Obserwatorzy

wtorek, 25 lipca 2023

Siedem sukienek Wszechświecie

 

Rzadziej piszę, taki czas...
Postanowiłam pooglądać moją rutynę, czy naprawdę ona taka monotonna, marudna i męcząca. 
Bo tak mi się zdawało od dawna. I uwierała mnie ta codzienność utrapiona.
Powtarzalność i brak, właściwie sama nie wiem czego. Chyba nie wiem, a może wiem...?

Pobudka z suczką o 5 rano, cicho zamykam drzwi sypialni, by nie zakłócić mężowi porannego snu. 
Za drzwiami już słychać mojego kocura Funia, z racji wycia porannego czasem nazywanego Ryczołkiem. Ma chłopak głos. Wrzeszczy Funio zatem: otwórzcie bom głodny!! a kotki ( Agata, Milutka i Mała) siedzą cicho i czekają na efekt funiowych porykiwań. Więc otwieram, wpada Funio rycząc: co tak długo?! Za nim spokojnym krokiem wchodzą dziewczyny i pozycjonują się wszyscy w miejscach jedzeniowych. Karmię. 
Suczka Fasola spokojnie czeka na fotelu, aż w kuchni koty się uspokoją. Wsypuję płatki owsiane do rondelka, morwę suszoną i mielony len. Zalewam troszkę wodą, by nasiąkło. Mężowi nastawiam owsiankę zwyczajną na mleku. Narzucam stary, ulubiony sweter na koszulę nocną i w tym momencie Fasola zaczyna podskakiwać wokół mnie. Koty też już stoją przy drzwiach.
Wszyscy idziemy na spacer, choć koty trochę nam tylko towarzyszą i rozłażą się do swoich spraw.
Funiek oczywiście rycząc: to pochodzili trochę i papa :) 
Jesienią i zimą koty odpuszczają spacerki, głupie nie są.

Do mnie i Fasoli dołącza suczka z Sadu, Dziewczynka. Ona zawsze jest radosna, uśmiecham się na jej widok. I wędrujemy po Sadzie i Projekcie. W Projekcie znów uschły drzewa. Piękny 30-letni dąb, dwie 50-letnie brzozy na których jest gawronie osiedle, lipka z boku i akacja.
Unijna ochrona bioróżnorodności przez anihilację trwa.
Ale oddycham i idę spokojnie, bo cóż tu można zrobić? Bitwa nie do wygrania.

Ostatnio idąc pod gawronimi brzozami kichnęłam, tak solidnie. Gawrony spłoszyły się, zaczęły trzepotać skrzydłami i krzyczeć wszystkie na raz. Zrobił się rwetest, spadło na mnie kilka piór i poleciał deszczyk gawronich kupek.
Miałam szczęście, nic nie spadło na mnie. Ot, życie :)
Lekcja: nie kichać pod gawronimi gniazdami gdy mieszkańcy w domu.

Robimy z suczkami kółko i wracam do domu, gotuję owsianki, włączam laptopa i, z czego jestem dumna bardzo, ćwiczę prawie dwadzieścia minut z panem Wytrążkiem na YT. Zaczęłam na początku maja i tylko raz nie zrobiłam ćwiczeń. W nagrodę mam niebolącą szyję, lżejsze, opuszczone barki i co najważniejsze, brak napięciowych bólów głowy. Brawo ja :)

Rutyna. Powtarzalność. Codzienność. Całkiem niezłe miejsce do życia.

Ryczołek :)

Ale płynąc przez rutynę i powtarzalność codzienną dostrzegam również inny strumień powtarzalności i rutyny. Robię kółka i kółka, i znów kółka, jak w zaklętym kręgu. Zawsze takie same. Nie jest to dostrzegalne w taki oczywisty sposób, można tego nie zauważyć, co może nawet wygodniejsze jest.
Ale umówiłam się ze sobą parę lat temu, że będę uczciwa, na tyle na ile się da. Jeśli coś zauważę, to będę się temu przyglądać, a nie odwracać wzrok i udawać, że nie ma. 
Więc sukienki Wszechświecie. 

Ale najpierw wspomnienie: 
Jest późna noc. Leżę w łóżku w sypialni, ale nie śpię. Mam 12 lat, jutro szkoła, ale nie mogę zasnąć. Mama uciekła do stodoły, młodsze siostry leżą tak jak ja, w swoich łóżkach. Nie wiem czy śpią, ale raczej nie da się. Bo pijany ojciec szaleje po domu. Od czasu do czasu otwiera drzwi do naszego pokoju, stoi chwilę sapiąc, a potem zamyka je z hukiem. I zaczyna wrzeszczeć, płakać, krzyczeć, rzucać czymś, kopać meble. Nie rozumiem wszystkiego, ale jedno usłyszałam bardzo wyraźnie:
- bezużyteczne dziewczyny, tylko po latarnię się nadają.
Trzy córki, brak syna.

Wspomnienie jak wspomnienie, mam takich dużo. Gdy się skupię to nawet dogrzebię się do tych dobrych. Ale nie z ojcem. Nigdy żadnego dobrego słowa. Nigdy. Wieczne kłótnie o to, że nie wyglądam jak dziewczyna, tylko w spodniach chodzę. 
- do kościoła byś chociaż spódnice włożyła, jak kobieta wyglądała, po ludzku!
To słyszałam wtedy, gdy już zaczęłam dojrzewać i sama decydowałam, co wkładam.
A lubiłam spodnie. Kiedy mama kupiła mi za bony w pewexie prawdziwe wranglery, to jakbym latała w chmurach z radości. I potem jeszcze bluza dżinsowa wranglera, nikt w klasie nie miał, wow...
A sukienek zero.

I jakoś sukienki zawsze były problemem. Nie nosiłam, nie umiałam sobie ładnej kupić, źle się w nich czułam. W 2018 zauważyłam problem, zauważyłam rutynę w moich działaniach. Zauważyłam stały nurt powtarzalności. Coś jak stare kacie, tak już wykoślawione, że w końcu przestały być wygodne, ale to znajoma niewygoda.
Napisałam.
Projekt Monster

Wtedy też postanowiłam, że może spróbuję jakoś z sukienkami się pogodzić. Ale nie na siłę.
Podejść było sporo. I wszystkie nieudane. Nawet kupiłam kilka sukienek w szmatesie, na allegro. Niby fajne, ale nie nakładałam, w każdej znalazłam jakieś wady. W końcu pooddawałam je.
Ostatnie podejście zrobiłam rok temu.
Zamówiłam w bonprixie tę sukienkę, która jest na zdjęciu na początku posta.
Moje kolory, mój wzór, luźna, cudna po prostu. Kiedy paczka przyszła uradowana wyciągnęłam sukienkę, włożyłam i spojrzałam w duże lustro.

Jeju...okropnie wyglądasz -  powiedziało lustro - fatalna, jeszcze grubsza niż normalnie baba. Nic z tego nie będzie, nie będziesz  małą, śliczną kobietką, ten statek już odpłynął.

Taaaa, tyle lat pracy, czytania mądrych książek, warsztatów, przemyśleń, patrzenia w lustro i mówienia: kocham cię Aniu.
I nic. Odpuściłam.
Echo słów ojca, jak zaklęcie rzucone na małą dziewczynkę, ciągle brzmiało w przestrzeni, choć niesłyszalne.

Aż tu nagle w maju tego roku, zobaczyłam znów tę sukienkę w bonprixie. No nadal ładna, nadal fajna, nadal chcę ją mieć. Głos w głowie zaczął mówić:
- ale ile można? weź się opanuj, już ją mierzyłaś, źle, ciągle i ciągle do tego wracasz i ciągle nie wychodzi, wcale nie musisz chodzić w sukienkach, spodnie wygodne, nie właź z powrotem do tej samej wody, tylko rozczarowanie i przykrość cię czeka..

I Głos tak gadał i gadał, a ja kliknęłam i kupiłam znów tę samą sukienkę.
I przyszła paczka, wyciągnęłam sukienkę z wahaniem, włożyłam ją stojąc tyłem do lustra i chwilę stałam tak, bojąc się odwrócić.
Bój się i rób-  odwróciłam się i spojrzałam na siebie:

- jak ładnie w niej wyglądasz -  powiedziało lustro.


PS. Graszka na swoim kanale na YT: TV Bocian ostatnio poleciła kanał Agnieszki Kozak. Bardzo skorzystałam, nadal się uczę i widzę jak dużo czasu i wysiłku jednak trzeba włożyć, by niektóre rutynowe poglądy w mojej głowie przemeblować. Zwłaszcza, gdy mi je wrzucono do łebka w dzieciństwie. To wszystko jest procesem rozłożonym w czasie.
Ale udaje się, bo kupiłam sobie 7 NOWYCH SUKIENEK w kwiaty i z falbankami, kolorowych jak tęcza i chodzę w nich codziennie.
I nacieszyć się nie mogę :)

PS2. A zaklęcie "bezużyteczności" rozpracuję kiedy indziej, bo to mocna cholera jest :)




Pozdrawiam Wszechświecie twoja sukienkowa i kolorowa Prowincjonalna Bibliotekarka

poniedziałek, 12 czerwca 2023

Dziwny świat Wszechświecie


Wiosna rozgościła się.

Umościła się wygodnie na grządkach z truskawkami. Leniwie opala się na kocyku ze skoszonej trawy. Od niechcenia zapachniała bzami, akacją i czarnym bzem. Szepcze lipom bajki o pszczołach i lipowym miodzie. Koloruje fioletami agrest i porzeczki. Szumi wśród lubczyku i melisy.
Swawoli z młodymi gawroniakami. 
Kolejna wiosna na Ziemi. 
Kolejny obieg wokół Słońca...

Życie płynie w Miasteczku spokojnym nurtem. Powtarzalnym, rutynowym. Latem ten nurt zaburzają turyści w ilościach dużych, ale oni, ze swoją niespokojną energią, nie czują tego podskórnego pływu. Szukają wrażeń, szukają ekscytacji, szybko przelatują przez kościoły, muzeum, ścieżki regionalne. Zaliczają zaguby ze skwarkami nad Bugiem i pędzą dalej. 
Są, ale jakby ich nie było.
Jednak zostawiają po sobie irytację mieszkańców, którym zakłócono spokój zakupów i pogaduszek pod sklepami, czytanie nekrologów na drzewie, delektowanie się ciszą i nudą, ustalonym rytmem pór dnia, tygodnia i miesiąca.

A bibliotece czas stanął. Trzeba tylko pokonać opór zamkniętych drzwi i wchodzi się do bańki gdzie nie ma pośpiechu, gdzie znika czas i zostaje tylko wypełniona ciszą przestrzeń.
I chyba ta cisza niektórym umysłom jest tak obca, że muszą natychmiast ją wypełnić.
Bo inaczej zaczynają słyszeć swoje myśli w głowie, co budzi lęk...
Kim jest ten, który tak ciągle gada i gada w mojej głowie?

Dzięki temu wysłuchuję sporo opowieści różnych. 

Ot na przykład historia o tym, jak rodzina mojego czytelnika uniknęła wywózki na Sybir.
Przed wojną PanM miał trzech kolegów. Dwóch katolików jak on, a trzeciego "ruskiego", znaczy prawosławnego. Generalnie nie lubiano prawosławnych w miasteczku katolickim mocno, ale dzieciaki nie brały sobie tego do głowy. Zresztą mieli wspólnego wroga, żydów. PanM ze śmiechem opowiada jak napadli jakiegoś żydka i pomalowali mu brodę atramentem, albo jak chodzili pod bożnicę i krzyczeli "świnia", bo wtedy żydzi musieli powtarzać modlitwę od początku. Ciekawostka, nie wiedziałam.
Takie młodzieńcze, chłopackie wybryki. Jakoś mnie to nie oburza bardzo, takie czasy były. Minęło. Kiedy przyszli prawdziwi ruscy, kolega prawosławny poszedł na pisarza do nich. I okazało się to zbawienne, choć pogardzano nim za to. Otóż ktoś doniósł na rodzinę PanaM, że wywrotowcy, inteligenci i kułacy. I znaleźli się na liście do wysyłki. Kolega pisarz po cichu zawiadomił PanaM, że sąsiad na nich doniósł i obiecał, że będzie ich przesuwał na liście w dół, aby opóźnić ich wyjazd na ile się da. I robił to przez pół roku, aż wojsko radzieckie odeszło, przyszli niemcy i wywózki się skończyły. Przynajmniej te na Sybir.
Z rodziną sąsiada do tej pory nie rozmawiają.
A ja się zastanowiłam ile rodzin podskoczyło do góry i pojechało na Sybir, by rodzina PanaM mogła pozostać w swoim domu bezpiecznie.
Tak spokojnie się zastanawiam, bo wszystko ma swoje przyczyny i skutki.


A tu historia rodziny PaniE, której babcia z rodziną pojechała na Sybir.
Oni od razu byli na liście, bo mąż babci PaniE pracował w gminie i był w wojsku. Dostali zawiadomienie i kazano im się stawić na plac, gdzie były furmanki do transportu. Babcia PaniE miała dwoje dzieci, syna i córkę. Oboje mali jeszcze, około 5-6 lat, dziewczynka młodsza. Zapakowali się na te furmanki i razem z innymi nieszczęśnikami powieziono ich na stację kolejową. Kiedy przejeżdżali koło kapliczki pojawił się kuzyn z Miasteczka i zaczął namawiać babcię, by oddała córkę do nich. Zajmą się nią, niech ona u nich zostanie. Babcia PaniE tylko mocniej przycisnęła dziecko i twardo odpowiedziała, że nie. Syn, później tata Pani E, mimo fatalnych warunków i głodu nie chorował. Dziewczynka zaś bardzo chorowała przez cały czas zsyłki, delikatna była. Przeszła tyfus, leżała w szpitalu miesiąc. W drodze powrotnej ze szpitala odmroziła sobie stopy. Później już całe życie imały się jej różne choroby. Nigdy matce nie wybaczyła, że nie oddała jej kuzynowi.
A ja sobie pomyślałam, że może gdyby jednak matka ją oddała, to córka miałaby żal później, że ją zostawiła, malutkie dziecko bez mamy...


Czyż nie dziwny świat Wszechświecie?

Na netflixie oglądałam fajny serial o wróżkach. Nie było w nim słodkości, a raczej wojna, wciągnął mnie wymyślony świat wróżek i puków wojujących z ludźmi. Mieli nawet swoją religię, gdzie głównym przedmiotem czci był Męczennik. Mało subtelne, ale to film, co się czepiać.
Główny bohater wszedł do kościoła i nagle zobaczyłam Męczennika...


I zaskoczyło mnie to co poczułam, bo od razu we mnie powstało zniesmaczenie, zdecydowany opór, wręcz obrzydzenie nawet, brrrr...
Zdecydowane NIE, wisielec w kościele, nosz...!
Aż zastopowałm film, tak zaskoczyła mnie moja reakcja i zastanowiłam się nad nią.
Skąd ja to wzięłam u licha?
 Taaaa...no skąd?

I czym się Tamto różni od Tego?


Ano niczym, tylko opowiedzianą historią....

Mójbosze, jednak dziwny jest ten świat....





Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zadziwiona poszukiwaczka innych horyzontów, Prowincjonalna Bibliotekarka.




niedziela, 14 maja 2023

Kubeczki Wszechświata

 



Tulipany przekwitają. 
Zaczynają kwitnąć bzy.
Maj płynie...

Spada czytelnictwo, bo wszystkie kobiety siedzą w ogrodach. Sadzą, pikują, grzebią w ziemi. 
Ja jakoś nie. Mogłabym, czasem nawet taka chęć powstaje, ale nie. Bo ona nie moja, ta chęć, tylko mojej mamy. Ona zawsze miała ogródek, czasem ogród. Kiedyś tak było. Nie dość, że na działce koło domu, to jeszcze dzierżawiło się kawał ziemi i tam sadziło. Robota okropna. Nigdy nie lubiłam pielić. Ani sadzić i zbierać kartofli, ani myć sałaty z piasku i paru innych rzeczy.
Wybrałam lżejsze życie, choć dopiero teraz rozumiem to lepiej...

Kiedyś będąc młodą żoną (za młodą, ale i to dopiero teraz lepiej rozumiem) chciałam być "dobrą" żoną i matką. Starałam się doczytać, dowiedzieć co jest najzdrowsze, najlepsze, właściwe. 
Co trzeba robić, jak trzeba robić, gdzie trzeba robić by wszyscy pod moją opieką i wszyscy śledzący moje poczynania pokiwali z aprobatą głowami: ta to potrafi...
Kiedyś przyjechał do nas jakiś wujek mojego męża, ujrzawszy moją spiżarnię zapchaną zapasami powiedział: dobra gospodyni tu mieszka.
Do dziś pamiętam jak mi się dobrze zrobiło, jaka duma mnie zalała, pochwalona, zauważona, doceniona...
Gospodyni, taaaa....

Jak mnie to męczyło widzę dopiero teraz, wtedy myślałam, że tak ma być i ma być ciężko.
Bez ciężkości by się nie liczyło, pochwała niezasłużona.
Od lat nie robię przetworów, wszystko co trzeba kupuję i dobrze jest. 
Czasem nawet inne kobiety dzielą się, bo mają za dużo i trafia do mnie.
Wtedy też fajnie :)

Wyczytałam gdzieś, że garnki do gotowania najlepsze są emaliowane.
Bo te metalowe to słabej jakości i w czasie gotowania coś tam z jedzeniem się dzieje niedobrego. No to kupowałam emaliowane. Żeby zdrowo było. I zawsze, normalnie zawsze garnek czy miseczka wypadał mi z rąk i obtłukiwał się.  Najczęściej na spodzie, od środka. A w takim garnku już gotować nie można bo nie ma tego kawałeczka emalii, który chroni. Ale niestety pieniążków za bardzo nie było, nie mogłam z powodu małego odprysku kupować co raz nowych garnków. Więc gotowałam w odpryśniętym z poczuciem winy.
Potem kupowałam nowy garnek, on znów spadał i opryskiwała emalia. I tak w kółko, lata całe, właściwie ze dwie dekady.
Bo chciałam, żeby zdrowo było...
Ech...

Od jakiś dziesięciu lat mam garnki ze stali, nie zastanawiam się jakiej, są wygodne. Nie odpryskuje nic. Nie zastanawiam się nad tym jak tam metal z jedzeniem reaguje. Nie mam poczucia winy. Lubię moje garnki, ale spokojnie wyrzucam, gdy przestają mi pasować.
Mójbosze, świat jest pełen ganków.

no ładne były, tylko co z tego....

Lubię kubeczki ładne.
Tak miło wypić kawkę czy herbatkę w czymś ładnym. Kiedyś trudno było znaleźć ładny kubeczek, jak coś się trafiło, to święto, bo ja mam swój gust, a on nie pasował do siermiężności wokół. Kiedy pojawiły się szmatlandy z rzeczami z Anglii, tymi ceramicznymi itd., raj po prostu się otworzył. Polowałam na porcelanę (choć to była glinka, ale mówiło się: porcelana angielska), na talerzyki, kubeczki, figurki. Jak upolowałam kubeczek, niosłam to trofeum do domu, przykazywałam rodzinie nie tykać, bo mój i robiłam sobie te kawki i herbatki.
No jakimś sposobem kubki ciągle ulegały wypadkom. Uszczerbiały się, pękały, odpadały uszka.
Żałowałam każdego, czułam stratę każdego, było mi przykro, myślałam: no i gdzie ja taki ładny kupię?
I piłam  ostrożnie kawę w tym uszczerbionym, kalecząc czasem palce przy zmywaniu, bo żal było wyrzucić...
Znów dekady, bo ja już troszkę lat mam :)

Od jakiegoś czasu (a zauważyłam to nie od razu), mam same ładne kubeczki. Wcale nie ze szmateksu, normalnie kupione. Mam ulubiony, piję kawkę i rumianek w nim, on jakiś taki nietłukący, nie wyszczerbia się, nie wypada z rąk. Kiedy to zauważyłam zajrzałam do mojej szafki z naczyniami.
No ładne kolory, takie jak lubię. Kubeczki ładne, nie za dużo.
Tak zwyczajnie i miło.


A to jest ulubiony kubeczek, do którego dokupiłam sobie miseczkę i talerzyk.
Naczynka są z Bolesławca, kupiłam sobie na jakimś wyjeździe urlopowym.
Używam codziennie tego zestawu i nadal cieszy i mimo, że kiedyś mi nawet wypadł z rąk, nic, żadnej szczerby.


Jeśli się obtłucze, spokojnie wyrzucę i z radością poszukam nowego. 

Potrzebowałam butów sportowych, bo schodziły się moje dotychczasowe. Fajne były, jak kapcie wygodne. Najpierw szukałam takich samych, ecco to dobra firma. Ale już nie było takiego modelu, stary, nie produkują. Potem łaziłam po sklepach, nic. Kompletnie nie moja bajka. Trochę mnie to złościło, trochę męczyło. W końcu po trzech miesiącach odpuściłam. Pochodzę w starych jeszcze, dobre wygodne, choć popękane. I bum! pojechaliśmy do Siedlec na shopping relaksacyjny, weszłam do sklepu a tam można dwie pary kupić, z czego druga za pół ceny. I stały, czekały na mnie, adidasa i salomona buciki, wygodne, we właściwym rozmiarze i kolorach. Chciałam jedne, mam dwie pary. Nie tanio, ale i nie drogo. 
Tak po prostu.

No co się wyprawia Wszechświecie?

Takich przypadków wydarzeń w życiu miałam mnóstwo. Wszechświat uczył mnie, że wcale nie musi być ciężko. Że nie trzeba wymuszać, kontrolować, rościć, śpieszyć się, żądać, kombinować, planować obsesyjnie, chronicznie czuć brak...

Chronicznie i cały czas czuć brak i wiedzieć, że nic nie dostanę, jeśli nie wydrę światu sama.
Bo zabrakło w dzieciństwie i chroniczność się utrwaliła.

Brak dobrej mamy, brak dobrego taty, brak przytuleń, brak gilgotek i uśmiechów, brak bezpieczeństwa.
Nikt nie podeprze, gdy upadnę.
Do dziś nie jestem w stanie upaść do tyłu. Nawet na miękki materac mojego własnego łóżka.
Nikt mnie nie złapie...

Szanuję to we mnie.
To jest część mnie, Mała Ania. Rozmawiamy czasem ze sobą, teraz już rozmowy nie kończą się dramatem. Czasem łzami, ale dobrymi. Mała nauczyła się nie sabotować za bardzo moich radości z kubeczków, garnków, butów i innych moich potrzeb i marzeń.
A kiedy nie dostajemy czegoś, uczymy się odpuścić i czekać spokojnie.
Dostaniemy, a jak nie dostaniemy, to też dobrze.
Niełatwo...
Uczymy się razem.

Czy my musimy mieć wszystkie kubeczki Wszechświata?



PS. A ten talerzyk na samej górze to taki malutki jest, 12 cm średnicy, używam jako podstawki na łyżkę koło kuchenki. Tak mi się podobał, że mimo absurdalnej ceny, kupiłam.
I cieszy mnie już długo. Śliczne te bratki :)



środa, 3 maja 2023

Majówka Wszechświecie



Maj.
Majówka. 
Troszkę zimno, ale słońce budzi bezpardonowo, za jasno by spać. Nie ma mowy o nicnierobieniu, trzeba wyjść z domu i iść, iść, iść...
Gdziekolwiek iść. Rozruszać zasiedziałe ciała, napiąć osłabłe mięśnie, rozciągnąć stężałe ścięgna.
I zachwycać się.
Zachwycać się puchatym, żółciutkim mleczem, szafirowym niebem, nowiutką, jasną zielenią, pistacjowym lodem, czerwonym aksamitem tulipanów i wszechobecnym szumem ptasich rozmów.
Zapach czeremchy owija wszystko słodko-migdałowym muślinem. Delikatnie ale stanowczo. 
Wdychaj, otulaj się, zachwycaj, bo zaraz nie będzie...
Wiosna.


Przed majówką w przyjechała ekipa, która zajmuje się Projektem powstałym po wycięciu Sadu. Tym projektem ochrony bioróżnorodności...hahaha.
Zaopiekowali się zielonością nasadzoną europejsko, dosypali kory, poplewili i trawniki doprowadzili do porządku.
Tak to wygląda: bioróżnorodnie pierwszy obrazek, a niezagospodarowane i nieochronione drugi...



Resztki Sadu, oszczędzone i przegapione przez ochronę bioróżnorodności wyglądają tak: 



SynNumerJeden nazywa to ochroną przez anihilację.
Im więcej zanihilujemy, tym bardziej możemy być pewni, że nic temu nie zagrozi.
Mleczyka i trawki której nie ma, nikt nie podepcze wszak.
W sumie racja...
Był już taki jeden co głosił, że nie będzie niczego.
Ekolog :)
Ale jednak trochę jest zielonego, więc oczka sieci anihilacyjnej spore są, da się prześliznąć.
No i wiosna.

Majówka na chwilę zrobiła przystanek, 2 maja. Wypełzłam do centrum Miasteczka, bo Syny dużo jedzą, mleko i bułki konieczne. I wędlinka. W Miasteczku taki tłok, że przejście przez ulicę trudne. Na chodnikach i w sklepach sami obcy ludzie, inaczej ubrani, czasem tylko znajoma, lekko zagubiona twarz. 
Imprezy nad Bugiem i w parku, na szczęście daleko, nie słychać jazgotu głośników.
Wczoraj wypadek, młody motocyklista wracający do domu, nie zatrzymał się na skrzyżowaniu z krajówką i skosił go samochód. Śmierć na miejscu litościwie zabrała niespełna 18-latka. Niestety, za nim jechała samochodem jego rodzina, wszystko widzieli.
Zgubiła się starsza pani, ale się znalazła.  Paliła się stodoła. Mąż strażak miał niełatwą służbę wczoraj. 
Ale majówka toczy się, 3 maja i pochody, przemówienia, msze i przejazdy konnymi zaprzęgami.

Życie płynie i tak powinno być.

Na czeremsze uwiły gniazdo grzywacze. 
Pierwsze im się nie udało i spadło. Nie był to cud techniki gniazdowej. Jednak uparciuchy odbudowały i zasiedliły. Drugie też nie lepsze. Gawrony jakoś lepiej budują, mocniejsze i lepsze sploty robią. Czeremcha tuż przy budynku, zacisznie i ciepło zapewne. Z okna sypialni miałam bezpośredni widok na gniazdo. Ale czy te głupie gołębie nie widziały, że pod gniazdem jest wejście do budynku i łazi 5 kotów, które tu mieszkają? Plus dochodzące z okolicy w celach towarzysko-bitewnych? Do tego suczka w sadzie, lis, kuny i mnóstwo innych zagrożeń. Nie wiem. Miło było podglądać życie rodzinne gołębi, ale w głębi serca, wiedziałam...
Wczoraj w nocy gniazdo spadło z dwoma okrąglutkimi, podhodowanymi pisklętami. Stały się przekąską zapewne, bo rano jak wyszłam nie było ich, tylko gniazdo...

A słońce bezpardonowo rozjaśnia wszystko, gawrony mędrkują, tulipany słoneczkują, niezapominajki błękitnie nie zapominają, mlecze tulą pszczoły, majówka się toczy swoim tempem.

I tak powinno być...
"Innego końca świata nie będzie...."



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zawsze, Prowincjonalna Bibliotekarka



czwartek, 6 kwietnia 2023

Poleżę sobie Wszechświecie

 


Czasem ucieczka jest jedyną opcją.
Jedyną dostępną w danym momencie.
Więc uciekłam...

Kilka tygodni temu moja kotka Agatka rozdrapała sobie policzek. Zagoić się nie mogło, bo kota drapała, więc weterynarz zaleciła abażurek.


Tak wygląda Agata w abażurku, z silną potrzebą zdjęcia go i wyjścia na dwór. Przy drzwiach wejściowych stoi skrzynka, zwana "odbojnikiem", by kot przypadkiem nie przemknął się na dwór.
Agata codzień przychodziła prosić o zdjęcie kołnierza, codzień po kilkanaście razy. Patrzyła na mnie z tym napięciem w oczach i prosiła. Jeju...
Trwało to 4 tygodnie...
W tym czasie również mama zgłosiła, że kolano już tak dokucza, że trzeba chyba do lekarza. Kolana i biodra dokuczają jej od lat. Słucham o tym często, w końcu ma te 77 zim.
Ma leki, ma maści i jakoś jedzie. Ale tym razem wiosnę poczuła i w ogródku zaczęła trochę sprzątać w ciepłe dni. 
I boli. Moja mama, kiedy potrzebuje pomocy i musi o nią poprosić, wchodzi w tryb "biednej niezdary".
Musi być biedna, by dostać pomoc. Tłumaczy się z tego, że jej potrzebuje. I wtedy słyszę mantrę:
- ja to jestem trzynaste dziecko Baby Jagi...

I to mnie wysyła w kosmos, kosmos złości, kosmos niezgody, kosmos przeszłych zdarzeń. 
Bo tak mama zawsze tłumaczyła swoje błędy, swoje zaniedbania i wszystko inne, co zrobiła źle.
Tu akurat ogródek, bo od kilku lat namawiamy ją na odpuszczenie, by nie było powtórek z rozrywki, a ona znów...

Ja wiem, że to strategia, wiem, że inaczej nie umie. Ale jestem zła, naprawdę zła.
Bo to spada na mnie. Nie mam tyle siły, by powiedzieć: sama sobie radź, masz jeszcze dwie córki. 
Próbowałam, ale to u mnie nie zadziała póki co. Muszę podejść do tematu inaczej, choć zazdroszczę ludziom, którzy umieją tak powiedzieć. Naprawdę zazdroszczę i wiem ile siły to wymaga, ile odwagi.
Często oceniamy to jako brak emaptii, ale ja wiem, że to jest bardzo zdrowe wyjście, potrzebne i czasem ratujące życie. I teraz, kiedy przy mnie ktoś obgaduje córkę ( zwłaszcza córki, bo synów jakoś nie), że oddała  rodziców do domu opieki, zawsze mówię:
- a może to konsekwencje? Może rodzice tak sobie nagrabili, że poprostu właśnie ponoszą konsekwencje własnych czynów? 
Nie zawsze to jest lenistwo, pazerność, brak empatii i wrażliwości u dzieci. 
Czasem jest to lekcja na zakończenie życia, dla wszystkich stron.

Więc uciekłam od matki i Agatki...

Muzeum Bombek w Miliczu

Pojechałam na 5 dni urlopu, zostawiając rozbabrane sprawy kolanowo-abażurkowe. Mama i tak musi czekać, bo dostała leki, które brać trzeba 3 miesiące. Agatą i resztą kociej bandy zajęła się sąsiadka.
A my w drogę.
No i pierwszego dnia, na rynku w jakimś miasteczku, gdzie mieliśmy zjeść obiad, upadłam.
Walnęłam jak długa, najpierw na kolana, a potem całkiem na placek. A rynek wybrukowany uczciwie kostką i kamieniem. Chwilę poleżałam...
Zadziwiające było to, że od momentu gdy zdałam sobie sprawę, że ucieka mi krawężnik spod pięty, do momentu całkowitego placka, całkiem sporo czasu miałam na zastanowienie się, co się dzieje.
Zaczęłam machać łapkami, walcząc z grawitacją o odzyskanie pionu, chwilę to trwało, ale zdałam sobie sprawę, że przegrywam. Upadłam na kolana i wtedy przyszła myśl:
- nie walcz, upadnij sobie, spokojnie pozwól...
I pozwoliłam by ciało pociągnęło mnie na bruk. Pod policzkiem poczułam zimno. I tak sobie poleżałam chwilę. Myśl o tym, że ludzie patrzą, przepłynęła na skraju świadomości ale nie wydała się ważna. 
Dopiero kiedy mąż podbiegł zdenerwowany zaczęłam wstawać, powoli, badając uszczerbki.
Wtedy zaczęło boleć. Kolana najbardziej.
Obiłam się mocno, ale nie stało się nic gorszego. Maść z arniką pomogła. Apteka była za rogiem. Poczłapałam na obiad i jakoś przełaziłam te 5 dni.

I później analizując zajście pomyślałam:
- no tak: upadnij, znaczy poddaj się. Stara nie-przyjaciółka, nadmierna kontrola, mnie znów odwiedziła. Przyniosła dobrze znany prezent: odpowiedzialność za cały świat, tym razem świat mojej mamy i kotki. Jak zwykle, za dużo. Jak zwykle przesadziłam. 
I jak zwykle Wszechświat pomógł. Upadnij i poleż, bo potrzebujesz.
Przyjechałam z urlopu zmęczona, z podniesionym ciśnieniem, z opryszczką, bolącymi kolanami i dopiero dochodzę do siebie. Powoli. Nagrabiłam sobie.
Ech...



Więc święta raczej mnie nie obchodzą bardzo. Od jakiegoś czasu nie przykładam do nich wagi. 
Choć moja średnia siostra postanowiła nie przyjeżdżać do mamy, co skutkuje tym, że zabierzemy mamę na niedzielę do siebie, żeby sama nie siedziała. W ramach samoobrony...
Ale jakoś ułożyłam się i z tym.
Powoli...






PS. Agatce zdjęłam abażur kiedy tylko wróciłam. Przez ten tydzień gdy mnie nie było, różowa skórka zarosła sierścią. Agata nie drapie już tego miejsca i cieszy się wolnością podwórkową.  Abażur nosiła 5 tygodni ale nie ma pretensji :)
Mama zaś bierze leki i na noc apap przeciwbólowo, czego nie robiła wcześniej. Po wizycie u prywatnego ortopedy, który nie powiedział nic nowego i odkrywczego, lepiej jej jest :) Takto.






Pozdrawiam Wszechświecie, twoja rekonwalescentka, upadnięta Prowincjonalna Bibliotekarka

czwartek, 2 marca 2023

Iluzja na zamówienie Wszechświecie

Parallel Universe Images on FB


Dziś obudziłam się o 5.20
Otworzyłam oczy i momentalnie zapomniałam co mi się śniło. Zostało uczucie ruchu, dziania się, bycia z kimś. Ech, sen, mara...
Spojrzałam w stronę okna, szaro, ale jaśniej. Gawrony już gadają, debatują nad odbudową osiedla zmiecionego z drzew podczas ostatniej wichury. Nie pierwszy i nie ostatni to raz.
Mój ruch aktywował suczkę. Wskoczyła zadowolona na łóżko, potyciała mnie swoim mokrym, zimnym nosem: obudziłaś się? obudziłaś?, wstawaj, no wstawaj!!!
Jak co rano złapała jeden z trzech kocyków ze swego śpidełka i pobiegła z nim do pokoju dziennego. W tym czasie Agatka, moja kotka, wskoczyła na łóżko z prośbą o podrapanie wokół abażurka, bo chodzi z ochraniaczem na łebku z powodu rany na policzku.
- mrau, mra, gru, marał: powiedziała.
Co znaczy:
- podrap, zdejmij i wypuść na dwór wreszcie, małpo jedna!
Podrapałam i wygoniłam.
- poleżę chwilę - pomyślałam- tak się nie chce wstawać.
W tym samym momencie usłyszałam odgłos z kuchni:
- bult, bult, bult, błeeee.......i pac!
MałaMi, kotka siostry będąca na przechowaniu i pomieszkująca na lodówce, właśnie puściła pawia z wysokości na coś...?
- nie....poleżę jeszcze, tak miło pod flanelką, przytulę się do męża i ucieknę jeszcze od świata.
Należy uważać o czym się myśli po 36 latach małżeństwa, bo telepatia działa,  mąż w tym momencie przewrócił się na bok i jak ośmiornica oplótł mnie ramionami. Wtuliłam się, coś zamruczał.
Chwilę pocieszyłam się ciepłem i dotykiem, ale jednak, kuchnia...
- puść mężu, kot w kuchni narzygał...
- jak romantycznie - pół sennie skomentował mąż.
W tym czasie wróciła suczka, złapała całe swoje śpidełko i pociągnęła do dziennego pokoju.
Poranek. Wstałam.

Parallel Universe Images on FB

W religiach i filozofiach Wschodu występuje koncepcja Mayi. Wszechobecnej Iluzji.
Wszystko jest nierealne, wszystko jest złudzeniem. Nasze zmysły są tak okrojone, że nie potrafimy dostrzec tego, co JEST. Ponieważ wszystko jest w ruchu, nasze poczucie stabilizacji w materii jest też ułudą. Wszelkie rzeczy, które nam się przydarzają też nie są prawdziwe, nasze poznanie jest płynne, możemy nadawać znaczenia, nazywać, oceniać, badać, ale i tak nie jesteśmy w stanie ogarnąć tej najważniejszej Prawdy. Bo wszystko jest tylko ułudą, pozorem i ciągle umykającą, stale zmieniającą formę, marą.
To w sumie takie uspokajające i dające luz.

Aborygeni mają fajną koncepcję Czasu Snu.
"Nie ma sensu rozdzielać przeszłości od teraźniejszości. Wszystko i tak istnieje w mitycznej epoce Czasu Snu, która jednocześnie jest i jej nie ma." 
Uważają, że wszyscy jesteśmy Jednym, z planetą, biosferą, ziarnkiem piachu, kroplą wody, atomem węgla. Jestem i oceanem, i kroplą wody.
Podoba mi się.

Toltekowie z Meksyku uważali, że wszyscy śnimy sen planety.
Don Miguel Ruiz w "Czterech umowach" pisze:
" Ludzkość śni przez cały czas. Zanim się narodziliśmy, ludzie przed nami stworzyli wielki, zewnętrzny sen, który będziemy nazywać snem społeczeństwa albo snem planety. Sen planety- to zbiorowy sen miliardów mniejszych, osobistych snów, które razem tworzą sen rodziny, sen społeczności, sen miasta, sen państwa i w końcu sen całej ludzkości. Sen planety zawiera wszystkie społeczne zasady, wierzenia, prawa, religie, kultury i sposoby bycia, rządy, szkoły, wydarzenia towarzyskie i święta"
Czerpiemy z tego wszyscy wchodząc w ten sen.
Też mi się podoba taka interpretacja wszystkiego, co wokół. 


Kiedyś na łamach "Nieznanego Świata" jakiś przyjaciel zmarłego redaktora tego czasopisma, Marka Rymuszki, podzielił się kilkoma historiami ze spotkań z nim. Już po jego śmierci. W czasie snu, w czasie medytacji, w czasie półjawy. Chłopaki się umówili, kto pierwszy przechodzi na Drugą Stronę, ten uchyla rąbka tajemnicy i przemyca trochę informacji jak tam jest.
I Marek Rymuszko opowiedział koledze, że dostał zadanie do wykonania. Przydzielono mu ogromną, pustą przestrzeń, wypełnioną tylko białą, gęstą, świecącą i kłębiącą się mgłą. Jego zadanie polegało na tym, by tę przestrzeń wypełnić myślokształtami, stworzyć tam coś tylko siłą myśli, woli, świadomości, uwagi.
I tu też mi się podoba koncepcja tworzenia własnych przestrzeni.


Lata temu, kiedy stan depresji był przytłaczający tak bardzo, że życie nie wydawało się ważne, czasami widziałam świat jakby narysowany na kartce papieru. Czarno-biały, płaski, dwuwymiarowy świat. To trwało kilka sekund, widziałam to wokół mnie i znikało. Wtedy napełniało mnie to strachem, że jeśli jeszcze nie zwariowałam, to właśnie wariuję. Cokolwiek to znaczy: wariuję. Bo definicji na to jest mnóstwo i dorobiłam się też swoich własnych, autorskich.
Teraz myślę, że słabo mi szło tworzenie mojego świata wtedy, mogłam tylko szkicować...
O perspektywie i kolorach nie było mowy.
Ale w tamtym czasie miałam też ciągle, po kilka razy dziennie, uczucie deja vu.
Uczucie, że już to było, że jest znane, swojskie, oswojone.
Teraz wiem, że dostawałam w ten sposób pomoc i wsparcie.
Deja vu to uświadomiona konieczność- tak powiedział Jarek Bzoma w którejś audycji i klapka mi się otworzyła.

Myślę też, że w tamtym czasie chciałam jedynie uciec i byłam już blisko. Blisko Wyjścia. 
Kiedy wszystko wydawało się nierealne, iluzoryczne, zaledwie naszkicowane byle jak ołówkiem, bez smaku, zapachów, uczuć i muzyki, było bezwartościowe. Poza mną. Łatwe do odrzucenia. 
To ja sobie już pójdę, dobranoc...

Ten stan psychologia nazywa dysocjacją.
Rozdzielenie.
No cóż, są i takie iluzje.


Ogólnie jednak po długich wędrówkach przez różne krainy, książki, ludzi i światy moje wewnętrzne i zewnętrzne (takjakby) stwierdziłam, że jednak zostaję.

Bo nie wiem jak jest. 

Ale jest ciekawie. 

No i trzeba w kuchni wytrzeć te kocie rzygi, bo iluzoryczne czy nie, wyśnione czy nie, zdysocjowane czy nie, stworzone przez moją świadomość czy nie...
...śmierdzą jak cholera...

Maminku :)


A potem, gdy Tu zakończy się podróż, to ja sobie znajdę fajne miejsce na odpoczynek i wakacje przed następnymi wyzwaniami i podróżami. Nawet jeśli to znów będzie maya i iluzja, to z przyjemnością skorzystam z oferty.

PS.  Parallel Universe Images on FB- stamtąd wzięłam wszystkie zdjęcia :)


Pozdrawiam Wszechświecie, twoja senna podróżniczka, Prowincjonalna Bibliotekarka


wtorek, 14 lutego 2023

Słowiański bieg przez płotki Wszechświecie

kadr z filmu Stara baśń

"My tu na Podlasiu mamy własne Święto Miłości nazywa się Noc Kupały. W czerwcu w trakcie tego słowiańskiego święta nie trzeba nic kupować w sklepie - wystarczy być w naturze, nad rzeką."

Tak napisał mój znajomy na fb. 
A ja od kilku dni zbieram się do napisania o mojej przygodzie z gimnastyką słowiańską. Bo była ciekawa, choć dość krótka.

Odpisałam znajomemu, że jednak mógłby swojej żonie zrobić miłą niespodziankę dziś i w noc Kupały, będzie miała dwa miłe dni. I tak się zastanowiłam, o co mu chodziło z tym byciem w lesie.
Bo Słowianie to sobie nieźle poczynali w tę noc. Mogłabym rozwinąć tę myśl, ale każdy ma swoją wyobraźnię: czerwcowy, ciemny las w którym miło się zgubić, miękka trawa, ogień, kwiat paproci i szukanie go, achach....
Mieszanie genów.



Słowiańskość co raz wygląda z różnych zakamarków naszego obecnego świata. Słowiańskie nuty, słowiańskie zwyczaje i zioła, słowiańskie korzenie i jedzenie. Bajka jak bajka, było jak było. Wrócić się nie da, a nawet nie trzeba. Obawiam się, że jednak dentysta i znieczulenie wygrywają ze słowiańskością pierwotną.
Ale w taką nowoczesną, poprawioną, doprawioną, uładzoną i bajkową słowiańskość można się pobawić. Fajne.
No i w Miasteczku pojawiła się gimnastyka słowiańska. Zajęcia odbywają się blisko mojego domu, ja już taka ogarnięta kręgosłupowo, myślę: pójdę.
Poczytałam o tym trochę, popatrzyłam na ćwiczenia, uznałam, że ideologia podpięta pod to mi nie pasuje, ale mogę ją spokojnie olać. A ćwiczenia to taka joga jakby. Rehabilitant powiedział, że to dobre, rozciągające i wzmacniające ćwiczenia. Tylko ostrożnie, z wyczuciem, nie wszystko robić, słuchać ciała.
To poszłam.

Pierwsze dwa spotkania były dość fajne, byłam ostrożna w miarę, szło ok.
Ciało nie dokuczało za bardzo, współtowarzyszki w porządku. Ale już przy trzecim spotkaniu usłyszałam jak prowadząca mówi do młodej dziewczyny obok mnie: ćwicz, dobrze ci idzie, niedługo przepracujesz traumy rodowe...
Co???
Przypomniałam sobie, że mam olewać ideologię, korzystać z ćwiczeń i luzować:
- odpuść, każda ścieżka dobra, choć niektóre pokręcone. Sama wędrowałaś przez różne światy, zdarzenia i ludzi. Wszystko ciekawe.
Następne spotkania nie były już takie fajne. Niektóre ćwiczenia były trudne, a ja mam nadwagę i słabe mięśnie. Kiedy chciałam jakieś odpuścić, prowadząca naciskała by zrobić inaczej, lżej, ale robić.
Nie mówiłam "nie".
Zastanawiałam się dlaczego nie mówię "nie"?
Choć jasne było od początku. Wstyd i wszystko, co pod nim.
Wokół szczupłe kobitki. A ja okrągła jak piłka. No chciałam dać radę...
Nie wyszło. Kręgosłup zaprotestował dość mocno. Pięć spotkań wystarczy. Lekcja się odbyła.
Nie będę wiotką, gibką, długowłosą słowianką w lnianej kiecce. 
ech...

 liveinternet.ru

Na ostatnim spotkaniu, przed Gwiazdką, prowadząca zapaliła świeczkę na początku i powiedziała: 
-A teraz pomyślmy o naszych przodkach, jacy by nie byli, nawet jeśli zrobili rzeczy bardzo niedobre, nawet jeśli nam osobiście, to pomyślmy, wybaczmy i podziękujmy...
No cóż, ćwiczenia to jedno, ale TO przelało czarę.

Praca z ciałem to jakby tylne drzwi do nas samych. Ćwiczenia rozciągają mięśnie pokurczone nie tylko od siedzącej pracy, braku ruchu itp., ale bardziej od schowanych emocji, od utkniętych w ciele traum, od wszelkich zapisanych historii naszego życia. Rozluźnienia tych miejsc czasem uwalniają wspomnienia, czasem tylko emocje i uczucia.
Nie uczy się nas łączenia tego, co nam się wyświetla w głowie z tym, co dzieje się w ciele. Myślimy, że to są oddzielne sprawy. A tymczasem to całość opowieści. 
Jednak by to zobaczyć, trzeba skierować na to naszą uwagę, objąć oba procesy, co trudne jest.
Czuć co czujemy i jednocześnie skupić się na tym, co myślimy.
Trzeba do tego stanąć jakby z boku, jakaś część nas musi się oddzielić i obserwować.
Może to nazywa się teraz uważnością?
Nie wiem, ja tę obserwującą część jakoś wydzieliłam. I często udaje się czuć ciało i obserwować proces myślowy. Nie zawsze, ale często. 

I kiedy słuchałam o tych przodkach poczułam gorącą, podnoszącą się w ciele złość, niezgodę...
I zobaczyłam siebie, małą dziewczynkę, śpiącą na sianie w stodole, bo w domu szaleje pijany ojciec. Bardzo mnie wtedy bolały biodra.

Przekroczenie.

Z moich przodków znam tylko rodziców i dziadków.
Reszta jest mi obojętna. Byli, żyli swoim życiem, nic mi do tego.
Dziadkowie i rodzice zrobili co zrobili. Pogodziłam się z tymi niedobrymi rzeczami, wydłubałam dla siebie te rzeczy fajne, jak rodzynki z niezbyt smacznego ciasta.
Ale nie, wybaczanie i dziękowanie nie chodzi w grę.
Dobrze się czuję z moim pogodzeniem albo nie, odpuszczeniem albo nie i z dystansem. 
Z ostrożnością i czujnością w kontaktach. Czasem z żalem, czasem z ulgą, że już wychodzę z rodzinnego obiadku. Czasem ze złością, czasem z wściekłością.
Czasem z czułością, tęsknotą i miłością...
Wszystkim co jest.
Jaka to ulga, czuć to wszystko i nie czepiać się siebie...
I nikogo nie przepraszać :)

PS. Dłubiąc w googlach, szukając słowiańskich obrazków zauważyłam, że wogóle nie ma okrągłych i puszystych słowianek. Na zdjęciach z gimnastyki słowiańskiej same szczupłe jak charty, młode dziewczyny. Starych i grubych nie ma. Taaaa....
PS2. Gdyby coś, to lepiej pójść na zajęcia feldenkraisa i ćwiczenia lowenowskie. Więcej się zyska  na ciele i na umyśle, i na duszy. Ale jak tam kto chce ;)



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja NIEsłowianka, Prowincjonalna Bibliotekarka