 |
| źródło: internet |
- Hania, zanieś babci kolację!
Hania podniosła głowę znad książki. Niechętnie i powoli wsunęła pocztówkę jako zakładkę między czytane strony i odłożyła tom na półkę. Od momentu, kiedy książki Małgorzaty Musierowicz wpadły jej w oko w bibliotece, nie mogła się od nich oderwać. Teraz czytała Idę sierpniową i była zachwycona, a jednocześnie odkrywała, jak świat może być inny od jej własnej codzienności. Zazdrościła Idzie fajnych rodziców, życia w wielkim mieście i odwagi...
Tak, chyba odwagi zazdrościła najbardziej...
-Hania, ruszże się. Rzuć te książki wreszcie!
Głos mamy nabrał ostrości, więc Hania zeskoczyła z wersalki i szybko poszła do kuchni. Mama zakładała właśnie swój codzienny, szary płaszcz. Wzięła torebkę i odwróciła się do Hani:
- Zanieś babci kolację, dopilnuj żeby zjadła, muszę iść do ciotki Marty, źle się czuje. Wrócę późno, a twój ojciec znów siedzi wiadomo gdzie. Zamknij dom, biorę klucz.
Zakręciła się i już jej nie było. Ciocia Marta często chorowała, mama czasem wracała późno w nocy, Hania słyszała jej powolne kroki w korytarzu, a potem ciche, szeptane złym szeptem, kłótnie rodziców. Nakrywała wtedy głowę kołdrą i uciekała w sen, czasem, jak miała szczęście, śniła jej się jeżycjadowa ulica Rosevelta 5.
Wzięła ze stołu tacę z drożdżówką i kubkiem kakao. Ostrożnie przeszła korytarzem, nacisnęła łokciem klamkę i weszła do malutkiego pokoju babci Mili. Babcia tak naprawdę nazywała się Zofia, Hania nie wiedziała, czemu wszyscy mówią Miłka, sama w dzieciństwie zdrobniła to na Mila i tak zostało. Postawiła tacę na stoliku obok łóżka i spojrzała na drzemiącą kobietę.
Babcia lubiła spać na wysokich poduszkach, prawie siedząc. Była malutka, skurczona i sucha jak herbatniczek. Cieniutkie, siwe włosy zawsze splatała w króciutki, chudy warkoczyk, związany czerwoną szmatką.
- Od uroku wnusiu, od uroku, czasem twoja mama tak spojrzy na mnie, że strach się bać- żartowała babcia, nie dając sobie odebrać szmatki. Hania zawsze miała wrażenie, że to nie do końca był żart. Sama bała się ostrego wzroku mamy.
Dotknęła ciepłej, drobnej ręki babci:
- Babciu Milu, kolacje przyniosłam.
Babcia otworzyła oczy i przez chwilę patrzyła na wnuczkę oszołomiona, ale zaraz w jej oczach pojawił się błysk rozpoznania:
- Moja Haniulka kochana. Kolację mi przyniosłaś? Co tam masz dzisiaj?
- Drożdżówkę mama upiekła i kakao mam.
- A cukru tyle ile lubię?
Hania roześmiała się:
- Poczekaj babciu...
Szybko pobiegła do kuchni, złapała cukierniczkę i wróciła. Starannie odliczyła sześć łyżeczek cukru do kubeczka z kakao, wiedząc, że mama posłodziła tylko jedną, a babcia lubiła bardzo słodko, siedem łyżeczek cukru. To była ich malutka tajemnica, łącząca babcię i wnuczkę w cukrowej konspiracji.
Babcia poprawiła się w łóżku, usiadła powolutku, wzięła tacę na kolana, zaczęła skubać drożdżówkę i popijać kakao mrużąc z lubością oczy. Hania przysiadła w nogach łóżka, podkuliła nogi, oparła brodę na kolanach i siedziała w ciszy.
Babcia po chwili spojrzała na wnuczkę znad kubka i zapytała:
- A co ty siedzisz tak cicho Haniulku? Zawsze buzia ci się nie zamyka, a tu cisza...
- Bo ja babciu myślę. Czytam książkę teraz i tam jest taka Ida. Ona jest bardzo zaradna. Jak nie miała pieniędzy, to zrobiła takie fajne serduszka i sprzedawała. A jak nie miała sukienki, to z firanki sobie zrobiła, mama jej pomogła i siostra starsza. Wiesz babciu, że idę do liceum we wrześniu. Kaśka mówiła, że mama dała jej trochę pieniędzy na nowe ubrania do nowej szkoły. Ja wiem, że tam będą prawie sami znajomi z podstawówki, ale też bym chciała troszkę nowych rzeczy.
- Prosiłaś mamę pewnie...- babcia ze zrozumieniem pokiwała głową. Wiedziała, co usłyszała jej wnuczka od matki.
- Prosiłam, ale mama powiedziała, że moje ubrania są dobre, a pieniądze na drzewach nie rosną.
Zapadła chwila ciszy, babcia Mila siorbnęła kakao i zamyśliła się.
Po chwili powiedziała:
- Haniu, nie mam pieniędzy, ale porozmawiam z twoją mamą. Tymczasem podejdź do szafy i tam, na dole, jest szuflada. Otwórz.
Hania zeskoczyła z łóżka i podeszła do starej szafy. Kucnęła i pociągnęła za uchwyt, szuflada wysunęła się gładko. Zapach suszonego piołunu zakręcił Hani w nosie aż kichnęła. Babcia zawsze mówiła, że piołun odgania myszy, wolała to niż kulki na mole, których zapachu nie cierpiała.
W szufladzie był spory, szary, lniany worek. Hania wyciągnęła go i podeszła do babci. Położyła worek na kołdrze i otworzyła. W środku było mnóstwo kolorowych motków włóczki. Małych i większych, pozwijanych starannie, we wszystkich kolorach tęczy. Hania aż się uśmiechnęła, uwielbiała kolory, ale w sklepach rzadko udawało się kupić coś wesołego. Z resztą mama nie lubiła, mówiła, że to nie elegancko wyglądać jak papuga. Większość haninych ubrań była więc elegancko szarobura.
Babcia Mila popatrzyła na wnuczkę z uśmiechem:
- To włóczka, która została z dawniejszych moich robótek. Porządna wełenka, nie jakaś tam anilana. Można z niej wyczarować coś wesołego i takiego, czego nie będzie miał nikt.
I ty to zrobisz sama, tak jak ta Ida.
- Babciu, ale ja nie umiem robić na drutach!
- Nauczysz się raz dwa. Zdolna jesteś. Zaczniemy od czegoś prostego. Prawo lewo. Zajrzyj no do szuflady, tam jeszcze druty są.
 |
| źródło: internet |
Nauka poszła bardzo łatwo, więc Hania postanowiła zrobić szalik. Wesoły i tęczowy, taki, jaki jej się marzył zawsze. Wieczorami siedziała z babcią, wybierała kolory, dopasowywała. Szalik powstawał powoli, ale cieszył oko. Był szalony, zawadiacki, pełen radości. Babcia opowiadała historie z czasów swojego dzieciństwa, a Hania przy otwartym oknie, w zapachu letnich wieczorów, stukała zawzięcie drutami. Tak jej się to podobało, że wcale nie chciała szalika kończyć. Był duży, szeroki i długi, zakończony fantazyjnymi frędzlami.
Mama krzywym okiem patrzyła na powstające wariackie dzieło. Komentowała, że wstyd będzie na ulicę wyjść z córką, bo wszyscy będą się gapić. Ale babcia zawsze jakoś rozładowywała sytuację żartem i mama w końcu odpuściła. Zabrała Hanię na zakupy i kupiła jej nowe buty i spódniczkę. Hania wiedziała, że zawdzięcza to babci Mili.
Skończony szalik, wyprany i równiutko zwinięty, został włożony do szafy w haninym pokoju, gdzie oczekiwał na zimne i chłodne wieczory i swój debiut w świecie.
Zaczął się wrzesień i Hania rozpoczęła naukę w liceum. W zasadzie nic się bardzo nie zmieniło, podstawówka do której chodziła była w drugim skrzydle tego samego budynku. Kilku kolegów znikło, kilku się pojawiło. Nowi nauczyciele stawiali nowe wymagania, ale poza matematyką, Hania lubiła się uczyć. Nie lubiła na siebie ściągać uwagi, więc była uważana za dobrą, spokojną uczennicę.
Życie toczyło się równo swoimi codziennymi rowkami do momentu, gdy któregoś, wrześniowego ranka Hania weszła do kuchni rano i zastała mamę siedzącą nieruchomo przy stole.
Mama spojrzała nieobecnymi oczyma na córkę i powiedziała:
- Babcia umarła w nocy.
Hania zamarła. Wszystko jakby stanęło w miejscu. Nie mogła nic powiedzieć, nie mogła się ruszyć. Mama patrząc na nią powiedziała:
- Idź do szkoły. Nic tu nie pomożesz. Muszę załatwić mnóstwo rzeczy.
Hania oderwała ciężkie stopy od podłogi. Podeszła do lodówki, wyjęła masło i serek topiony. Wzięła chleb i na stolnicy zrobiła sobie kanapkę. Mama wstała, zrobiła jej i sobie herbatę.
W ciszy, która przykrywała wszystko jak gruba, dusząca kołdra, zjadły śniadanie.
Hani zdawało się, że nie da rady przełknąć kęsów kanapki, jednak zmusiła się do zjedzenia całej.
Potem ubrała się i poszła do szkoły.
W szkole wszystko toczyło się swoim rytmem, tylko Hani zdawało się, że stoi obok. Z oddali oglądała siebie rozmawiającą z koleżankami, śmiejącą się jakby wszystko było dobrze.
Jakby nic się nie zmieniło. Myślała:
- Jakie to dziwne, czy ja jestem Tu, czy Tam z koleżankami. Jakby mnie nie było, ale jestem. Chyba jednak bardziej mnie nie ma...
W tym dziwnym stanie Hania spędziła kilka dni.
Aż w dniu pogrzebu, kiedy ubierała się do kościoła, sięgając po czarną kurtkę z szafy, wyciągnęła przypadkiem szalik.
Szalik wypadł na podłogę i aż zadźwięczał feerią barw.
Podniosła go, poczuła w rękach miękkość wełny.
Nagle pojawiło się wrażenie, że babcia jest obok niej.
Zapach piołunu z szafy, kolory, szarpnięcie w sercu i gardle. Hania rozejrzała się, ale nikogo nie zobaczyła. Jednak poczuła ciepło jakie przepłynęło po jej ramieniu. I nagle popłynęły łzy, najpierw ciche, wielkie krople. Potem Hania osunęła się przy szafie na podłogę i rozszlochała się na dobre.
Oparta o szafę, z szalikiem przytulonym do twarzy, płakała rozpaczliwie, mocno, całym ciałem.
To trwało i trwało, aż w końcu powoli zorientowała się, że jest znów bardziej Tu. Nie czuła się już zawieszona w dziwnym, nieważkim świecie. Czuła ciało, twardą podłogę, szalik pachnący piołunem. Oddech był już lżejszy, choć jeszcze rwał się spazmatycznie, jakby płuca nie mogły się do końca rozluźnić. Ale wiedziała, że jest lepiej, choć była bardzo zmęczona.
Chciała się zwinąć na łóżku z szalikiem i zasnąć.
Jednak musiała iść pożegnać babcię Milę. Wstała powoli, zawinęła sobie szalik na szyi i wzięła kurtkę. Spojrzała w lustro wiszące na drzwiach szafy i zobaczyła dziewczynę w kolorowym szaliku, która była zapłakana, miała spuchnięte powieki, czerwone i mokre policzki a kręcone włosy były w nieładzie. Wyciągnęła dłoń i dotknęła odbicia. Tafla lustra była zimna, ale dziewczyna z lustra też wyciągnęła do niej dłoń. Hania miała wrażenie, że tamta jej współczuje. Widziała w jej/swoich oczach smutek i ciepło.
Niespodziewanie uśmiechnęła się do tej drugiej w lustrze.
-To Ja i Nieja- pomyślała- jesteśmy dwie, nie jestem sama.
I zapadła decyzja w Hani.
Włożyła kurtkę, poprawiła szalik, spojrzała w lustro.
Nieja uśmiechała się do niej, stała wyprostowana z głową dumnie podniesioną do góry, szalik mienił się kolorami tęczy a w jej oczach błyszczało zdecydowanie.
- Babciu Milu pożegnamy się, dam radę...
 |
| Ubieranie drzew www.urbanshit.de |
cdn.....