie ona, nie byłabym Sobą i tobą Wszechświecie.
I wszystkie moje zwierzaki nie miałyby szansy zaistnieć w moim świecie, a przyniosły ze sobą tyle dobra, tyle miłości....
Dziękuję WAM wszystkim....













poniedziałek, 9 lipca 2018

Wszechświecie...puk, puk wariaci :-)

Miałam szczęście. Zdecydowanie. Uświadomiłam to sobie Wszechświecie całkiem niedawno. Kupę szczęścia. Dziękuję. I sobie, i Tobie.
Świat tutaj jest taki poplątany, niejasny, pozawiązywany w węzły, że trudno się poruszać bez wypadków.  Rozumiem, że wypadki będą się zdarzać, ale każdy, w tym i ja, pragnie ich jak najmniej. Bo bolesne, czasem unieruchomią w gipsie, czasem w śpiączce spędzi się parę lat. Albo kilkanaście. A kolejki długie w NFZ....
Choć ja już się połapałam, że TY Wszechświecie, serwujesz od razu cały pakiet leczenia natychmiast i to od razu opcję dla Vipów, tylko ofiara wypadku czasem nie chce skorzystać. Woli poleżeć zagipsowana albo na Oiomie. Niech pooddycha za mnie respirator, ja nie daję rady. Depresja była u mnie  takim stanem. Wiem, że oddychałeś wtedy za mnie....Dziękuję.
Kiedy oglądam się, z nową perspektywą przebytej drogi, widzę wszystkie procedury medyczne jakich użyłeś, by mi pomóc. Ile było reanimacji, ile opatrywania ran, ile kroplówek, ile morfiny, gdy bolało. Całe mnóstwo. I wszystko natychmiast. Ale chory, skupiony na urazie i bólu, w strachu jest ślepy. I przerażony. I jedyne co chce, to żeby się to skończyło.
Nie jestem inna. Choć czasem udaje mi się już być świadomą w czasie wypadku. :-) I czasem widzę, że to nie wypadek, tylko Życie...
Kiedy "świat ezoteryczny" pojawił się na mojej drodze, byłam już jako tako ogarnięta po terapii. Indywidualnej i grupowej. Dwuletniej. Nie miałam pojęcia zbytniego w jaki świat wchodzę, ale szłam już w miarę pewnie na swoich nogach. Dorosłej Prowincjonalnej, a nie Małej Prowincjonalnej. Mała siedziała sobie w kąciku mojego serca i malowała, dość już wesołe obrazki, kolorowymi kredkami.
Kiedy mnie popchnąłeś Wszechświecie w kierunku "ezo", byłam w wielkiej konfuzji jak pamiętasz...

Na YT trafiłam filmik, przy nudnych i marudnych pracach stacjonarnych w bibliotece, włączam sobie coś ciekawego do posłuchania i tak trafiłam na Rosę :-) Przypadek? Nie sądzę :-)



Machinalnie wkładałam karty, moja podzielona uwaga pływała, trochę tu, trochę tam...aż nagle zorientowałam się, że słucham, słucham tej kobiety, a łzy mi lecą po policzkach...
Zastopowało mnie. Zaczęłam słuchać uważniej. Słucham , słucham i nie wierzę, że ja tego słucham...
Mój racjonalny umysł zaczął gadać:
- No teraz to już cię całkiem pogięło, co ty oglądasz? Wyłącz kobieto...O czym ona mówi? Uleczyła się z raka? Na pewno...U uzdrowiciela w Brazylii? Taaa...wyszła z ciała? No nieźle ją przekręciło....Ciebie też przekręci jak będziesz jej słuchać...No nie...widziała Chrystusa na korytarzu NASA. Tego już za dużo, to jakaś oszołomka religijna...
I tak gadał ten mój mózg do mnie, a ja nie mogłam oderwać wzroku od oczu i twarzy Rosy. Takiej znajomej, takiej ciepłej...I wszystko wewnątrz mnie wibrowało...I czułam, że wracam do Domu.

Kilka dni zajęło mi ogarnięcie tego. Oczywiście racjonalny mózg dawał mi popalić :-) Ostro. Że zwariowałam. Że oto ziścił się mój najgorszy koszmar. Zwariowałam na amen.
Ale to było silniejsze ode mnie. W końcu postanowiłam pojechać na warsztaty do niej. Przypadkiem były niedaleko, w Warszawie, przypadkiem 4 przystanki od mieszkania mojej siostry, bo ja nie umiem jeździć po Warszawie, gubię się. Tyle tych przypadków :-)
Najgorsze było powiedzieć Mężowi, że chcę jechać, że to troszku kosztuje i że jadę do kobitki, która uzdrawia...no przezornie nie powiedziałam więcej :-) I tak już zmęczył się moją terapią. Bo ona nie tylko moja była....
Jechałam z myślą, że jak mi się nie spodoba, wyjdę. Nie muszę z nikim rozmawiać. Niczym mi to nie zagraża, usiądę i posłucham. Nowe ćwiczenie. Nowa sytuacja. Nowa lekcja.
To dobre dla mnie :-)
I okazało się, że cała moja asekuracja, cała obrona, cała niewiara i przekonanie o dziwaczności...wszystko było niepotrzebne.
Ponieważ Rosa jest normalnym człowiekiem. Przemiłą, zrównoważoną osobą. Ciepłą i rozumiejącą. I jednocześnie kimś więcej. Czymś więcej. Ale myślę, że każdy uczestnik warsztatów odbiera ją inaczej.
Mimo usilnych starań bycia "obiektywną" i "racjonalną", Rosa swoją osobowością i energią rozbiła moje mury obronne. Pomogła mi zobaczyć, że świat nie jest takim, jakim go widzę, że ma warstwy :-) Jak cebula :-)
I ja mam warstwy...i wiele, wiele mogę zrobić dla siebie jeszcze. I nie tylko dla siebie.
I niesamowitość w moim życiu jest faktem, a nie dziwacznością... I, że każdy z nas może to dostrzec. I cieszyć się tym.
A największa nauka z tego, że NIE MA PRZYPADKÓW.
Jeśli słuchasz siebie, jeśli słuchasz serca, jeśli znajdziesz w sobie ODWAGĘ na pójście za tym co porusza twoje serce...jesteś wygrany już na początku drogi. Bo to właściwa droga, Droga Twojej Duszy i idziesz tam, gdzie masz pójść w tym życiu.
Czy się potykam? Oczywiście.
Czy błądzę? Jasne :-)
Czy zawracam? Czasami...
Czy czuję, że droga jest dobra? TAK :-)
A co robi ta kota na zdjęciu? A no pokazuje, że nasza rzeczywistość TU, to nie jest rzeczywistość jedyna...bo TAM, za oknem, w blasku słońca, też jest kot :-)
Miłego wtorku Wszechświecie, twoja nieracjonalna Prowincjonalna Bibliotekarka.




 

czwartek, 28 czerwca 2018

Mniam Wszechświecie, zjadłam misjonarza !!!!


Witaj Wszechświecie. Czerwiec dobiega końca, a ja jakoś opadam z sił. Wiosna wybuchająca zielenią, życiem, świergotem, kolorem, wyczerpała moje zasoby energii. Bo zachwyt jak okazało się, też kosztuje. Bycie w przestrzeni rodzącego się Życia, pożerającego zachłannie pisklęcia, kwitnienia, zapylania i owocowania wymaga sporej siły. Trzeba płynąć z tą rwącą rzeką. Umieć się jej poddać, nie przejmować się wirami, progami, kamieniami, silnym prądem. To zawsze trudne dla mnie było. Nadal jest, choć, jak wiesz Wszechświecie, ćwiczę te spływy. Na razie małe kawałki. 

Kiedyś na medytacji prowadząca prosiła byśmy wyobrazili sobie, że biegniemy...biegniemy jak szalone, roześmiane, beztroskie dzieci. Biegniemy po kamieniach wzdłuż rzeki. Stawiamy mocno i pewnie stopy, przeskakujemy, odbijamy się, śmiejemy się i pełni radości biegniemy na wzniesienie nad rzeką...Tam rozpędzamy się jeszcze bardziej, odbijamy się od ziemi i skaczemy do rzeki.....
Biegłam, biegłam radośnie, udało mi się pewnie po kamieniach stąpać. W mojej głowie uczestnicy warsztatów biegli obok mnie. Ale jak dobiegliśmy na wzniesienie, oni skoczyli, a ja nie...Ja się zatrzymałam...BO NIE UMIEM PŁYWAĆ. Wiedziałam, że medytuję, wiedziałam, że w wyobraźni można wszystko, ale przekonanie w mojej głowie, ograniczyło mój wybór w wyobraźni. Stałam na tym wzniesieniu i chciałam skoczyć. Ale jak? Nie umiem pływać. I przyszło rozwiązanie. Wyobraziłam sobie nadmuchane, kolorowe koło ratunkowe wokół mojej talii. Poczułam się pewniej. I skoczyłam. Pamiętam uczucie spokoju, radości i dumy gdy woda zamknęła się nade mną. Bo sobie poradziłam. Bo znalazłam sposób. 
Wychodzi na to, że każdy po swojemu kombinuje jak ogarnąć tę Rzekę. Kiedyś, na początku drogi myślałam, że jest jakiś magiczny sposób dla wszystkich, że jest jakaś konkretna, wytyczona droga i zestaw przepisów. I jak to ogarnę, przyswoję, przećwiczę to już nigdy nie zabłądzę na bagnach i nie będę się bać. Okazało się, że nie ma takiej drogi, nie ma takich przepisów, nie ma wytycznych, nic nie ma...Jestem tylko JA i moje decyzje. Ja i moje reakcje. Jestem Ja i ty Wszechświecie. 
A my to Jedno.

W ramach zmiany planszy życiowej, bo troszku mi się przejadła ta, która aktualnie była rozgrywana, wybrałam się z Mążem na krótką wycieczkę. Kocham skanseny. Zwiedziliśmy ich już całe mnóstwo. W takich miejscach czas się zatrzymuje, zawraca, skręca...czasem nawet go nie ma. Wchodząc do starej, drewnianej chałupki czuję czasem Obecność, cień Życia, które tam było. Muśnięcia serc ludzi, którzy w tych domach kochali, śmiali się, radowali, cierpieli, nienawidzili, rodzili się i umierali. Delikatne, jak muśnięcia motylich skrzydeł, cienie emocji wplecione w siatkę naszej rzeczywistości. Bo wszystko jest tkaniną utkaną z energii i to jest prawda. 
Wchodząc do tych domów czuję również przynależność, swojskość, poczucie bycia we właściwym miejscu. Spokój i radość, czasem tęsknotę. Może żyłam w takim domu w poprzednim Życiu? Tak mi mówi serce. Byłam szczęśliwa w takim domu. Może kiedyś się dowiem....


Mimo tylko trzech dni wyrwanych lekko rozpaczliwie z obecnej rzeczywistości, zwiedziliśmy sporo. Padając jak betki pod koniec dnia na kwaterze. Bieszczady są piękne. Bardzo. Szczególnie podoba mi się ubrany w błękity, szarości, niebieskości horyzont. Rozmywające się kolory coraz dalszych wzniesień. Parujące po deszczu poranne lasy, z mgłą odrealniającą i dodającą tajemniczości. Magiczna kraina. 


Cicho szepcząca o przeszłości. Tak jak wszędzie, czasem radosnej, czasem smutnej, czasem szczęśliwej, czasem przeraźliwie strasznej.

W Sanoku jest muzeum Ikon. I muzeum Beksińskiego. Kocham malarstwo, mając do wyboru ikony i Beksińskiego, wybrałam ikony. Mimo zdecydowanego dystansu do wszelkiej maści religii. 
Jednak religijna sztuka ludowa chwyta mnie za serce, widzę w niej, pomijając treści ryjące beret, prawdę. W naturalistycznych, pisanych sercem dziełach malarzy, rzeźbiarzy, poetów ludowych jest samo sedno bycia człowiekiem. Miłość, tęsknota za prawdziwym Domem, nadzieja. I tego religiom nie udało się zniszczyć. Bo prawda sama się broni, jest wpisana w nasze serca.
Beksiński natomiast mnie przeraża. Bo w jego obrazach jest też prawda. Też kawałek prawdy o nas. Niektórzy z nas wybierają taką prawdę jak na jego obrazach i żyją w niej. Sama przez dłuższą chwilę byłam w takim świecie. I nigdy nie chcę tam już wrócić.
Ikony były fajne. Czasem śmieszne. Czasem bez polotu. Czasem ładne. Czasem nabazgrane. Czasem miały to coś. Czasem nie. Ale i tak wszystko zależy od patrzącego. Każdy, zależnie od tego co ma w sobie, odbierze sztukę w indywidualny sposób. 
Chodził z nami przewodnik, młody chłopak. Trochę się rozgadał w końcu, nawet o Beksińskim, bo widać było, że zafascynowany nim jest.
Opowiedział też nam ciekawą historię.
Otóż na Borneo, wśród pierwotnych plemion, razem z ich animistycznymi wierzeniami w potęgę lasów, wulkanów, morza, kwitł kanibalizm. Z pewnością miał też jakieś korzenie w wierze, że zjadając wroga przejmuje się jego siłę. Może coś innego. Jakoś to ludzie tam wymyślili, zracjonalizowali, wpletli w system wierzeń, uczynili stylem życia. W sumie też w środowisku, gdzie białko trudno znaleźć w większych ilościach, taki sposób też działa. I tak trwało to wieki....
ASZ tu nagle...misjonarze. 
Przyjechali, dowiedzieli się o kanibalach i dawaj ich zbawiać :-)
Bo jak to tak, zjadać ludzi. Wytłumaczyli starszyźnie i szamanom, że to olbrzymi, niewybaczalny grzech. I ich Bóg, który jest najpotężniejszy na świecie, za taki grzech nie da przebaczenia. Za takie coś tylko Piekło. Wieczne cierpienie, kotły z wrzącą smołą, diabły, męki piekielne. Jednak, ponieważ Bóg jest miłosierny, to skoro oni nie mieli świadomości, że to grzech, bo dopiero teraz się dowiedzieli, że PRAWDZIWY I JEDYNY BÓG jest, to konsumpcja wrogów wcześniejsza i nieświadoma będzie wybaczona. Ale jak już wiedzą i zjedzą, to koniec. Męki piekielne na zawsze.

Szamani i starszyzna stanęli przed ciężkim wyborem. Odpowiedzialni byli wszak za całe swoje społeczności. Pojawili się jacyś ludzie, którzy mówią o jakimś potężnym Bogu, wiedzą więcej, mają jakieś dziwne sprzęty, ubrania, zdecydowanie wiara w tego Boga daje moc. Co robić? Bóg wygląda na potężnego. Może ich załatwić na cacy. Ale też trudno porzucić własnych bogów, własne wierzenia, które są jak druga skóra. 
Więc szamani wymyślili.
Zjedli misjonarzy :-) By przejąć ich siłę. I skoro Bóg misjonarzy w tym momencie ich przeklął i skazał na Piekło, postanowili urządzić się w tym Piekle i zaczęli dodawać cześć Diabłu, właścicielowi Piekła. 
A swoim współplemieńcom nic nie powiedzieli. Bo jak nie wiedzą, to są bezpieczni. I mogą dalej żyć w bezpiecznym świecie z konsumpcją wrogów, po opieką swoich bogów.
Zadbali o siebie i swoich.
I tak słuchając tego przewodnika i tej śmiesznej w sumie historii, przypomniałam sobie moją medytację ze skokiem do wody i moim kółkiem ratunkowym. Nie ma wytyczonej dróżki, każdy sam musi znaleźć swoją prawdę. Swój sposób. Nasze wybory :-) 
Wszyscy jesteśmy kanibalami o  gołębich sercach :-)
Czasem Wszechświecie jednak zjemy misjonarza :-) W szczytnym celu nawet :-)
Aczkolwiek nie zapominając też o sobie i swoim komforcie.

A to jedyna ikona, która trafiła mi do serca...Jedyna z trzystu... :-)


Miłego dnia Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka z miseczką owsianki na mleku :-)

środa, 13 czerwca 2018

CichoSza Wszechświecie, wybuchł wulkan....

źródło: https://edition.cnn.com/2014/10/30/us/hawaii-volcano/index.html

Od kilku tygodni ze zgrozą i pewną dozą fascynacji obserwuję wulkan na Hawajach, Kilauea. 
Hawaje kojarzą mi się zawsze z pocztówkami, których lubię używać jako zakładek do książek. Zawsze jak ktoś gdzieś jedzie, proszę o przesłanie, bądź przywiezienie pocztówki w prezencie. Na Hawajach nikt ze znajomych nie był, pocztówki nie mam, ale w głowie wyświetla mi się pocztówkowa plaża z białym piaskiem, turkusowe morze, oślepiające słońce na błękitnym niebie i palma, malowniczo zwisająca nad wodą. Na ten mój obrazek w głowie zapewne mają wpływ reklamy biur podróży w tv, ale też oglądałam długo serial Hawaii 5-O, czasem udało mi się spojrzeć na plenery, a nie na przystojnego  Steva McGarretta. Piękne wyspy. I mnóstwo ludzi żyjących tam. 
A teraz na największej wyspie archipelagu wybuch wulkan. 
Patrzę na filmy wrzucane do sieci, na relacje z tego miejsca, na ludzi, którzy z rozpaczą i bezradnością mówią o tym, że nie mają już dokąd wrócić.
Patrzę też na ludzi, którzy robią sobie zdjęcia na tle wulkanu, wybuchów, obłoków gazu, czasem chyba na granicy bezpieczeństwa pstrykając te fotki. 
Rozumiem jednak, potęga natury nieujarzmiona niczym, objawia się tam w pełnym majestacie. 
To fascynujące...płynące potoki rozżarzonej lawy, gejzery wybuchające i rozpryskujące pomarańcz, czerwień, światło...Obłoki gazów mieniące się kolorami, przybierające fantastyczne formy. To naprawdę piękne. I potężne. I nieokiełznane. Do tego trzęsienia ziemi, głębokie szczeliny przecinające lasy, podwórka, ulice.
Matka Ziemia w wydaniu hard. Przepiękna i śmiertelnie groźna.
Bardzo współczuję mieszkańcom. Lawa zabiera im wszystko. Nieodwołalnie. Ona się nie cofnie. Przypływa nieustępliwie, zagarnia domy, pali...wypala do cna. Już tam nie wrócą.
Jak bym się czuła widząc żywy ogień wpływający do mojego sadku?

Wiem. Mam teraz taki czas. Czas wybuchu wulkanu. Wiesz o tym Wszechświecie, wiem, że cichutko ze mną podróżujesz...przez lekarzy, poradnie, konsultacje. Przez strach, bezradność, wyparcie, odpowiedzialność, bunt, współczucie i złość.
Pielgrzymka. 
Ja i mój Ojciec. Czasem tata. Czasem obcy człowiek. Czasem znany. 
Świat jaki zwiedzam jest światem, który rządzi się swoimi prawami. Generalnie ten świat nie bierze jeńców. Maszeruj albo giń. Proste , jasne. Bez ckliwości. Badanie, wynik, konsultacja, do widzenia, następny proszę.
W sumie jest w tym pewna uczciwość. W badaniach, w maszynach, które co raz zaglądają do wnętrza chorego i wypluwają z siebie pliki z danymi. To takie konkretne, czarno na białym. Tak jest.
Jednak jeśli chodzi o ludzi, to nic nie jest już takie proste w tym świecie.
Ludzie w tym świecie poruszają się na granicy prawdy i niedomówień. Zaciemnień i rozjaśnień. Półmroku i bezlitosnego słońca. Kłamstw, życzeniowości, półprawd.

W poradni chirurgicznej około trzydziestoletni chirurg, przystojny, skupiony i miły. Patrzy w oczy, dokładnie tłumaczy co się dzieje. Trochę chowa się za medycznymi określeniami. Ale widzę, że stara się mówić prawdę. Stara się też nie odebrać nadziei. Żonglerka.
Ale patrząc mi w oczy z naciskiem, sprawdza, czy zrozumiałam....Czy DOBRZE rozumiem...czy wyczytałam ten niewerbalny przekaz. Bo on nie może tego powiedzieć. Ale ja muszę zdawać sobie sprawę. Ja, nie tata. On w tym świecie nie ogarnia na razie wszystkiego.
Lawa płynie i trzęsie się ziemia.
Pani radiolog po sześćdziesiątce, malutka i skurczona, schowana za profesjonalizmem, pozbawia nas kolejnej szansy w sposób bezpardonowy. Już dawno postawiła mury, grube, nie do przejścia. Patrzy twardo, mówi głośno, oznajmia decyzję. I dorzuca kupę fałszywych sloganów. Tak fałszywych, że aż zęby bolą. Nie wie, że jej oczy mówią prawdę. Przekaz niewerbalny trwa cały czas.
Kolejne decyzje, kolejne badania, kolejne etapy pielgrzymki.
I ludzie,  mnóstwo pielgrzymów.

Przyglądam się im. Mamy dużo czasu. Cały czas czekamy....na wyniki, na konsultacje, na przyjęcie....Morze czasu, jesteśmy bogaci :-)
W tym świecie czas zwalnia, zwalnia prawie do zera. Kiedy patrzysz na tablicę i czekasz, aż twój numerek się wyświetli, siedzisz w bańce bezczasowej. Wszystko zastyga.
A wokół ludzie....
Obok na krześle elegancka, swobodnie miastowa pani po sześćdziesiątce. W ręku trzyma wyniki i zawzięcie googluje na smartfonie. Chce wiedzieć co i jak, zanim wejdzie do lekarza. Mam nadzieję, że wyniki są dobre.
Wokół nas krąży mała, drobna, trzydziestoletnia na oko, blondynka. Ma krótki kucyk, włosy podgolone z tyłu głowy. Fajne. Ona nie może usiedzieć. Chodzi, denerwuje się, sprawdza tablicę. Tupta wte i wewte. Patrzę na jej buty. Wysoki obcas, źle wyprofilowany, nogi ją będą boleć.
A przed nami spotkały się znajome. Wygląda na to, że leżały na jednej sali na oddziale. Teraz kontrola. Szczuplutka jak szczapka drewna młoda dziewuszka z siostrą do towarzystwa. Ona rozśmiana, gestykulująca. Siostra spięta, uśmiechająca się z wysiłkiem. Fajne mają noski, takie indiańskie, może ich nie lubią, bo spore, ale mi się podobają. Takie indiańsko-siostrzane niezłomne noski. Rozmawiają z koleżanką, chyba około czterdziestki. Ta ma króciutkie włosy. Jak futerko. Pewnie dopiero odrosły po chemii. Okrągła buzia z mnóstwem zmarszczek mimicznych koło oczu. Dużo się uśmiecha. Jest sama. Sprawia wrażenie bardzo samodzielnej. Czyżby? Coś we mnie każe mi nie wierzyć w tę samodzielność i postawę pogodnej, dzielnej kobietki. Trzecia z nich to już idzie po bandzie. Na oko dwudziestoparoletnia, też z futerkiem na głowie, kozakuje, śmieje się, gestykuluje, a oczy...oczy pełne strachu Nie może skupić się na niczym. Widać. Obok mąż, nic nie mówiący, zamknięty, odcięty.
Pani robiąca na szydełku, pan patrzący w ścianę, dwie panie opowiadające sobie swoje historie chorób, nie słuchające siebie wcale....dwie opowieści płyną równolegle.
Mnóstwo, mnóstwo pielgrzymów.
I my, ja i tata w bezczasowej bańce.
Minął już miesiąc pielgrzymki Wszechświecie, tylko miesiąc, a ja mam wrażenie, że rok.
Czy mógłbyś zrobić tak, Wszechświecie, żeby następny miesiąc był naprawdę rokiem?
Taka prośba od pielgrzymującej Prowincjonalnej Bibliotekarki.





wtorek, 5 czerwca 2018

Eh...Wszechświecie, w co grają matki i córki?



Wokół naszego bloku na brzozach, jesionach, świerkach i lipach, jest mnóstwo gawronich gniazd. Cała wielka kolonia. Nazywam to blokowiskiem, bo i tak to wygląda. Takie same tam zwyczaje, zachowania i mechanizmy się dzieją, jak na naszych ludzkich blokowiskach. Wszystko na tej Ziemi jest połączone. Kiedy idę przez sad do pracy, spotykam małego gawroniaka, nielota jeszcze. Biega po poszyciu w krzakach, ciekawsko mruga na mnie oczkami jak czarne paciorki, trzyma jednak dystans. Nade mną krzyczą i grożą mi jego rodzice, ciotki, wujkowie i cała wielka familia: nie ruszaj naszego dzieciaka!!!!
Nie mam zamiaru. Nie przeszkadzam, karmcie i pilnujcie. Kibicuję mu by w końcu poleciał, by dorósł i prowadził szczęśliwe, gawronie życie.

Ostatnio był Dzień Matki. Siostra poprosiła znajdź jakiś ładny i niegłupi wiersz o mamie...Siostrzeniczka potrzebowała o szkoły.
Pracuję w bibliotece, spoko. Zaraz coś znajdziemy. Szukam. I co znajduję? Jeden, drugi, piętnasty...nic wesołego, nic pogodnego, sama smutna, udręczona poezja. Nostalgia, sękate ręce, łzy spływające po policzku, smutne oczy, poświęcenie, samotność, miłość udręczona...w cierniowej koronie, przybita do krzyża, płacząca od krzyżem...Osz!!!!!
Pewnie są radosne wiersze, musiałabym pokopać głębiej, sporo głębiej. Ale wir cierpiętniczej miłości zassał i ledwie się wydobyłam na światło dzienne. Odpuściłam.

Jednak przez kilka dni temat wracał, a w mojej głowie wyświetlały się slajdy z rozmów w pracy:
- Pani mi da coś dla mamusi do poczytania.- mówi 60-letnia córka (ale wiek tu nie ma znaczenia raczej) - Takie coś z dużymi literami.
- A co mama lubi czytać?
- No coś lekkiego...żeby nie denerwowało, coś takiego o starych czasach, tylko lekkiego.
Zazwyczaj wtedy daję kilka do wyboru: Danielle Steel, Nora Roberts, Rodziewiczówna i nieśmiertelna Courths-Mahlerowa Hedwiga :-) Dorzucam na przynętę coś polskiego, współczesnego i czekam. Córka wraca i zazwyczaj na początku wygrywa Steel...a potem się zaczyna...

- Mamusia powiedziała, że za małe litery...
- Mamusia powiedziała, że cieńsze książki prosi, bo trudno grube w rękach trzymać, ręce ma słabe....( tu proponuję poduszkę na kolana i książkę opierać na niej...ale żadna mamusia nie skorzystała chyba jeszcze)
- Mamusia powiedziała, że znów pani dała powtórki ( nie dała, bo cwana jest i numerki sprawdza, ale już nie dyskutuję)
- Mamusia powiedziała, że ciągle pani daje to samo...wolałaby coś innego.
- Mamusia powiedziała, że te inne, co pani dała to nie dla niej...( na moją lekko rzuconą uwagę, że może córka sama poszuka coś dla mamy: nie, nie, nie, ja się nie znam...)
-Mamusia powiedziała, że....
Czego te mamusie nie wymyślają :-)
A! I jeszcze: co pani da, wszystko jedno, ja wszystko przeczytam , sama jestem, nie mam co robić, dzieci mają swoje życie...nie będę przeszkadzać, nie będę robić kłopotu...Eh....

Sporo odsłon tego samego...
Na początku swojej pracy bardzo się starałam. Prowincjonalna Bibliotekarka na wysuniętej rubieży. Dobrze wyćwiczona przez swoją mamusię :-)
Dobierałam książki, dopytywałam o gusta, zastanawiałam się, naradzałam z córką...
A mamusie ciągle niezadowolone. Cierpiące. Ale nie robią kłopotu...
Ciężka lekcja. Trudny warsztat Wszechświecie.

Mam taką suczkę w sadzie. Znam ją od szczeniorka. Już 9 lat. Urodziła ją suczka, którą jakiś palant wyrzucił u nas na targowicy...Spora tam zrobiła się kolonia bezdomniaków, dokarmiałam z kilkoma jeszcze osobami. Strach poprosić gminę o pomoc, bo gmina wynajmuje hycla, który na papierze ma wszystko w porządku. Ale w realu, nie ma schronu, zabija psy, lub przerzuca do innych gmin z którymi ma umowy. Podlasie to zdziczała kraina, jeśli chodzi o zwierzaki.
Jednak hycel się pojawił i znikły wszystkie psiuki oprócz małej suczki. Nazwałam ją Dziewczynka. Od urodzenia była piekielnie nieufna. Nawet jako szczenię nie pozwalała się głaskać. Znikała jak duch, gdy pojawiali się ludzie, nawet dokarmiający na co dzień. To ją uratowało. Została w naszym sadku. Powoli zdobyłam jej zaufanie. Jesteśmy kupelkami. Choć zakraplanie od kleszczy burzy naszą przyjaźń co jakiś czas :-) Ale ok. Wybacza. Po kilku dniach.
Prowadzi życie psa wolnego. Ma budę schowaną w krzakach, przychodzi i odchodzi kiedy chce. Choć teraz raczej osiadła bardziej, bo już starsza i docenia wikt i opierunek. Wysterylizowana, więc i spokój jest. Ale nadal pozostała nieufna, niedotykalska, znikająca jak duszek wśród zieleni...

Kiedy sprowadziła się do nas nowa rodzina, PaniNowa oznajmiła, że strasznie kocha zwierzęta. I ona też będzie Dziewczynkę dokarmiać. Ucieszyłam się, do Dziewczynki dołączył kolega Dred, również podrzutek. Wykarmić moją domową gromadę i jeszcze dwa psy dodatkowo generowało spore koszty. I było fajnie, dopóki się nie zorientowałam, że to nie takie proste...
Po dwóch miesiącach PaniNowa zagadnęła mnie:
- A ta suczka to taka nieufna...
- No tak...mówiłam pani, że ona taka...
- Ja tu jej noszę smakołyki, kostki z galarety, a ona nawet nie podejdzie...
- Może podejdzie, niech jej pani da czas, ale mówiłam, że ona taka jest.
- No ale już tyle czasu i nawet z krzaków nie wyjdzie, a ja takie smakołyki jej daję...
Nie tłumaczyłam już więcej. Na nic moje gadanie.

A jakiś czas temu, jeszcze jedna nowa rodzina się wprowadziła. I tam jest dwójka dzieci. Dziewczynka i chłopiec. On chory bardzo. Od urodzenia. Ona, smutna szesnastolatka, obarczona ponad miarę przez życie, ponieważ mama też jest chora, a ojciec, alkoholik, nie żyje. Smutna historia i trudna. Ale sobie radzą. I żyją jak wszyscy, do przodu.
I moja psia Dziewczynka po miesiącu podeszła do tej dwójki, dała się pogłaskać i nadal to robi. Podchodzi sama, przytula się do nóg, liże po rękach i ufa. Nigdy jej takiej nie widziałam.
Zadziwiła mnie.
Rozmawiając z mamą tych dzieci zastanawiałyśmy się nad tym....i mnie olśniło!
Dzieci nic od niej nie chcą, nic się nie spodziewają. Same bardzo doświadczone przez los, chyba zrozumiały, że Życie jest jakie jest. Pogodzenie, rezygnacja? Nie wiem...ale nic od niej nie chcą. Pozwalają jej być sobą. A ona, w podzięce za brak przymusu odwdzięczania się, daje swoją ufność i miłość i wsparcie. Tak jak potrafi, tak jak czuje, że potrzebują.
Sedno Miłości. Wolność.
A może jedna z twarzy Miłości...

A niedawno przyszła czytelniczka i mówi:
- Pani mi da coś dla taty, bo przyjechałam z Belgii, on nie ma co czytać...a mama wcale nie wie co on lubi....
OESU.....

Miłego dnia Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka z wytrzeszczem oczu ;-)

czwartek, 24 maja 2018

Wszechświecie, o czym marzymy wśród cieni...



zdjęcie: Joanna Polak

Od kilku dni, w najmniej oczekiwanych momentach, przypomina mi się mój czytelnik - PanRomantyk.
Wyskakuje jak diabeł z pudełka przy prozaicznych czynnościach typu robienie kawy, zmywanie czy mycie zębów. Dawno o nim nie myślałam, bo PanaRomantyka nie ma już wśród nas od lat pięciu, sześciu może...czas leci szybko.
Kiedy trafiłam do pracy w bibliotece, moja poprzedniczka, która w bibliotece przepracowała 40 lat (!), pokazała mi karty czytelników i powiedziała, których należy dopieszczać, bo czytają dużo. Mieli stałe, niezmienialne numery, bo normalnym zmienia się z nastaniem nowego roku. Tym specjalnym, robiło się taki myk, by numer został ten sam. Ułatwiało to ich obsługę, bo czytali dużo i nie pamiętali: czytałem czy nie? A jak nie mogli sami przyjechać, ja przygotowywałam kupkę książek i ktoś im odbierał. Mogłam sprawdzić na karcie książki czy stały numerek tam jest....bardzo dobry system, schowajcie się komputery :-)
PanRomantyk miał numer 5.
Znałam PanaRomantyka. Żyjąc swoim ekscytującym życiem w pierwszej klasie LO, zakochana po raz pierwszy po uszy, zaabsorbowana swoim światem, zauważałam PanaRomantyka kątem oka, w biegu. Starszy o 3 lata, uczył się w Technikum Rolniczym w tym samym kompleksie budynków. Nie był trudny do zauważenia, bo zwracał uwagę osobliwą urodą. Krótkie nogi, długie ręce, nieproporcjonalna głowa, zezujące oczy przywodziły na myśl neandertalskie dziedzictwo z przeszłości naszego gatunku.
PanRomantyk chodził zamaszyście, pracując rękoma i biodrami, miał tiki nerwowe, często mrugał oczami, podskakiwała mu głowa, przeciągał dłonią po twarzy...Dziewczyn się bał. Nie rozmawiał za bardzo. Ale wiedziałam, że był bardzo zdolny, zwłaszcza historia i polski. I tyle. Zniknął mi po pierwszej klasie i nigdy o nim już nie pomyślałam.
Asz tu nagle numer 5 :-)
Ciężko było na początku. PanRomantyk zmian nie lubił. Lubił moją poprzedniczkę. Ja budziłam u niego lęk. Mimo, że on mnie też pamiętał, ciężko mu było się przestawić. Żeby mu trochę zostawić przestrzeni, mówiłam do niego Pan...i oswajałam.
Kochał czytać książki historyczne, dobrą fantastykę i science fiction, thrillery, przygodę. Gdyby nie to, pewnie by się w bibliotece przestał pokazywać, ale książki jak narkotyk, ciągnęły....Najpierw stawał bokiem i rozmawiał ze mną półgębkiem, nie patrząc. Nie zaczepiałam go dużo, uciekał miedzy półki. Jednak kiedy zorientowałam się, co lubi czytać, zaczęłam mu podsuwać książki z nowych zakupów, polecać coś, co sama czytałam. Powolutku zaczął łapać kontakt wzrokowy, stawać przodem, bo trudno jednak rozmawiać z kręczem szyi, nie uciekł tak od razu między półki...Do końca został mu tik pocierania twarzy dłonią, ale robił to bezwiednie, nawet jak się już polubiliśmy i czuł się swobodnie. Był nerwusem.
Dowiedziałam się o nim więcej, wychowywała go babka, o której zawsze mówił z miłością. Dochował ją do śmierci. Nie wiem co się stało z jego mamą. O tacie słowo nie padło. Mieszkał w małej wiosce nieopodal miasteczka. Prowadził malutkie gospodarstwo, ale czego się nie tknął wszystko nie wychodziło. Ciągle w długach, ciągle bez pieniędzy, ciągle tęskniący do innego życia.
Jak wielu innych starych kawalerów na wsiach pił. Nie był alkoholikiem. Picie na wsiach to sposób życia. On miał szczęście w nieszczęściu, że się nie uzależnił, ale zapijał smutek, alkohol przynosił rozluźnienie, łatwiejszą mowę bez zacinania się, znosił blokadę między nim a środowiskiem w jakim żył.
A PanRomantyk nie pasował. Bo marzył. Bo czytał. Bo wiedział, że świat jest i może być inny. I był taki rozdwojony. Chciał pasować do wioskowej wesołej gromady, ale nie pasował. Czytał, chciał gadać o książkach, marzył, chciał gadać o marzeniach, kochał, chciał gadać o miłości, a nie o dupiemaryni.
I uważano go na wiosce za wiejskiego głupka. Wioskowa społeczność szybko rozgryzła jego słabe punkty, koledzy i młode dziewczyny, które go fascynowały, wiele razy go upili i okradli, wykorzystali, oszukali. Wiedział, ale pozwalał, choć cierpiał...jednak potrzeba akceptacji była w nim ogromna. Potrzeba wyrastająca ze smutnego dzieciństwa.
Zawsze kiedy pojawiał się w bibliotece był umyty, miał świąteczne ciuchy, czasem nawet na twarzy odrobinę pianki nie wytartą po goleniu. Wiedziałam, że się starał. Choć tak naprawdę, ciuchy śmierdziały trochę, były niedoprane...no i książki brudził. O to szła ciągła walka.
Zwracałam uwagę, że znów książki się kleją, że coś się przyczepiło, że śmierdzą...On się obruszał, złościł, znów stawał bokiem i nie patrzył...W końcu się połapałam.

On dba. Naprawdę. Kiedy chce poczytać, bierze szmatkę i przeciera ten stół pokryty pofalowaną już ceratą. Przeciera. Potem kładzie gazetę i dopiero na nią stawia patelnię, taką żeliwną, starą, od cyganów jeszcze. Na patelni skwierczy jajecznica na boczku. Obok stawia kubek z herbatą, cerata się marszczy jeszcze bardziej :-) Kroi chleb na drewnianej desce do krojenia. Bierze książkę, kładzie wygodnie obok i je, i czyta. Jego świat, w którym ma chwilę oddechu, czas dla siebie. Odpoczynek.

Ta scena zawsze mi się wyświetlała w głowie, kiedy znów trafiały na moje biurko książki zalatujące starym tłuszczem, podwędzone dymem, klejące się od nieznanych, dziwnych substancji...
W końcu dałam spokój. Myłam książki, wietrzyłam, starałam się doprowadzić do jako takiego stanu.
I znów miedzy nami było dobrze.
Aż któregoś dnia, ktoś przyszedł do biblioteki i powiedział, że PanRomantyk po pijaku jechał traktorem, traktor zsunął się do rowu, PanRomantyk wypadł i traktor zmiażdżył mu klatkę piersiową.
I serce.
I moje serce zamarło na chwilę.
Lubiłam go. On mnie chyba też. Byliśmy trochę przyjaciółmi. Numer 5.
I już po wszystkim.
PanRomantyk odszedł.
I powstała dziura, zrobiło się pusto w jego miejscu.
Czasem tak jest, że dostrzegamy obecność, dopiero gdy jest nieobecnością.

PanRomantyk miał dwa pieski. Kochał je, mówił, że to jego jedyni przyjaciele. Popytałam czy ktoś się nimi zajmie, nie wiedziano. Pojechałam z Mążem do wsi. Sąsiadka powiedziała, że jakaś rodzina jest, coś się dzieje..sytuacja psia pewnie w końcu się rozwiąże.
Podupadłe gospodarstwo PanaRomantyka było nieogrodzone, rozwalająca się stodoła, zarośnięte podwórko, zaniedbany dom. I dwa mini psiaki przy drodze, czekające...
Serce mi się złamało wtedy jeszcze bardziej.
Dwa miesiące je dokarmiałam, aż wreszcie przyjechała jakaś kuzynka i zabrała psiaki do siebie.
Kiedy pojawił się jakiś brat cioteczny weszłam do domu zabrać książki, których PanRomantyk nie zdążył oddać.
Dom był brudny, okopcony, zaniedbany jak reszta. Ale w środku był porządek.
I była biblioteczka, stara, z szybami. A tam równiutko ustawione były książki. Jego własne i biblioteczne.
Miałam rację. Dbał.


piątek, 18 maja 2018

Opowiem Wszechświecie jak to z Ezo było...

Bo tak....żyje sobie człowiek Wszechświecie (hm, tu zawsze terapeutka Ewa pytała: a jaki człowiek?), znaczy żyję sobie JA, już 50+. I długo, i krótko, plus malutki tylko 1+.  Kiedy oglądam się zdaje mi się, że mrugnęłam okiem, a w czasie tego mrugnięcia urodziłam się, przetrwałam dzieciństwo i szkoły, zakochałam się, wyszłam za mąż, urodziłam synów, pracowałam....i nagle paczę, a skafander posunął się. 
W tym wypadku lustro prawdy nie mówi. To lustro w łazience kłamało cały czas. Jak nie byłam puszysta mówiło: gruba jesteś, popraw się. Jak byłam już puszysta mówiło: nic nie widać, czepiają się. I wiele innych kłamstw to lustro mi opowiedziało, powinnam się z nim rozprawić za to. Jednak teraz jak w nie patrzę, widzę siebie w najważniejszej Podróży...na najtrudniejszym szlaku jaki można wybrać, za to z super widokami. I ten szlak odbija się w moich oczach, w zmarszczkach, dodatkowych kilogramach, w strzyknięciach w kolanach. Ale idę, bo widoku fascynujące. Choć czasem nie mam siły ogniska rozpalić i śpię w dołku wygrzebanym pod drzewem...Ale nastaje nowy dzień i hajda na szlak :-)
Kiedy już trochę ogarnęłam depresję, terapia indywidualna i grupowa otworzyły mi trochę oczy i lustro w łazience stało się bardziej przyjazne, zrozumiałam pewną rzecz. Czułam brak. Właściwie BRAK. 
Ogarniałam MałąBibliotekarkę, zaczynałam dzięki temu rozumieć DużąBibliotekarkę, ale część mnie była pusta. Tę pustkę czułam coraz bardziej w miarę powrotu do zdrowia. Zaczynałam czuć Siebie, składać puzzla do kupy i brakowało kawałka. 
Zaczęłam szukać. I tak to jest, że jak wyślesz intencję do Wszechświata, on odpowie. Dziękuję Wszechświecie :-)
Znalazłam na blogu pewnej kociary "Za moimi drzwiami", ofertę warsztatów Vedic Art. Idealnie dla mnie, malowanie intuicyjne. Mój talent jeszcze był pod osuwiskiem skalnym, do odkopania, więc tu mogłam zacząć. Pojechałam. Sztywna ze strachu, ale zdeterminowana wrócić do malowania. Sala była zlana słońcem, fajne kobiety spotkałam, a kiedy prowadząca powiedziała: narysujcie swoją intuicję....Blok. Ściana. Czarno.
Wszystkie coś narysowały, a ja miałam pustą kartkę.
Zero intuicji. 
A wiem, że miałam. Niezłą. Umiałam wyczuć ludzi, wiele rzeczy, które zrobiłam jak to się mówi, spontanicznie, wyszło mi na dobre. Miałam, co jest u licha?! Dziewczyny rysowały fale, spirale, kwiaty, słońce...U mnie NIC.
Straciłam. Odcięłam się. Odcięłam połączenie z Duszą. 
Ja odcięłam, bo ona JEST. Ja nie odbieram telefonów. 

I ten moment uświadomił mi, że brakujący kawałek puzzla to Bóg, Źródło, ty Wszechświecie. 

Nie specjalnie mamy tutaj wybór jeśli chodzi o wiarę, religię i te rzeczy. Rodzimy się w jakiejś rodzinie, która ma już zazwyczaj jedynie słuszną ścieżkę religijną, nawet jeśli ta ścieżka to brak religii i wyjścia nie ma. Z każdym jest różnie. Jedni biorą jak swoje, inni biorą z braku laku i niechęci do zmian, inni z hukiem rzucają, inni szukają czego innego...ateiści ostro wierzą, że nie wierzą i nic nie ma.
 Ale nawet neandertalczycy mieli swoje widzenie świata z czymś większym od siebie i swoich umarłych chowali w grobach posypując kwiatkami.
W każdej religii zaszczepia się nam się ideę bytu nadrzędnego, czegoś większego od nas. To jak się później ten byt koloruje, to zależy od systemu religijnego. Ja w katolicyzmie miałam dwutakt: Bóg jest miłością, Bóg cię ukarze jak nie będziesz grzeczna.
Taaaa....to jak to? Kocha czy nie kocha? A jak kocha, to czemu karze? Nie wspiera, nie tłumaczy, nie przytula, tylko grzmi, moralizuje i piekłem straszy? I skoro jestem niegrzeczną dziewczynką, bo rodzice mi tak mówią, to po ptakach...piekło i szatani.
Jako dorosła jeszcze kilka razy próbowałam ogarnąć tę niezgodność, nie wyszło. 
Skoro nie wyszło, to ja wyszłam...i tak zostałam. A Życie potoczyło się dalej. 
Teraz wiem, że nigdy nie byłam sama Wszechświecie. Zawsze byłeś ze mną i prowadziłeś za rękę smutne, naburmuszone i wściekłe dziecko :-)
Nawet mnie pytałeś czy chcę cukierka albo lizaka, a ja odpowiadałam szybko, że NIE. 
Choć chciałam, bardzo. 
Ale nie.
Więc stanęłam przed moją Pustką i sprawdziłam czy to naprawdę Pustka? 
Okazało się, że wcale...wzrok tylko popsuł się, uszy pochorowały, czucie odcięłam...telefonów nie odbieram, ale dzwonią cały czas.
I okazało się, że moja Pustka daje się badać. 
Pojawiły się książki: Rozmowy z Bogiem- N. D. Walscha, Potęga teraźniejszości- E. Tolla, Wędrówka dusz- M. Newtona, Cedry Rosji- W. Megre. Kiedy zaczynasz szukać znajdujesz mnóstwo. Okazuje się, że miliony ludzi też szukały, też potrzebowały i podzieliły się tym co znalazły. Duchowość, ezoteryka, fizyka kwantowa...
Na początku dysonans poznawczy strasznie dokucza. Albo strzelasz w niebo, albo dno i kilometr mułu, czasem strach.
Właściwie dużo strachu, bo okazuje się, że stare programy działają w podświadomości ostro. I kiedy na przykład zdajesz sobie sprawę, że jesteś tak naprawdę formą energii, tak samo jak wszystko dookoła, to za chwilę wyczytasz gdzieś, że tę energię ktoś może ukraść, albo jakiś byt może cię opętać. I HELLOU astral się kłania :-)
A ten schemat znamy przecież, piekło i szatani ;-)
Więc może jakieś znaki ochronne, jakieś rytualik mały, jakieś kamyczki, jakaś tarcza ochronna zwizualizowana :-) 
Każdy coś dla siebie znajdzie. I wcale nie neguję, bo mam kryształy obok łóżka, lampę solną koło lapka, okadzam dom białą szałwią i palo santo. Wzięłam co mi się podobało, kiedy ogarnęłam, że tak naprawdę całe to zabezpieczanie się, to to samo co zachowania zabezpieczające przed atakiem lęku w nerwicy lękowej. Na przykład czujemy podenerwowanie, za chwilę może być atak paniki, więc by tego uniknąć idziemy coś robić...Mój znajomy wypijał magnez i szedł spać. Ktoś układa produkty w szafkach kuchennych według wielkości pudelek albo kolorów. Ktoś grzebie w ogródku bez opamiętania. A ktoś biegnie do spowiedzi...I w sumie każdy może wszystko, co tylko mu pomaga. 
Tylko dobrze jest czasem grzebnąć w środku siebie, bo może się okazać, że okadzasz dom już pięćdziesiąty raz tego dnia, wizualizujesz tarczę już dwudziesty raz, a z ogródka wiozą cię na sygnale do szpitala (taki przypadek znam).
Więc odkryty przeze mnie świat ezoteryki, też ma swoje warstwy i przestrzenie, które można eksplorować, odkrywać i w sumie cieszyć się tym. Bo wiele się tu uczę. O sobie :-)
Czyli Wszechświecie łatwo nie jest.  Za to ogromnie ciekawie. 
Moja Pustka okazała się być bardzo Pełna. Cały Kosmos do mnie zagadał. A ja mogę sięgnąć po to co czuję, że jest mną i Tobą, bo jesteśmy połączeni jak pączek z konfiturą z róży :-)
Ja to konfitura :-) 
A o Ezo jeszcze opowiem, bo znalazłam tam skarb :-)
Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Uduchowiona Bibliotekarka ;-)