Obserwatorzy

niedziela, 29 marca 2020

Poranek w Walhalli Wszechświecie.

kadr z serialu Wikingowie

Wciągnęłam się.
Ogromnie wciągnęłam się w serial Wikingowie na Netflixie.
Nie jest nowy, ma już 6 sezonów, a ja do tej pory konsekwentnie go omijałam. Nie miałam ochoty na krew, wojnę, zabijanie. Bo tak wyglądał. Napadali, łupili, mordowali i walczyli o władzę.
Aż w którymś filmiku Andrzej z Tresury Matrixa zaczął o nim mówić. Zaciekawił mnie do tego stopnia, że postanowiłam jednak zajrzeć w świat wikingów. Okazało się, że oprócz krwi, flaków i okrucieństwa, wikingowie mają jeszcze dużo do opowiedzenia ( a sceny bitw można sobie przewinąć).
W sumie, na czas zarazy jak znalazł.

Opowieść o trudach codziennego życia w surowej krainie, o miłości i poświęceniu, o nienawiści i zemście, o marzeniach przekraczających zwyczajność, sięgających dalej i dalej.
Bez oglądania się na konsekwencje, z pełną odpowiedzialnością i zrozumieniem, że nadejdą.

Każdy ruch na Ziemi ma swoje konsekwencje, każdy krok, który robimy je ma, każdy nasz oddech generuje ruch cząsteczek powietrza, gazów w nim zawartych, drobinek kurzu w nim zawieszonych, które są zasiedlone przez miliardy istnień zupełnie niewidocznych gołym okiem.
Z każdym oddechem wciągamy je do płuc.
Przywitajmy się z roztoczem ;)


Jest cały kosmos rzeczy ukrytych przed naszym wzrokiem. 
Rzeczy, które są magiczne, piękne, straszne i ogromnie ekscytujące.

Przez wiele, wiele lat skupiałam się tylko na cienkiej powierzchni rzeczywistości. Na tym co widzę, czego mogę dotknąć, posmakować, poczuć. To był świat zmysłów i czucia. Widzenia i dotykania. 
Ale okazało się, że to nie wszystko. Pod tym jest jeszcze wiele innych warstw, a te warstwy mają też warstwy i nagle poczułam, jak mój świat staje się całym Kosmosem, multiwarstwowym.
Fraktalem, którego możliwości właśnie  zaczęłam zwiedzać.


Przeczytałam jakieś cztery lata temu książkę Wędrówka dusz-  dr Michaela Newtona.  Ponieważ idea reinkarnacji do mnie przemawiała zawsze, od kiedy ją tylko poznałam, nie miałam problemu ze zrozumieniem tematu. Książka uświadomiła mi jednak, że zawsze zatrzymywałam się na życiu po życiu, po życiu, a co między tymi życiami? Jakoś nigdy się nie zastanawiałam.
A tymczasem coś jest. Autor tej książki jest hipnoterapeutą. Odkrył, że wprowadzając ludzi w stan hipnozy, można dotrzeć do wspomnień z żyć, które były wcześniej. Ale mnie najbardziej zaciekawiło, że można dotrzeć do wspomnień życia między życiami.
Tylko jakoś pomysł z hipnozą wydawał mi się zagrażający. Po prostu się bałam utraty kontroli. Wtedy jeszcze ;)
Więc poczytałam i zapomniałam. Ale po dwóch i pół roku temat powrócił i nagle poczułam, że już się nie boję. Więc zapytałam znajomą czy nie zna kogoś od regresingu (technika terapeutyczna polegająca na cofnięciu pacjenta przy pomocy hipnozy w przeszłość poprzedzającą jego narodzenie, używana w celu uwolnienia pacjenta od negatywnych wzorców w umyśle, mających swe źródło w przeszłości; (regressing)). Okazało się, że zna. W dodatku taką osobę, która stosuje regresing niehipnotyczny, a raczej bazujący na relaksie i oddechu, co pozwala zejść głębiej w podświadomość.
Idealnie dla mnie. W dodatku tuż obok mieszkania mojej siostry w Warszawie, nie trzeba nigdzie jeździć daleko. 
Więc: Ahoy Przygodo, przybywam!

kadr z serialu Wikingowie

Drzwi otworzyłam mi malutka, szczuplutka kobietka. Spojrzałam jej w oczy i poczułam, że mogę zaufać. Gdyby tak nie było, wyszłabym. Ale wesoły uśmiech i ciepło w oczach małej osóbki były szczere. Położyłam się na kanapie w zacienionym pokoju, założyłam miękką opaskę na oczy i wsłuchałam się w głos, który mówił jak mam oddychać, jak rozluźniać ciało i powolutku ruszyłam w podróż...
Poznałam dwa moje wcielenia, o tym nie opowiem, bo to osobiste. Ale znalazłam miejsce między wcieleniami, miejsce, które chyba mogę nazwać Domem. 
Wiec posłuchaj Wszechświecie...
Kiedy wróciłam z trudnej wyprawy, z nowymi lekcjami, z nową wiedzą, zmęczona i oszołomiona, nikt nie wyszedł na moje spotkanie. Wszyscy wiedzieli, że nie chcę. Chciałam ciszy i spokoju, chciałam odosobnienia. Chciałam odpocząć. Poukładać to co przeżyłam, zrozumieć, pozwolić temu wniknąć we mnie łagodnie. 
Wokół, od innych Istot, czułam zrozumienie i całkowitą akceptację. Wszak one też odbywały podróże i wiedziały...
Mój Dom był piękny. Zielona dolina wypełniona światłem, choć nie ma tam słońca. Niebo jest fiołkowe, purpurowe, granatowe, ciemne jak nocą, ale widać gwiazdy, mgławice, kosmos. Widać głębię i ogrom Wszechświata. Jest tam jak w przepięknym, naturalnym parku. Mnóstwo drzew, gajów, strumyków i rzek. Ścieżek, ławeczek, fontann. Istoty spacerują, rozmawiają, pracują w tym przepięknym miejscu harmonijnie i spokojnie. Każdy wie, co ma robić, każdy wie po co tam jest. 
Istoty są różne, widzę tam ludzi, ale też i mnóstwo innych form życia. Kiedy prowadząca mnie kobieta pyta jakie są, mówię: wszyscy są tacy sami w środku, każdy wybiera formę, lecz rdzeń jest taki sam. Nie umiem inaczej wyjaśnić.
Ja jestem piękna. Wiotka, wysoka, mam niebieską, mglistą skórę. Przepiękną, opalizującą suknię i wielkie oczy. Ale oczy są jak to niebo, nie mają źrenic, ani tęczówek, są czarne i fiołkowe, lśnią w nich iskry światła, jak gwiazdy. Piękne i hipnotyzujące.
Po środku Parku stoi budynek, jakżeby inaczej, Biblioteki. 
Każdy ma swoją Walhallę, jak się okazało.
Biblioteka ma tylko przezroczysty, szklany dach wsparty na przepięknych kolumnach. Zamiast ścian są wielkie połacie miękkiego płótna, lekko poruszane wietrzykiem. Książki, o ile tak można je nazwać, są ułożone na regałach ustawionych na środku długiego pomieszczenia, które zdaje się nie mieć końca, choć z zewnątrz, Biblioteka wygląda na niewielką. Przy regałach stoją stoły, gdzie Istoty przeglądają swoje księgi, które im wybieram. 
Bo moim talentem i darem jest wiedza, która książka jest dla kogo. Kiedy Istota przychodzi, patrzę na książki i właściwa rozjaśnia się światłem. Wtedy wiem. Wyjmuję ją i podaję.
Każdy ma różne talenty, ja mam taki, jestem Bibliotekarzem.
Książki są jakby ze szkła. Przezroczyste, ale ciepłe i elastyczne. Są jakby trójwymiarowe i każda kartka opisuje zdarzenia życia, życia, które jest najlepsze dla danej Istoty. Tego życia, które najbardziej pomoże jej w ścieżce rozwoju jaką wybrała. I przed udaniem się do tego życia, Istoty uważnie czytają te księgi. Każda kartka opisująca wydarzenia nie jest płaska, jest też wielkowymiarowa. Każde zdarzenie ma ileś tam wariantów do wykorzystania, więc księgi są multiwątkowe.  
Trudno to przekazać naszym językiem, musiałam polegać tu na odczuciach. Wiele, wiele możliwości, wiele konsekwencji, wiele dróg wyborów. Wszystko dostępne. Wszystko możliwe, wszystko prowadzące do tego, co Istota założyła jako lekcję.
Odpoczywałam w Domu, pracowałam z radością, ale widziałam moją następną księgę, świeciła dla mnie cały czas, czekając, aż będę gotowa...

Wiec przybyłam Wszechświecie...

kadr z serialu Wikngowie



Ps. Okazuje się, że  zamówienia są realizowane. Pisałam o tym, że moja mama chciała suczkę. Otóż półtora miesiąca temu pojawiła się wyrzucona przez kogoś sunia. Na ulicy mojej mamy. I mama zdecydowała się przygarnąć.  Wprawdzie zamówienie było na starszą i spokojną, uległą i przytulankę. A Pusia jest młoda, energiczna, dominująca i nie ma czasu na pieszczotki za bardzo. 
Ale jest idealna. Taka jaka ma być i mama bardzo ją polubiła  :) 
Przedstawiam, oto Pusia :)



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja podróżująca i fraktalna Prowincjonalna Bibliotekarka.

niedziela, 22 marca 2020

Wszyscy umrzemy Wszechświecie.

Kadr z serialu Paragraf 22.

Wszyscy umrzemy.
I to jest dobra wiadomość.

Wczoraj wybraliśmy się z Mężem na zakupy do Lidla w pobliskim miasteczku. Wyjedliśmy już trochę, potrzebowaliśmy coś na kanapki i zieleniny. W Lidlu miły głos oznajmił, że musimy pobrać rękawiczki i nic gołą łapą nie brać. Dostosowaliśmy się. Czemu nie. Przedtem wypryskałam poręcz wózka płynem dezynfekcyjnym, zakupionym niedawno i chyba świeżym, bo miał naklejoną informację, że chroni przed koronawirusem.
Jak pięknie jednak popyt kreuje podaż.
Przyznam, jechałam w lekkim nerwie, ale spacer po sklepie, o dziwo, uspokoił mnie. Ludzi nie było dużo, na półkach wszystko było, nikt panicznie nie biegał, panie przy kasie żartowały.
Kupiłam sobie śliczne, różowe róże. Stają teraz w wazonie i cieszą oko.

Kiedyś nie kupiłabym ich, uważałabym to za okropność. Kupować martwe kwiaty, wyprodukowane tylko dla naszej próżności. Tyle ich marnuje się w sklepach, tyle potem trafia na śmietnik.
Kiedyś...

 Nie oglądam wiadomości, bo nie mam telewizora. Na portale z wiadomościami nie wchodzę. Nie śledzę statystyk, nie potrzebuję. Na FB widzę coś o wirusie na tablicach nielicznych znajomych, bo poczyściłam tę sferę już jakiś czas temu. Zrobiłam czystkę bezpardonową, tak by moja tablica była miła dla mnie. Bo ona jest MOJA.
I kupuję róże.

Jednak całkiem wylogować się nie mam zamiaru, choć taka chęć była. Ale jednak nie. Bo nie o to tu chodzi. Więc czasem zajrzę gdzieś tam, coś do mnie trafi, coś przeczytam na blogach. Różnorodność to podstawa.

I zorientowałam się, że wszyscy zapomnieliśmy.
Zapomnieliśmy, że jesteśmy tu na chwilę.
Wszyscy umrzemy.
Kadr z serialu Paragraf 22
Widzicie tego człowieka w przeszklonej kabinie? To Yossarian, zwany Yoyo.
Bohater książki Paragraf 22- Josepha Hellera. Mała i niepozorna książeczka.
Kadry są z serialu pod tym samym tytułem, który reżyserował George Clooney. Nieopatrznie po południu włączyliśmy sobie z Mężem jeden odcinek, tak na chybił trafił. I już nie odpuściliśmy. Obejrzeliśmy 6 odcinków pod rząd.
Nie ma przypadków.

Yoyo chce tylko przeżyć i wrócić do domu. Tylko tyle. Robi różne rzeczy w tym celu. Jest w stanie premanentnego przerażenia w większym, bądź mniejszym nasileniu, ale stałym.
Jedynie w szpitalu polowym znajduje chwile wytchnienia, więc kombinuje i symuluje, aby tylko tam pobyć.
Próbuje różnych podejść by wylatać loty i dostać zwolnienie do domu. Skutki tego są opłakane, czasem giną z tego powodu inni ludzie. O czym on wie, albo nie wie, ale i tak cel ma jeden: wrócić do domu. Po kolei giną jego przyjaciele, a on lata, zrzuca bomby i rozpaczliwie próbuje znaleźć sposób na wyrwanie się z piekła. A piekło jak to piekło, obłożone papierami, biurokracją i głupotą. Im mocniej Yossarian naciska, tym większe kopniaki dostaje.  Nie będę opowiadać, kto czytał książkę, wie. Kto nie czytał, niech obejrzy serial, Clooney wielkim reżyserem jest.

Mąż mi wyjaśnił, że bombowce latały w specjalnym szyku, nie mogły tego zmienić, bo musiały trafić w konkretny punkt. Z tego powodu były idealnym celem dla obrony przeciwlotniczej. Zwano je "latającymi trumnami", bo straty były ogromne.
Ale na dole, po zrzuceniu bomb również, więc latali i bombardowali, umierali, zastępowali ich inni i tak się kręciło...
Wszak wszyscy umrzemy.


Zamknęliśmy się w domach jak w szpitalu polowym.

Tak, tak wiem...znam wszystkie argumenty, szpitale nie z gumy, respiratorów brak, włochy, odpowiedzialność, kary pieniężne (!)...cała, wielka machina kawarantanny i strachu.
Na różne sposoby próbujemy sobie radzić, szukamy sposobu by przetrwać i wrócić do naszego normalnego życia. Czyż nie tak?
Czytam czasem wysoko moralne wypowiedzi, że nam się to należało, że to kara za trucie Matki Ziemi, za jedzenie mięsa, za nieczystość myśli, za pychę, pożądanie, bezmyślność (dopiszcie sobie coś, wszystko można tu wrzucić).
Dobrze wam tak!, grzmią różne "autorytety" duchowe. Teraz lekcja przyszła, teraz dostaniecie w kość, wyciągać łapy, będzie linijką bicie.
Nagrabiliście, teraz KONSEKWENCJE, KARMA WRACA.
Boli tyłek, dobrze, dusicie się, dobrze, boicie się, DOBRZE. Teraz się nauczycie!!!!
I to słyszę od ludzi, którzy grzmią o miłości, współczuciu, wybaczaniu.
Coś im się poplątało...

Oni też umrą :)

Kadr z serialu Paragraf 22
To jednak jest wyzwalające.
Śmierć jest wynikiem Życia. Zamyka pewien cykl. Kończy jedno doświadczenie. Zaczyna drugie. Gdziekolwiek się rozejrzę, wszędzie ten cykl trwa. W przyrodzie, kosmosie, w nas.
Umierają komórki i się rodzą.
Yossarian zrozumiał to na końcu. I ja to rozumiem od niedawna.
I wciąż się boję, ale już mniej :)
Każde doświadczenie jest cenne, każde. Bez tego nie ma rozwoju, nie ma życia, nie ma Podróży.
A po to tu jesteśmy. By podróżować.
Kiedy patrzę na ludzi na rollercoasterze, aż mam ciarki, ja tam nie wsiądę, ale oni mają z tego sporo radochy. Nawet jak wysiądą i zwymiotują.

Więc o co chodzi teraz?
Wybierajmy. Każdy może coś dla siebie znaleźć: strach, miłość, złość, czułość, zwątpienie, wiarę...
Fasolki wszystkich smaków.
Spróbujmy, bo wszyscy i tak, umrzemy.

Kadr z serialu Paragraf 22.

Ps. Czy ktoś pomyślał, że najlepszym papierkiem lakmusowym epidemii są panie sprzedawczynie w sklepach? W stałym, mocnym kontakcie z całą populacją. A nie chorują :) Czy to nie daje do myślenia?




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zdezynfekowana, ale nie wyjałowiona, Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 14 marca 2020

Miłość w czasach zarazy Wszechświecie

Urodziłam się.
Tak jak wszyscy.
Po dziewięciu miesiącach, w małej porodówce, w malutkim miasteczku. Lubię myśleć, że padły na mnie promienie słońca, poranne, sierpniowe. Że sala się rozświetliła. Później w tej sali miałam lekcje religii, bo porodówka stała koło plebanii. Pamiętam doskonale zapach tego miejsca, stare drzewo, smolna łuczyna, jakiś nieokreślony zapach drapiący w gardło. Mama opowiada, że byłam ładna. Nie czerwona jak inne noworodki, nie opuchnięta, ale biało-różowa, z szeroko otwartymi, wielkimi oczyma.  Tyle wiem.
Moja mama nie opowiada o tym co czuje, opowiada o tym co się działo.

Kiedy wróciła ze mną do domu, powoli zaczęła zauważać,  że nie rozwijam się jak inne dzieci. Leżę placuszkiem, nie próbuję się przewracać, podnosić główki. Byłam pierwsza, więc mama nie miała doświadczenia, ale wiedziała, że coś jest na rzeczy. Poszła ze mną do lekarza w miasteczku, ten obejrzawszy mnie, powiedział: to dziecko chyba nie przeżyje. Mogę sobie wyobrazić, co poczuła mama. Pojechałyśmy do szpitala w Białymstoku.
Kilka dni leżałyśmy tam razem i mnie badano, ale nic nie mówiono. Nikt nic nie robił. Aż przyjechał mój tata i przywiózł dolary, które wręczył cichutko lekarzowi. Następnego dnia pobrano od mojego taty krew i przetoczono mi ją. Nic więcej. Buteleczka krwi mnie wyleczyła.
Kiedy wróciłam do domu nadrobiłam wszelkie zaległości i byłam całkiem normalnym i żwawym niemowlakiem.
Okazało się, że urodziłam się z niedokrwistością, która po tej jednej transfuzji nigdy nie wróciła.

Ale myślę, że stan bezsiły został ze mną.  Za mało tlenu powodowało słabość fizyczną, niemożność ekspresji tak potrzebnej niemowlętom do kontaktu ze środowiskiem i mamą. Ciągle spałam, płacz męczył, ciało nie słuchało, mogę to sobie wyobrazić. Przeszłam przez to samo w czasie depresji.
Czy to wpłynęło na moje całe życie? Zdecydowanie TAK.

Rozgrzebując kilkadziesiąt lat później moją przeszłość, szukając korzeni mechanizmów moich zachowań, dotarłam do tej małej Ani, leżącej bezwładnie w łóżeczku. Bezsilnej.

Powoli zaczęło do mnie docierać, że stan bezsilności był nie tylko fizyczny. Niemożność ruchu spowodowała, że zrozumiałam, przyjęłam jak swoje, że jestem w tym świecie bezbronna i zależna od innych, bez własnej siły. Kiedy zaczęłam chodzić, mama mówiła, że byłam bardzo ostrożna. Długo to trwało. Bałam się upaść. Nie wierzyłam swemu ciału, że da radę. Nie wierzyłam sobie.
Z pewnością było sporo innych czynników wpływających na to przekonanie i utwardzających je na żelazobeton. Ale początek był w porodówce...


Dociera to do mnie teraz, po pięciu latach od decyzji, by sobie pomóc. By zrozumieć, czemu depresja, czemu choroba, czemu wszystko takie okropne i ciężkie. Pięć lat szukania, przeżywania od nowa starych zdarzeń, starych traum, wyciągania na światło ukrytych kawałków mnie. Pięć lat dociekania, co tak naprawdę mnie popchnęło na drogę autodestrukcji?
Odpowiedź dostałam już w grudniu, kiedy leżałam na kanapie nie mogąc się ruszyć, z rwą kulszową i zapaleniem zatok.

BEZSILNOŚĆ.

Absolutna i bezpardonowa. Brak jakiejkolwiek kontroli nad moim życiem. Całkowicie zbuntowane ciało. Ból i strach. Nic nie mogłam kontrolować, nic ogarnąć, nic załatwić. NIC ZROBIĆ.
Mogłam tylko leżeć, płakać i bać się. Co robiłam, aż do momentu, kiedy ból powoli odpuścił, zatoki się uspokoiły i okazało się, że w moim łóżku jest całkiem wygodnie jeśli tylko delikatnie, wsłuchana w ciało, się przesuwam. Mąż mi przyniósł laptopa z netflixem na fajnej podstawce. Poprosiłam o żelki i dostałam mnóstwo.


Herbata była na zawołanie. Dzielnie zniosłam trzy potwornie bolesne wizyty u rehabilitanta. Zaczęłam powoli sama ćwiczyć. Zaczęłam się ruszać. I to wszystko zrobiłam sama. Czasem płacząc, czasem jęcząc, czasem znów popadając w dołek i wychodząc z niego. Ale to ja zrobiłam.

JA. SAMODZIELNIE.

A stało się to, gdy pozwoliłam sobie na bezsilność, płacz, lęk. Gdy w tej bezsilności uwiłam sobie własne gniazdko z żelkami, netflixem, zgodą na opiekę, poddałam się. Całkiem się poddałam.


I mamy wirusa.
I wszystko co z nim związane.
Strach, panika, lęk przed śmiercią i nieznanym, i moja przyjaciółka, Bezsilność.
Witaj znów :)

Wchodząc do pustych sklepów czuję ten strach, ten przymus robienia czegoś, by się uchronić, by uciec, by zabezpieczyć siebie i bliskich. Rezonuje we mnie. Znam to.
Boję się tak samo jak inni. Kupiłam trochę najpotrzebniejszych rzeczy, tak, papier także ;)
I żyję.
Chodzę do zamkniętej biblioteki, nadrabiam papierki. Wychodzę na spacer z suczką i patrzę na gawrony, niebo i krokusy. Oglądam seriale, czytam książki, śmieję się z mężem z memów na FB, jem brzoskwinie z puszki, bo właśnie mam na nie ochotę.
W mojej bezsilności wiję znów własne gniazdko, wygodne, przytulne i ciepłe.
To moja Siła.

I pozwalam Wszechświatowi zaopiekować się mną i moimi ukochanymi, i całą naszą Planetą.
To też moja Siła.

I wiem, że wszystko będzie dobrze. Jakkolwiek będzie.
Alis...


Pozdrawiam z miłością Wszechświecie, twoja i silna, i słaba Prowincjonalna Bibliotekarka.

środa, 19 lutego 2020

Mój Miły Hejterze we Wszechświecie.


Mój Miły Hejterze, piszę do ciebie z Dalekiej Podróży....

Był taki czas w moim życiu, dość długi, męczący i przykry bardzo. Już wtedy byłam na lekach przeciwdepresyjnych, wiedziałam, że mam depresję, ale uważałam, że jest ogarnięta. Czułam się lepiej fizycznie, dołów wielkich już nie było, wszystko było otulone jakby szarą watą, to było właściwie przytulne. Ale...
No właśnie, ale...szczęśliwsza jakoś nie byłam. Nic się nie naprawiało w moim świecie.
Zaległości w pracy jak były, tak były i rosły. W domu idealnych porządków nie było. Nie mogłam się zmobilizować do niczego, a najgorsze było to, że ciągle się do mnie ktoś czepiał. Mąż, synowie, koleżanki w pracy, czytelnicy w bibliotece. Każdy coś ode mnie chciał, każdy jakieś uszczypliwe uwagi na mój temat puszczał, czułam się zaszczuta i atakowana. Nikt mnie nie chciał zrozumieć, każdy tylko mi dowalał, jaka jestem zła, bez empatii, bałaganiara, leń, do niczego. W pewnym momencie czułam się jak pod ostrzałem, co kto nie powiedział, ja odbierałam jak krytykę i czułam się jak ofiara. I jednocześnie budził się bunt: dlaczego, to niesprawiedliwe, dlaczego ci ludzie tak mnie nie lubią, czemu osoby, które powinny mnie kochać tak mnie ranią? Broniłam się.
Płakałam, atakowałam, uciekałam. Różnie.
Jednak kiedy próg bólu i cierpienia został przekroczony, któregoś dnia zrozpaczona dostrzegłam szczelinę w tej ścianie pod którą stałam: to niemożliwe, żeby tak wszyscy się na mnie uwzięli...

Nieśmiała myśl. Na początku odrzuciłam. Ból był prawdziwy, emocje i uczucia też. Byłam jak chodząca rana, cała odsłonięta i cokolwiek dotknęło, nerwy aż rozpalały się do czerwoności.
Ale ziarenko rosło. Powoli zaczęłam dostrzegać, że niekoniecznie jest tak, jak mi się zdaje. Niekoniecznie mnie tak wszyscy dziubią. Chyba coś jest na rzeczy. Nie zawsze tak było.
Nadal było ciemno, ale jakoś obudziła się Odwaga, by zajrzeć o co chodzi.
I poszłam na terapię.

 Czemu ja o tym? Bo ostatnio czytając blogi natrafiam na takie właśnie posty ( u Jaskółki, filmik u Graszki i kilka innych) Zaczęłam się zastanawiać, jak to u mnie jest? Jak teraz, mając porównanie do tego co było, myślę, odczuwam, radzę sobie?

Będąc w życiu i w sieci, wszędzie spotykam ludzi. Ich umysły brzęczą i nadają cały czas. Dociera do mnie mnóstwo bodźców, różnorodnych. Z moją wrażliwością, reaguję. Zmiana jest jednak diametralna. Nie mam hejterów...
Aż się zdziwiłam, kiedy to do mnie dotarło. Dość dziwna sytuacja. Zawsze miałam jakiś wrogów. Kogoś nie lubiłam z wzajemnością i tak sobie dokuczaliśmy. Nadal to się zdarza, ale to normalne. Poprztykamy się i już. Ale nie mam wrażenia, że ktokolwiek ma coś do mnie. Do mnie osobiście.
Bo nawet jak przez chwilę tak myślę, to potem dociera do mnie, że tak naprawdę NIE.


Zauważyłam, że ludzie zawsze mówią o sobie. Zawsze.
Nawet mówiąc o innych, robią to w kontekście do siebie. To niby oczywiste, ale kompletnie niewidoczne w tym bałaganie jaki mamy na Ziemi. Ale mówimy tylko o tym, co jest nam znane.
A znamy tylko nasze własne wnętrze, tylko swoje emocje i uczucia, tylko swoje doświadczenia.
Na bazie swoich przeżyć, oceniamy innych ludzi. I tu się bardzo można potknąć.
Tu ja się potknęłam.
Zamotałam się we własne emocje, myśląc, że są czyjeś.
Bo przecież poczucie bycia niewłaściwą, niedobrą, głupią, niewartą nie było moje. To inni mi to serwowali, nie ja sobie. Czyżby? Oj Prowincjonalna, to była ciężka lekcja.

Potem trafiłam na zdanie: nikt cię nie może zdenerwować, ponieważ to ty się denerwujesz.
No tak nie do końca zrozumiałam na początku. Przychodzi ktoś, dokucza i co?
To moja wina, że się zdenerwowałam na tego dupka jednego? I tak, i nie ;)
Dupek przyszedł, powiedział: jesteś głupia. I co? Dać mu prawo do obrażania?
Pozwolić wleźć na głowę?

No nie, ale pytanie właściwe i bazowe, brzmi: jesteś głupia?
Pomyśl tak naprawdę uczciwie: jesteś głupia?
Wkurzyło cię to? Jeśli cię wkurzyło, to znaczy, że myślisz o sobie: JESTEM GŁUPIA.

W głębi ciebie siedzi samotne, opuszczone dziecko z przeszłości. I ten dupek do niego mówi, a ono wie, że jest głupie. Ty za to, teraz, nie wiesz. Tak daleko uciekłaś od tego dziecka, tak się go wyparłaś, tak udajesz, że go nie ma, że aż uznałaś to za prawdę. A ten dupek przyszedł do ciebie po to, by ci pokazać prawdę: myślisz o sobie, że jesteś głupia, tam głęboko, w Cieniu własnego Serca.

Gdybyś naprawdę wiedziała i była przekonana, że jesteś w porządku, mądra i taka jak trzeba, tylko byś się roześmiała i zrozumiała, że dupek też mówi o sobie, że w nim też siedzi małe, biedne dziecko. Zapomniane, cierpiące, złe i przerażone. I kopie na oślep. Tak jak twoje.
Wszechświat nam pomaga. Rozejrzyj się, ludzie jacy do ciebie przychodzą, co mówią, jak się z tym czujesz, to wszystko twoje. To co cię denerwuje, jest twoje. To to, czego nie chcesz zobaczyć.
I przychodzą ludzie z tym samym co ty masz w środku, by ci ułatwić, pomóc zobaczyć siebie.

Więc zamiast się bić, uciekać, złościć, płakać, wypierać (choć to nieuniknione i potrzebne) spójrz w to lustro.
Spójrz i zobacz.

Mój Miły Hejterze, dziękuję :)
Co nie znaczy, że cię nie wykopię jak za bardzo oświecisz ...
Niemniej, zapraszam...
Powiedz mi coś o sobie, powiedz mi coś o mnie...




Ps. Cień to to, czego nie chcemy widzieć. Jednak Cień jest tym wyraźniejszy im mocniejsze nań   Światło pada. Bez naszego Cienia, nie będziemy Pełni. Będziemy tylko fragmentem  Siebie.
Można, tylko jaka to strata ;)

Ps. Jaskółko i Graszko, dziękuję dziewczyny :)







Pozdrawiam Wszechświecie, twoja hejtująca i hejtowana Prowincjonalna Bibliotekarka.


niedziela, 9 lutego 2020

Gorset Damy Wszechświecie.

Umarła pani Gorset.
Pisałam o niej Pani Gorset

Umarła już jakiś czas temu, trzy, cztery miesiące. Zrobiła to nagle, niespodziewanie i dość szybko.
Zszokowała wszystkich, swoich kolegów i koleżanki z pracy, zostawiając nas w szarej przestrzeni strachu i niedowierzania. Nikt się nie spodziewał, myślę, że ona sama najbardziej.

Kiedy ją poznałam, jakieś dziesięć lat temu, znielubiłam od razu. Paniusia z tapirowanym i lakierowanym hełmem na głowie, w beznadziejnej garsonce szaroburej, w czółenkach na grzybku.
Z zaciśniętymi ustami, zawsze prościutka, obwieszana złotymi łańcuszkami, kolczykami i pierścionkami.
Czułam, że nigdy nie wyluzowuje, czułam to jej wewnętrzne drżenie, choć wtedy nie rozumiałam jeszcze, że rezonuje ze mną i nie rozumiałam, czemu tak mi gra na nerwach. Wszyscy mówili, że jest elegancka i zadbana, ja widziałam kobietę pozbawioną wyobraźni, zakleszczoną w dogmatach i perfekcjonistkę, która za wszelką cenę musi postawić na swoim. Na biurku PaniG zawsze był idealny porządek. Wszystko miało swoje miejsce. Każda czynność miała swój program niezmienny.
Każda ściereczka miała swój przydział.
Pamiętam, że kiedyś przyszła do biblioteki w białym t-shirtcie i dżinsach. Coś tam rozmawiałyśmy i dostała telefon od dyrektora, że musi zanieść do szkoły jakieś papiery, Zaczęła cała drżeć, zdenerwowała się strasznie. Okazało się, że bluzeczka i dżinsy to był jej strój do sprzątania, miała poukładać w magazynku publikacje turystyczne. Absolutnie nie mogła w dżinsach i zwykłym
t-shirtcie pokazać się u dyrektor szkoły. Pamiętam jej słowa: dlaczego on mi to robi?
Znaczy dyrektor, czemu ją wysyła, kiedy ona ma inne zadania. Na nic były tłumaczenia, że wejdzie, odda i wyjdzie. Że bluzeczka czyściutka i dżinsy ok. Pojechała do domu, do sąsiedniej wsi, przebrała się i dopiero odwiozła papiery. Oczywiście włożyła marynarkę, spodnie na kant, inną bluzkę, poprawiła włosy.
Przyznaję, śmiałam się wtedy z niej strasznie. Cóż, ślepość jeszcze na oczach była, to mogłam się pośmiać złośliwie. Czasem przekładałam jej na biurku rzeczy, dla żartu niby...
Sorry PaniG ;)


PaniG miała PLAN. Zostało jej trzy miesiące do wieku emerytalnego, ale chciała jeszcze popracować rok, póki córka nie skończy studiów. Jej prawo. Ale nie wszystko toczy się jak chcemy. Poproszono ją jednak o przejście na emeryturę. Obiecano zatrudnić w sezonie turystycznym już jako emerytkę. Dla zachęty nie dostała podwyżki, którą dostali wszyscy. To było za dużo.
PaniG zapadła się w sobie, nie mogła tego przegryźć, nie mogła sobie tego ułożyć, tak okropnie ją potraktowano. Poszła na tydzień urlopu, dostała zapalenia zatok, potem jej się pogorszyło, potem wylądowała w szpitalu, potem znienacka umarła w tymże.
Zajęło to, w miarę zdrowej kobiecie, tydzień.
Przeraziła nas wszystkich.

A ponieważ ja już w temacie własnego perfekcjonizmu zaczęłam grzebać, osobiście przeraziłam się najbardziej.

Zawsze uważałam się za bałaganiarę. Większość rzeczy nie ma u mnie stałego miejsca, w szafie wszystko skotłowane, na toaletce piramidki z kosmetyków, w kuchni słoiki niezniesione do piwnicy...
Nie, nawet nie będę pisać ;) Za dużo.
Wszędzie bałagan, niedoróbki, nieogarniątka...Więc gdzie ten mój perfekcjonizm?
W mojej głowie on się panoszył.
Że muszę być dobrą mamą, być dobrą żoną, być dobrą bibliotekarką.
Że jak się do czegoś już biorę, to ma być wykonane profesjonalnie i fachowo.
Że lenistwo jest złe, że muszę być w ruchu cały czas. Działać, robić, nie marnować życia.

Że błędy nie wchodzą w rachubę.
Mój PLAN ich nie zakładał.
Nie dałam sobie żadnych forów.

A ponieważ Wszechświat daje ci zawsze to, o co prosisz, dostałam WSZYSTKO.
Bo tak naprawdę prosiłam o potwierdzenie, że jestem do niczego.
Czyż nie o to proszą perfekcjoniści?
O wieczne porządkowanie, wieczne poprawianie, wieczne układanie widzianego wokół bałaganu?
 A bałaganem jesteśmy my. Jak Kopciuszek wybierający mak z popiołu, wiemy, że się nie da.
Ale ściubimy. I się nie daje.
Wiec jesteśmy do niczego, bo Kopciuszek jednak poradził sobie.

Więc perfekcjonista MUSI widzieć, szukać bałaganu, niedoróbek, wad. Musi to znaleźć by naprawić.
Nie ma totamto, zamówiłeś, masz.
Wszechświat nas kocha.


 I jeszcze jedna historia do mnie trafiła. Mam koleżankę, fajna, dobra dziewczyna.
Perfekcjonistka oczywiście. Prowadzi zespół taneczny w szkole, tańce ludowe. Świetnie to robi.
Dużo wysiłku włożyła w to, by się tego nauczyć, zachęcić dzieci i rodziców, przełamać niechęć dyrektorek i, mimo zawiści koleżanek, nie poddać się i działać. Udało się jej to wszystko, już niedługo 15-lecie. Ale ona wcale nie czuje się dobrze z tym sukcesem. Wręcz przeciwnie. Czuje się niedoceniona. Jakby nikt nie widział, ile ją to kosztowało, nikt nie dziękuje za bardzo...Taaa.

Kilka lat temu sprowadziła się w nasze strony inna moja znajoma. Posłała córkę do szkoły i tam dziewczynka dowiedziała się, że jest taki zespół do tańczenia. Więc zaczęła robić wywiad na ten temat: jak tam się dostać i czy to fajne. I inne pięcioklasistki jej odpowiedziały: uważaj, bo jak się zapiszesz, to ta pani zrobi tak, że już ZAWSZE będziesz tańczyć...
Ustami dzieci prawda przemawia.

fotos z filmu Jojo Rabbit.
Inna strona perfekcjonizmu: mały hitler.
Każdy perfekcjonista zrobi wszystko, za pomocą każdego dostępnego narzędzia, by uporządkować. Położyć każdy przedmiot na miejsce. Skoryguje każdą wadę postawy. Wyszoruje każdą plamę, wytnie każdą niedoskonałość na ciele Wszechświata. 
Choćby tą niedoskonałością miał być on sam....

AUĆ...






Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja Prowincjonalna Bibliotekarka, zastygła ze ściereczką w ręce...

czwartek, 30 stycznia 2020

W mglistą, cichą noc Wszechświecie, część 4


Hanna siedziała i próbowała złapać oddech, kręciło się jej w głowie i mdliło. Odchyliła się, oparła plecy o ławkę, by poczuć jej stabilność i twardość. Czuła się jak balonik szarpany na wietrze, nieważka i bezbronna. Mimo, że Kolorowa znikła we mgle, Hanna nadal widziała szalik w swojej głowie. Wspomnienia napływały jak film, który w szaleńczym tempie przelatywał przez umysł kobiety. Emocje i uczucia były jak fala, nakładały się na siebie od czego ciało wibrowało. Fragmenty przeszłości wracały wirując i szukając swojego miejsca. To trwało i trwało...
Hanna nie wiedziała ile czasu już siedzi na ławce.
Film w głowie powoli wyhamował i znikł. Mogła rozluźnić ciało, które napięła do granic możliwości by utrzymać zalewające emocje. Było jej gorąco.
Spojrzała ma Rzekę przez łzy. Nadal płynęła. Księżyc nadal świecił. Mgła tylko podpełzła bliżej. Owinęła stopy Hanny białymi pasmami, które wspięły się po nogach wyżej. Dotykały rąk leniwie się snując, jakby głaszcząc delikatnie. Uspokajając.

Ostrożnie przywołała obraz Kolorowej w swojej głowie. Wszystko się zgadzało.
Szalik, burza niesfornych loków na głowie, zasmarkany nos i oczy pełne łez.
I ta kłótnia na ławce w świetle księżyca.
I to najboleśniejsze rozstanie, które zadało cios nie do zniesienia.

- Zapomniałam...jak mogłam to wszystko zapomnieć? Ona to JA.

Przerażenie napłynęło budząc dreszcze i znów spinając ciało.

- Zwariowałam. Gdzie ja jestem. Co ja tu robię? Może jestem chora? Leżę na Wzgórzu, dostałam wylewu i mam majaki. To wszystko jest tylko w mojej głowie, chorej głowie. Jak mogę widzieć siebie z przeszłości? Tam w kościele to też JA. Teraz pamiętam. Może już umieram, może to wszystko to ten słynny "film życia", który podobno się widzi przed śmiercią?

Racjonalizm życiowy Hanny szukał gorączkowo wytłumaczenia tego, co zobaczyła. Kolorowa była Hanną z przeszłości. Chociaż kobieta zapomniała już dawno o tych spotkaniach w kościele i na Wzgórzu, teraz pamiętała je doskonale. Pamiętała co było wcześniej, co było później. Pamiętała inne wydarzenia, które jakby znikły z jej pamięci, a teraz nagle rozbłysły w głowie wszelkimi kolorami emocji i napięć. Oszołomiony umysł szukał logiki, wyjaśnienia, normalności porządkującej wszystko.
A tej nie było...


Jednak kiedy wszystko przestało wirować, kiedy wystraszona Hanna zrobiła w swojej głowie szczelinę na to, co niemożliwe,  przypomniała sobie motki z których dawno temu zrobiła szalik. I to jak łączyła kolory, i to jak stukając drutami, oczko po oczku układały się ściegi. Jeden po drugim łączyły się i szalik nabierał wyrazu i formy. Zaczynał być, ponieważ ręce i hanina wyobraźnia go tworzyły.
I całkiem nowa myśl powstała:
-A co jeśli...jeśli to możliwe? Żyję w Miasteczku całe życie, nigdy nie wyjechałam na dłużej. Ile tysięcy, milionów kroków zrobiłam chodząc ulicami, polami, łąkami, nad Rzeką? Ile uczuć, emocji, zdarzeń tu przeżyłam? Może każdy krok to oczko, każde przeżycie to ścieg, każda emocja to kolor? Może moje życie to też szalik? Spleciony z materią Miasteczka, z jego przeszłością, teraźniejszością, przyszłością. Może każdy mieszkaniec ma swój własny szalik, może Miasteczko jest takim workiem motków, a my wszyscy, oczko po oczku, dziergamy własne szaliki? I może można je zobaczyć?
W jakiś magiczny sposób wejść w ten ścieg i zobaczyć jak powstawał. Jakich kolorów użyłam, dlaczego, jak zapętliłam oczko? Może mijam siebie co dzień, wczorajszą, przedwczorajszą, sprzed dwudziestu lat, sprzed pięćdziesięciu? Mijam i nie widzę. A dziś, jakimś cudem, widzę...

To nie były normalne myśli Hanny, ale dziś, tej nocy, wszystko stało na głowie.
Wszystko było INNE.
Mgła, która zasłoniła Miasteczko i uśpiła jego mieszkańców.
Woda, która skraplała się na drzewach, rozlewała się po mokrych ulicach i błyszczała w świetle latarni.
Rtęciowa Rzeka płynąca przez Dolinę, odbijająca światło Księżyca, który w lisiej czapie wisiał na niebie.
I Hanna siedząca na ławce na Wzgórzu, zamiast w swoim domu. Ona też była inna.
Uświadomiła też sobie, że choć to wszystko było dziwne i przerażające, to jednak czuła się bardziej sobą, bardziej niż dotychczas. Miała wrażenie, że kilkadziesiąt lat spędziła w półśnie, który był realny, lecz taki trochę niewyraźny. Jakby za szybą. Rzeczy się działy, życie płynęło, czasem bolało, czasem przytulało, ale wszystko to było jak mgła, nieuchwytne.

Teraz Hanna widziała wyraźnie, wręcz hiper realnie, każde wydarzenie w swoim życiu. Widziała jak jedno wynikało z drugiego, widziała jak oczko po oczku tworzyła własny szalik życia.
Widziała gdzie popełniła błędy, widziała jak pruła ścieg i zaczynała od nowa.
I zrozumiała, że choć nie wie jak to możliwe, to właśnie po to dzisiaj przyszła na Wzgórze.
By zobaczyć w tkance Miasteczka swoje życie, własne Dzieło.
I widziała...


Poczuła się lżejsza. Jakby opadło z niej coś, co dźwigała na barkach tak długo, że zapomniała o tym. Coś ciężkiego spłynęło w mgłę i znikło. Wyprostowała się, spojrzała na rtęciowo-księżycową Rzekę. Świat nadal był. Było cicho, pięknie, spokojnie.
Mgła nie była już tak przerażająca, cokolwiek się w niej kryło, odeszło.
Hanna poczuła zmęczenie w mięśniach, które się rozluźniły. Miała ochotę zwinąć się w kłębuszek i zasnąć. Ale zimne stopy, zmarznięty nos i mokre rękawiczki dały do zrozumienia, że ciepły dom i własne łóżko to coś, co jest teraz najbardziej potrzebne.
Uśmiechnęła się do siebie:
- Jestem jak podstarzała Scarlett O'Hara, pomyślę o tym wszystkim jutro.

Wstała i raźnym krokiem z latarką w ręku ruszyła ścieżką na dół. Mgła rzedła, noc przejmowała władzę nad Miasteczkiem. Hanna nie wiedziała ile czasu spędziła na Wzgórzu, ale czuła, że trochę tam posiedziała. W domach już tylko gdzieniegdzie świeciło światło w pojedynczych pokojach. Nocne marki walczyły z magią Miasteczka, nie pozwalały sobie na podróże senne, kurczowo trzymając się realności.
Hanna doszła do swojej ulicy, zadowolona pomyślała miło o ciepłej herbacie, gdy nagle zobaczyła ruch przy starym kasztanie. Wzdrygnęła się, ale nie poczuła ani grama lęku.
- Dzisiejsza noc jest i tak wystarczająco wariacka, już nic mnie nie zaskoczy- pomyślała.
Podeszła bliżej i w mroku, leciutko tylko rozproszonym przez odległą lampę uliczną, zobaczyła przytuloną do drzewa Kolorową.
- No tak, często przychodziłam się tu wypłakać. Ten stary kasztan zawsze mi pomagał. Dobry przyjaciel. A może...- zelektryzowała Hannę nowa myśl- ...może mogę do niej podejść. Może mogę jej coś doradzić? Może mogę ją przestrzec, żeby nie popełniła moich błędów?
Serce Hanny znów zaczęło galopadę, gardło się ścisnęło, zrobiła krok w stronę Kolorowej.
Jednak zatrzymała się, spojrzała na swój dom, który był już niedaleko, widziała, że pali się lampa w salonie, przez zasłony migał światłem telewizor.
Spojrzała jeszcze raz na ukrytą w mroku dziewczynę.

- Nie, nie trzeba- pomyślała z lekkim zdziwieniem- wcale nie trzeba, wszystko jest dobrze.
Wszystko jest tak, jak powinno być.

Zaczęła iść do domu, radośnie i szybko, bo wiedziała, kogo tam zastanie.

 THE END



Ps. Źródło zdjęć: internet.


Pozdrawiam Wszechświecie z białego (przez chwilę) Miasteczka, Twoja Prowincjonalna Bibliotekarka.




czwartek, 9 stycznia 2020

W mglistą, cichą noc Wszechświecie, część 3

źródło: internet

- Hania, zanieś babci kolację!

Hania podniosła głowę znad książki. Niechętnie i powoli wsunęła pocztówkę jako zakładkę między czytane strony i odłożyła tom na półkę. Od momentu, kiedy książki Małgorzaty Musierowicz wpadły jej w oko w bibliotece, nie mogła się od nich oderwać. Teraz czytała Idę sierpniową i była zachwycona, a jednocześnie odkrywała, jak świat może być inny od jej własnej codzienności. Zazdrościła Idzie fajnych rodziców, życia w wielkim mieście i odwagi...
Tak, chyba odwagi zazdrościła najbardziej...

-Hania, ruszże się. Rzuć te książki wreszcie!

Głos mamy nabrał ostrości, więc Hania zeskoczyła z wersalki i szybko poszła do kuchni. Mama zakładała właśnie swój codzienny, szary płaszcz. Wzięła torebkę i odwróciła się do Hani:
- Zanieś babci kolację, dopilnuj żeby zjadła, muszę iść do ciotki Marty, źle się czuje. Wrócę późno, a twój ojciec znów siedzi wiadomo gdzie. Zamknij dom, biorę klucz.
Zakręciła się i już jej nie było. Ciocia Marta często chorowała, mama czasem wracała późno w nocy, Hania słyszała jej powolne kroki w korytarzu, a potem ciche, szeptane złym szeptem, kłótnie rodziców. Nakrywała wtedy głowę kołdrą i uciekała w sen, czasem, jak miała szczęście, śniła jej się  jeżycjadowa ulica Rosevelta 5.
Wzięła ze stołu tacę z drożdżówką i kubkiem kakao. Ostrożnie przeszła korytarzem, nacisnęła łokciem klamkę i weszła do malutkiego pokoju babci Mili. Babcia tak naprawdę nazywała się Zofia, Hania nie wiedziała, czemu wszyscy mówią Miłka, sama w dzieciństwie zdrobniła to na Mila i tak zostało. Postawiła tacę na stoliku obok łóżka i spojrzała na drzemiącą kobietę.
Babcia lubiła spać na wysokich poduszkach, prawie siedząc. Była malutka, skurczona i sucha jak herbatniczek. Cieniutkie, siwe włosy zawsze splatała w króciutki, chudy warkoczyk, związany czerwoną szmatką.
- Od uroku wnusiu, od uroku, czasem twoja mama tak spojrzy na mnie, że strach się bać- żartowała babcia, nie dając sobie odebrać szmatki. Hania zawsze miała wrażenie, że to nie do końca był żart. Sama bała się ostrego wzroku  mamy.
Dotknęła ciepłej, drobnej ręki babci:
- Babciu Milu, kolacje przyniosłam.
Babcia otworzyła oczy i przez chwilę patrzyła na wnuczkę oszołomiona, ale zaraz w jej oczach pojawił się błysk rozpoznania:
- Moja Haniulka kochana. Kolację mi przyniosłaś? Co tam masz dzisiaj?
- Drożdżówkę mama upiekła i kakao mam.
- A cukru tyle ile lubię?
Hania roześmiała się:
- Poczekaj babciu...
Szybko pobiegła do kuchni, złapała cukierniczkę i wróciła. Starannie odliczyła sześć łyżeczek cukru do kubeczka z kakao, wiedząc, że mama posłodziła tylko jedną, a babcia lubiła bardzo słodko, siedem łyżeczek cukru. To była ich malutka tajemnica, łącząca babcię i wnuczkę w cukrowej konspiracji.
Babcia poprawiła się w łóżku, usiadła powolutku, wzięła tacę na kolana, zaczęła skubać drożdżówkę i popijać kakao mrużąc z lubością oczy. Hania przysiadła w nogach łóżka, podkuliła nogi, oparła brodę na kolanach i siedziała w ciszy.
Babcia po chwili spojrzała na wnuczkę znad kubka i zapytała:
- A co ty siedzisz tak cicho Haniulku? Zawsze buzia ci się nie zamyka, a tu cisza...
- Bo ja babciu myślę. Czytam książkę teraz i tam jest taka Ida. Ona jest bardzo zaradna. Jak nie miała pieniędzy, to zrobiła takie fajne serduszka i sprzedawała. A jak nie miała sukienki, to z firanki sobie zrobiła, mama jej pomogła i siostra starsza. Wiesz babciu, że idę do liceum we wrześniu. Kaśka mówiła, że mama dała jej trochę pieniędzy na nowe ubrania do nowej szkoły. Ja wiem, że tam będą prawie sami znajomi z podstawówki, ale też bym chciała troszkę nowych rzeczy.
- Prosiłaś mamę pewnie...- babcia ze zrozumieniem pokiwała głową. Wiedziała, co usłyszała jej wnuczka od matki.
- Prosiłam, ale mama powiedziała, że moje ubrania są dobre, a pieniądze na drzewach nie rosną.
Zapadła chwila ciszy, babcia Mila siorbnęła kakao i zamyśliła się.
Po chwili powiedziała:
- Haniu, nie mam pieniędzy, ale porozmawiam z  twoją mamą. Tymczasem podejdź do szafy i tam, na dole, jest szuflada. Otwórz.
Hania zeskoczyła z łóżka i podeszła do starej szafy. Kucnęła i pociągnęła za uchwyt, szuflada wysunęła się gładko. Zapach suszonego piołunu zakręcił Hani w nosie aż kichnęła. Babcia zawsze mówiła, że piołun odgania myszy, wolała to niż kulki na mole, których zapachu nie cierpiała.
W szufladzie był spory, szary, lniany worek. Hania wyciągnęła go i podeszła do babci. Położyła worek na kołdrze i otworzyła. W środku było mnóstwo kolorowych motków włóczki. Małych i większych, pozwijanych starannie, we wszystkich kolorach tęczy. Hania aż się uśmiechnęła, uwielbiała kolory, ale w sklepach rzadko udawało się kupić coś wesołego. Z resztą mama nie lubiła, mówiła, że to nie elegancko wyglądać jak papuga. Większość haninych ubrań była więc elegancko szarobura.
Babcia Mila popatrzyła na wnuczkę z uśmiechem:
- To włóczka, która została z dawniejszych moich robótek. Porządna wełenka, nie jakaś tam anilana. Można z niej wyczarować coś wesołego i takiego, czego nie będzie miał nikt.
I ty to zrobisz sama, tak jak ta Ida.
- Babciu, ale ja nie umiem robić na drutach!
- Nauczysz się raz dwa. Zdolna jesteś. Zaczniemy od czegoś prostego. Prawo lewo. Zajrzyj no do szuflady, tam jeszcze druty są.

źródło: internet

Nauka poszła bardzo łatwo, więc Hania postanowiła zrobić szalik. Wesoły i tęczowy, taki, jaki jej się marzył zawsze. Wieczorami siedziała z babcią, wybierała kolory, dopasowywała. Szalik powstawał powoli, ale cieszył oko. Był szalony, zawadiacki, pełen radości. Babcia opowiadała historie z czasów swojego dzieciństwa, a Hania przy otwartym oknie, w zapachu letnich wieczorów, stukała zawzięcie drutami. Tak jej się to podobało, że wcale nie chciała szalika kończyć. Był duży, szeroki i długi, zakończony fantazyjnymi frędzlami.
Mama krzywym okiem patrzyła na powstające wariackie dzieło. Komentowała, że wstyd będzie na ulicę wyjść z córką, bo wszyscy będą się gapić. Ale babcia zawsze jakoś rozładowywała sytuację żartem i mama w końcu odpuściła. Zabrała Hanię na zakupy i kupiła jej nowe buty i spódniczkę. Hania wiedziała, że zawdzięcza to babci Mili.
Skończony szalik, wyprany i równiutko zwinięty, został włożony do szafy w haninym pokoju, gdzie oczekiwał na zimne i chłodne wieczory i swój debiut w świecie.
Zaczął się wrzesień i Hania rozpoczęła naukę w liceum. W zasadzie nic się bardzo nie zmieniło, podstawówka do której chodziła była w drugim skrzydle tego samego budynku. Kilku kolegów znikło, kilku się pojawiło. Nowi nauczyciele stawiali nowe wymagania, ale poza matematyką, Hania lubiła się uczyć. Nie lubiła na siebie ściągać uwagi, więc była uważana za dobrą, spokojną uczennicę.

Życie toczyło się równo swoimi codziennymi rowkami do momentu, gdy któregoś, wrześniowego ranka Hania weszła do kuchni rano i zastała mamę siedzącą nieruchomo przy stole.
Mama spojrzała nieobecnymi oczyma na córkę i powiedziała:
- Babcia umarła w nocy.

Hania zamarła. Wszystko jakby stanęło w miejscu. Nie mogła nic powiedzieć, nie mogła się ruszyć. Mama patrząc na nią powiedziała:
- Idź do szkoły. Nic tu nie pomożesz. Muszę załatwić mnóstwo rzeczy.
Hania oderwała ciężkie stopy od podłogi. Podeszła do lodówki, wyjęła masło i serek topiony. Wzięła chleb i na stolnicy zrobiła sobie kanapkę. Mama wstała, zrobiła jej i sobie herbatę.
W ciszy, która przykrywała wszystko jak gruba, dusząca kołdra, zjadły śniadanie.
Hani zdawało się, że nie da rady przełknąć kęsów kanapki, jednak zmusiła się do zjedzenia całej.
Potem ubrała się i poszła do szkoły.
W szkole wszystko toczyło się swoim rytmem, tylko Hani zdawało się, że stoi obok. Z oddali oglądała siebie rozmawiającą z koleżankami, śmiejącą się jakby wszystko było dobrze.
Jakby nic się nie zmieniło. Myślała:
- Jakie to dziwne, czy ja jestem Tu, czy Tam z koleżankami. Jakby mnie nie było, ale jestem. Chyba jednak bardziej mnie nie ma...

W tym dziwnym stanie Hania spędziła kilka dni.

Aż w dniu pogrzebu, kiedy ubierała się do kościoła, sięgając po czarną kurtkę z szafy, wyciągnęła przypadkiem szalik.
Szalik wypadł na podłogę i aż zadźwięczał feerią barw.

Podniosła go, poczuła w rękach miękkość wełny.
Nagle pojawiło się wrażenie, że babcia jest obok niej.
Zapach piołunu z szafy, kolory, szarpnięcie w sercu i gardle. Hania rozejrzała się, ale nikogo nie zobaczyła. Jednak poczuła ciepło jakie przepłynęło po jej ramieniu. I nagle popłynęły łzy, najpierw ciche, wielkie krople. Potem Hania osunęła się przy szafie na podłogę i rozszlochała się na dobre.
Oparta o szafę, z szalikiem przytulonym do twarzy, płakała rozpaczliwie, mocno, całym ciałem.
To trwało i trwało, aż w końcu powoli zorientowała się, że jest znów bardziej Tu. Nie czuła się już zawieszona w dziwnym, nieważkim świecie. Czuła ciało, twardą podłogę, szalik pachnący piołunem. Oddech był już lżejszy, choć jeszcze rwał się spazmatycznie, jakby płuca nie mogły się do końca rozluźnić. Ale wiedziała, że jest lepiej, choć była bardzo zmęczona.
Chciała się zwinąć na łóżku z szalikiem i zasnąć.

Jednak musiała iść pożegnać babcię Milę. Wstała powoli, zawinęła sobie szalik na szyi i wzięła kurtkę. Spojrzała w lustro wiszące na drzwiach szafy i zobaczyła dziewczynę w kolorowym szaliku, która była zapłakana, miała spuchnięte powieki, czerwone i mokre policzki a kręcone włosy były w nieładzie. Wyciągnęła dłoń i dotknęła odbicia. Tafla lustra była zimna, ale dziewczyna z lustra też wyciągnęła do niej dłoń. Hania miała wrażenie, że tamta jej współczuje. Widziała w jej/swoich oczach smutek i ciepło.
Niespodziewanie uśmiechnęła się do tej drugiej w lustrze.
-To Ja i Nieja- pomyślała- jesteśmy dwie, nie jestem sama.
I zapadła decyzja w Hani.
Włożyła kurtkę, poprawiła szalik, spojrzała w lustro.
Nieja uśmiechała się do niej, stała wyprostowana z głową dumnie podniesioną do góry, szalik mienił się kolorami tęczy a w jej oczach błyszczało zdecydowanie.
- Babciu Milu pożegnamy się, dam radę...

Ubieranie drzew www.urbanshit.de
cdn.....