Obserwatorzy

niedziela, 2 czerwca 2024

Kociołek rozmaitości Wszechświecie

 


Szturchnęła mię lekko Agniecha "co tam u mnie"...
Zebrałam się więc i piszę: żywam :)

Aczkolwiek przez kilka dni myślałam, że może już czas pisać testament.
Dziwne myśli przychodzą do głowy, gdy ma się wrażenie, że mózg zalany jest smarkami...

Mąż i ja pochorowaliśmy się. Najpierw on dwa tygodnie smarkał, kaszlał i gorączkował, a potem, gdy już myślałam, że nie załapię wirusa, padłam. Gorączka trzymała mnie 6 dni, do tej pory nigdy mi się to nie zdarzyło. LudwikMaria, lekarz mój, powiedział, że siły natury dadzą radę, ale nie dały, bo jakaś bakteria w zatokach skorzystała z okazji.  W oskrzelach znów zaczęła grać orkiestra i skończyło się na antybiotyku przez 10 dni. Słabam, ale żywam.
Jednak zatoki nadal cóś nietego...Jutro laryngolog w nie zajrzy.
Osobiście uważam, że obojgu nam odbiło się czkawką odchodzenie męża na emeryturę. Proces był długi, przewlekły i nerwowy, dokładnie jak nasza choroba. Ponieważ Bzikowy Mąż ma skłonność do wypierania emocji, bądź też do wyrzucania ich na zewnątrz, poszło mu lżej, ja zaś, no cóż, widzę więcej...i czuję.
Srogie grzyby Wszechświecie...

Niemoc twórcza też mię ogarnęła, razem ze słabością ciała. Czytałam cichutko blogi innych, ale udałam się tam, gdzie jest mi dobrze. W Kosmos ze Star Trekiem i innymi. Trzy tygodnie latałam po różnych planetach na zwolnieniu. Było fajnie, że aż wracać się nie chciało :) 
Ale wróciłam, bo wszak dorosła jestem i odpowiedzialna, tak jakby...


Kiedy człek ma dużo czasu na myślenie i jeszcze nauczył się słyszeć, a czasem nawet widzieć (da się, mózg czasem zamiast słów podsyła obrazy), to sporo odkryć można zrobić. 
Na przykład to jak jemy, czym konkretnie.
Znajomy podróżnik był w krajach wschodu: Indie, Bangladesz, Tajlandia. Oni tam jedzą rękoma. Uczył się jak złożyć palce, jak maczać jedzonko w sosie, jak zwijać warzywa itp. by zgrabnie donieść do ust. Jedzenie ma konsystencję: ziarnistość, gładkość, śliskość, twardość, miękkość, lepkość...
My dopiero w ustach możemy to poczuć, ale pozbawiliśmy się tych doznań, które niosą dłonie.
Podobno higieniczniej, ale niekoniecznie. Niekoniecznie....

 Ja już od jakiegoś czasu, w ramach szukania komfortu, najchętniej używam łyżki. Prawie do wszystkiego. Łyżka zbiera sosik razem z kartofelkami :) A widelec? No nie, nagarniasz, nagarniasz i spływa, ucieka i zostaje na talerzu. W domku wylizuję, w restauracjach też bym to zrobiła, ale po pierwsze: mąż by dostał zawału, a po drugie: jeszcze nie jestem tak odważna. Zgarniam kawałkiem chlebka jak mam, a jak nie mam, zostawiam, niestety...
Ale i tak mam radochę z łamania reguł...
Prośba o łyżkę do karkówki powoduje u kelnerów dysonans poznawczy.
Nie dziękujcie, nowa ścieżka neuronalna za darmo, ode mnie :)


Druga sprawa to coś, co mnie od kilku tygodni męczyło. Dokładnie od  kiedy przeczytałam u Taby ten wpis:
Film Familijny
Zwykli ludzie i zło. Zwykli ludzie i ich fantazje. Zwykli ludzie...
Mam wrażenie, że na planecie są sami zwykli ludzie. Bez względu na zajmowane stanowisko, ilość pieniędzy, czy sposób życia. Podejrzewam, że jest kilka osób, które ogarnęły naprawdę kim są.
Tak do bólu, tak w pełnym rozumieniu tego słowa. I niekoniecznie są to mnisi z Tybetu, papieże, Irena Sendlerowa, M. Kolbe i inni tego typu "święci" namaszczeni przez nasze łaknące światłości i dobra, zmęczone ego.
To trochę jak z piłką nożną, kibice, którzy sami nie potrafią kopać, siedząc na kanapie, wrzeszczą; co ty robisz idioto, komu podajesz, bałwan...
Kompensacja własnych, urojonych bądź nie, niedostatków: mieszanie idola z błotem...
Wszyscy to mamy. Tak czy inaczej.
Nie wiem co ja bym zrobiła, gdyby mój mąż dostał robotę w Auschwitz. Może nie mógłby odmówić? 
Może też bym starała się żyć w iluzji, chronić dzieci, relatywizowałam bym wszystko, byle przetrwać.
Może nawet bym przekonała samą siebie, że to dla dobra nas wszystkich.
Robiłam tak w swoim życiu.

W dzieciństwie na przykład
- moi rodzice nie mogą być źli, nie kochają mnie, bo to ze mną coś jest nie tak...
Muszę się tylko poprawić i będzie dobrze.

Auschwitz w mojej głowie, a za murem piękny ogród, na wyciągnięcie ręki...
Jedynym wyjściem z tej iluzji nie jest dążenie do "dobra".
Jedynym wyjściem jest spotkanie z własnym "szatanem".
Widzę cię, witaj...
Pogadamy?


Znam sporo ludzi, którzy mówią: wiem jaka jestem. 
Ajajaj...
Po pierwsze: często bierze się swoje mechanizmy obronne i wszelkie życzeniowości, za własną osobowość. 
Po drugie (i tu należy się trochę bać): to zaproszenie dla Wszechświata, by cię zweryfikować :D
Będzie bolało, bo iluzje czasem już przyrosły.
Ale to dobre dla nas, tak zweryfikować się...
Jeśli masz wrażenie, że coś się w twoim życiu powtarza, to właśnie trwa proces weryfikacji.
I nie ma co się kopać z Wszechświatem, bo on ma bezgraniczną cierpliwość i będzie weryfikował aż pojmiesz. 
 
Wiadomo, że szybkie zerwanie plastra jest lepsze ;)

 
PS. Oczywiście wszystkie obrazy są niezrównanej Andrei Kowch.



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zweryfikowana nie raz, Prowincjonalna Bibliotekarka.

piątek, 29 marca 2024

Jakoś będzie Wszechświecie

 

Jo Grundy, cudne te prace bardzo


No cóż, mąż na emeryturze. Już 4 tygodnie.
Jeju...

Wiosna zagląda do okien, za chwilę czeremcha zakwitnie. Jak zakwitnie, przestanę sypać ziarenka do karmnika i ptaszki przejdą na swoje utrzymanie. Mam nadzieję, że gile i reszta bandy wrócą jesienią. Już teraz jest mniej żarłoków, ale jeszcze przylatują, póki jest jedzonko, po co się wysilać :)

Odbyłam pogrzeb niechętnie, zmarła sąsiadka mojej mamy. Mama nie kolegowała się z nią wcale, ale tak trzeba, bo co ludzie powiedzą. No to podstawiliśmy się z samochodem, transport potrzebny. 
Jak zwykle na pogrzebach najweselszą osobą jest leżący w trumnie zmarły, reszta zgromadzonych no cóż...
A ksiądz wylewał ogólną frustrację, że nie chodzą, nie praktykują, a to obowiązek i do nieba prosta droga. Zmarła akurat chodziła, to dobrze.

Odbyłam przedwiosenne obniżenie nastroju bez strat wielkich. Cóż, jak co roku. Pogodziłam się z tą regularnością. Widocznie po coś jest.


Najgorzej z tą emeryturą mężowską.
Zaskoczył mnie problem. 

Od jesieni, tak powoli ogarnialiśmy, że to już, mąż staje się wolnym człowiekiem od lutego.
Styczeń i luty męczące były, bo zanim małżonek ogarnął wszystko, nauczył zastępcę, zdał inne obowiązki, wyciągnął korzonki, sporo było stresu i napięcia jednak. Bo on jest człek-orkiestra, odpowiedzialny i zdolny, dużo ogrania.
Potem jednak wydzwaniali z pracy, pytali, prosili o przyjazd i mełło się jeszcze czas jakiś. Ale się uspokoiło, mąż osiadł w domu jako człek prawdziwie wolny.

I fajnie- pomyślałam. 

Przedwcześnie.
 
Gdzieś mi zaginął masażer taki fajny. Nie korzystałam często, leżał sobie cichutko na stole nieużywanym i nagle znikł. Może gdzieś przełożyłam? Przeszukałam kilka miejsc, nie ma. 
Zapomniałam. Potem garnki w kuchni jakoś pozmieniały miejsce, zniknęły gromadzone słoiczki. Padła sugestia by halogen do pieczenia gdzieś schować, bo taki duży stoi na widoku. Dziwne prośby o wstawienie prania przed wyjściem do pracy, co mnie całkiem skołowało, bo pranie nigdy męża nie interesowało, chyba, że białe koszule były potrzebne.
Wczoraj zniknął stół...
No znalazł się, rozebrany i poklejony, z diagnozą, że kiwał się. No kiwał się od 10 lat.
Drobne rzeczy. Tak będzie lepiej, ustawniej, bardziej ergonomicznie. 

Nie powiem, miło jest mieć pozmywane w kuchni, odkurzony dom, pomyte okna, wywieszone pranie, ale coś zaczęło zgrzytać. 


Uświadomiłam sobie, że tak skupiłam się na mężu i jego procesie emerytalnym, że wcale nie zastanowiłam się, jak wpłynie to na mnie.
I dałam się zaskoczyć :)
Choć właściwie przewidywalne to było. Mąż Bzikowy jest perfekcjonistą, układaczem i zbieraczem. 
Ja uwielbiam małe, kolorowe notesy, z czystymi kartkami, gotowe do zapisania. Mam ich dużo za dużo.
A mąż nie może przejść spokojnie koło pudełek, skrzyneczek, organizerów itp. 
Uważa, że wszystko ma swoje miejsce. Ma być ułożone, schowane, zorganizowane.

No cóż, często o to ułożenie, schowanie i zorganizowanie się kłóciliśmy. 
Nie tak, nie tu i czemu wogóle...
Tylko, że była praca, gdzie mógł sobie wszystko ułożyć po swojemu.
A teraz pracy nie ma.
Jest dom.

A w domu ja. Ćwicząca luz, bałaganiarstwo, szukająca komfortu, spokoju i wolności od głupich, programów sprzątających. Łącznie z tym, żem beznadziejna, bo nieprzydatna, leniwa i niezdyscyplinowana. Ten akurat widzę, bo on często czkawką się odbija. Wraca jak bumerang.
O ile bumerangi wracają naprawdę.



Do tej pory przez prawie 25 lat, miałam wolne dni i noce. Mężowska strażacka praca mi to dawała. Służba trwa dobę, czyli miałam dla siebie dużo wolnego. Kiedyś na to narzekałam, ale dość szybko zorientowałam się, że mi to jednak pasuje.
Potrzebuję tych wieczorów tylko dla siebie, tych dni, kiedy mogę cały dzień łazić w piżamie, zjeść makaron z jajkiem a jak mi kapnie na piżamkę, to wytrzeć tylko i łazić z plamą, zdjąć spodnie razem z majtkami i skarpetkami, i zostawić je na ziemi, pozmywać następnego dnia rano, pójść spać bez prysznica i nie myć zębów, wstać rano z wariacką fryzurą i nic sobie z tego nie robić. Rozmemłać się, popłakać, utulić się, głośno powiedzieć co mnie boli, pokląć, potańczyć, czasem znów popłakać. Różne rzeczy, naprawdę różne, wariackie rzeczy, które powoli odkrywałam, uczyłam się ich, uczyłam się z nich cieszyć. 
Mój czas, moje miejsce w naszym domu...
I ta cisza, spokojna, przytulna, tylko moja.
Brak na to miejsca. 
Znikło.




Mąż nie znosi słowa: jakoś.
Kojarzy mu się z bylejakością, niedoróbką, lenistwem. 
- To świadczy o słabym logistycznym przygotowaniu przedsięwzięcia- grzmi często!
Kontrola podstawą zaufania.

No cóż, ja bardzo lubię słowo: jakoś.
Ono oddaje całą niedorzeczność tego świata, ogarnia wszelkie możliwości, nie zamyka a wręcz uwalnia potencjały. Do celu można dojść wieloma, nawet absurdalnymi drogami. Nawet takimi o których nie wiemy, że istnieją. A nawet takimi, które faktycznie nie istniały dopiero my je stworzyliśmy.
JAKOŚ to cały Wszechświat i jeszcze więcej.

Więc jakoś popłynę z tematem, jakoś tak giętko i elastycznie, albo twardo i mocno, albo trochę tak a trochę tak, albo jeszcze inaczej, zadbam o swoje potrzeby i znajdę kątek dla tej mnie, która potrzebuje wolności, bylejakości, lenistwa i braku higieny ;)
Może nawet nie będzie to trudne, tak może być...



Więc drogi czytający mnie Wszechświecie, wszystko będzie JAKOŚ.
Dojdziemy tam, gdzie mamy dojść, jakoś. 
I to jest najlepsza, wielkanocna wiadomość :)


PS. W sumie ja tu w pracy sobie siedzę, nikogo nie ma, piszę posta, popijam kawkę, oglądam nowe książki a Bzikowy w domku zasuwa, no to są plusy dodatnie jakieś :)



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja jakoś dziwnie spokojna o wszystko, co zapewne jest przejściowe jakoś, Prowincjonalna Bibliotekarka ;)


niedziela, 10 marca 2024

Obiekt troski Wszechświecie

 
Steve Hanks

Sprzątaczka nasza przyniosła informację:
Stał sobie burmistrz przed wielkim oknem w regionalnym sklepie i spoglądał przez nie na Projekt, na wszystkie plansze/durnostojki, na gołe połacie błota z rzadko posadzonym barwinkiem, na drzewa, które ostały się po wielkiej wycince, na ścieżki posypane jakimś żwirem, który wygląda jak gips, na generalnie bezsens cały ten...
I powiedział do naszej sprzątaczki: ładnie, prawda?
Boszesztymój...
Ja i on żyjemy w innych światach.



Życie wokół staje się wiosenniejsze. Czeremcha już za chwilę ma zamiar wypuścić listki. Nabrzmiałe, zielone pączki niecierpliwie powstrzymują się jeszcze, bo mróz, ale tylko patrzeć, będzie świetliście zielono.

Ptaki nadal dokarmiam, bo przylatują.  Mazurki, czyżyki, wróble, sikorki, jery, no i oczywiście gile.
Gawrony już od stycznia działają. Przyjechała straż pożarna i strąciła im gniazda dwa tygodnie temu. 
Odbudowały w tydzień. Głupców nie brakuje...

A ja? Ja się rehabilituję, chodzę do pracy, kupuję książki, opracowuję i płynę. 
Mąż robi imprezę pożegnalną w robocie. Emerytura. To będą ciężkie dwa dni, bo impreza w sobotę i niedzielę, żeby wszystkie zmiany mogły przyjść. Alkazelcer kupiony, będzie dobrze.
Ostatnie 2-3 miesiące były trudne. Takie pod znakiem mężowskiego odchodzenia na emeryturę, porządkowania, trudnych emocji, godzenia się, złości, dezorientacji i wszystkiego, co z takimi rzeczami się wiąże.

Steve Hanks

I tak zastanawiam się...
Pośliznęłam się, to już wiesz Wszechświecie. Mocno się pośliznęłam, aż pękła kość ramieniowa.
Choć bolało jak cholera i aż gwiazdki zobaczyłam, poleżałam, wstałam i polazłam do pracy.
Tak sobie układałam w głowie: będzie dobrze, obiłam się, ale przejdzie, nie będzie źle. SynNumerDwa miał druty w barku po upadku, widziałam jego zdjęcia rentgenowskie i przerażało mnie to, więc tę myśl odsuwałam. Nic mi nie będzie, tylko się obiłam.
W pracy jednak nie dało się nic robić, poddałam się po godzinie i poszłam do domu. W domu położyłam się, owinęłam kocem i spałam dwie godziny. Obudziłam się spokojniejsza. Ale gdy się poruszałam, okazało się, że wcale nie jest lepiej.
I tak zawisłam...
Nie zadzwoniłam po męża, nie poszłam do lekarza, nic...
Siadłam na kanapie, włączyłam serial i tak przesiedziałam do popołudnia, aż do powrotu męża.
Zero łez. Zero działania i wyparcie. Odcięłam się od ciała.

Steve Hanks



Mąż wszedł, zdziwił się, więc mu powiedziałam, że upadłam i bark mnie boli. Wypytał o szczegóły i wybuchł jak petarda:
- jak to rano?!!! czemu nie zadzwoniłaś?!!! a jak ci się coś stało poważnego?!!! i tak tu siedzisz cały dzień?!!! Co ty sobie myślisz, trzeba jechać do szpitala!!!
Dopiero teraz poleciały mi łzy, ale nie dlatego, że bolało, ale dlatego, że poczułam się jak głupia, odrzucona, niezaopiekowana, no i winna, winna kłopotu...
Bo przecież czas niedobry, emerytura i to wszystko, a ja robię kłopot.
Pojechaliśmy do szpitala, ale przez całą drogę męża nosiło. A mnie ciągle chciało się płakać.

Potem przez dwa tygodnie słyszałam: ale numer wywinęłaś; jak tak można; nie ufasz mi, mówiłem: chodź po śniegu, omijaj lód, nie łaź na skróty...itd.
Synowie dobili mnie tym samym: matka, naprawdę? A po co lazłaś na skróty? Czemu nie poszłaś chodnikiem? Ale sobie wybrałaś moment...
I cmyknięcia zębem i spojrzenie z dezaprobatą, i westchnienia ciężkie.
Ech...

S.H.


Bark bolał, pomocy dużo potrzebowałam przy ubieraniu itd. Zaciskałam zęby, przełykałam łzy, czułam się opuszczona, winna. Czasem ogarniała mnie złość, ale nie miałam na nią siły...
Leżałam na łóżku, patrzyłam na ptaki, na moje gile, które cały czas przylatywały.
To pomagało, dużo spałam. 

Jednak nie utonęłam w tych uczuciach. Malutka część mnie obserwowała wszystko. 
Co się dzieje, czemu tak się czujesz, czemu chłopaki tak mówią, czemu nikt nie przytulił zwyczajnie i nie powiedział: pomogę, będzie dobrze. Dlaczego ja tego oczekuję i dlaczego nic nie mówię?
Skąd powchodzi to uczucie winy, wszak naprawdę wypadek to był...
A może jednak nie?

I tak dalej...

Miałam przebłyski wspomnień: znów popychałam wózek i malutka siostra wypadała z wózka w pokrzywy, mama krzyczała na mnie i rzucała we mnie miotłą, wróciła opowieść jak wyjęłam z łóżka siostrę, bo płakała, miałam 3 latka a ona 4 miesiące, wystraszyłam mamę, przedszkole i panie przedszkolanki każące mi odejść od siostry na leżakowaniu a ona płacze i prosi: zostań, nie idź, nie zostawiaj...
To szarpanie w środku: muszę zostać/muszę odejść,  a mam tylko 5 lat...
Za dużo.
A bark boli...

S.H.

Zawsze kiedy zapytasz Wszechświat, on odpowie.
Ale moją decyzją jest czy odpowiedzi przyjmę czy odrzucę.

Kiedy jest za dużo, najlepszym schowankiem jest bezradność.
Powiedz sobie: nie poradzę, musi mi ktoś pomóc, jestem bezsilna. 
Wejdź w poczucie winy, wejdź we wstyd, wejdź w smutek, osamotnienie i żal.

Takie znajome, takie wygodne, takie moje...
Złość schowaj, ona wszystko zepsuje.

Ta malutka dziewczynka, mała Ania, nauczyła się tego dość szybko chyba.
To chroniło. I nadal chroni usilnie, choć już nie potrzebne.

Po ogarnięciu tematu, poskładaniu wszystkich wspomnień do kupy, medytacjach z gilami,  postanowiłam.
W ciemności, w cieple i przytulności flaneli, wtulona w mężowskie ramię, powiedziałam:
- mężu, ciężko mi być obiektem twojej troski.

S.H.

Słowa nie popłynęły łatwo, czułam szorstkość w gardle, suchość i drżenie. Ścisnęło w głowie.
Zabolał brzuch i kręgosłup. Zabolał bark.
Ale powiedziałam.

O ileż łatwiej zatrzymać wszystko w środku, przełknąć, schować w brzuchu, w kręgosłupie, wepchnąć w mięśnie i zapomnieć.
Schować wszystko w szkatułce ciała i odejść.

A jak boli, łyknąć tabletkę, pójść do lekarza, zrobić kolejne badania, chorować.
Planeta Wiecznej Choroby.

Boli głowa, to na pewno ciśnienie się zmienia, deszcz idzie ;)





S.H.

Pozdrawiam Wszechświecie, twoja gadająca bezradna niemowa, Prowincjonalna Bibliotekarka

sobota, 10 lutego 2024

Giligiligili Wszechświecie

 


Na wstępnie serdecznie przepraszam za to, że nie odpisałam na komentarze niektóre pod poprzednim postem. 
Ja się zawsze z każdego komentarza cieszę jak dziecko, ale tym razem, no cóż, karmnik postawiłam na oknie dla ptaszków...
Fajna sikorka, prawda?

Karmnik zrobił Mąż kochany, mieszkamy na pierwszym piętrze, więc okno w sypialni bezpieczne. Naprzeciw czeremcha, gałązki do siadania dla skrzydlatych biesiadników. Podeszłam do sprawy fachowo, poczytałam co sypać i nabyłam karmę Tłusty Kąsek. Na zachętę dosypałam jeszcze łuskanego słonecznika i po dwóch dniach karmnik stał się obleganą stołówką.

Sikorki bogatki, modre i ubogie, mazurki i wróble, sójki i zięby, jery, dzwońce i czyże. Dokształciłam się z naszego ptactwa. Pojawił się też grubodziób. Jeden, nie wiem czemu taki pojedynczy.

ciężko im zrobić zdjęcie...

Rano sypię świeże ziarna i mam w czasie szykowania się do pracy, telewizję śniadaniową.
Nie tylko ja zresztą...


Funio lubi pooglądać zwierzynę

Ptaki przyzwyczaiły się do kotów i nic sobie z nich nie robią. Z resztą, to najczęściej wygląda tak...


I tak sobie oglądam te ptaszki, cieszę się, ale pracuję od 9 do 17, zanim ściągnę się do domku, już ciemno i karmnik pusty. Mogę tylko z rana popatrzeć godzinkę na karmnikowe życie w międzyczasie.
I jeszcze jedno: gili nie było. Lubię gile od dzieciństwa, bardzo. Te ptaszki z czerwonym brzuszkiem jakoś mi utkwiły bardzo w pamięci. Na wsi zawsze gdzieś można dojeść sobie, u kur na przykład. Pamiętam całe gromady gili jedzących wspólnie z kurami sypane ziarno. Ale potem całe dekady ich nie widziałam. Nawet przez dwadzieścia lat spacerów po Sadzie, ani jednego gila.
I patrząc na karmnik żałowałam, że nie ma gili i, że nie mam więcej czasu na oglądanie afer karmnikowych, bo tam się działo a działo. Czasem koegzystencja, czasem awanturki :)
A Wszechświat słuchał uważnie..


Dwa tygodnie temu wybrałam się do pracy trochę za późno, więc się lekko śpieszyłam. Było jeszcze ślisko, ale bez przesady, dało się spokojnie iść. I nagle świat zawirował, noga trafiła na placek lodu i wylądowałam na ziemi. Bolało. 
No i mam pęknięte coś w barku. Cztery tygodnie zwolnienia. Ograniczona ruchomość i ból. Generalnie inwalidka. Dopiero teraz jakoś się ogarniam, sklejam się zdrowo, wszystko na dobrej drodze.
Ale, otóż...
Po upadku wróciłam do domku, żeby poczekać na męża i transport do służby zdrowia. 
Pokręcona, skulona i obolała, wchodzę do sypialni i kombinuję, jak tu zdjąć kurtkę, rzucam okiem na karmnik...
A tam...
Gile proszę ja was...





Stanęłam lekko oniemiała. Jakto?
Teraz?
Trzeba było pęknąć obojczyk żeby gile przyleciały?

U ortopedy dostałam 4 tygodnie zwolnienia. 
Więc mam gile do obserwacji, aż trzy pary, mężowie i żony, oraz czas, duuuużo czasu.
Całe dnie :)
Zamówiono, dostarczono.

Chyba jednak trzeba ostrożniej i bardziej przemyślanie z Wszechświatem konwersować. 



Grubodzioba polubiłam od razu, bo nawiązywał komunikację. Wpadał do karmnika, najadał się a potem zaglądał do pokoju przechylając łepek to w prawo to w lewo, usiłował dojrzeć co jest za tą niewidzialną ale twardą przesłoną. Opukiwał szybę badając cóż to za dziwo. Nie bał się kotów ani mnie. Był tylko jeden, wszystkich innych ptaków jest dużo, ale on pojedynczy.
Nagle w zeszłym tygodniu zniknął. Zmartwiłam się, bo po dwóch miesiącach, właściwie stał się członkiem rodziny. 
Dwa dni go nie widziałam, aż trzeciego dnia rano poszłam inną drogą z suczką przez Projekt na spacer i go znalazłam. Leżał martwy pod wielką lipą. Nie było widać uszkodzeń, po prostu leżał.
Zrobiło mi się bardzo smutno, naprawdę 
Iskierka życia jaka w nim była, znikła. To było widać. Zostawiłam go tam, Natura ma sposoby zagospodarowania opuszczonych przez Życie skorupek. 
Jednak kiedy po dwóch dniach ciągle tam leżał, zakopałam go, tak mi jest lżej. 
Koło Życia na planecie Ziemia. 

I tak zastanowiłam się, ptaków jest mnóstwo, naprawdę mnóstwo.  W gawronim osiedlu mieszka pewnie z setka ptaków. Wokół nas mnóstwo innych, tysiące, setki tysięcy. 
A nigdzie nie widać martwych ptaków. Czasem sporadycznie się zdarzają, ale przy tej ilości powinno być więcej ptasich trupków. Nie wydaje się wam?
Przeciętny wróbel żyje 3 lata, sikorka około 10 i więcej, gawrony do 20 lat, bocian kilkanaście lat. To jednak krótko.
Gdzie są ciała?
Jakoś mnie to zastanowiło i nie umiem odpowiedzieć. 
Hm...?

Czasem też robię kotom tak :)




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja sklejająca się ornitolożka, Prowincjonalna Bibliotekarka

sobota, 20 stycznia 2024

Niebo może poczekać Wszechświecie

 


Kosmos, ostania granica...

Tak zaczyna się czołówka każdego Startreka, a jak wiadomo jestem fanką.
Ostania granica poznania, poszerzenia przestrzeni w której żyjemy, spotkania innej inteligencji, życia w formach, których nawet nie możemy sobie jeszcze wyobrazić, odkrywanie, nauka, ciekawość, ekscytacja.
To przed nami jeszcze. Nie wiem, czy będziemy kosmicznymi wędrowcami w statkach jak Voyager czy Enterprise. Może będziemy zakrzywiać przestrzeń i w milisekundę przenosić się w dowolne miejsce w kosmosie, czy też będą inne sposoby. Jednak jestem pewna, że to zrobimy. Wcześniej czy później. Niezależnie od tego, czy będziemy gotowi czy nie. Bo posiadanie technologii nie jest tożsame z gotowością. Ale ta historia już się toczy...

Jednak są inne przestrzenie, są inne światy do eksploracji o których nie myślimy za często. 
Co będzie, gdy umrę? 


O śmierci rozmawiamy jakby była granicą. 
Boimy się jej diabelnie, za wszelką cenę chcemy uniknąć, choć oczywiste jest, że się nie uda. Ale próbujemy. Albo zmęczeni uciekaniem, godzimy się:
- pochowajcie mnie na cmentarzu koło babci i dziadka, pogrzeb ma być skromny, kwiatów nie potrzebuję, świeczkę czasem zapalcie.
Moja babcia Szura zawsze na cmentarzu powiadała:
- oni już w Domu, a my ciągle w gościach.
Nie wiem jak wyobrażała sobie Dom, ale zaglądała jednak za tę granicę.
Nie wiem jak dużo ludzi myśli o tym co PO. Może wszyscy?
Może niewielu...
Nie rozmawiamy o tym. Chodzimy do kościołów, cerkwi, meczetów, bożnic i co tam jeszcze, gdzie podaje się nam jakąś wersję życia PO. Bierzemy albo nie, ale skoro chodzimy, to bierzemy raczej. Niektóre mnie trochę śmieszą, choćby te ciągłe, w nieskończoność 72 dziewice muzułmańskie, albo nasze, katolickie, wieczne chóry anielskie sławiące Pana. I my w tych chórach, po wieczność. Jeju, chyba bym wolała te dziewice, tylko co ja bym z nimi robiła? Wierzymy w różne bajki.
To pomaga. 
Strach mniejszy.


Ale strach można oswajać na różne sposoby.
Szukam innych możliwości. A kiedy się szuka, to się znajdzie. Ludzie opowiadają inne rzeczy niż religie. Wszystko zawiera skrawki prawdy, są tylko porozrzucane w różnych miejscach, poskładać puzzla trudno. Bo on bez obrazka jest, mystery taki :)
To znaczy bez obrazka w mojej głowie, bo do takiego zbierania i układania, trzeba trochę zrobić w niej miejsca. Wyrzucić dotychczasowe zawierzenia i pewności. To trudne jest, bo powstaje Pustka, nikt nie lubi Pustki, nie ma się czego przytrzymać, nic nie można kontrolować, przewidzieć, zaplanować. NIC.
I najczęściej dotykając skraju Pustki jednak robimy krok w tył. Do strefy komfortu, choć może już ona mało komfortowa, ale znana przynajmniej.



Od wielu lat zaglądam za tę kurtynę, zbieram puzzle, oswajam własny strach i Pustkę.
W bibliotece spotkałam dwoje ludzi, którzy podzielili się swoimi przeżyciami z tamtej strony. 

PanB miał operację na otwartym sercu. Obudził się w trakcie operacji ponad stołem operacyjnym. Przerażony oglądał siebie i chirurgów grzebiących w jego otwartej klatce piersiowej. Krzyczał, by go zostawiono w spokoju i nie od razu zorientował się, że wyszedł z ciała i wisi nad nim. Oczywiście nikt go nie słyszał ani nie widział. Potem nagle przerzuciło go na łąkę. Łąka w słoneczny dzień. Poszedł tą łąką w kierunku miasta widocznego w oddali. Kiedy doszedł, zobaczył ładnie ubranych ludzi i zorientował się, że to jego znajomi, którzy już umarli. Stali, patrzyli na niego. Kiedy podszedł do nich, zaczęli go pytać, co on tu robi, to nie jego czas jeszcze...
I bum, nagle obudził się na sali pooperacyjnej.

PaniU podczas porodu miała zapaść. Znalazła się w pięknym ogrodzie, chodziło tam sporo ludzi, ale do niej wyszedł jej dziadek. Nie mówiła dużo, ale pogadali sobie, posiedzieli w tym ogrodzie i ona nie chciała wracać. Ale dziadek powiedział, że musi jeszcze wrócić. Powiedział jej co będzie w jej życiu, część zapamiętała i faktycznie, zdarzyło się, bo jednak zgodziła się wrócić.

Tych dwóch relacji wysłuchałam z pierwszej ręki. Ale tylko dlatego, że sama otworzyłam się i zachęciłam ludzi. Zaufali. Bo nie jest łatwo opowiedzieć taką historię i narazić się na obśmianie. 
Obśmianie to mechanizm obronny innych strachulców :)

Ostatnio trafiłam na YT na konto Przewodnicy duchowi. 
Nazywają się jak nazywają :) ale zbierają i tłumaczą opowieści ludzi z całego świata. Opowieści zza tej magicznej granicy śmierci. Oczywiście ci ludzie wrócili, bądź zostali zawróceni i dlatego mogą opowiadać, jak się okazuje jest tego całe mnóstwo. Ludzie się dzielą.

Przesłuchałam już ze 100 opowieści. W bibliotece jest tyle marudnej pracy biurowej, zdecydowanie przyjemniej, gdy można to sobie jakoś umilić. 
I tak słuchając, zaczęłam wyłapywać powtarzające się rzeczy w tych relacjach. 
Tunel, czasem ciemny, czasem jasny, mniejszy większy, ale zazwyczaj występuje. Zazwyczaj ktoś wychodzi na spotkanie. Różnie, anioł, Jezus, Budda, ktoś z rodziny, przewodnik, czasem jest to tylko głos bądź obecność, trafiały się ukochane zwierzęta. Ale zazwyczaj ktoś tłumaczy co się dzieje. Czasem zwiedza się tamten świat, czasem nie. Porozumiewa się telepatycznie, czuje się cudownie, bezpiecznie i lekko. Nic tam się nie da ukryć, bo wszyscy od razu czują co inni czują. Ale każdy mówi, że jest to cudowne uczucie. Nikt nie ocenia, nikt nie krytykuje, pełna akceptacja, jakiej na poziome Ziemi nie da się doświadczyć.
No i wszyscy zaliczają film ż życia, które właśnie trwa. 
Nikt nie ocenia, sam wyłapujesz co mogłeś zrobić inaczej, czy dokuczyłeś komuś, ale przy tak pełnej akceptacji i miłości wokół, nie jest to stresujące ani zawstydzające. Nauka.

Jednak zauważyłam cos niepokojącego.
Większość ludzi wracać nie chce. Bardzo nie chce. I wtedy są zachęcani. Na przykład, kiedy w filmie życia widzą, że zrobili coś komuś złego, to pozwala im się poczuć, co czuł krzywdzony.
O! to nie jest fair! Jak dla mnie, to manipulacja. 
Czyżby w świecie PO takich metod używano? 
Bo skoro schodzimy na Ziemię i kasuje nam się pamięć, nie ma telepatii ani jasnoczucia, to ja przepraszam, nie odpowiadam za czyjeś emocje. Za moje intencje odpowiadam.
Czasem bywa tak, że chcę naprawdę dobrze, a ktoś cierpi, bo ma inne soczewki niż ja. 

Większość ludzi przy tym wymięka :) i zgadza się wrócić.
Ale jeden chłopak, który w skutek wypadku znalazł się PO, na pytanie: i jak oceniasz swoje życie? odpowiedział:
- dobrze, nauczyłem się dużo i stworzyłem wiele okazji do nauki dla innych :D
Wtedy jego przewodnik odpowiedział:
- to ciekawe, że tak postrzegasz swoje życie...
Taaaaa....
No cóż i tak go wysłali z powrotem, ale przynajmniej próbował :)
Jezus mówił: jako w niebie tak i na ziemi. I odwrotnie.


Wygląda na to, że PO jest dość zorganizowane. 
Dla każdego coś dobrego. Każdy dostanie to, co z nim rezonuje. Ktoś to nadzoruje chyba. Ogarnia, byśmy trafili tam gdzie trzeba. To pocieszające. 
Potem planujemy następne życie i następne, uczymy się.

Choć i tam trzeba uważać :)
Czyli przygoda :)

Ale jeszcze troszkę z tym poczekam...



PS. No i pozostaje pytanie: a co po tych wszystkich życiach? Kiedy już przez eony inkarnuję, poznaję, uczę się i mam dość wreszcie? No właśnie...?



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja badaczka innych światów, Prowincjonalna Bibliotekarka


niedziela, 7 stycznia 2024

Kłopot Wszechświecie

 


To jest Stefcia i ona nie jest kłopotem :)
To jest nowy kot mojej mamy, którego znalazła w swoim ogródku 4 tygodnie temu. Stefcia wpadła pod samochód prawdopodobnie, ma pękniętą miednicę, która ładnie się goi już. Jest też przemiła, przytulna i bardzo żwawa. Wniosła do domu mamy powiew optymizmu, radości i zabawy.
Widocznie Wszechświat uznał, że mama potrzebuje :)
A za Stefcią widać mój piec, który wybroniłam przed rozbiórką. I niech nikt się nie waży nazwać go kopciuchem! Takich pieców jest mnóstwo na Podlasiu a wystawienie nowego kosztuje krocie. I ludzie stawiają, nasz znajomy zdun ma zamówień na 2-3 lata do przodu.

Jef Borgeau
Zima przyszła do Miasteczka.
Ale zanim przyszła były święta, mokre i zabłocone. W wilgotnej szarości mieszkańcy gorączkowo robili zakupy, planowali, sprzątali jak co roku zasilając ciemną stronę mocy swym zdenerwowaniem, irytacją, zmęczeniem i rozżaleniem.
Do mięsnego sklepu przyszła staruszka o kuli. Kolejka ludzi karnie stojących w rządku lekko zafalowała. Ale co zrobisz, trzeba przepuścić. Staruszka wyjęła wielgachną torbę i zaczęła kupowanie, a to tego, a to tego, spore zakupy. No i schabu jeszcze świeżego...
Onie! Tu kolejka nie wytrzymała!
Schabu jakoś mało było, a prawie każdy chciał. Schabu nie damy!
Sklepowa powiedziała, że ona posłucha ludzi i schabiku nie da, bo są jakieś problemy z zaopatrzeniem. Ze staruszki wyskoczył wilkołak i zaczął się drzeć postukując kulą:
- ja napiszę do pani kierownika jak się tu ludzi traktuje, kurwa, co to jest? Ja was wszystkich zajebię!!!!
I wyszła trzaskając drzwiami.
Nie będę nic kropkowała, niech to wybrzmi, bo wszak naprawdę wybrzmiało...
Sklepowa opowiadała w bibliotece ;)
Magia Świąt...

Jef :)

A Kłopot...
Moja sprzątaczka zachorowała dwa lata temu, wykryto nowotwór piersi. Rzecz poważna, zwolnienie długaśne. Generalnie ona nie moja, tylko Domu Kultury w którym sobie na piętrze biblioteka egzystuje. Dyrektor kultury zatrudnił nową sprzątaczkę, która przejęła obowiązki. Pojawiła się Nowa w piątek, bo w piątki bibliotekę sprząta się zwyczajowo i zonk!. Spojrzałyśmy na siebie z koleżanką, obie pielęgniarki z wykształcenia...dobrze nie będzie.
Otóż Nowa wygląda na chorą. Zdecydowanie problemy ruchowe, opuchnięte i powykrzywiane stawy kolanowe, skolioza z kyfozą, zapadnięta klatka piersiowa, cera mocno podbiegnięta wodą...
No współczuć, chodzi, działa, ale to praca fizyczna. A ma 5 budynków do ogarnięcia, bo jeszcze trzy muzea i ośrodek regionalny.
Dla zdrowego to wyczerpujące, a dla chorego?
Renty nie ma, chyba nigdy się nie starała, pracować trzeba, bo do emerytury brakuje kilkunastu lat.
No zaczęło się sprzątanie, a właściwie jego brak. Bo zawsze coś. Czasu brak, wpadała jak wicher, byle jak pociągała szmatą po podłodze, zgarnęła śmieci z koszy, zalała tytanem kibelek, spuściła wodę i znikała. I częste zwolnienia, wizyty w szpitalu, badania czort wie co jeszcze. Odbyłam rozmowę, powiedziałam, co ja wymagam. Delikatnie, bo nie lubię takich rozmów, ale dałam radę. Starała się kilka tygodni, potem to samo. Wzdychałyśmy za Starą sprzątaczką, ale co zrobisz?

Po jakimś czasie zorientowałam się, że Nowa dla nas nie ma czasu, ale bierze udział w różnych zajęciach w kulturze, jeździ na jakieś warsztaty, udziela się w innych aktywnościach, bo ma zamiar przeskoczyć na stanowisko instruktora. No plan dobry, ale obowiązki są...
Odpuściłam, a czort!
Same sobie pomyłyśmy co trzeba i jakoś szło.

Aż wróciła Stara sprzątaczka, bez piersi ale zdrowa. Dyrektor znalazł pieniądze i obie sprzątaczki zostały. Nowa była bardzo niezadowolona gdy dostała umowę na stałe, liczyła na coś innego. 
I na zmianę przychodzą w piątki, raz jedna, raz druga...
Stara jest ok, sprząta dokładnie, nie śpieszy się. Teraz nie ma tyle siły co kiedyś, posiedzi, herbatkę wypije, pogada (no trochę marudna z tym gadaniem ale idzie przeżyć). Odpocznie i dalej. Czysto.
Nowa dalej to samo, ciągle zalatana, ciągle się śpieszy. Brudno.

Odbyłam drugą rozmowę, niechętnie. Ciut ostrzej ale nadal grzecznie.
Obraziła się.
Poszłam do Dyrektora i poprosiłam o stały, piątkowy, biblioteczny przydział Starej. Bez Nowej.
Zobaczymy czy wilkołak wyskoczy ;)

Jef, no śliczny...

Mam taką matę z plastiku pod krzesłem, żeby nie zdzierać linoleum z podłogi. I jedną z moich próśb było, by przecierać podłogę pod tą matą, bo zbiera się brud na brzegach. Oczywiście najpierw na mokro a potem na sucho, bo pod matą nie wyschnie. Jakoś przy myciu podłogi Nowa nie widziała tej czarnej obwódki, w końcu sama zaczęłam myć i już. Ale wróciła Stara, która to myje więc Nowa też powinna.
Zrobiła to, widziałam jak jej ciężko się pochylić, kucnąć i jak ciężko wstać.
W ciele prawda jest.

Jednak empatia czasem zaciemnia sprawy.
Zbyt wiele empatii powoduje, że zaczynamy szkodzić sami sobie.
Ślepniemy.
Nowa jest twardą nauczycielką :)

Jef

PS. HaniuC, dziękuję...♥




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja okrutna i zła, Prowincjonalna Bibliotekarka