Obserwatorzy

poniedziałek, 30 września 2019

Lucid dreams Wszechświecie.


(Lucid dreams z ang. świadome sny)

W domu cisza.
Względna trochę, bo w łazience szumi pralka. Za ścianą u sąsiadów od czasu do czasu jakiś ruch.
Na dworze czasem gawrony wymienią uwagi między sobą, pies zaszczeka.
Ale cisza.  
Mąż i syn rano zerwali się z łóżek i po żonglerce łazienką, ubrali się i pojechali na służbę strażacką. Jeden do jednego miasta, drugi do drugiego. Służba to doba, więc wracają dopiero rano następnego dnia. Kiedy po powrocie z pracy wyprowadzę suczkę na spacer, nakarmię koty, wezmę prysznic, zrobię coś do jedzenia szybkiego, mam wolne.
Mogę usiąść w fotelu z ciepłą herbatką, kanapeczką, książką lub odpalić Netflixa. Zapalić bezkarnie świeczki i kadzidełko ulubione, lampę solną i kolorowe lampki na drzewku robiącym za koci drapak (dzieło Męża).

I tak sobie siedzę w tym dobrobycie, dobroczuciu i myślę. Miałam oglądać Friendsów, ale myślę.
Więc piszę.
Alis , której blog mnie magicznie przyciągnął, napisała, że ma rocznicę śmierci Taty.
I ja mam. Rok. Nie wiem kiedy upłynął. Najpierw było 30 dni, potem mama zamawiała ileś tam mszy, potem było pół roku, a teraz rok. W tym czasie życie płynęło, zdarzenia się działy. Nic nie stanęło w miejscu, nic w zasadzie nie zniknęło w moim życiu. W mamy tak. W moim  nie bardzo.
Przestałam mieszkać w domu w wieku lat piętnastu. Nigdy do niego już nie wróciłam na stałe. Chęć ucieczki od rodziców i miasteczka była silnym motorem moich działań.
Choć jeździłam do domu, zawsze z ulgą wracałam do swego życia, nie wiedziałam wtedy, że ciągnie się za mną cień, smuga szarości...
Nie widziałam, że nie jestem wolna jak myślałam, że nie działam samodzielnie, że nadal mieszkam w moim rodzinnym domu, mentalnie.
Ale ponieważ nie widziałam, myślałam, że wszystko jest dobrze. Mam swoje życie. Moje własne.
Okazało się, że i tak, i nie.

Wielka jest siła współuzależnienia w rodzinach alkoholików. Nawet kiedy alkoholik pić przestanie.
Mechanizmy wypracowane w traumatycznych sytuacjach, broniące przed strachem, bólem, wstydem są jak starzy przyjaciele. Broniły mnie, chroniły i z biegiem czasu, zamieniły się w moją zbroję.
Silną i mocną.

Nie daj się.
Bądź silna.
Ludzie są nieprzewidywalni i okrutni.
Uważaj na nich.
Uderz, zanim oni uderzą.
Rozglądaj się, zobacz niebezpieczeństwo pierwsza.
Nie trać czujności.

Tak, zbroja była silna, ale i ciężka.
Bardzo ciężka.
Tak ciężka, że w końcu nie dałam rady nosić.
I to był najlepszy moment życia.
Ten upadek.

Choć gdy leżałam w łóżku, było rano, a ja musiałam wstać i nie mogłam, było strasznie. Pół godziny wstawałam, ciało ważyło tony, powoli przesuwałam się na krawędź łóżka, potem powoli spuszczałam jedną stopę na podłogę, odpoczywałam cała mokra i bezsilna, nawet już nie przerażona moim stanem. Po prostu potwornie, potwornie zmęczona i ciężka.
Moja własna zbroja mnie przygniotła. Bo ona nie tylko chroniła mnie przed ludźmi. Ona działała  w dwie strony. Chroniła mnie przed moimi uczuciami. Przed moim dogłębnym przekonaniem, że jestem nie taka jak trzeba, beznadziejna i nie warta miłości, przed moim gniewem i złością.
Przed poczuciem kompletnej bezsilności i przeraźliwej rozpaczy, że to się nigdy nie zmieni.
I upadłam.

Miałam dwa wybory: leżeć i się poddać.
Albo spróbować żyć.
Spróbowałam. Choć najpierw to było pełznięcie, milimetr po milimetrze.
Nie wiedziałam wtedy, że noszenie zbroi było wyrazem siły.
Że byłam silna.
Najczęściej nie widzimy co mamy tuż pod nosem.
Byłam silna, ale źle używałam siły.
A trzeba było odwrotnie.

Wszystko jednak w naszym życiu przychodzi we właściwym momencie.
U mnie to był moment upadku, czyli depresji.
Wszechświecie, siłaczka ze mnie. Czekałam z tym długo. Potrafię dużo bólu i cierpienia znieść, schować i nie zauważyć. Udać, że nie ma. Kiedy innym leciały łzy, ja stałam prosto, z szeroko otwartymi oczyma i podawałam chusteczki: masz, nie maż się, będzie dobrze.

I teraz z odległości, po prawie pięciu latach, widzę.
Naprawdę WIDZĘ i tak bardzo jestem wdzięczna sobie samej, za danie sobie szansy.

Kiedy zachorował mój Tata pisałam o tym TU i TU i TU
Wróciłam do tego i widzę jak cały proces przepłynął.
Proces żegnania się, smutku, strachu, złości, niezgody, bezsilności, aż do pogodzenia się.
Ale stało się coś jeszcze...

Miałam SEN...

Jest piękny, słoneczny dzień. Jestem w moim rodzinnym domu. Idę do łazienki z zamiarem kąpieli. W łazience na środku stoi wanna. Naprzeciw wanny jest okno, które wychodzi na maminy ogród. Przez uchyloną szybę wpada słońce i zapach kwiatów, nasturcji, które mama bardzo lubi.
Ich pomarańczowe łebki i liście okrągłe jak ufo wpychają się aż do środka łazienki. Wokół okna wije się winogronowy krzak, dalej malwy, lilie, macierzanka. Wszystko tonie w blasku słońca, kolory są żywe, bzyczą pszczoły. A gdzieś dalej, za ogródkiem, słyszę jak Tata chodzi i coś robi na podwórku.


Odkręcam kurek i napełniam wannę, woda leci wartkim, czystym strumieniem. Kiedy wanna jest pełna w jednej trzeciej zakręcam wodę i wchodzę do niej. I w tej chwili orientuję się, że w wodzie jest pełno kawałków ostrego szkła. Przeźroczystych, niewidocznych w przejrzystej wodzie.  Ale jest ich dużo. Chwilę myślę czy nie wyjść z wanny, ale postanawiam jednak wyjąć te kawałki i się wykąpać.
Dam radę to zrobić- myślę.
I tak powolutku czyszczę wannę. Wyjmuję te kawałki, dobrze idzie, tylko lekko się zacięłam w nogę. Ale lekko. Nic poważnego. Słyszę zbliżające się kroki Taty, lekko przykrywam ranę ręką, myśląc sobie:
 - ojtam, nic poważnego i tak nie zauważy.
Czuję lekki wstyd nie wiem czemu, że tak głupio się zacięłam.

Tata zagląda przez okno. Oświetlony słońcem, lekko ukryty za winogronowymi liśćmi, pyta:
- wszystko w porządku?
- tak, wszystko dobrze- odpowiadam.
- skaleczyłaś się w nogę...
- to tylko niewielkie skaleczenie, wszystko dobrze...
Budzę się.

Ten MOMENT, kiedy czuję: radość, szczęście, zadziwienie: ZAUWAŻYŁ...
Przepływa to przeze mnie jak woda, jak ciepło, jak słońce.

Moja nieutulona potrzeba z dzieciństwa: bycia zauważoną, zaopiekowaną, kochaną...
Fragment mojej układanki wpadł na miejsce.
Dziękuję Tato za pomoc.

Dziękuję sobie, za danie sobie samej szansy.
By żyć, by zdrowieć, by poznać samą siebie, by kochać.

Cały ten post powstał dzięki postowi  JOTKI
Nie umiałam skomentować u niej tego postu. Bo z jednej strony zgadzam się z nią, ale dostrzegam jeszcze inne strony, inne płaszczyzny naszego Życia tutaj. I muszę to jakoś zharmonizować, objąć wzrokiem szerszy horyzont, inne możliwości.

Bo moi Rodzice są, moi Dziadkowie ich sprowadzili na świat.
I Ja jestem dzięki moim Rodzicom.
I choć nie byli łatwymi Rodzicami, a raczej trudnymi...
Są moi Synowie, ponieważ Ja jestem.
I będą moje Wnuki...

Więc Wszechświecie, sam wiesz.
Płyńmy....

Pozdrawiam Wszechświecie, jakby większa i szersza, Twoja zawsze,  Prowincjonalna Bibliotekarka.









sobota, 14 września 2019

Poszukiwany podejrzany Archanioł Gabriel Wszechświecie.

autor: Andrea Kowch

Lato odchodzi w szeleście.
Słychać jak delikatnie stawia smagłe stopy omijając kruche, zwinięte, beżowe jak herbatniki, opadłe liście.
Już się nie śpieszy, już nie zawiązuje owoców, nie wypełnia kłosów, nie czerwieni jabłek, nie wybucha malinami. Nieśpiesznie domalowuje fioletami winogrona, suszy cebule na polach, owiewa ziemniaki wydobyte spod ziemi, jaskrawi jarzębiny i szepcze w suchych trawach.
Za moim oknem w porannym, złotym słońcu, drzewa już żółcieją. Na tle błękitu nieba widzę jak zieleń przegrywa, jaśnieje, łagodnie oddaje pole...
Lato mieszka jeszcze w kątach dzikiego sadu, zacienionych, gęsto zarośniętych, zazdrośnie trzymających wodę dla siebie. Jeszcze chwilę...

Gniezno


Wróciłam z podróży.
Pięć dni w innym świecie. Potrzebuję tego oderwania. Wyciągnięcia zbyt mocno wrośniętych korzonków i udania się w inne strony. Pobycia z Mężem bez codzienności, która staje się rutyną. Zaglądania na podwórza innych ludzi, patrzenia na inny horyzont, inne chmury, inne lasy...
Tym razem odwiedziliśmy Gniezno, Biskupin, Poznań. Znów zajrzałam do Inowrocławia i posiedziałam pod tężniami.
W zajeździe, nieśpiesznie rano jadaliśmy śniadania i wypijaliśmy dobrą kawę przed wyruszeniem na zwiedzanie. Panie kelnerki, uśmiechnięte i zwinne, przynosiły jajecznicę i gorące, spienione mleko . Jaki to miły początek dnia.
Więc jeździliśmy, patrzyliśmy, odpoczywaliśmy...
Palmiarnia w Poznaniu

Manul w Nowym Zoo w Poznaniu

Nowe Zoo w Poznaiu

Kopalnia soli w Kłodawie

Kopalnia soli w Kłodawie

Pięć dni to mało, bo wcale wracać nie chciałam. Pięć dni to też dużo, kiedy intensywnie zwiedzamy. Nogi bolą. Zmęczenie powoli wchodzi w ciało. Intensywność doznań przebodźcowuje.
Powrót jest nieunikniony i się chce, i nie chce.
Ech, harmonio Wszechświata, ciągle się z tobą witam i ciągle cię gubię.

Chodząc po gnieźnieńskim skarbcu, po muzeach, przejeżdżając przez zapchane ulice miast mam wrażenie pędu donikąd. Gonimy zapatrzeni w siebie, zasłuchani w swoje wewnętrzne monologi, rzadko można spotkać osoby patrzące i widzące. Widzące ludzi i świat...
Bo żeby zobaczyć ludzi i świat, najpierw trzeba zobaczyć siebie.
Zauważyć, że jestem, że istnieję, zainteresować się sobą.
Któż tak robi? Mało kto, trochę wariatów tylko :)

Kiedyś niewiele wyjeżdżaliśmy. Nie mieliśmy dużo pieniędzy, chłopcy się uczyli, ciągle jakieś potrzeby wysuszały nam zapasy na koncie. Nadal tych zapasów nie mamy, ale jest lżej, więc postanowiliśmy zadbać o siebie. Dwa lata temu na warsztatach lowenowskich spotkałam kobietę, która nie wyjeżdżała z domu prawie 20 lat. Urlopów nie brała, pracowała w prywatnej klinice jako rejestratorka, prywatne firmy rządzą się swoimi prawami. W państwowej wyganiają przymusem na dwa tygodnie raz w roku, wcale się nie opieram. Ale ta kobitka biorąc jakieś tam dni wolne, spędzała je w domu, pracując w ogrodzie, sprzątając w domu. W dodatku twierdziła, że jej to pasuje.
Ciekawe w takim razie skąd nerwica, depresja, lęki i nasze spotkanie na warsztatach?
I ten smutek pomieszany z rozpaczą w jej oczach?
I ta postawa dzielnej, wesołej, pozytywnej kobiety, pomagającej wszystkim wokół?

Kiedy z nami porozmawiała i kiedy wszyscy stwierdziliśmy, że musi odpoczywać, bo to, co robi do tej pory, to nie jest odpoczynek, powiedziała, że się zastanowi. Po kilku spotkaniach stwierdziła, że mamy rację, że zrozumiała i weźmie urlop, tym razem zrobi coś innego. Po następnych kilku przyszła i pochwaliła się: wzięłam urlop.
Wzięła dwa dni.

Tak to. Każdy po swojemu. Dla niej to była wielka decyzja. Ona zaczynała już siebie widzieć.
Mam nadzieję, że nie odpuściła i poszła dalej.

Po powrocie z podróży miałam jeszcze tydzień wolnego. Nosiło mnie i zgody we mnie nie było na powrót do codzienności. Więc wczoraj wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy w świat.
Tykocin: źródło: pl. wikipedia.org

Kruszyniany: źródło: WP. podróże

Bohoniki: źródło: pl.m.wikipedia.org


Tym razem Tykocin, Kruszyniany i Bohoniki. Nigdy tam nie byłam, choć to niedaleko. Ale w skansenie w Dziekanowicach była fajna pani pilnująca kościoła. Opowiedziała nam o swojej wycieczce w nasze strony, właśnie do Kruszynian i Bohonik. Wycieczka była dawno, ale ona z takim entuzjazmem o niej mówiła, że zaraziła mnie chęcią odwiedzenia meczetów.

Choć jakoś nie ciągnęło mnie wcześniej. Religia to religia, z jednej się wyrwałam, nie miałam ochoty oglądać i słuchać następnych bajek naszego świata. A tu nagle chęć...
Dlaczego nie?
Pojechalim.

Tykocin jest ciekawy w taki nostalgiczny sposób. Miasteczko klimatyczne, czuje się jakby zatrzymanie czasu. W starych domach pożydowskich na rynku, w bruku pod stopami, w tubylcach siedzących na ławce z piwkiem, psiaku śpiącym na trawniku.

W synagodze tłok, przyjechała młodzież z Izraela. Weseli, uśmiechnięci ludzie. W miejscu, gdzie niemcy zabili i pochowali w masowych grobach 2500 tyś. tykocian pochodzenia żydowskiego.
Ale podobało mi się, że nie było w tych dzieciach złości, śpiewały, klaskały, były żywe, wesołe, ciekawe wszystkiego. Oby to właśnie wyniosły z tej wycieczki, oby to rozbijało mury uprzedzeń, głupoty i nienawiści.

Potem pojechaliśmy do Kruszynian, do meczetu. A tam trzy autobusy ludzi, kolejka ogromna. Meczet malutki. Aż się zdziwiłam, po sezonie, a tu masz. Okazało się, że tam tak zawsze.
Po krótkiej chwili namysłu pojechaliśmy do Bohonik, tam też jest meczet, ale nie ma słynnej Tatarskiej Jurty z tatarską wyżerką, więc ludzi pewnie mniej.

Mieliśmy rację. Byliśmy sami.
Przewodniczką była mieszkająca naprzeciw pani, wesoła, bezpośrednia i szczerbata :)
Ogromnie nas przepraszała za seplenienie, bo rano wyrwała zęby, robi sobie nową protezkę,
a wiadomo, gojenie musi potrwać. Rozbroiła mnie całkiem. Barwnie opowiedziała historię pojawienia się Tatarów na naszych terenach. Zadała kilka pytań sprawdzających czy słuchamy uczciwie.
Zaskoczyła mnie też kilkoma faktami, bo tak naprawdę nie interesowałam się nigdy bliżej islamem pozwalając, by stereotypy panoszyły się w mojej głowie.

Ale najbardziej zaskoczyła mnie informacja, że Mahomet swoje objawienia dostał od Archanioła Gabriela. Coś kliknęło w mojej głowie.
Objawienia były zapisywane na listkach, gałązkach, roślinach. Mahomet je zbierał, odczytywał i zapisywał.
I nikt tego nie widział, tylko księżyc i gwiazdy...
Stąd księżyc i gwiazdy jako symbol islamu.

Hm....a któż to zwiastował Marii, że syna urodzi drogi Wszechświecie?
Ano Gabriel przecież.

Będąc ignorantką w temacie, zapytałam Męża, bo on bardziej zna tematy religijne. Tu synagoga, tu meczet. Nie ogarniam.
Dowiedziałam się, że Tora, to pięcioksiąg.
I, że zawiera pięć pierwszych ksiąg Biblii, naszej obecnej, katolickiej, świętej księgi.
A Koran także jest powiązany z Biblią, przytacza rzeczy dziejące się w niej, opowiada o Jezusie i innych prorokach. Ma nawet odniesienia do Nowego Testamentu.

Więc tak naprawdę, te trzy księgi: Tora, Koran i Biblia, są ze sobą powiązane.
Te trzy religie też.
Jedna wynikała z drugiej.
Wszystko się zaplata, przenika i miesza.
Wszyscy jesteśmy tacy sami.

To była bardzo, bardzo pouczająca wycieczka Wszechświecie. Nie ma przypadków.

Cóż Gabrielu zwany Archaniołem, podejrzanyś jak dla mnie.
I tylko księżyc i gwiazdy widziały...
Taaaa....






Pozdrawiam Wszechświecie, twoja kosmiczna agentka specjalna, Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 24 sierpnia 2019

Codzienność utrapiona Wszechświecie.

scena z filmu: powrót Jedi



Ot i długo mnie nie było.
Lato wyczekiwane mija,  a ja się cieszę.
Niech mija, choć ono nic nie winne. Że było gorąco? Że nie znoszę jak mi pot cieknie po plecach?
Że nienawidzę jak mi włosy się pocą? To wszystko betka.
Gorzej jak dostaniesz wiadomość wielce oficjalną, że otóż, za półtora miesiąca, nawiedzi cię komisja trzyosobowa z Biblioteki Narodowej, w celu sprawdzenia finansów dotacji, którą radośnie wydajesz od lat kilkunastu....
Miłe, prawda? Że półtora miesiąca wcześniej. Można sobie wszystko sprawdzić, poukładać, popoprawiać.
Co robi normalny bibliotekarz? Właśnie sprawdza, poprawia i układa.
Co robi Prowincjonalna Bibliotekarka po terapii, powarsztatowana, oświecona, oczytana, wymądrzająca się na blogu?
Wpada w panikę, nie może w nocy spać, ma lęki, psychosomatyka znów dokucza, boli kręgosłup, głowa mrowi, ciśnienie skacze, napady paniki kilka razy się zdarzają.
Oczywiście w międzyczasie także sprawdzałam, układałam i poprawiałam. Nie tylko dotację, ale na co tylko spojrzałam wymagało poprawy, odkurzenia, przesunięcia, uporządkowania.
Półtora miesiąca, ech nerwico ty moja.

Takie "sprawdzam" od Wszechświata.
No ciężka lekcja.
Idąc na terapię, miałam wizję pozbycia się depresji, nerwicy, głupich zachowań, lęków i fobii.
Taki wiesz Wszechświecie: remont generalny.
Widziałam siebie, jak po wszystkim, kroczę spokojnie przez świat, wolna, poprawiona, no prawie nówka-sztuka. Fajna wizja.

W połowie terapii już wiedziałam, że zdaje się nie o to chodzi. Wolno i z trudem zaczynałam rozumieć, że raczej chodzi o zrozumienie, czemu jest, jak jest.
Pytanie "dlaczego" było tu całkiem na miejscu. I wcale nie chodziło o to: dlaczego mi to zrobiono (no, może na początku, bez tego ani rusz dalej), ale dlaczego JA to robię sobie? I jak?

Ano. Tak właśnie jest.
Jak mawiała moja Babka: kto jak się nauczy, tak śpi i mruczy.
Te wszystkie depresje, nerwice i fobie, to nasze własne wychuchane dzieci, wyhodowane razem z rodziną, otoczeniem, społeczeństwem, ale nasze.
Trzeba kochać, jak rodzic.

Więc jak zaopiekować się nerwicą? Lękiem, strachem, paniką, zawrotami głowy, nocnymi wizjami przerażającej przyszłości?
Otóż  Wszechświecie, relacjonuję z poligonu, gdzie właśnie mają się ku końcowi manewry o kryptonimie: Pieczony kartofelek.

Było trudno. Błoto, deszcze, burze, pot, łzy i potwory w krzakach. Okazało się, że jak strzelamy do siebie, potwory i ja, nie jest fajnie. Ale jak potem, wieczorem, siadamy razem przy ognisku, nie ma wrogów, nie ma nieprzyjaciół, wszyscy lubimy pieczone kartofelki.

Wyszło na to, że taka jestem. I zapewne będę. Mogę sobie rzecz ułatwić. Nie bić się.
Zrozumieć i choć trudno to pojąć, poddać się i po prostu zrobić co mogę. Czasem ćwiczenia relaksacyjne, czasem medytacja, czasem płacz i złość, czasem tabletka przeciwlękowa.
I powoli, z cierpliwością do siebie, i zrozumieniem, do przodu. Dzień po dniu.

Więc wracam Wszechświecie, jakkolwiek będzie, będzie dobrze, w końcu....

A poza tym sporo się nauczyłam znów o sobie, nowe puzzle się dołożyły do układanki.
Jest zysk.

I drobne rzeczy cieszą znów.
Ot takie zmywaki.
Mąż kupił w Tigerze, specjalnie dla mnie. Bo kiedyś powiedziałam, że lubię nimi zmywać. Pierwszy raz kupiłam je w Olsztynie, w czasie cudnego, wspólnego wyjazdu na Mazury.
I to bardzo miłe wspomnienia.
A on zapamiętał i kupił, więc takto :-)



 PS. A kontrola była fajna. Trójka miłych ludzi. Pochwalili. A zastępca dyrektora, miły człowiek, powiedział: tak powinna wyglądać biblioteka. Ot i masz.
       No tylko te katalogi kartkowe... ;-)






Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja znerwicowana Prowincjonalna Bibliotekarka powracająca z poligonu.





środa, 17 lipca 2019

Love, love, love Wszechświecie.



"Potrzeba tylko miłości,
miłość to wszystko, czego potrzeba".

Ach Wszechświecie, MIŁOŚĆ.
Najpotężniejsza siła na Ziemi.
Największe pragnienie i szczęście, gdy jest.
Największy ból, gdy jej nie ma.

Historia stara jak świat i jednocześnie nowiutka jak nowo narodzone kociątko.

Jak napisać Wszechświecie o uczuciu?
Jak ująć w słowa ten ból, pragnienie, ekstazę, słodycz i cierpkość?
Jak Ziemia okrągła wszyscy się w to bawimy, pragniemy, czekamy, szukamy...
Czasem tracimy.

I tak historia się toczy....

Oczywiście wszelkie podobieństwo przypadkowe, ale jak się trafi jednak, to oczywiste, bo to historia uniwersalna.

Poznali się Ona i On.
Dwadzieścia lat temu.
Ona nie bardzo chciała spotykać się z kolegą kolegi, z daleka wyglądał na naburmuszonego
i nietowarzyskiego. Ona lubiła tańczyć, śmiać się i być z ludźmi. On stał w kącie i patrzył tylko.
Ale kiedy usiedli na kanapie i zaczęli rozmawiać, Ona zauważyła, że On ukradkiem ją obserwuje. Nie bardzo brał udział w rozmowie, ale kiedy już się odezwał, mówił całkiem do rzeczy. Patrzył na nią ciemnymi, piwnymi oczyma, a ona czuła się dobrze, mile zaskoczona jego zainteresowaniem. Intensywnością spojrzenia. Byciem jedynym obiektem uwagi.
Chciała więcej.
Zaczęli się spotykać częściej. On okazał się całkiem rozmowny, ona zauważyła, że wystarcza jej jego towarzystwo.

Oboje czuli przyciąganie, magiczne sznureczki od serca do serca.
Dotyk wzbudzał drżenie, drżenie czułość, czułość dotyk.
Ona łagodnie go tuliła, On zamykał oczy i czuł...
On ją tulił zaborczo, Ona zamykała oczy i czuła...

Któregoś dnia On ją poprosił, Ona się zgodziła.
Zamieszkali razem w wynajmowanym mieszkaniu, snuli marzenia o własnym domu. Oboje pracowali ciężko, wspierając się.
On zbudował dom, urodziła się córeczka. Ona została w domu, zajmując się córką, potem synem.
On pracował coraz więcej, bo i potrzeby rosły. Założył firmę, zarabiał pieniądze, które jej dawał na dom i życie. Tylko często go nie było.
Dzieci rosły, córka wyjechała uczyć się do większego miasta, syn jeszcze był, ale miał swoje życie.
Ona jakby budziła się ze snu.
Otwierała oczy rano, a świat wydawał się szary. Obcy i nieznany.
Zastanawiała się:
- śpię?
- to mój dom, czy obcy?
- niby znajomy, ale nie taki jak trzeba.

Mówiła mu o tym dziwnym czuciu. O tej niezgodności w czasoprzestrzeni:
- wiesz, chciałabym, żebyś częściej bywał  w domu,
- moglibyśmy gdzieś wyjechać razem,
- chciałabym sobie kupić nowe buty,
- jakoś źle się czuję.

On, zmęczony po długim dniu, zirytowany odpowiadał:
- a myślisz, że firma sama się prowadzi,
- nie mam czasu na wyjazdy,
- pieniądze nie rosną na drzewach,
- cały dzień siedzisz, nic nie robisz.

Ona myślała, czy to zaczęło się psuć teraz, czy było zepsute od początku, czemu jestem taka samotna?
On się zastanawiał, tak ciężko pracuję, tyle jej dałem, czemu ona mnie odpycha?

On i Ona mieli sąsiadów.
Przyjaźnili się od lat.
Sąsiad był wesołym, gadatliwym, towarzyskim człowiekiem. Kiedy mówił patrzył w oczy, słuchał, potrafił rozweselić. Nieraz jego przekomarzanie rozpędzało jej ponure myśli.
Jakoś tak wyszło, że Ona i Sąsiad czasem stali przy płocie i z godzinę rozmawiając. Sąsiadka była w pracy w pobliskim miasteczku, On też w pracy.

Ona zauważyła, że Sąsiad jej się przygląda uważniej.
Podobało jej się to. Ta intensywność, bycie jedynym obiektem uwagi.

Kiedy pojawił się dotyk, pojawiło się drżenie.
Łzy poprzedziły czułość, tak długo brakło...

Trwało, dwa lata.
Czucie wróciło intensywne, żarliwe, beztroskie. Pełne wibracji, kolorów i smaków.
Ale...
On.
I wypaliło się.

A On wiedział.
Ale nic nie mówił, udawał, że nie wie.
Bo w głębi duszy, w tej największej głębi, bał się zostać sam.

I tak rozmawiali ze sobą:
- czy ty mnie jeszcze kochasz?
- kocham, tak samo jak ty mnie...

źródło: internet



Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja stale zadziwiona tym, jak ślepi tu jesteśmy, Prowincjonalna Bibliotekarka.



sobota, 13 lipca 2019

Magia kina Wszechświecie.

zdjęcie z Muzeum PRL w Krakowie


Prawie trzydzieści lat temu zaczęłam pracę w Ośrodku Kultury.
Jako instruktor kulturalny.
Byłam młoda, kreatywna, pełna pasji, ale też i ambicji.
Małe miasteczko podlaskie było trudnym poligonem. Czas płynął w nim wolniej, był bardziej zestalony, cięższy i mniej plastyczny. Tak jak umysły w nim zatopione. Przyzwyczajeni do powtarzalności pór roku, biorytmu siania, wzrostu i zbioru, ludzie nie bardzo chcieli zakłóceń w tym spokojnym potoku.
To znaczy chcieli, ale tak, aby rozrywka też była taka swojska, zrozumiała, oswojona.
I taki dylemat powstawał, z jednej strony zawsze krytykowano Ośrodek, że nic nowego, wszystko to samo, z drugiej, kiedy się sprowadzało Kwartet jazzowy na wieczorny koncert, nikt nie przychodził.
Bo cóż to za dziwactwo!
I tak życie płynęło.

Mieliśmy kino w Ośrodku. Porządne, z nachyloną podłogą, szerokimi, drewnianymi, wygodnymi fotelami. Na górze w projektorni stały dwa wielkie aparaty, które przez wąskie okienka rzucały magiczne snopy światła na duży biały ekran. W aparatach były specjalne elektrody żarowe, które już wtedy trudno było zdobyć. Nasz Kinooperator miał jednak znajomości w branży i kino działało. Widzów nie było wielu, ale na hity przychodziło dużo osób.
Nasz Kinooperator był już około sześćdziesiątki. Wesoły, rubaszny, kobieciarz. Lubił swoją pracę, ale był już nią zmęczony i wyglądał emerytury.
No i feler taki miał, lubił wódeczkę.

Więc przychodziłam do pracy godzinkę przed seansem. Sprawdzałam wszystko i czekałam.
Jeśli Kinooperator nie pojawił się tak do półgodziny przed seansem, zamykałam kino i biegłam do pobliskiej gospody. Jeśli miałam szczęście, Kinooperator tam radośnie siedział przy stoliku, uzupełniając poziom procentów w organizmie wraz z kolegami. Na mój widok szeroko się uśmiechał i krzyczał: zaraz będę pani Aniu!
Jeśli nie miałam szczęścia, wracałam do pracy, łapałam swój rower i jechałam na tzw. melinę.
Była ona w domu całkiem obrotnego biznesmena miasteczkowego. Tam się dzwoniło do drzwi. Czasem dość długo. A czas płynął. W końcu ktoś otwierał i nawet nic mówić nie musiałam.
Na mój widok, z człowieka otwierającego drzwi, wydobywało się na fali zapachu alkoholu słowo: AHA!

Wsiadałam na rower i gnałam z powrotem do kina, gdzie już pod zamkniętymi drzwiami ktoś zwykle czekał. Sprzedawałam bilety, wpuszczałam ludzi na salę, nerwowo popatrując czy Kinooperator już podjechał swoim maluszkiem, czasem go ktoś podwoził. Wolałam się nie zastanawiać, jak on jeździ na tych swoich procentach...
Rzadko seanse rozpoczynały się o czasie. Ale jakoś nikt nie robił draki z tego powodu.
Ludzie byli jacyś cierpliwsi?

Zawsze dużą ulgę czułam kiedy Kinooperator lekko sztywno, ze skupionym wzrokiem pojawiał się
i szedł na górę. Do projektorni.
Nasłuchiwałam charakterystycznego szelestu przewijanych filmów, stukania, które informowało o zakładaniu filmu na aparat. Gasiłam światło na sali, zapadała ciemność. Widzowie siedzieli cicho i czekali. I nagle rozlegał się cichy gwizd, a po nim szum i lekkie stukanie, snop światła padał na ekran, szum przechodził w tło i film ruszał.
Lubiłam mimo wszystko te kinowe dyżury, bo mogłam obejrzeć filmy za darmo.

Jednak taki seans miał dodatkowe atrakcje, bo po około 20 minutach, taśma się kończyła na jednym projektorze i trzeba było zgrabnie zastartować drugi. Nasz Kinooperator był w tym niezły, przerw prawie się nie zauważało. Pod warunkiem, że nie zasnął, bo za dużo jednak procentów było.
Więc kiedy nagle film się urywał, robiło się ciemno i słychać było charakterystyczne ocieranie końcówki kręcącej się taśmy: szur, szur, szur...zrywałam się z fotela, przepraszałam w ciemności widzów i biegłam na górę rozczmuchać Kinooperatora.
Wracałam i film leciał dalej.
Czasem taśma się przepalała, co było widać na ekranie, topiąca się na brązowo znikająca taśma...
Wtedy Kinooperator zdejmował film i na stojącej obok maszynie, sprytnie i szybko ją kleił, zajmowało mu to może dwie, trzy minuty i wszystko ruszało dalej.
Czasem znikał głos, ale wtedy otwierałam skrzyneczkę rozdzielczą za moim fotelem i kilka razy przekręcałam przełącznik światła w projektorni, to był nasz znak, że fonię trzeba poprawić.

I tak działało kino. Ludzie przychodzili, nikt się nie denerwował, nie gwizdał, nie krzyczał.
Niespodzianki były częścią filmu, zgrabnie wplatały się w narrację i nikomu nie wadziły.
Kinooperator po filmie schodził na dół lekko przetrzeźwiały, mówił: dobranoc i jechał czerwonym maluszkiem do domu, albo na melinę. Wśród kolegów weselej, a w domu pusto, bo żona była w Stanach od lat.
Ja rozluźniona, spokojnie szłam do domu.
Zazwyczaj była już noc, w oknach domów paliły się żółte światła, prześwitujące przez szczelnie zaciągnięte zasłony. Czasem zaszczekał pies, słyszałam swoje kroki, szum drzew...

Życie...

zdjęcie z Muzeum PRL w  Krakowie





Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja czasem chcąca wrócić do przeszłości Prowincjonalna Bibliotekarka.









sobota, 29 czerwca 2019

Spacerując wśród Apokalipsy, Wszechświecie.

kadr z filmu: Godzilla- król potworów

Wyszłam z kina.
Trochę ogłuszona, trochę wyrzucona z rzeczywistości, idąc po korytarzu oświetlonym
czerwono-niebieskim, zimnym światłem, podpinałam powoli i niechętnie kabelki rzeczywistości.
Jeszcze część mojej świadomości była w świecie Godzilli i Mothry, jeszcze przeżywałam bitwę potworów o czułym i nieczułym sercu. Jeszcze byłam dziewczynką ratującą świat.
Ale wyścielony miękką wykładziną korytarz, z każdym moim krokiem, nieuchronnie prowadził w mój świat. Ten realny.
Zapach popkornu, kawy, zapach kurzu, zapach setek ludzi przeżywających emocje w bezpiecznych, kinowych fotelach...Magia kina.

Wyszłam z ciemnego holu w ostrą jasność. Kontrast zmusił moje oczy do mrugania. Słońce zajrzało do galerii przez szklany dach i wpięło mi ostatni kabelek rzeczywistości, który wlókł się za mną zapomniany jakby przypadkiem.
Rozejrzałam się.
Jestem TU.
Wokół mnie ludzie wędrowali na dół, w górę, w prawo i lewo. W ostrym świetle byli jak barwne, lekko rozmywające się plamy.
Zaaferowani, pędzący gdzieś. Zapatrzeni w wystawy, albo pod nogi, albo z wzrokiem utkwionym
w dal. Nastolatki z nieodłącznymi komórkami, zadziwiająco wprawnie ogarniające rozmowę z kolegą obok i rozmowę w sieci. Raz tu, raz tam...
Skaczą po warstwach naszego świata z lekkością konika polnego.

Zjechałam niżej, zamówiłam makaron z warzywami na wynos i usiadłam wśród zgiełku, rozmów, pośpiechu.
Mam morze czasu. Pozwoliłam rzeczywistości płynąć obok...
- śliczna ta sukienka...
- nie wiem, czy powinnam kupować tę torebkę...
- czy ty nie możesz jeść nie brudząc się...
- kompletnie nie wiedziałem co robić, wiatr rozwiał mi włosy i miałem przedziałek na środku...
- jutro miałam iść zrobić paznokcie, ale plany mi zepsuła ta zołza z pracy...

Brzęczyk zabrzęczał. Odebrałam mój makaron i lawirując między stolikami, trochę ciężko, poszłam do schodów. Chciałam już być w domu u siostry. Z jej pięcioma kotami.
W ograniczonej przestrzeni, gdzie miękki tupot kocich łapek zagłuszał potok ludzkich myśli, wytłumiał szum samochodów za oknem, spowalniał bieg czasu, napędzanego przez niespokojne umysły.

Wielkie, nieustannie w ruchu obrotowym wejście, zawsze powoduje u mnie zawrót głowy
i niepewność. Muszę się skupić, by wejść i wyjść nie rozbijając sobie głowy o szybę.
Z lekko mdlącym uczuciem wyszłam na zewnątrz i uderzył mnie upał.
Stanęłam w cieniu, kładąc rękę na żołądku, by go uspokoić...

I wtedy go zobaczyłam.

Ludzie płynęli wielobarwnymi strugami we wszystkie strony. Kolory były w ruchu, upał oplatał, oblepiał ciała jak niewidoczna, klejąca substancja. Spowalniał, przytrzymywał, przyczepiał stopy do asfaltowej nawierzchni.
A on szedł spokojnie. Równym, spacerowym krokiem. Niespiesznie. Spoglądając na otaczający świat, jakby go widział po raz pierwszy. Za zaciekawieniem, z dystansem.
Spojrzał na niebieskie niebo z białymi chmurkami. Spojrzał ma drzewa zamarłe w żarze.
Na rzekę płynącą w betonowym korytku, rzucającą złote refleksy na twarze ludzi.
I szedł dalej...
Ubrany w ciepłą, wełnianą kurtkę w brązową kratkę. Na głowie miał czapkę i nasunięty na nią kaptur. Na rękach szaro-czarne mitenki. Czarne bojówki, wysoko sznurowane glany z których wyglądały solidne, ciepłe, szare skarpetki. Niewielki, czarny plecak.
Pod blond grzywką wysuwającą się spod czapki patrzyły jasnoniebieskie oczy. Wyraźne i duże na tle brązowej, ogorzałej twarzy. Rozwichrzona, jasna broda ukrywała jego wiek, ale lekkość ruchów należała do młodości.

Wśród ludzi przepływających i rozmywających się przed moimi oczyma, on był wyraźny, jakby realniejszy, jakby malowany hiperrealistycznym pędzlem. Jakby był BARDZIEJ.
Ludzka rzeka omywała go jak kamień w wodzie. Ludzie przesuwali po nim wzrokiem, bez emocji. Jakby go nie było.

A on spokojnie szedł, rozglądał się, zwiedzał i oddalał się...
Nadal jednak hiperrealny, nadal kontur jego ciała miał aż ostre krawędzie...

Z lekkim wzdrygnięciem i dreszczem wróciłam do siebie. Poczułam znów upał, żołądek, ciężkość nóg. Zapach makaronu z pudełka, zapach spalin, szum samochodów.
Postać wędrowca jeszcze mignęła mi w oddali, w tłumie przy przejściu przez ulicę.
I znikł.

Poszłam do domu i kotów.

Moja dwunastoletnia siostrzenica powiedziała mi, że boi się i nie lubi sama chodzić po ulicach.
Bo ma wrażenie, że wszyscy na nią PATRZĄ.

Odpowiedziałam jej, że nie.
Nikt na nią nie patrzy.
Tak naprawdę, nikt jej NIE WIDZI.
Jest niewidzialna.

Tak jak ten Podróżnik w Czasie.
źródło- internet

"...A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.


Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie."

Piosenka o końcu świata- Czesław Miłosz.




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zmęczona upałem Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 8 czerwca 2019

Relatywizm Wszechświecie.



Życie jest proste.

Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie mów fałszywego, kochaj....

Proste prawdy wyznaczające ścieżkę.

Prawa ułatwiające orientację w świecie. Wystarczy się trzymać i masz zapewnione miejsce w niebie. Nic nie musisz, tylko przestrzegaj punktów. Nawet nie pytaj, bo ty nie jesteś od pytania.
Są więksi od ciebie.
Tyś pyłkiem na wietrze, prochem w który się obrócisz.
Przestrzegaj prawa.
Potem sąd nad tobą się odbędzie i dostaniesz przydział.
Kropka.

Pamiętam zimę w 1987 roku. Byłam w studium pielęgniarskim w Warszawie. Podobało mi się. Ale najważniejsze, że byłam w Warszawie, bo mój chłopak z liceum studiował na Politechnice. Rozstanie nie wchodziło w grę. Wybrałam szkołę gdzie przyjmowano bez zbędnych ceregieli. Jednak było dobrze. Zawód mnie interesował, było ciekawie.
Zimą miałam praktyki w szpitalu na Kondratowicza. Daleko. Mieszkałam kątem u niezbyt bliskiej rodziny, w przechodnim pokoju. Dojeżdżałam pociągami podmiejskimi, potem jeszcze autobusem. Prawie dwie godziny w jedną stronę, a zima była sroga, minus30 było prawie co dzień. Wchodziłam do pociągu o 5.10, a na ścianach od środka był szron. Kiedy usiadło się na plastikowe siedzenia, pupa zamarzała po 10 minutach. Ale mimo tego, to był szczęśliwy czas. Żyłam pełnią życia. Byłam szczęśliwa w bańce miłości, mając w perspektywie małżeństwo i bycie z osobą kochaną najbardziej na całym świecie.
Z perspektywy obecnej: byłam w swoim Niebie :-)

Tego konkretnego, zimowego dnia jechałam ze zlodowaciałymi nogami, pupą i nosem, na oddział noworodków. Pierwszy dzień. Byłam podekscytowana, ale pewna, że będzie fajnie.
Małe dzieciaki; a ja już, gdzieś tam po cichutku, zastanawiałam się, jakie będą moje.
Fajnie, że mogę nauczyć się pielęgnacji.
Dojechałam w końcu do szpitala, pobłądziłam trochę szukając naszej szatni, przebrałam się i poszłam na oddział. Wszystko poleciało zwykłym trybem, wprowadzono praktykantki w nasze obowiązki, pokazano co i jak.  I wypuszczono na salę. Do roboty. Masowe mycie i przewijanie.
To był duży szpital. I dzikie czasy, kiedy dzieci zabierano od matek, przywożono tylko na karmienie. Maluchy leżały w rządkach w szaro-białym, aseptycznym pokoju z jednym oknem. Zawinięte w kokoniki z szorstkich, żółtawo-brązowych od prania i dezynfekcji, pieluszek tetrowych i flanelowych. Nieważne było, że akurat śpią. Trzeba było dzieciuczka roztrząść, rozwinąć, łapnąć na rękę, wsadzić pod kran, opłukać, potem szybko osuszyć, zapudrować i zapakować w kokonik.
Jak tak się wzięłyśmy do pracy, w sali najpierw zaczęły płakać dzieci, które obudziłyśmy, a potem już wszystkie...Patrzyłyśmy na siebie, bo nie tego się spodziewałyśmy. Ale pielęgniarka kazała działać i nie przejmować się.

Podeszłam do następnego łóżka, gdzie w tym harmiderze o dziwo spokojnie, leżał dzieciuczek z wielkimi, niebiesko-ciemnymi oczyma. Patrzył spokojnie. Buzia była ładna, jasna, nie czerwona jak u innych noworodków. Obejrzałam się, pielęgniarki nie było. Zagadałam do niego, uśmiechnęłam się, też się uśmiechnął i coś zaguglał. Tak chwilę guglaliśmy, a potem podłożyłam rękę pod jego głowę
i pupkę by go podnieść.
I o mały włos nie rzuciłam go z powrotem. Zszokowana miałam na tyle świadomości by go położyć delikatnie.
Ponieważ moje palce podłożone pod jego główkę, zagłębiły się w niej, jak w galaretkę. Tam gdzie spodziewałam się twardej kości malutkiej czaszki, nie było twardości, była przerażająca miękkość.
Stałam nad nim jak zamrożona, a maluch płakał....

Odsunęłam się od niego i poszłam poszukać pielęgniarki.
Znalazłam i zapytałam o co chodzi...
Usłyszałam: ojej, zapomniałam wam powiedzieć.
Wróciła ze mną na salę i wszystko nam wytłumaczyła.

Chłopczyk miał już pół roku. Po porodzie mama go zostawiła w szpitalu. Miał genetyczną chorobę, wrodzoną łamliwość kości, postać letalną (śmiertelną). Cud właściwie, że jeszcze żył. Pierwsze złamania nastąpiły już w macicy. Przy porodzie następne. Kilka przy przewijaniu. Był na lekach przeciwbólowych i uspokajających. Bo nic nie można było zrobić.
Tylko czekać na śmierć.
Noworodki pojawiały się na tej sali na kilka dni, on od pół roku był stałym elementem, bo czekał...

Nie mogłam się przemóc, by go znów dotknąć. Nie miałam odwagi, potwornie bałam się, że zrobię mu krzywdę, a on i tak cierpi. Z nas trzech, jedna tylko, Agata, przemogła się i brała go na ręce. Podchodziła z nim do okna, by zobaczył niebo, rozmawiała z nim, przynosiła mu soczki z domu.
Ale...
Po kilku dniach pielęgniarka powiedziała jej:
- Nie rób tego, to mu nie pomaga...przytulasz go, obdarzasz miłością, ale jesteś tu na chwilę, zaraz stąd pójdziesz, a on będzie chciał WIĘCEJ...

Widzę Wszechświecie oczy tego chłopczyka, zapamiętałam je na całe życie.
Duże, niebieskie, lekko nieobecne od leków.
Życie płynęło wokół niego, barwne, żywe, radosne...a on czekał.

Nie rozumiem wszystkiego, świat jest nieogarnialny w swej różnorodności.
Ale spotkanie tej Duszy spowodowało, że przestałam uważać, że na wszystko jest paragraf.
Że są proste odpowiedzi na trudne pytania.
Zrozumiałam, że czasem odpowiedzi nie ma.
A czasem odpowiedzi się boimy.

Kiedy mój ukochany, schorowany pies, który nie był psem, tylko częścią mojej Duszy, odchodził na stole u weterynarza, kiedy powoli usypiał w moich ramionach po podaniu leku uśmiercającego, mówiłam mu:
- spokojnie, za chwilę pobiegniesz , będzie po wszystkim, jeszcze chwilka i będziesz wolny.
 Jeszcze chwilka kochanie...dziękuję, że ze mną byłeś, ale już jesteś wolny.

Słyszałam to ostatnie szarpnięcie serca i ostatni wydech.
I czułam, że to jest Dobre.

Kocham cię, możesz odejść.





Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja  pogrążona w relatywizmie Prowincjonalna Bibliotekarka.