![]() |
Iris Ester |
Gawrony wysiadują.
Wiosna może nie szaleje, wciąż są przymrozki, ale nie ma na co czekać. Dni są ciepłe, słoneczne, można ogrzać kosteczki wyziębione nocą. W osiedlu gawronim zapanował spokój, a właściwie spokojne wyczekiwanie na pierwsze popiskiwania nowego pokolenia. Ogrzewa się jaja, poprawia gniazda, gada się z sąsiadami i żeruje. Tylko młodzież od czasu do czasu wszczyna burdy i bijatyki, ale głównie z nudów. Jak to młodzież każdego gatunku.
Dzikie tulipany dały radę. Projekt ich nie pokonał. O ile w zeszłym roku było ich mniej i nie wszystkie kwitły, tak w tym roku wygląda to bardzo dobrze. Jest ich o wiele więcej, pędzą do światła szybko i zdrowo. Już się cieszę na feerię barw dopieszczającą serce. Są też szafirki, krokusy i zawilce, z czego te ostatnie cieszą ogromnie, bo po ochronie bioróżnorodności jaka na nie spadła, uchowała się maleńka kępka. A teraz ładnie się rozrosły.. Nic tylko się cieszyć, że gminny Mordor odwrócił oko od Projektu i go olewa. Są ważniejsze sprawy, ot takie drogi gminne. One na pewno potrzebują uwagi i będą za nią wdzięczne.
![]() |
Iris Esther |
Życie płynie spokojnie, choć przedwiosenne wirusy, podrasowane durnymi posunięciami w w latach panikodemii, dokuczają i trzeba czasem poleżeć w łóżku z herbatką sosnową. Ale pochorowaliśmy z Mężem, posmarkaliśmy i idzie ku dobremu. W sumie zwolnienie jest formą odpoczynku od rutyny bibliotecznej. Nadgoniłam czytanie, seriale, pospałam. Są plusy dodatnie.
Teraz pojadę na zabiegi kręgosłupowe i będę gotowa na sezon wiosenno-letni. Sukienki już czekają w szafie, tylko sandałki jeszcze kupić, bo zeszłoroczne słabe były i się schodziły. Kupię w Łukbucie tym razem. Ich przejściowe trzewiki już trzecią zimę zaliczyły, a nie wyglądały. Porządna firma.
I tak życie płynie powoli, ale uparcie. Czasem szybciej, czasem wolniej, ale w jednym kierunku, do Wyjścia.
![]() |
Iris Esther |
Moja świadoma podróż przez te przestrzenie trwa dopiero 10 lat, ale nawet ten niewielki ułamek doświadczeń z nią związanych, zmienił na trwałe moje podejście do życia. Może dlatego mniej piszę, bo coraz mniej mnie dziwi, coraz więcej rozumiem, coraz bardziej jestem wyrozumiała dla siebie, nabyłam coś, co nazywam miłosierdziem. Bo my wszyscy na tej samej drodze.
Droga po horyzont wśród pięknych wzgórz porośniętych kolorowymi kwiatami. Błękitne niebo, słoneczny dzień. I tą drogą idą ludzie, mnóstwo ludzi, tak dużo, że zlewają się w jedną, barwną masę. Ale obok tego pochodu idzie ojciec. Jest młody, ma na sobie kolorową kamizelkę jakiej w życiu by nie założył. I jest uśmiechnięty od ucha do ucha. Macha do mamy ręką, widać radość, prawdziwą...
A potem dołącza do tej masy ludzi podążającej drogą w pięknych okolicznościach przyrody, w słoneczny dzień.
Podróż.
![]() |
Iris Esther |
Jest taki schemat, zwany monomitem Campbella.
Najczęściej ma zastosowanie w literaturze i kinie. Typowy przykład to Władca pierścieni Tolkiena.
Jest to typ opowieści, w której bohater wyrusza w podróż, przeżywa kryzysy, pokonuje przeciwności, spotyka się z własnym cieniem, zwycięża wroga, po czym powraca do domu odmieniony.
I tak zastanowiwszy się stwierdzam, że to może właśnie tak jest.
Ania która wyruszyła w podróż 10 lat temu, zmieniła się. Choć nadal jest sobą. Jednak wrócić do tego co było już się nie uda.
I wcale nie potrzeba.
Tylko wydaje mi się, że owa podróż bohatera nie jest do załatwienia w jednym życiu. Za dużo na raz. Myślę, że sprawa jest większa, szersza, głębsza i rozłożona na wiele, wiele żyć. Wiele planów filmowych, z różnymi scenariuszami i statystami. Przechodzimy przez kolejne etapy podróży, dokładamy doświadczenia do doświadczeń, wyciągamy wnioski, refleksje i dopiero gdzieś na końcu właściwej drogi ułożymy Całość. Nie widać tego z obecnego punktu siedzenia, ale to nie oznacza, że to nie nastąpi. Czasem dobrze jest nie wiedzieć, to otwiera drzwi do kolejnego etapu.
Post nie miał być taki filozoficzny, ale sam się napisał, więc taki miał jednak być :)
Właściwie chciałam napisać o tym, że ciągle coś odkrywam, ciągle mnie coś zaskakuje i to jest takie smaczne, cieszące i fascynujące.
Najbardziej lubię, gdy dzień się kończy i noc zapadnie za oknami. Mąż, ja, suczka i nasze koty wychodzimy na ostatni spacer. Jest cicho, gawrony coś pomrukują, w krzakach świecą oczy innych zwierzęcych gości, czasem słychać sowy. Niebo nad nami jest ogromne, pełne gwiazd, otwarte. Idziemy w ciszy, uspokajając wewnętrzny dzienny szum, zmieniając tę rzekę w szemrzący strumyk. Potem, już otuleni mięciutką kołdrą w łóżku, z posapującą w śpidełku suczką i mruczącymi kotami ułożonymi w naszych nogach, w dobrostanie, czasem jeszcze rozmawiamy.
I ja opowiedziałam ostatnio co odkryłam.
Powiedziała, że mylimy samoocenę z poczuciem własnej wartości. I mnie tak zastopowało, bo mi się zdawało, że to to samo, ale okazało się, że nie. Samoocena to coś, co wypracowujemy sobie z tego, jak nam w życiu co wychodzi. Czy odnosimy sukcesy w pracy, czy dobrze się sprawdzamy w rolach społecznych, ile mamy na koncie, jaki samochód, czy jesteśmy ważni i szanowani.
A poczucie własnej wartości to jest to, czy czujemy, że jesteśmy na swoim miejscu, że mamy prawo TU być i siedzieć w pierwszym rzędzie, czy jesteśmy pewni i ugruntowani w swoim życiu.
I okazuje się, że dobre poczucie własnej wartości wpływa na dobrą samoocenę, ale dobra samoocena niekoniecznie wpływa na dobre poczucie własnej wartości, no i masz...
- no tak, zgoda, bo każdy kwadraty jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt jest kwadratem.
Hm... znalazłam się nagle w głębokim kosmosie, gdzie ciepłą i wibrującą, atramentowo-czarną próżnię odrobinkę tylko rozświetlało kilka bardzo dalekich gwiazd. Bardzo dalekich.
Zawirowały mi kwadraty i prostokąty w tej próżni i chwilę tentegowałam, dłuższą chwilę.
A potem usłyszałam lekkie chrapnięcie obok.
Mąż zasnął.
![]() |
Iris Esther |
Wielkanoc się zbliża, dlatego te śliczne ilustracje. Urzekły mię :)
Pozdrawiam Wszechświecie, twoja geometryczna Prowincjonalna Bibliotekarka
niech Ci się kąty nie zdegenerują Geometryczna Bibliotekarko - bardziej geometryczna, czy bardziej prowincjonalna?.
OdpowiedzUsuńNo nie masz łatwo w tej swojej podróży, skoro przed snem takie rozkminiasz dylematy...ale samoocena na podstawie auta i konta w banku? no nie wiem...
OdpowiedzUsuńI mnie czasem myśli, gdy tkam opowieść, prowadzą nie tam, gdzie zamierzałam.
OdpowiedzUsuńDobrze, że pod warstwą tej filozoficznej znalazła się warstwa codzienności. Tak wiosna powoli rozkwita. Ja sandałki mam, ale gorzej z sukienką...
Zdjęcia również urzekły mię...
Pozdrawiam serdecznie końcówką marca
I w tym momencie, znaczy na finiszu, wyświetlił mi się Żwirek i Muchomorek, jak zasypiają naciągając szlafmyce na uszy przy dźwiękach urokliwej melodii. :))
OdpowiedzUsuń10 lat w podróży? Długo. A co sprawiło, że w nią wyruszyłaś? Jakieś zdarzenie, myśl, człowiek...?
Ps. O zmierzchu podsłuchuję czasami. Babeczka gada ze swadą, poczuciem humoru i wiedzą, a tematy bardzo interesujące, chociaż tej samooceny i poczucia własnej wartości chyba bym nie rozkminiała, bo i po co? Sprawdzam tylko wsobnie, czy mi dobrze ze sobą i nie analizuję.
Jak Emma, gdy mi ze sobą dobrze to się zachwycam i nie analizuję . A gdy źle, to przeczekuję. Moja podróż raczej bezmyślna jest, raczej zmysłowa. Ale z ciekawością czytam Twoje posty i pozdrawiam najserdeczniej.
OdpowiedzUsuń