Obserwatorzy

niedziela, 10 października 2021

Nie wyobrażam sobie Wszechświecie.

 

unknown

Dziś był szron na trawie...

Klon rosnący pod parkanem świeci całe dnie. Wydobywa się z niego ciepłe, żółto-złote światło. Na tle ultramaryny nieba jest jak wielka lampa, przyćmiewająca nawet słoneczny blask. Omywa jasnością wielki, jeszcze zielony dąb i brązowy, chronicznie chory kasztan, swoich sąsiadów. Pławią się w tym klonowym świetle i wysyłają w świat tegoroczne dzieci, żołędzie i kasztany. Za chwilę drzewa zasną, uspokoją wewnętrzny przepływ, zrzucą liście, przytulą się do mamy Ziemi korzeniami i będą śnić drzewne sny.
Zazdroszczę.

Mój wewnętrzny przepływ, niespokojny, drżący, pulsujący emocjami nie ustaje wraz z zimą. Nie jestem dzieckiem Ziemi tak, jak bym chciała. Czasem mam wrażenie, że przybywając tutaj dostałam tylko krótkie, teoretyczne szkolenie. I zrzucono mnie na planetę jak samotnego kosmitę, na olbrzymie połacie lasu deszczowego, w dziwnym kombinezonie, bez instrukcji obsługi tegoż.

"LØpz"

Wczoraj był kolejny, piękny, zalany złotym blaskiem dzień. Mam taki kawałeczek dla siebie w zdewastowanym sadzie. Za starym, kruszejącym garażem, jest małe miejsce otoczone ponad pięćdziesięcioletnim krzakiem śnieguliczki. Tam przenieśliśmy budę naszej dziko żyjącej suczki i postawiliśmy ławeczkę obok. Śnieguliczka litościwie osłania to miejsce, rozrasta się, zagęszcza, buduje barierę, rozumie moją potrzebę oddzielenia od tachykardii Miasteczka. 
Pomaga memu Sercu znaleźć spokojniejszy rytm, łagodniejszy, płynniejszy...

Usiadłam na ławeczce, suczki obie, dzika i domowa pobiegły załatwiać psie sprawy, a ja pozwoliłam śnieguliczce na jej magię. Zamknęłam oczy, zaczęłam słuchać własnego oddechu, pozwoliłam mu zwolnić. Słyszałam szelest poruszanych liści, gałązki trące jedna o drugą, bzyczące owady. W tle jakieś ludzkie nawoływania, na szczęście daleko, choć umysł na chwilę zawiesił się na próbie zrozumienia głosów. Nie pozwoliłam, odpłynęłam na fali wiatru. 

Poczułam ciepło słońca na twarzy, na zamkniętych powiekach, na włosach, na ramieniu. Ciepło jesienne jest jak przytulny, pluszowy koc. Delikatne, miękkie, nienachalne. Czule otulające.
Otworzyłam na chwilę oczy i spojrzałam na moje dłonie leżące na kolanach. W świetle były jak nie moje. Dziwne, prześwietlone jakby. Rozmywające się w jaskrawości, ale mogłam dostrzec zmarszczki, wypukłe żyły, lekko zdeformowane niektóre stawy. Skóra w słońcu miejscami błyszczała jakby była posypana diamentowym proszkiem. Opuszkami prawej dłoni lekko dotknęłam skóry na grzbiecie lewej dłoni. Była miękka, satynowa, ciepła. Przesunęłam palce po stawach, twardych i miejscami chropowatych, po gładkości paznokci i delikatnie po wnętrzu dłoni, czując łaskotanie i lekką wilgoć. 
Ze zdziwieniem patrzyłam na to co robię. Moje ręce żyjące swoim życiem. Jakby poza mną, ja tylko mogłam czuć. I czułam...
Zaciekawienie, spokój, tkliwość, smutek, łzy w oczach...
Kiedy dłonie objęły jedna drugą i pozostały tak wtulone w siebie, poczułam się bezpiecznie w ich kokonie. Zaopiekowana, wsparta, utulona, ukołysana. 
Jak nigdy...
Ja tuląca mnie...

Morisetta

Do biblioteki przyszła PaniKucharka. Wysportowana, morsująca, biegająca i jeżdżąca rowerem. Dziarskim, prawie biegnącym krokiem, przeleciała korytarz. Szeroko uśmiechnięta powiedziała: cześć i buchnęła energicznie książki na biurko. Bierze książki dla teściowej i dla swojego ojca. Poszłam między regały coś im wybrać, a PaniKucharka podążyła za mną. I zalała mnie opowieściami jaka jest zajęta. Jak ona wszystko ogarnia, jak pomaga, jak nie ma czasu na poczytanie, a tak bardzo potrzebuje odpocząć. Ale najlepiej jej się odpoczywa jak jeździ rowerem, albo biega. Wtedy głowa pusta, o niczym nie myśli. Bo tyle obowiązków i jeszcze dom, mąż, praca, pomoc córce, bo ona wie co to jest budować dom i mieć dwójkę małych dzieci, ona wie jak to jest nie mieć pomocy... 
I ona sobie nie wyobraża, żeby córce nie pomóc, żeby teściową się nie zaopiekować, żeby do ojca nie zajrzeć choć raz w tygodniu, żeby, żeby, żeby...
I tak malowała, cyzelowała ten obraz w teatrze dwóch widzów, czyli mnie i jej ( jej w podwójnej roli), aż w końcu przerwałam sztukę mówiąc:
- kochana, a wyobraź sobie siebie na kanapie, plackiem, nieumytą w szlafroku, olewającą męża, córkę, teściową, ojca, rower, makijaż, dietę, cały wizerunek szlachetnej, poświęcającej się kobiety, jaki z takim trudem kreujesz...
Igła akupunkturowa moich słów wbiła się celnie. Zamilkła.

Widziałam przepływającą złość, która została przełknięta do środka, widziałam dezorientację, przez chwilę cień rozpaczy w oczach, łzy, których nie poczuła, bo też by schowała. Opuściła ramiona, głowa i szyja się usztywniły, dolna szczęka opadła, bo chciała ugryźć, ale nie mogła.
Widziałam jak wszystko ukrywa, jak porządkuje, jak układa po staremu rozwalony domek z kart. 
Kiedy znów podniosła ramiona i zacisnęła szczęki, wiedziałam, że proces skończony.
Trwało to sekundy. Zbroja wróciła.
I wysyczała: ja sobie nie wyobrażam, jak można nie pomóc córce, jaka ze mnie byłaby matka...
 
Kiedy poszła, odpowiedziałam jej głośno: taka matka jak twoja własna...

Vasjen Katro

Może to jest taka planeta Wszechświecie, gdzie jednak trzeba sobie wyobrażać.
Może tutaj dostajesz wszystko, co sobie wyobrazisz.
Kiedy sobie nie wyobrażasz, to też dostajesz, tylko niewyobrażalne.
A niewyobrażalne, jest też prawdziwe...

Rozumiesz Wszechświecie?
Wszystko w twoich dłoniach....

unknown






Pozdrawiam Wszechświecie, przytulna kosmitka wyobrażająca, Prowincjonalna Bibliotekarka.







niedziela, 19 września 2021

TaDruga Wszechświecie...

 



I znów senna niedziela. 

Żyję bez planu, wszelkie plany, które wyprodukuje moja głowa, sabotuję od razu w momencie pojawienia myśli. Albo dwie myśli dalej. Jest we mnie TaDruga, to ona, nie ja. Ja jestem ta porządna, ogarnięta, wiem co mam robić, wiem jakie mam obowiązki, wiem, co dobre i co złe. 
TaDruga, to wichrzycielka, złośnica, marzycielka, czarownica, krytykantka, leniuch, cudna, wolna istota.

Kto pisze? Razem piszemy. Ona zagląda mi przez ramię i mówi: czekaj, napisz tak...
Czasem zabiera mi klawiaturę i pisze sama, czasem ja jej zabieram, bo pisze głupoty.

Ja jej mówię: czekaj, to musi mieć jakiś sens.
Ona mówi: ale sens jest we wszystkim...
Ja się upieram: ale jakiś porządek musi być.
A ona ripostuje: kobieto, chaos też jest jakimś porządkiem...
Schizofrenia :)


I ma rację... TaDruga.

Ostatnio poszłam na sesję rady miejskiej. Nie żebym chciała, musiałam zdać sprawozdanie. Teraz już mnie to tak nie stresuje jak parę lat temu. Nudzi raczej, robię występ i uciekam. Ale tym razem musiałam poczekać, aż burmistrz opowie co ma do opowiedzenia. I to było ciekawe jednak.

Nasza gmina ciągnie trzy ekologiczne projekty z Unii. Jeden to właśnie wycięcie naszego starego sadu i drzew wokół, zrobienie tam ścieżek rowerowych, siłowni, placu zabaw dla dzieci, założenie trawników, a na klombach posadzenie certyfikowanych roślin w ramach ochrony bioróżnorodności przyrodniczej. Dowiedziałam się, że wykonawca ma to gdzieś, dorwał chyba lepszą ofertę, lecą odsetki, trawnik jest nie do odebrania i trzeba będzie dochodzić w sądzie...Takżetak.

Drugi projekt unijny to wieża widokowa, którą za pół miliona wystawiono nad Bugiem. To też jest projekt ochronno-przyrodniczy. Z tej wieży ludzie i turyści mają oglądać nadbużańską przyrodę i ją kochać, i szanować. Ludziom się nie podoba, że wieża jest w najniższym punkcie Miasteczka i, że tak naprawdę nic nie widać, tylko Bug i jego brzegi. Burmistrz zgrabnie zripostował, że wieża jest do obserwacji PRZYRODY, a nie horyzontu. I faktycznie kilka drzew zasłania trochę, ale się je wytnie i będzie można lepiej tę przyrodę oglądać.

Trzeci projekt to ochrona siedlisk dzikiej zwierzyny i ptactwa. Zrobiono szeroką, wygodną kładkę na tzw. Wyspę. To kawałek ziemi, który starorzecze Bugu oddzieliło od brzegu. Na Wyspie są sarny, zające, lisy, mnóstwo różnego rodzaju ptaków i nie wiem co jeszcze. Kiedyś na niej wypasano krowy, teraz od wielu lat już nie, więc zdziczała. I tę dzikość będą mogli zobaczyć turyści wędrując wyłożonymi kostką ścieżkami. I oczywiście, co jest nadrzędne, ochroni się te miejsca lęgowe i siedliska. 
Wszystko jasne? 
Ktoś coś nie rozumie?
Chyba wszyscy zrozumieli, bo nawet nasz etatowy przeciwnik burmistrza, pogratulował mu doskonałych pomysłów.

Ta logika ekologiczna lekko mnie wbiła w krzesło. Ale TaDruga we mnie śmiała się tak dziko słuchając tego wszystkiego, że i  ja w końcu zaczęłam chichotać, dziko, w duszy...


Dziś na tyle Wszechświecie, bo my Obie idziemy porządkować szafę.
Zgodziłyśmy się, że to nadrzędna potrzeba jest. 
Bo idzie ZIMA.







Pozdrawiam Wszechświecie, twoja schizofreniczna, a kto wie czy nie posiadająca osobowość mnogą, Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 11 września 2021

Odpoczęłam Wszechświecie

 


Wreszcie ucichło...
Pół dnia drze się za oknem wodzirej na imprezie masowej zwanej Dniem Sąsiada. Oczywiście przez mikrofon, oczywiście za głośno. Uporczywe, dudniące pokrzykiwanie skrobie po mózgu i irytuje wyciągając na wierzch emocje, które niekoniecznie mam ochotę oglądać, mimo, że są...
Cisza jest miękka, gładka, otulająca. Słychać świerszcze. Pochrapywanie śpiącej suczki, stukanie klawiszy, cykanie zegara na ścianie.
Przez uchylone okno słyszę czasem spadające żołędzie: stuk, stuk...Toczą się po nowo położonych kostkowych chodnikach w miejscu mojego sadu.
Nadal nie ma we mnie zgody na tę zmianę...
Nadal czuję w sercu ciężar. Nadal złość czasem przesłoni oczy czerwienią, bo ona nadal łatwiejsza jest niż żal i rozpacz. 
Ale życie płynie. Więc płynę i ja. 


Po lipcowych upałach wyjechaliśmy z Miasteczka w szeroki świat. Miasteczko jest fajne, ale duszne, gdy się w nim siedzi dłużej. A ponieważ zjechały do nas hordy turystów, postanowiliśmy zasilić inne hordy w dolnośląskim. Letnie wędrówki ludów. 
I znów udało się zarezerwować pokój w Ślężańskim Młynie, tanio i z rewelacyjnymi śniadaniami.
Kiedy zobaczyłam przez okno samochodu Ślężę, poczułam ciepło w sercu.
Spojrzałam na męża, uśmiechał się...


Dolnośląskie jest tak ciekawe, że cały czas mamy co oglądać mimo trzeciego już pobytu. Tym razem zwiedzaliśmy miejsca popularne, rozrywkowe i zatłoczone. Chyba w ramach odczarowywania i czyszczenia programu "pandemia". Jak miło było widzieć długaśne kolejki ludzi do kas biletowych, bez maseczek, z jasnymi oczyma, śmiejących się. Mnóstwo dzieci rozrabiających, czasem marudzących, ale będących po prostu dziećmi. Tłumy chętnych do zobaczenia Afrykanarium we wrocławskim Zoo. Ogromnie mi się tam podobało. Mogłabym przy tych akwariach siedzieć godzinami. 



Kopalnia Złota, Japońskie ogrody, Świątynia Wang, Świątynie Pokoju, huta kolorowego szkła i cudne, po raz drugi, Arboretum w Wojsławicach na koniec. 
Pyszne jedzenie, spokojne picie kawy, łakocie i wieczorne sesje karciane w remika.
I sny, ale o tym kiedy indziej.







Wcale, wcale nie przeszkadzały mi tłumy, tak jak kiedyś. Jak widać, wszystko się zmienia. Potrzebowałam pobyć z ludźmi, popatrzeć na nich, pocieszyć się ich obecnością. Zobaczyć inne twarze niż na co dzień i poczuć jak płynie energia od nich do mnie, ode mnie do nich.
I wszystko było dobrze. 
Nikt nie interesował się czy my szczypnięci, maski gdzieniegdzie tylko trzeba włożyć, a i tak tylko na niby, bo wszyscy pod nosem nosili. Rozjeżdża się rzeczywistość medialna i rzeczywistość przy skórze, dobrze było sobie o tym przypomnieć. 
I zobaczyć, że ten rów między rzeczywistościami coraz szerszy.
Ludzie wracają do siebie. 
Układają sobie życie znów we własny sposób.
Jedyny jaki ma sens.


 Na koniec trochę zdjęć z Podlasia siostry Joanki, bo piękne, ma ona oko...









Pozdrawiam Wszechświecie,  Twoja wypoczęta turystka, Prowincjonalna Bibliotekarka.

niedziela, 8 sierpnia 2021

Całkiem zmyślone historie Wszechświecie

 

Dziś niedziela.
Leniwa jak leniwe kluski. 
Nic się nie chce.

Na dworze ulewy przeplatają się ze słońcem. Wszystko nasiąkło, wody pod dostatkiem. Zieleń jest żywa, szmaragdowa, mięsista. Przyroda korzysta z wody, słońca i ciepła w sposób szalony, rozpasany i całkowicie nieodpowiedzialny. Nie zastanawia się, co będzie jutro, dziś jest dziś. 
Drzewa nie siorbią pomalutku, ostrożnie racjonując i oszczędzając wodę. Biorą ile potrzebują.
Tak samo trawy, zioła, zboża. Tak samo zwierzęta. 
Widziałam nad strumykiem o poranku wiewiórkę. Zgrabnie pochylała się nad wodą, balansując puszystym ogonem i chłeptała wodę małym, różowym języczkiem. Pierwszy raz widziałam wiewiórkę pijącą wodę, stanęłam cichutko zachwycona.
Zieleń, strumyk, światło słońca i ruda wiewiórka, obraz jak z bajki.
Czy wiewiórka piła mniej, pamiętając zeszły rok, kiedy strumień prawie wysechł?
Czy po prostu piła tyle ile potrzebowała, by ugasić pragnienie?
Mądra czy głupia?


Skończyłam oglądać na Netflixsie serial "Ufo: odtajnione dokumenty". Spodziewałam się kolejnego głupiego, pseudonaukowego bełkotu pod publiczkę, ale SynNumerDwa powiedział: matka, obejrzyj, to coś innego.
I miał rację. Choć jest tam więcej pytań niż odpowiedzi, temat potraktowano zadziwiająco rzetelnie. Nawet wyjaśniono skąd się wzięło wyśmiewanie ludzi, którzy mieli kontakt, widzieli i mówili o tym. Podły mechanizm, ale skuteczny. Działa w każdej sytuacji. Teraz też i nie chodzi tylko o ufo.
Zawstydzanie, ośmieszanie, poniżanie, zastraszanie, szantaż...
A wszystko dla dobra narodu, bo ktoś uznał, że zwykli, maluczcy nie uniosą takiej wiedzy.
No i zarobić na technologii się chciało, tej co spadła z nieba...
Nic nowego, prawda Wszechświecie?
Podejrzewam, że  właśnie w tej chwili sporo osób przestaje czytać, papa :)

Skończyłam też czytać książkę Arkadija i Borysa Strugackich : Fale tłumią wiatr.
Dziwna sprawa z tą książką. Pamiętam, że pierwszy raz trafiła w moje ręce w podstawówce. Uwielbiałam science fiction już wtedy. Czytałam dużo, ale z tą nie potrafiłam sobie poradzić. Wydała mi się nuda i marudna. Zrezygnowałam po kilku kartkach i już. Powinnam zapomnieć, nie zainteresowała mnie. Ale jakoś pojawiała mi się w pamięci. Całkiem bez dania racji.
Ot tak znienacka. Fale tłumią wiatr...
Ostatnie tygodnie jakoś namolniej wpadała mi w oko w bibliotece. No stoi na półce. Oczy przyciąga. 
W końcu się poddałam. Zobaczmy, jak czterdzieści lat później wygląda sprawa z nudną książką.
No cóż, wsiąkłam. Wszystko przychodzi w odpowiednim czasie.


Otóż: Ludzie już od dawna podróżują po kosmosie, są częścią wspólnoty galaktycznej. Maksym Krammerer jest kierownikiem Wydziału Wydarzeń Nadzwyczajnych (WN) Komisji Kontroli (Komkonu). To wydział, który zajmuje się przewidywaniem i wyszukiwaniem różnych zagrożeń dla Ziemi oraz tworzeniem symulacji i wariantów jak mogą one się rozwinąć i jak można im przeciwdziałać. Jego pracownik Tojwo Głumow, kiedyś był Progresorem. Progresor to taki człowiek, który wyszukuje planety z cywilizacjami pierwotnym, ale z określonym już potencjałem do rozwoju. I za pomocą różnych narzędzi społeczno-psychologiczno- medycznych wpływa na  dzikie społeczeństwo, przesterowując je w kierunku najlepszego rozwoju. Tylko Tojwo po trzech latach rezygnuje, bo traci wiarę w sens tej pracy. I ląduje u Maksyma...
A Maksym orientuje się, że nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Zdaje się, że za Ziemię wziął się jakiś Progresor. Tylko, no cóż, mocno bardziej rozwinięty od Ziemian kosmita z supercywilizacji i nieuchwytny...jak cień, roboczo nazwany Wędrowcem. Maksym bardziej to czuje, niż ma dowody. Wszyscy wokół uśmiechają się półgębkiem, że Maksymowi ciut jakby dekielek urwało...

Jednak symulacja wypluta przez komputer mówi:
"...- ludzkość zostanie podzielona na dwie nierówne części;
- ludzkość zostanie podzielona na dwie nierówne części na podstawie nieznanych nam parametrów, przy czym mniejsza część w przyśpieszonym tempie i na zawsze prześcignie większą;
- ludzkość zostanie podzielona na dwie nierówne części na podstawie nieznanych nam parametrów, przy czym mniejsza część w przyśpieszonym tempie i na zawsze prześcignie większą, a dokona tego wola oraz sztuka cywilizacji zdecydowanie nam obcej."

Kiedy Maksym mówi o tym Tojwo, ten, jako były Progresor, uświadamia sobie jakie to niesie szersze skutki dla Ziemi.
"...Nikt nie twierdzi, że Wędrowcy chcą Ziemianom wyrządzić krzywdę. To rzeczywiście bardzo mało prawdopodobne. Boimy się czegoś innego, czegoś zupełnie innego! Boimy się, że zaczną tu tworzyć dobro, tak jak ONI je rozumieją!"
"Byłem Progresorem wszystkiego trzy lata, czyniłem dobro, tylko dobro i nic oprócz dobra, i o Boże- jakże mnie nienawidzili ci ludzie! i mieli absolutną rację. Dlatego, że przyszli bogowie nie pytając ich o pozwolenie. Nikt ich nie wzywał, a oni wdarli się i zaczęli czynić dobro. To dobro, które jest zawsze dobrem."
"Oni przyszli bez pytania, to po pierwsze. Oni przyszli potajemnie, to drugie. A więc zakładają, że wiedzą lepiej od nas, czego nam trzeba- po pierwsze, i z góry są przekonani, że albo ich nie zrozumiemy, albo ich cele będą dla nas nie do przyjęcia. Nie wiem jak ty, ale ja tego nie chcę.
Nie chcę!"

Mogłabym zakończyć na tym, wszystko zostało napisane już dawno. 
Wiele jest Całkiem Zmyślonych Historii na tym świecie.
Wiele wątków się toczy, wiele czeka na swój czas.
Tylko ta wiewiórka, głupia czy nie....?


PS. Drogi Wszechświecie jeszcze jedna myśl naszła, bo docierają do mnie pomruki burzy na świecie. Są tacy, co chcą przymusu w pewnych kwestiach. Tylko widzisz, jak raz przymus zostanie wprowadzony, to ni jak go potem wyhamować. I ci, co teraz go chcą, potem mogą go nie chcieć. Przy może czwartej, bądź fafnastej dawce, a może już przy trzeciej? A może przy kolejnej "pandemii", gdzie jedynym lekarstwem będzie obcięcie małego palca? Tak sobie zmyślam :)
Tylko kiedy stwierdzimy, że palca jednak nie oddamy, okaże się, że nie możemy już protestować. 
I tasak pójdzie w ruch...może znieczulą?
Ale to przecież Całkiem Zmyślona Historia....
Ups..




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka, bardzo przywiązana do swojego małego palca, a właściwie dwóch małych palców, a może i nawet czterech :)

piątek, 30 lipca 2021

Wszechświecie i Szuflandio ma...

 

Upał.
Męczący upał.

Poruszam się wolno. Powietrze zgęstniało. Czuję jak owija się wokół mnie, dotyka skóry wilgotnym, ciepłym liźnięciem. Przykre uczucie. Wpycha się do płuc, zalepia oskrzela, poddusza komórki łaknące tlenu. Wchodzę w tryb oszczędzania energii, wygaszam ekran, usypiam aplikacje, zapadam w letarg...
Przetrwanie...
Czyż nie to jest najważniejsze?
Nie wiem...

"Szuflado ma, kocham i uwielbiam cię, chociaż takiego dna  nie ma nigdzie na świecie!
Ciasnoty twej nie boimy się skutków. Miejsca, że hej! dla wszystkich krasnoludków!"


"Gdy wszystko dla ciebie za małe, za krótkie, swój rozmiar zmień i zostań krasnoludkiem!
Bo gdy się mało do podziału ma, zmniejsza się ludzi i muzyczka gra!"


"Małe jest piękne, każdy z nas to wie. Ale w szufladzie nastroje są duszne.
Gdy serce pęknie, to dlatego, że małe jest często jakże małoduszne!"


Duszne.
Mało.
MałoDuszne...


Nie masz wrażenia Wszechświecie, że wszystko już było?
Wszystko zostało napisane, zobaczone i przeżyte? Tylko czy zrozumiane?
No nic...

"A ty Profesor: siedź i knuj!"





PS. W ten link twoja decyzja wchodzisz na własną odpowiedzialność.
 Jest bardzo dużo niezbadanych skutków ubocznych tego kliknięcia. Nie musisz, możesz nie.
 Wolna wola :)
PS.2. Tekst na niebiesko: piosenka ze ścieżki dźwiękowej filmu Kingsajz. Każdy chyba słyszał, ale czy ktoś dokładnie posłuchał? Wykonanie oryginalne:Majka Jeżowska & Anna Jurksztowicz & Mieczysław Szcześniak, kompozytor: Krzesimir Dębski. Rok: 1987





Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja  zawsze, zmęczona, Prowincjonalna Bibliotekarka.


sobota, 10 lipca 2021

Taniec Różowych Słoni Wszechświecie.

 


Lato rozlewa się po okolicy.
Kiedy wychodzę rano z suczką trochę rozpaczliwie staram się poczuć ten poranny chłód na skórze. Zebrać go jak najwięcej w komórkach mojego ciała, zmagazynować na popołudniowe, kleiste i przypominające brodzenie w ciepłym żelu, godziny. 
Koty całe dnie przesypiają. Wychodzą dopiero późnym wieczorem.
I mnie kusi życie Dziecięcia Nocy.
Mrok, chłód rosy na policzkach i stopach, sen Miasteczka słyszalny w ciszy jak delikatny plusk rzeki płynącej spokojnie. Otwarte niebo z widokiem na Plejady. Godziny wytchnienia...
Ale nieuchronnie muszę, jak nurek, zanurzać się w codzienność.
Coraz większe ciśnienie, opuszczam się coraz niżej...
I coraz dłuższa droga powrotna. Nie ma co igrać z chorobą kesonową....

https://mydigitalsauce.com/

Wczoraj przyszła czytelniczka PaniE, która dość rzadko przychodzi. Ale systematycznie. 
Pogadanki w bibliotece koncentrują się teraz raczej na alfach, omegach i lambadach, bo to jest na tapecie medialnej. Ale tym razem usłyszałam historię inną.

Otóż w styczniu PaniE kładła się spać. To był dla niej trudny czas po śmierci mamy. Miała kłopoty ze snem, wiec kładła się późno. Mąż już spokojnie pochrapywał od dawna, a PaniE, zapaliwszy malutką lampkę, siedziała na łóżku bezmyślnie patrząc w mrok za oknem. Była godzina pierwsza. Dom PaniE jest ostatni na ulicy. Okno wychodzi na pola i łąki. Środek nocy.
PaniE widziała ciemność.
I nagle, w tej ciemności na wysokości oczu PaniE, lekko z lewej, pojawiły się dwa jarzące punkty, wielkości małego jabłka. W pierwszej chwili kobieta pomyślała, że to oczy zwierzaka, ale skonstatowała, że punkty świecą własnym, wewnętrznym światłem. Jasnym, białym. Z lekką otoczką żółci i pomarańczu.
Siedziała jak zaczarowana. Patrzyła na zjawisko próbując dociec: cóż za licho? Światełka znikły, pojawiły się, znów znikły, przesunęły się. Jedno znikło. Potem zapaliło się znów. 
PaniE czuła niepokój, zaciekawienie i niedowierzanie. Światła  jeszcze trochę poświeciły i znikły. PaniE podeszła do okna i starała się dojrzeć coś w ciemności. Ale nic już nie było. Jednak na wszelki wypadek zsunęła roletę. I długo nie mogła zasnąć.
PaniE wie, że ze mną można pogadać na takie tematy. Bo nie z każdym można.


Tymczasem w lutym moja mama z przerażoną miną powiedziała mi: Ania, coś dziwnego było w ogródku...
Obudziły ją o trzeciej w nocy odgłosy z ogródka. Jakby coś biegało, tupało. Jakieś koty warczały i ganiały się po ogródku. Za oknem ciemność, ale mama próbowała coś dojrzeć, bo myślała, że nasze koty biją się z cudzymi. Przed oknem rośnie wielki świerk i zasłania nasz dom od ulicy.
I mama wpatrując się w ciemność, i nasłuchując tego dziwnego warczenia zobaczyła nagle, jak spod świerku wystrzeliły promienie światła, jakby laserowego. Kolor biały. Ułożone jak wachlarz, w równych odstępach. Rozleciały się jak strzałki i znikły. Jakiś kot wrzasnął głośno i zapadła cisza. Kompletna cisza. 
Mama przerażona natychmiast opuściła roletę i wskoczyła do łóżka. 
Cisza trwała do rana, mama zasypiała i budziła się, ale już nie wyglądała. 
Rano wszystkie cztery koty przyszły na śniadanie całe i zdrowe.
Powiedziała mi: czasem lepiej nie wiedzieć...


I jeszcze jedna historia z życia. 
Moja ciotka mieszka na wsi podlaskiej. I ta wieś podlaska mocno w niej siedzi. Jesienią remontowali dach stodoły i wynajęli fachowca. Fachowiec starej daty, po sześćdziesiątce, przyjechał troszkę chory. Zasmarkany i trochę kaszlał. Ale wlazł na dach i przez dwa dni zrobił co należało i to dobrze. Ciotka go karmiła przez ten czas, z wujkiem po robocie sobie troszkę Kopnięcia łosia popili dla zdrowotności.
I fachowiec pojechał. Kilka dni później dowiedzieli się, że człek wylądował w szpitalu i umarł na jedyną, słuszną chorobę. No cóż, przestraszyli się trochę. Jeszcze bardziej się przestraszyli, gdy kilka dni później sami poczuli się źle. Gardło zaczęło boleć, katar się pojawił i gorączki trochę.
Udali się więc do przychodni w Bielsku Podlaskim, która o dziwo, przyjmowała cieleśnie, a nie wirtualnie. I tam usłyszeli: no chyba grypa, ale dobrze byłoby zrobić testy, bo trudno odróżnić.
Na to moja ciotka:
- żadnych testów! Pani nam da antybiotyk i leczymy grypę!
 Jak zrobię test i wyjdzie pozytywny, to ja na pewno umrę! 

Dostali antybiotyk. Wyzdrowieli dość szybko. Ament.
Ciotka mi zaimponowała znajomością własnych lęków...WOW!


Ostatnio czytałam o halucynacjach.
Halucynacje (omamy) (łac.: (h)al(l)ucinatio = majaczenie lub (h)al(l)ucinari = bredzić, majaczyć, śnić) – spostrzeżenia zmysłowe pojawiające się bez wystąpienia zewnętrznego bodźca. 
Znaczy: WIDZIMY CZEGO NIE MA.
Proste.

Ale jest też halucynacja odwrotna.
I to dopiero odkrycie, choć wszyscy znamy to z autopsji, tylko nie mamy o tym pojęcia, że to robimy.
Otóż: NIE WIDZIMY TEGO CO JEST...

Tu link dla zainteresowanych: halucynacja odwrotna

 I takie pytanie mi wyszło:
- skoro widzimy to czego nie ma i nie widzimy tego co jest, TO CO MY WIDZIMY?

Na koniec śliczna piosenka Klinczu.
Piosenka z mojej młodości.
Choć wydaje się nie na temat, jest jednak bardzo na temat Wszechświecie...




PS. Oddam jeszcze, że chyba, może, sama nie wiem, aferka u Jaskółki? spowodowała, że odwiedza mnie sporo więcej ludzi. Nagle wzrosły mi statystyki i tych nowych postów, i starych.
Tak sporo, po 200 odwiedzin dziennie nawet.
Jak na mnie to zawrót głowy :) Witajcie, nawet jeśli tylko przechodzicie :) Nawet jeśli jesteście mruczkami, co nie chcą gadać :)
Dzięki Jaskółko, to ogromnie fajne :)






Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zawsze, z miłością, różowa i halucynogenna Prowincjonalna Bibliotekarka.

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Kupa w biosferze Wszechświecie, kupa...

 


Biosfera
: (ekologia lasu, podstawowe pojęcia z zakresu ekologii), biosfera jest cienką warstwa na powierzchni Ziemi, w której występuje życie, obejmująca dolną warstwę atmosfery do wysokości około 10 km (troposfera), wszystkie wody do głębokości ponad 11 km (hydrosfera), łącznie z gorącymi źródłami o temperaturze > 100°C, oraz zewnętrzną warstwę skorupy ziemskiej (litosfera), do głębokości kilku kilometrów. Większość organizmów żywych oraz największe natężenie procesów życiowych koncentruje się jednak w cienkiej warstwie grubości rzędu 100 m, na powierzchni lądu, w glebie, wodzie rzek i jezior oraz w powierzchniowej warstwie wód oceanu. Biosfera stanowi globalny ekosystem, w którym w zamkniętych obiegach krążą pierwiastki. 
Warunki utrzymania stabilności biosfery nie są znane i stanowią przedmiot intensywnych badań.
źródło: encyklopedia leśna.

Tylko 100 metrów i warunki utrzymania stabilności nieznane, nadal...
Zastanawiające...

W pracy moja koleżanka nie daje się przekonać, by nie zaglądać do na portale informacyjne. Ciągle i ciągle grzebie w tym śmietniku i co raz przychodzi do mnie z obłędem w oczach, bo wyczytała jakieś hiobowe wieści, tak jak dzisiaj: 
- Ania na chwilkę weszłam, patrz co piszą, że w Rosji szczepienia obowiązkowe!
Spojrzałam na nią przyznam ze złością już, bo ileż można wiosłować w tym szambie? Pytanie retoryczne, można dłuuugo. Poszłam zobaczyć ten artykuł, choć chyba tego artykułem nazwać nie można. Czytam, że Putin się zastanawia nad przymusem szczepień ze względu na jakiś potworny wariant Delta. Zastanawia się...
A trzy zdania dalej, w tym samym "artykule", informacja, że szczepionki są mało skuteczne na ten przerażający wariant, objawiający się katarem, kaszlem i temperaturą. 
Co ja czytam? Popukałam się w trzecie oko, może nie działa? Bo ja zrozumiałam zupełnie coś innego niż koleżanka. 
Jednak poczułam; czytając ten bezsensowny zlepek domniemań, gdzie nawet nikt nie wysilił się na ukrycie tego, że pisze bzdury; poczułam lęk, a potem Złość.
Powiedziałam koleżance, że mam dość i niech do mnie z takim czymś już nie przychodzi. Mówię jej to już fafnasty raz, no cóż...do skutku trzeba.


Idąc do domu postanowiłam pójść na skróty. Koło Domu  Ludowego, z którego powodu wycięto i zdewastowano nasz sad. Resztki zieloności dają radę, ale nie ma wokół nas ogrodzenia, bo je rozwalono. I natknęłam się na TO...

To białe to chusteczki, służące do czynności higienicznych po wydaleniu kupy. Jacyś higieniści tu byli, niedaleko, parę metrów od naszego bloku, zrobili kupy i...

W miejscu, gdzie od lat stawałam w świetle słońca przefiltrowanym przez listki dzikiej jabłoni. Oddychałam tym światłem, czułam dobro, spokój, równowagę. Czułam, że ta fala rozpływa się po całym Miasteczku, leczy, uzdrawia, otula mnie i wszystkich. Kiedy zamknę oczy widzę nadal ścieżkę otuloną blaskiem, drzewa, których już nie ma, nasz kamienny krąg ogniskowy, moją ławeczkę do rozmów z Wszechświatem, dzikie tulipany, czerwoną różę w bukszpanie i bluszczu... 

I znów poczułam złość, wściekłość, bezradność...
Ścisnęło mnie za gardło, zaczęła boleć głowa. Poczułam, że się duszę, że niebo napiera na mnie jak szklany, niski sufit, że nie mam miejsca, nie mam przestrzeni. Nie mam tlenu...
Szybko poszłam do domu. W domu zrobiłam kilka ćwiczeń z rąbaniem drzewa, z zrzucaniem z pleców, wrzasnęłam kilka niecenzuralnych słów i wreszcie popłynęły łzy. Zapłakana położyłam się z suczką na łóżku i zasnęłam. Obudziłam się spokojniejsza. Emocje...

W moim rodzinnym domu nie było miejsca na emocje dzieci. Mama rozwiązywała sprawę jednym zdaniem: nie histeryzuj. Trzeba było udawać, że nic się nie dzieje. Rodzice mogli szarpać się, bić, wrzeszczeć, płakać, dzieci miały być cicho. Nauczyłam się tego tak wcześnie, że dopiero parę lat temu ogarnęłam, że mam jakieś emocje. Że mogę je czuć i w dodatku okazywać światu. I mieć w głębokim poważaniu co świat, czyli mama, o tym myśli.

W dodatku okazało się, że są drogowskazami, mogę im zaufać, co było dziwnym, bolesnym procesem. Z niedowierzaniem odkryłam, że mój lęk, złość, niepewność, smutek, mogą mi podpowiadać, że coś jest dla mnie niedobre. Że mogą mnie uczyć innego podejścia do życia, do zaopiekowania się sobą, zadbania o własne dobro. To robili moi rodzice, uwalniali emocje, dbali o siebie w ten dziwny sposób. Są inne sposoby, teraz już wiem.

Będąc nastolatką w pamiętniku pisałam: 
- nie mogę znieść tego gówna, czuję się cała brudna...

Kupa, wszędzie kupa.
Moja mama była i nadal jest mistrzynią w tworzeniu świata dla siebie. Wybiera z rzeczywistości to co jej pasuje, a reszty po prostu nie widzi. Kiedy coś jej nie pasuje, tak potrafi zmanipulować fakty i informacje, że zostaję z otwartą buzią, bo takiego zwrotu akcji w życiu bym nie wymyśliła..
Mogłaby pisać "artykuły" do wirtualnej.
Ale już dotarło do mnie: prawdy się nie odkrywa, prawdę się tworzy.
Dlatego każdy ma inną. 

Skutkiem życia w takiej a nie innej rodzinie jest to, że nienawidzę manipulacji i przymusu. 
Mimo, że przez pół życia używałam tych narzędzi, bo jak kto się nauczy, tak śpi i mruczy...
Myślałam, że inaczej nie można, nie uda się nic bez tego. Nikt mnie nie zauważa, muszę sama zdobyć to, czego potrzebuję. Nikt mi nic nie da dobrowolnie.
Byłam mistrzynią, uczyła mnie przecież mistrzyni.
I nadszedł dzień, kiedy mogę za to podziękować mamie. Bo mnie nauczyła jak stosować manipulację, przymus, wyparcie...i parę innych rzeczy.
A sobie mogę podziękować za to, że zauważyłam, że to robię, rozbroiłam ten granat i widzę, gdy ktoś próbuje mi wcisnąć kupę jako deserek. Nie ze mną te numery Bruner...

Mój lęk mówi do mnie, moja złość mówi do mnie, mój smutek do mnie mówi.
Słucham uważnie... 



To ja i moja siostra. Zadowolona wracam z biblioteki z torbą pełną książek.
Bałam się wtedy, że nie zdążę, bo kopaliśmy ziemniaki do późna na polu. Ale się udało.
Kiedyś książki były moim życiem. Alternatywne światy, w których uczyłam się czuć.
Płakać, śmiać się, bać się, poddawać, odpuszczać, walczyć, bronić siebie...
Dziś już nie potrzebuję do tego książek, mam tę MOC.

Zajmujemy na tej planecie tylko cieniutką warstwę biosfery, cieniusieńką. 
Jesteśmy całkowicie zależni do rzeczy, których nawet nie ogarniamy rozumem. 
Czasem kupa, to tylko kupa, pożywka dla bakterii, owadów, grzybów i pleśni...
I tyle.
A czasem nie...

 




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zawsze, tańcząca wśród kup, Prowincjonalna Bibliotekarka.