Obserwatorzy

sobota, 1 maja 2021

Pozycjonowanie Głupca Wszechświecie

 

Głupiec
To będzie dziwny post. 

Post nierealny, nieracjonalny, zamglony nieświadomym, otulony magią.
Jak zjawy we mgle, jak błyski słońca na wodzie, jak ulotny zapach, znajomy lecz nienazywalny, jednak przywodzący na myśl: DOM.

Czy magia jest z nami? Czy jest częścią nas? Co nazywamy magią? Co jest nauką, a co wcześniej było magią? Czasem nad tym się zastanawiam. Czy ja jestem magiczna? Czy wszyscy jesteśmy magiczni? Czy moja magia, moje wewnętrzne światło, ma zgodę we mnie na bycie?

Kiedyś odbyłam taką rozmowę z Mężem:
- Ania, ty jak walniesz komuś między oczy to strach się bać. Wiem, że widzisz więcej, rozumiesz więcej, ale czy to właśnie nie powoduje, że powinnaś zatrzymać dla siebie niektóre rzeczy? 
-Mężu, czasem po prostu muszę, bo się uduszę. Jestem sobą i nie zamierzam już trzymać mego światła pod korcem! 

I tyle. Albo AŻ tyle, bo pod korcem siedziałam i omal tam nie zapleśniałam.
Nie wracam.

Skupienie

Sny dwa przyszły.
Nie, nie ostatnio, dwa lata temu. Kiedy jeszcze była "normalność" jak niektórzy uważają. Ja nie, bo uważam, że normalności nie ma. Normy zmieniają się co chwila.
Więc: dwa lata temu...

Śnię, że jestem u mamy. Naprzeciw jest dom sąsiada. I szczeka pies. Ale szczeka rozpaczliwe, wyje, ujada, właśnie z podwórza sąsiada, Nic nie mogę zobaczyć, bo płot wysoki. Trzeba wejść na podwórze. Waham się, nie chcę konfrontacji z sąsiadem, to prymitywny gość. Ale piesio krzyczy o pomoc. Idę.
Wchodzę na podwórko, sąsiada nie widać. Obok domu stoi wielka stodoła i stamtąd słychać psa. Podchodzę i otwieram jedno skrzydło wielkich, drewnianych wrót. W środku jest ciemno, ale wpuszczam światło i widzę starego piesia, zwykły burek. Wielka, pusta stodoła, po środku leży piesio, wokół niego rozłożone mięsko, filety z kurczaków. Jednak on nie zwraca na to uwagi. Chce wyjść. Na mój widok podnosi się i wolno wychodzi na trawę.

Moją uwagę przyciąga jakiś dźwięk. Widzę, że pod stodołą jest jakby piwnica. Do piwnicy jest wąskie zejście , całe wycementowane. A na dole, przy drzwiach do piwnicy stoi buda. Do budy na łańcuchu przypięty jest szczeniak. Leży zwinięty na betonie, cały brudny i mokry. Znów się waham. Bo bardzo chcę go zabrać, ale nie chcę konfliktu z sąsiadem prymitywem. No i w domu spora gromadka, Mąż się ze mną rozwiedzie chyba. Ale szczeniak leży...
Stoję i myślę, a tymczasem stary piesio mija mnie i schodzi do budy. Staje obok małego i patrzy na mnie. 
I już wiem. 
To jego dom, ta buda, ten cement, te ściany po bokach, ten skrawek nieba widoczny nad budą, ten łańcuch. On się tu czuje bezpiecznie i dobrze. Przyzwyczaił się. Chce tu zostać.
Mogę zabrać małego. Odpinam łańcuch, burek nastawia łeb. Przypinam z głęboką wdzięcznością i zrozumieniem, choć jednak cień smutku przemyka.
Biorę szczeniaka na ręce, przytulam. Jest ciężki, ma spore, kłapciate łapy, wtula się we mnie.
I myślę: to będzie wielki pies...

Wolność

Sen drugi wyśnił dwa lata temu mój SynNumerDwa. Ten, który jako czterolatek na zadane niefrasobliwie i w żartach pytanie: synku, co jest najważniejsze na świecie?
Odpowiedział patrząc mi prosto w oczy: miłość mamusiu...

Napiszę jego słowami:
Byłem na wakacjach i wracam do Miasteczka. Widzę mnóstwo ludzi na ulicach, podjaranych, rozmawiających o Obcych, którzy wylądowali na całej ziemi. Obcy są piękni, przyjaźni, rozmawiają z ludźmi, obiecują pomoc. W Miasteczku też są. Nie podoba mi się. Zbyt to wszystko piękne jest. Znajomi mnie nakłaniają bym poszedł do tych cudnych kosmitów, bo oni ustawili takie specjalne namioty medyczne i leczą ludzi ze wszystkiego. Podają leki, robią zabiegi, leczą wszystko. Pomagają wszystkim. I są tacy dobrzy. A ja czuję, że to wszystko ściema i manipulacja. Ale idę, zobaczę, sam się przekonam. I widzę, że oni są piękni, ale widzę też jak manipulują ludźmi, jak kłamią, jak hipnotyzują, to takie oczywiste. I strasznie się dziwię, że ludzie stoją w kolejkach do tych namiotów i, że nie widzą tego całego szajsu. 
Niestety matka, ty też dałaś się omamić w moim śnie.

Dwa lata temu wyśniony sen. Ciągle go Syn pamięta, choć wtedy nie było wcale powodów do pamiętania. Można go było wsunąć do szufladki: za dużo science fiction na Netflixie.

Koło fortuny

Wiosna obudziła we mnie chęć działania. Mimo zniszczeń w sadzie, na kawałeczkach trawy które zostały, pojawiły się dzikie tulipany. Nie dają się. Czeremcha pod oknem tylko czeka by wybuchnąć. Gawrony karmią dzieciuki i nie przejmują się wariactwem w krainie ludzi. 
Pojechałam na malowanie intuicyjne. 
Cudna sprawa. Spotkanie z ludźmi, dobre emocje, kolor, bliskość, magia grupy....
Każdy potrzebuje.
I kiedy nauczycielka wprowadziła nas w stan relaksu, pomogła wejść w siebie bardziej, otworzyć  się na Wszechświat, zobaczyłam to: 

A teraz wróćmy do pierwszego zdjęcia na samej górze.

Cudna karta: Głupiec tarotowy.
Zadałam pytanie: co teraz?
Ano Głupiec.

"Głupiec symbolizuje początek podróży i wewnętrzne dziecko, które kryje w sobie każdy człowiek. Jest przepełniony entuzjazmem, bawi się czasem i przestrzenią. Jednocześnie nie jest świadomy swojego położenia i potencjalnych zagrożeń, które może mu przynieść rozpoczynająca się wędrówka. Głupiec jest wszystkim i jest niczym, jest pustką i nieskończonością. Jest zapowiedzią czegoś nowego, ruchu i rozwoju. Sam sobą nie przedstawia żadnej wartości, lecz nosi w sobie potencjał do stworzenia wszystkiego. Jest impulsem, pociągającym za sobą zmiany, jakie nastąpią w człowieku i otaczającym go świecie. Głupiec jest bohaterem, który prowadzi przez tajemnice." cytat pochodzi ze strony: blog.otylia.pl
Traktuję karty intuicyjnie, podoba mi się Głupiec. 
Ma swoją laskę do podparcia, w ręce klejnot z własnym światłem i ufa, choć spada... 

Więc jeszcze na koniec wyciągnijmy jedną kartę Wszechświecie.
Dla mnie i wszystkich, którzy dotarli do końca nierealnego postu...

Królowa Różdżek

I cóż zobaczyliście...?
Pierwsza myśl i skojarzenie....


PS. Karty wybrały się same do tego postu. Kiedy nie spodobało mi się koło fortuny, przetasowałam jeszcze raz i...wyciągnęłam znów koło fortuny.
No cóż, z Wszechświatem nie ma co się kłócić ;)



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja nierealna Prowincjonalna Bibliotekarka, polecająca serial Nierealne na Netflixie :)







 


sobota, 17 kwietnia 2021

Święty Michał Miecz Boży, Wszechświecie

Nawrzeszczałam na Pana z Pieskiem, Wszechświecie.

Bardzo nawrzeszczałam.

A zaczęło się w lutym, kiedy dotarła do nas hiobowa wieść. Nasz Sad będzie wycięty, by mogły tam powstać ścieżki, klomby, plac zabaw dla dzieci i siłownia na wolnym powietrzu (trzecie już takie miejsce w mieście emerytów). Dotarła do nas cywilizacja w jej najbardziej siermiężnym wydaniu.
Z piłami, buldożerami i spychaczami, ludźmi w pomarańczowych ubrankach, z których każdy był dużo młodszy od wycinanych drzew.

Sad nigdy nie był mój. Był gminny. Ale od dawna nikt się nim nie przejmował. Weterynarz, który go założył w latach 50-tych, oraz nasadził mnóstwo innych drzew nie tylko owocowych, zmarł 20 lat temu. Przez te 20 lat Sadem zajmował się mój Mąż. Pozwalając mu żyć jak chciał, lekko tylko ogarniając przestrzeń dla ludzi. Sad się odwdzięczał, trzymał wodę i chłód w coraz gorętsze lata, osłaniał przed hałasem i spalinami drogi krajowej, która jest niedaleko. Dawał owoce, lśnił rosą o poranku, wyciszał nerwy szumem drzew. Kiedy leżałam na hamaku widziałam nad sobą zieloną, mieniącą się kopułę...
Energia spokojnie przepływała, wszechobecna, czuła i harmonijna...


Miałam też pewność, że Dobro tego miejsca rozlewa się dalej, na Miasteczko. Że zielona, zdrowa energia zasila wszystkich mieszkańców. Otula, łagodzi i uspokaja.

I nagle wszystko znika.
Dźwięk pił za oknem całymi dniami. Drzewa dostały numery skazańców. To najukochańsze też.
To, które rosło z moimi dziećmi, które widziało wszystkie nasze ogniska rozpalane wieczorami, to, do którego przytulałam się, gdy było bardzo źle. To, które miało mocne, zdrowe korzenie...
Bezsilność...
Mój przecudny Sad...



Teraz wygląda tak...
Moje najukochańsze...

Kolejka do wycinki...


A "prace" postępują....


Tylko po to, by zalać asfaltem, wyłożyć kostką, postawić kilka ławek w pełnym słońcu, bo drzewa przecież nie potrzebne. Gubią liście, trzeba sprzątać, może komuś gałąź spaść na głowę, wichura może je połamać. No cóż, ja wolałam spacerować zieloną ścieżką...
Będą roślinki w gazonach, "certyfikowane" krzaczki kupione w ogrodniczym.
Egoistka. Ludzie wolą cywilizację. 
I żeby wszystko było jasne, to jest projekt za pieniądze UE, w celu zachowania BIORÓŻNORODNOŚCI na terenach....
Ciężka ironia.

I tak mnie męczyło, od lutego. Na różne sposoby starałam się sobie pomóc. Płakałam, tłumaczyłam, wypierałam, ogarniała mnie wściekłość.
Rozsądek mówił: nie możesz się z koniem kopać, nie twoje, odpuść...
A Serce: boli, tak nie można, bosze, weź spuść bombę na tych idiotów!

Kilka dni temu, wyszłam na spacer z suczką, po tym pobojowisku. I szedł Pan z Pieskiem.
I poczułam taką złość do Pana:
-czego tu łazi nam pod oknami, teraz wszyscy będą plątać się jak po swoim, już ktoś wykopał kwiatki z ogrodu, złodziej jeden, a ten łazi, czy ja chodzę do jego ogrodu, włażę na jego podwórko!?
I ja to wszystko do Pana z Pieskiem wykrzyczałam i jeszcze więcej...
Pan mi odburknął coś, ale nie słuchałam. Odwróciłam się i poszłam do domu. Cała roztrzęsiona.

W domu, zapłakana, stanęłam pochylona, oparłam ręce o uda i stałam tak długo, czując wszystko, co kotłowało się we mnie. Rozpacz, złość, żal, żałoba, bezsilność...

Następnego dnia rano szłam do pracy. I nagle, naprzeciw mnie zobaczyłam idącego Pana z Pieskiem.
Ni jak uciec. Bo zrobiło mi się wstyd. Może nie rozpozna? Mamy maski. Nie patrzyłam na nich, gdy ich mijałam. Ale Piesek mnie rozpoznał. Zaczął na mnie bardzo szczekać.
I zrobiło mi się okropnie, poczułam przykrość ogromną, bo przecież ja do Pieska nic nie mam, mnie wszystkie pieski lubią...


Jakiś czas temu musiałam pójść z Mężem na mszę za Teścia - ludzie wykupują te msze jak dzicy.
A Teść, z tego co czuję, ma się teraz świetnie. No dobra, ale to taka planeta. Poszłam.
W sumie lubię ten kościół, można posiedzieć, powspominać, popatrzeć na ludzi covidowych. Może być ciekawie. Msza była spokojna, siostra sercanka grała na organach i śpiewała głosem słodkim jak karmelek. Niespodzianką była litania do Józefa. Słuchałam, zastanawiając się któż to wymyślił.
Bo jakoś nigdy nie wsłuchiwałam się w słowa Wszechświecie, a teraz posłuchałam...
Siostra zaśpiewała jeszcze coś słodziuśkiego i kiedy myślałam, że już koniec, zaległa dość ciężka cisza.
Zrobiło się ciemniej. I jakby na dany znak, wszyscy razem zaczęli mówić. 
Jednym głosem, niskim, wibrującym, dziwnie odbijającym się od wysokich ścian  naw kościoła.
Mroczne murmurando....

...Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, Szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą,
mocą Bożą strąć do piekła...

Hieronim Bosch- Sąd ostateczny

Aż przeszły po mnie dreszcze...
Aż zawibrowało w środku złą radością. Pociągnęło...

O żesz ty, Mieczu Boży, Archaniele Michale, Wodzu Wojska Niebieskiego....
Okaż miłosierdzie i udaj głuchego...












Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja pobożna bardzo, Prowincjonalna Bibliotekarka.


środa, 7 kwietnia 2021

Zabójstwo na zlecenie Wszechświecie

 

Agatha Christie mówiła: 
"Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję, zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie."

Nie wiem kiedy w mojej głowie powstała ta czarna, smolista myśl, może i przy zmywaniu...

 
Na początku, wiosną zeszłego roku, kiedy kolegaW zaistniał, przestraszyłam się jak wszyscy. Mąż i Syn byli strażakami, musieli robić co do nich należało. W sklepach strach, na dworze strach, ludzie odskakiwali od siebie jak zające. Człek spać nie mógł, wszystko spowite było szaroburym woalem paniki i przerażenia. I jeszcze dodatkowo Mama. Godzinę jazdy od nas, sama w domu, też przerażona.
Tu był dość duży kłopot, bo Mama na starość zrobiła się pisowska do nieprzytomności i szczerze wierząca w przekaz TVP1. Siedziała, oglądała i świrowała. Dzwoniła do mnie prawie co dzień, niby zapytać co u nas, ale tak naprawdę, by uzyskać wsparcie dla siebie. No cóż, wspierałam. Po dołożeniu słuchawki byłam zmęczona jak po biegu maratońskim.
Tak to jest, gdy tłumisz swoje własne uczucia, na rzecz tzw. więzi rodzinnych....

A czarna myśl się wykluwała...
Na początku przekaz rządu: kochasz rodziców, nie odwiedzaj ich, izoluj; wydał się zbawieniem.
Wolne weekendy! Żadnego kopania ogródka, grabienia, zakupów (sąsiadka mamie robiła), upierdliwych pogaduszek przy herbacie, listy zadań dla Męża. Super! To było fajne nawet. Ale Mama coraz bardziej popadała w nerwicę i paranoję z samotności, coraz trudniejsze były rozmowy. Kiedy dzwonił telefon wieczorem, dostawałam drgawek ze złości. 
-Co u was? I nie słuchała, tylko zaczynała swoje: popatrz co się porobiło i leciała TVP1.

Ile zniesie dobra córka?
Dobra córka zniesie wszystko!
A ile zniesie zła córka?
Zła córka wymyśli jak się pozbyć matki. 
Zła córka wkręci w to też swoje Siostry, bo nas trzy jest. I Męża, i synów, i partnera Siostry Najmłodszej, bo on jest patologiem, ma certyfikat i jeździ stwierdzać zgony na kwarantannach. 
Doskonale im nas więcej, tym lepiej.
Zła, czarna, smolista myśl wydała podłe, paskudne owoce...

Zadzwoniłam do Mamy i powiedziałam, że jeśli chce, zaczniemy ją odwiedzać. Bo i tak trzeba narąbać drzewa do kuchni, pomóc przy ogródku, zrobić kilka rzeczy na podwórku. A ponieważ nie wiadomo kiedy się kolegaW skończy, może być tak, że nie zobaczymy się nawet do jesieni, może dłużej, a ona ma 73 lata i siły już marne. Przebiegle Wszechświecie, co? Ja mam czyste ręce.
Mama nie namyślała się długo, bo lęk wyssał z niej już resztki zdrowego rozsądku. Zamiast powiedzieć: NIE, bo mi zagrażacie, zgodziła się. Zero instynktu samozachowawczego. Bardzo dobrze.
Mało tego, kiedy przyjechaliśmy zrobiła obiad i herbatkę, i posiedzieliśmy przy jednym stole, bez maseczek i rękawiczek. Znakomicie.
Moje dwie Siostry też zaczęły ją odwiedzać...
Podłość nasza rosła i rosła...
Pojechaliśmy do niej  przed 1 listopada, na Boże Narodzenie, teraz na Wielkanoc. Podobno wtedy kolegaW najgorszy. I tak czekamy, czekamy, a tu nic.
Rodzicielka rozkwitła, uspokoiła się, dłubie w ogródku, chodzi na spacery z psami. Nawet nie kichnęła.
A tak chciałam zamordować Matkę...
Trzy morderczynie, ja i moje Siostry...

KolegaW się nie wywiązał.
No cóż, dobrze, że choć telefon odpoczywa...

 W sumie nie traćmy nadziei, wszystko sprzyja morderczyniom, takim jak my. Jeśli starsza pani zaniemoże, wzywamy karetkę, karetka wiezie na covidowy (nieważne, wylew czy serce, wsio trafia na covidowy teraz). Tam odwiedzin nie ma pod żadnym pozorem, jakie to wygodne, złe córki to doceniają.
Mojej koleżance lekarz z covidowego powiedział: wie pani, chorzy wchodzą do nas na nogach, a wychodzą nogami do przodu. Jest nadzieja... 
A my możemy szlochać, opowiadać jakie to okropne i jak nam ciężko. Idealne alibi.

Więc jeździmy, pijemy herbatki, jemy obiady, przytulamy się.
Złe córki, ponure żniwiarki, morderczynie...


PS. Milutka ma się ciut lepiej, apetyt jest i wkurza się na wszystkich. I nie ma bata, zawsze czołga się do tej kuwety, która jest dalej ;)




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja brzydka, okrutna i zła, Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 3 kwietnia 2021

Nie ma mocnych Wszechświecie

 


Drogi Wszechświecie, nic nie poradzę, ciężkie terminy naszły...
A na to, tylko czas jest panaceum.

Wokół domu piły, siekiery, buldożery niszczą sad. 

I boli.

Ale bardziej boli Milutka. 
Milutka kotkiem naszym jest, najstarsza, ma dziesięć lat. Zwykła, biało/bura, okrąglutka koteczka. Jednak w domu nikt jej nie lekceważy, każdy jej z drogi schodzi, bo Milutka charakter ma  mocny i ostry tak, jak jej pazurek. Oraz spojrzenie. Prowadzi życie niezależne, jak Włóczykij z Doliny Muminków. Przychodzi kiedy chce, wychodzi kiedy chce. 
I przedwczoraj wróciła, ale poturbowana. Nie wiem jak dotarła na schody, bo nie chodzi. Musiała się czołgać. Dzielna kotunia...
Ma pękniętą miednicę i zerwane ścięgna w stawie kolanowym prawej łapy. Weterynarz powiedziała, że rekonwalescencja będzie długa. 

Zmartwienia mnie opadły, za oknem warczenie pił i koparek, w domu Milutka czołgająca się uparcie do kuwety w  łazience, choć postawiłam jej drugą, bliziutko, w pokoju SynaNumer Dwa, który sobie wybrała na chorowanie. Uparta jak zwykle. 
Nie pomagaj, nie ruszaj, sama dojdę...
Moje alter ego, mój kawałek w Milutce.

Na FB wspieram całą mocą GosięAnkę, która walczy o Bajeczkę.

I dzisiaj idąc z suczką na wieczorny spacer, popatrzyłam na gwiaździste niebo...
Tyle gwiazd, tyle mrugających do mnie punkcików. 

Nie jestem sama. 

Więc mam prośbę Wszechświecie.
Kiedy tu zajrzysz, poślij proszę jedną, dobrą, ciepłą, miłą, puchatą myśl koteczce z Podlasia, Milutce. 
Jedna magiczna myśl wystarczy. 
I magia się zadzieje....


PS1. Olu, dziękuję jeszcze raz.

PS2. Star, dziękuję, twoje słowa wpadły mi do serca :)

PS3. Marytko, ja też się martwiłam, że się nie odzywasz. Ola mi powiedziała, że jest ok, więc mi ulżyło.




Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja niemocna, ale nie sama, Prowincjonalna Bibliotekarka.




sobota, 20 marca 2021

Rozmowy z Jaszczurami Wszechświecie

 

Zainspirował mnie post Jotki
Jaszczury z czipami

Musiałam trochę pogłówkować, trochę poczytać co inni mają do powiedzenia, rozejrzeć się wokół. Musiałam też trochę oberwać, bo kiedy napisałam u Jotki, że jednak rzeczywistość nie jest tak prosta jak w telewizji, że są rzeczy niejasne i dziwne, i w dodatku ja je widuję, to zaproponowano mi lekarza i zbadanie dogłębne głowy. 
Kiedyś bym może i na to poszła, ale wtedy byłam gdzie indziej. W jakimś równoległym świecie, gdzie wszystko było jednoliniowe, proste, ograniczone do jednego wątku. Jak górska rzeka, którą zmuszono do płynięcia w betonowym korycie. Nauczono mnie tego. Myślałam, że tak właśnie ma wyglądać moje życie. Nie byłam szczęśliwa, raczej zrezygnowana. 

Tak jak większość z nas teraz...

Spróbowałam od poprzedniej wiosny kilku podejść do sytuacji z kolegąW. Od strachu, paniki, wyparcia, rezygnacji, niezgody, złości, gniewu, obwiniania, do jakiejś takiej szerszej zgody i odpuszczenia. W temacie kolegiW.  Bo w temacie tego, co wokół niego się dzieje, to jeszcze nie doszłam do zgody. 
Rozumiem, że mogę zachorować, chorowałam ostatnio dużo na inne rzeczy. Wirusy były, będą. Tu nie mam problemu. Życie na tej planecie ma swoje prawa. Ale to co dzieje się wokół kolegiW, to zupełnie inna para kaloszy.
I wcale mnie nie dziwią ludzie, którzy uważają, że Reptilianie (znaczy Jaszczury vel Gady) postanowiły z nami zrobić dziwny eksperyment.

Bo to jedno z wytłumaczeń dlaczego wszyscy zwariowaliśmy.  I śmiem twierdzić, że ci, co zwalają winę na Jaszczury, mogą widzieć więcej...

Jak? Proste. Szukają wyjaśnień dla paranoi wokół. Nie akceptują jej. To trudne do pojęcia, bo większość uważa ich za paranoików, HA!
Ale oni przynajmniej szukają, zastanawiają się, kombinują, myślą niestereotypowo. A to naprawdę wymaga odwagi, bo wszak stają naprzeciw całej racjonalnej, naukowej, wyspecjalizowanej mądrości naszego świata. Która, przecież po wielokroć udowodniała, że czasem bardzo nie bywa mądrością ;)
Ale przymknijmy na to oko, tak łatwiej...

Popatrzyłam wokół siebie...

Maż był na pogrzebie pod Wrocławiem. Zmarł emerytowany strażak, 83-letni, pełen wigoru, dobry człek. Nie chorował, zdrów był. Przyjął dwie dawki szczepionki. Po drugiej źle się poczuł, wylądował na oddziale płucnym i szybciutko umarł. Diagnoza: kolegaW.
Smutna okazja, ale mąż stwierdził, że właściwie był to wyjazd miły. Spotkał kolegów i zrozumiał, jak bardzo mu brakuje tych spotkań strażackich, sportów strażackich, ćwiczeń z drużynami. Więc wyjazd był oświecający na wielu płaszczyznach.

Starsza pani, mieszkająca sama, terminalny stan nowotworu. Poczuła się źle, trzeba było ściągnąć płyn z brzucha. Zabrano ją do szpitala, a tam zaszczepiono od kolegiW, przy okazji. Po dwóch dniach pani zmarła. Lekarz tłumaczył, że pacjentka martwiła się, że nie zaszczepiła się w tym roku na grypę, to zamiennie zaszczepiono ją na kolegęW. Rodzina machnęła ręką, po co więcej kłopotów. Terminalny stan raka, ale powód śmierci wpisano: kolegaW.

Kolega mojego męża, ratownik medyczny jeżdżący karetką, siedzi zły jak osa. Mąż go pyta: co się stało? Chłopak chwilę milczy i odpowiada:
- Ku..*, ja pie...*, na żywca to robią! Nie ma żadnych objawów, a lekarz wpisuje c19. No nie wytrzymałem, zapytałem czemu?, a on do mnie: masz z tym problem?

Koleżanka, nauczycielka w zerówce, mówi, że dzieci same bardzo pilnują dezynfekcji rąk. Wręcz obsesyjnie niektóre. To czasem już przypomina zaburzenia obsesyjno-kompulsywne inaczej OCD. 

Mój czytelnik mnie informuje, że miał kolegęW, żona przyniosła z pracy, kwarantanna, policja, te rzeczy. Pytam, czy miał duszności. Nie miał, ale bardzo go noga bolała. Test potwierdził kolegęW.

Inny kolega męża ma kłopot. Jego syn 5-letni musi być na kwarantannie, bo w przedszkolu jakaś pani zachorowała. Trudna sprawa, bo z dzieciakiem nie ma kto zostać. Według sanepidu rodzice nie muszą się kwarantannować. I kicha, nie ma zwolnienia, trzeba brać babcię do pilnowania :)

W naszej przychodni kilka pielęgniarek nie chciało się szczepić. Lekarz, który je zatrudnia, zagroził poważnymi konsekwencjami, ze zwolnieniem włącznie. O pracę u nas ciężko, jedna jest samotną matką. Mobbing mobbingiem, a płacić rachunki trzeba. Zaszczepione.
Choć wiedzą, że jeśli coś się stanie z powodu szczepionki, zostaną same. Nikt im nie pomoże. Na pewno nie ten lekarz, który je zmusił. On ma papier, gdzie one podpisały, że rozumieją i się zgadzają.

U kogoś na blogu przeczytałam, że dla niedowiarków i foliarzy należy życzyć, by zachorowali na kolegęW i to ciężko. Wtedy zrozumieją. 

Bałabym się wysyłać takie życzenia w świat jednak.
Bo mogą jak bumerang wrócić. 
Moje czasem wracały i bolało ;)

Więc jeśli chodzi o Jaszczury. W sumie lepiej, żeby to one nam zrobiły.
W jakiś dziwny sposób kontrolowały nasze umysłu, wywierały presję, straszyły, byśmy wszyscy robili sobie i innym okropne rzeczy.
To jest jednak łatwiejsze do przełknięcia, niż gdybyśmy sobie sami to wszystko zrobili....

A tu bardzo ciekawa relacja, bo jednak nie wszystko wiemy i dobrze, jest ciekawiej...
Tajemnicze zjawisko




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja reptiliolożka, Prowincjonalna Bibliotekarka.

poniedziałek, 8 marca 2021

Kaganek i kaganiec Wszechświecie


Moja czytelniczka, PrawdziwaPolka, wreszcie zaczęła wychodzić z domu.
KolegaWirus tak mocno  ją wylogował z rzeczywistości mojej, że w zeszłym maju wziąwszy trzy tomy Jasienicy, znikła. PrawdziwaPolka jest emerytowaną pielęgniarką, można by powiedzieć, że jako medyczna, wie lepiej. No tak nie do końca...
Pojawiła się niedawno, zamaskowana, zlała się płynem odkażającym i z rękoma w górze, jak chirurg przystępujący do operacji, udała się na poszukiwania między regały, oczywiście dział: historia. Od dawna nie polecam jej nic, bo nie trafiałam zupełnie. Brała książki dwoma palcami, zdenerwowana, mimo zapewnień o kwarantannie książek. W końcu jakoś wybrała sobie trzy, wyjęłam karty, poszła.

Zdziwiłam się widząc ją dwa dni później, ale wrzuciła tylko jedną książkę do pudełka "zwroty" i powiedziała:
- ja ją zwracam, nie zauważyłam, że to jest z "Biblioteczki Wyborczej", nawet jej nie będę otwierała...
Włożyła w wypowiedź sporo złości, okręciła się na pięcie i poszła.
Dlatego nic jej nie polecam, złość powinna trafiać we właściwego adresata, w tym wypadku w nią samą.


Mam KoleżankęJolę (pozdrawiam :) literaturofilkę. Uwielbia czytać, uwielbia rozmawiać o książkach, uwielbia szukać książek. Oddaje się tej pasji namiętnie i z wielkim zapałem. Myślę, że trochę ją zawodzę, bo  jako bibliotekarka powinnam tak samo pasjonować się literaturą. A ja jakoś nie.
Czytam teraz mniej niż kiedyś. Zmieniły się moje gusta czytelnicze. Przestałam zupełnie czytać książki z tzw. wyżej półki, nie chcę już wielkich dramatów pisanych wspaniałym  językiem. Nie dla mnie Myśliwski, Tokarczuk, Lunde. Czytam lekkie, przyjemne rzeczy. Czytam też o poznawaniu siebie, o innych warstwach rzeczywistości, rzeczy, po które nie sięgnęłabym kiedyś. Nawet nie poczułam kiedy to się zmieniło, a przyszło tak naturalnie...

Wraz z tym przyszło też zrozumienie, że każda książka jest ważna. Każda, najgłupszy Harlequin też. Nawet w tych słodkich jak ulepek historiach, są rzeczy potrzebne. Czułe pocałunki, drinki na plażach, książę na białym koniu ratujący z opresji, cudne uczucie spokoju, oddania kontroli, bezpieczeństwa i zaopiekowania. Przez chwilę to mamy w sobie, w sercu...cukierkowa chwila w potoku męczącego, przebodźcowanego życia. Prawdziwa, bo w nas.

Kiedy wprowadzono pierwsze zamknięcie, rok temu, po ogarnięciu strachu odkryłam, że czuję ulgę. Trudno było to wyłapać w emocjach i zdarzeniach, ale byłam wtedy na grupie powarsztatowej z neuroświadomości na FB. Rozmawialiśmy tam sobie, wspierając się i dalej pracując z mikroneuro ćwiczeniami. Ludzie zaczęli mówić o dziwnej uldze jaką czują z powodu niechodzenia do pracy, z powodu bycia w domu, robienia tego, na co mają ochotę. Mimo strachu i zamieszania cieszyli się, że mogą spać ile chcą, że mogą malować, czytać, albo leżeć na kanapie i nic nie robić. Ulga ta pomieszana z poczuciem winy, wstydem, lękiem, zdziwieniem i ogólnym bałaganem z zewnątrz, naprawdę była jakby nie na miejscu. Ale BYŁA.
Prowadzący grupę Oleg, sam lekko zdziwiony, powiedział wtedy, by się przyjrzeć, do czego wcześniej zmuszaliśmy siebie. Jakie przekonania nas napędzały. Jakie sobie stawialiśmy poprzeczki, co robiliśmy sami sobie, że teraz, kiedy nas zmuszono do odpuszczenia wszystkiego, nagle czujemy poluzowanie smyczy, na której sami się prowadzaliśmy i pozwalaliśmy się prowadzać innym.


Ciekawe doświadczenie. Ogromnie odkrywcze jak dla mnie. Bo okazało się, że ja spędziłam na kanapie około 5 miesięcy. Z powodu kręgosłupa zimą, a jesienią z powodu operacji. Nigdy nie miałam tyle wolnego. I dodatku mogłam bez poczucia winy, bo na serio byłam chora. Wtedy inaczej nie umiałam.
Wszechświat mi to dał w prezencie, o czym już pisałam.

Zostawiłam sobie z tego okresu sporo, zwłaszcza kanapę, poczucie wolności w wyborach czy umyć talerze, czy obejrzeć Bones. Przyjemny tumiwisizm w wielu sprawach dotyczących pracy, polityki, pandemii, dramatów dziejących się 2000 tyś kilometrów stąd, jak i tych obok. Nie ma to jak kontekst. Leżałam na kanapie, a świat i tak, beze mnie, grał dalej w swoje gry.
Okropne prawda?
Ale jakie wygodne:)

Jednak...
Mam wrażenie, że większość ludzi nie doszła do tego. Owszem, poczuli ową wstydliwą ulgę, ale pomylili się w ocenie skąd ona. Powiązali to z maseczkami, dezynfekcją, dystansem, szczepionkami. Ogólną narracją walki z KolegąW. Wspaniały pretekst by siedzieć w domu, nie oglądać ludzi, bo i tak się ich nie lubiło, pracować zdalnie bez oglądania nielubianego szefa i tej zołzy z sąsiedniego biurka. A w dodatku cała rodzina na kupie. Moja suczka bardzo lubi kiedy siedzimy wszyscy razem, a ona może ogarniać całą sforę. Kontrola podstawą zaufania, czy jakoś tak...
I tak walczymy z niewidocznym, bo widoczne nie miałoby tej siły.

Składam powoli do kupy to nowe doświadczenie. Uważnie patrzę, czego potrzebują moi czytelnicy w bibliotece. W jakie krainy chcą się udać, by uciec z rzeczywistości. Nie wiedzą, że te książkowe krainy, które ich przyciągają, pokazują im ich prawdziwe uczucia, te, które skrzętnie chowają przed sobą i światem.

Dlatego dbam o mój księgozbiór. Tak mogę pomóc.

Bibliotekarze mają moc, z której nie zdają sobie sprawy. Zagubieni w katalogach, w biurokracji, w wyścigu szczurów, bo i to się zdarza w bibliotekach, gubią sedno sprawy. 
Ludzi. 
Zawsze ludzi.
Biblioteka to miejsce, gdzie leczą się Dusze.
I nie my to robimy, robią to książki.
A my jesteśmy pośrednikami.
Pomagamy ludziom i książkom się znaleźć.

Trochę to trwało, nim to zrozumiałam.
Ale teraz bardzo sprawdzam, czy niosę kaganek czy kaganiec oświaty :)
Pomagam, bo każdy wybiera sam...
Więc niech ma w czym wybierać.










Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja Bibliotekarka w niepewnych czasach, Prowincjonalna.

 

 






niedziela, 28 lutego 2021

Nagłe i niespodziewane Wszechświecie.

 

Zmarł mój Teść Wszechświecie.
I to było dobre.

"Cieszy się starzec, gdy przeżyje marzec" 
Mądrość ludowa, która czasem mądrością nie jest, tu wychwyciła coś, co się dzieje zawsze.
Przedwiośnie, trudny czas. Budzą się depresje, kołaczą serca, wrzody w żołądkach grożą erupcją, astmatycy obsesyjnie pilnują inhalatorów, stawy przeszywają igiełki bólu, samobójcy stają na mostach...
A żurawie wracają gromadnie w klangorze i szumie skrzydeł.

Mój Teść był człowiekiem Prostej, Wąskiej Ścieżki. Którą podróżował w samotności.
Nie chciał towarzystwa, choć czasem na jego brak się skarżył. Ot paradoks.

Moja teściowa odeszła 30 lat temu, ale nawet wtedy, gdy jeszcze była, jego ścieżka była jednoosobowa.
Wewnętrzny świat starszego pana był niedostępny dla innych, a to miało konsekwencje. Trzeba łączyć kropki, choć czasem nie chcemy, bo rysunek wychodzi nie taki ładny, jak byśmy chcieli.

Więc mój Teść wędrował sobie codziennie do Kościoła: czasem dwa razy, do sklepu: czasem kilka razy,  jeździł rowerem wokół miasta na spacery (matkobosko, głuchy był jak pień!), gotował sobie, palił w centralnym używając do rozpałki szmatki z benzyną (w drewnianym domu), odmawiał różańce i miał 92 lata. 
Mój Mąż, a jego syn, lekko osiwiał przez tę ojcowską samodzielność, ale przynajmniej kiedy przyszła zima, Teść odstawił rower. Dzięki Wszechświecie za małe rzeczy ;)
 
I w niedzielę lutową wstał sobie straszy pan rano, ubrał się i poszedł po drewno do pieca. Wrócił do domu, upadł, a jego serce stanęło. Tak po prostu. Odfrunął.
Kiedy po południu przyszliśmy, już dawno go nie było. 
Kucnęłam, dotknęłam jego ramienia i poczułam puste miejsce. Brak Życia.
W środku mnie rozlał się kolor, jakiś taki żółty, lekko pomarańczowy, zawirował i pojawiła się Wdzięczność, a moje Serce powiedziało: dziękuję. 

I tyle. Najlepsza ścieżka dla niego, najlepsza dla nas.


Ostatnio kupiłam sobie karty. Pisałam o tym, że zapoznaję się z tarotem, fajna przygoda. Ale tym razem kupiłam sobie karty, które z małą książeczką, wydała Kasia Miller z Joanną Olekszyk. Jak dla mnie, doskonałe uzupełnienie kart tarota.


55 kart, każda z nich na ślicznym obrazku opisuje jedną emocję. Nawet nie podejrzewałam, że tyle emocji może być, a jest na pewno jeszcze więcej. Można sobie poczytać, można samemu pokombiować, można też je potraktować jako podpowiedź, kiedy coś trzęsie człeka, a nie wie on co konkretnie.
Położyłam pudełko z kartami na ławie w codziennym pokoju. Tam gdzie wszyscy się gromadzimy  na kawę, na pogaduchy, na życie codzienne. I te karty jakoś nas tak przyciągały. Mąż i synowie losowali sobie po karcie i  komentowali co im się trafiło. 
W tym krótkim, lecz trudnym okresie między śmiercią a pogrzebem, ja wyciągnęłam karty takie...

Oczekiwanie i Niepewność...
Oczekiwanie. Nigdy nie lubiłam tego czuć. Zapamiętałam powroty do domu ze szkoły. Szłam i niosłam ciężar: czy dziś będzie awantura, czy tata będzie trzeźwy czy pijany? Wchodziłam do domu i już w sieni wciągałam głęboko powietrze, by wyczuć w nim alkohol. Nos miałam jak najlepszy ogar. Zanim weszłam do domu, już wiedziałam jak potoczą się sprawy. Zawsze najtrudniejsze było oczekiwanie. Jak już sprawy się toczyły, to się toczyły. Teraz, z perspektywy czasu rozumiem mamę, która czasem po prostu prowokowała nieuchronną awanturę, by nie czekać...
Kasia w książeczce z opisem każdej emocji napisała przy Oczekiwaniu: Czy jesteś raczej cierpliwy i spokojny w oczekiwaniu, czy rozgorączkowany i wybiegający myślami do przodu? Z czego to się bierze, jak sądzisz? 
Niepewność. Kasia napisała: A teraz zastanów się nad swoją potrzebą kontroli siebie, innych oraz świata. Na ile jest w tobie rozwinięta i na ile przysparza ci trudności w życiu codziennym? To, co jest nam potrzebne do szczęścia i rozwoju to poczucie sprawstwa, nie kontroli. Pomyśl, czy umiesz te dwie rzeczy odróżnić? 
Ała!...trafiona, zatopiona. Trudno mi to odróżnić. Ale uczę się.
Wyluzowałam. Stanęłam z boku pozwalając sobie i innym na przeżywanie tak jak komu pasuje. Śmieliśmy się, płakaliśmy, graliśmy w gry planszowe, napiekłam ciasteczek, spacerowaliśmy, oglądaliśmy filmy, czasem każdy siedział u siebie sam. 
A kiedy ostatnia gruda ziemi spadła z łopaty grabarza odczuliśmy wspólnie...


Pamiętam śpiewy w kościele, kiedy jeszcze brałam to serio:
...od naaaagłej i nieeeespodziewaaanej śmierci, zachooowaj nas Paaanie....
No cóż, może jednak nie. Taki sposób odejścia jest całkiem niezły. 

Dobra robota Teściu, odpoczywaj.

A dla ciebie Wszechświecie, do zabawy, wyciągnęłam to :)






Pozdrawiam Wszechświecie, twoja ostrożnie emocjonalna, Prowincjonalna Bibliotekarka.