Obserwatorzy

niedziela, 26 kwietnia 2026

Kompost zmieszany Wszechświecie

 

LucyH.


Za oknem słońce, choć zimno.
Wiatr wieje sztormowy wręcz. Miota biednymi gawronami na wszystkie strony.
W gniazdach są już małe, bo słychać charakterystyczne miałczenie. Małe gawroniaczki miałczą jak małe kotki. Trudny dziś dzień w gawronim świecie. 

Wstałam dziś o 6.30, lekko, bez wielkiego ociągania. Spałam dobrze, głęboko, otoczona zapachem czeremchy sączącym się przez uchylone okno. W nocy chłodne powietrze wpadało mi do płuc, krążyło wokół, a ja byłam w cieplutkim i mięciutkim kokonie kołdry, bezpieczna.
Mąż wyjechał, więc nikt nie zamykał okna mamrocząc, że wychładzam...
Przez to okno wpadło też Życie wyjąc syreną strażacką a za chwilę syrenami karetki i wozu strażackiego. Psy na zewnątrz dołączyły się żałośnie.

Ktoś we mnie powiedział- komuś stało się coś złego.
I ten ktoś był już gotów przejąć się, emaptyzować, zasmutać się, sponurzeć i zszarzeć.
Odpowiedziałam spokojnie- no tak, taka planeta, patrz gołąb przyleciał do karmnika!
No to poszliśmy oglądać gołębia.

Lucia Heffernan

Ostatnio męczył mnie tzw. Moralniak.
Kilka dni spędziłam kontemplując mój brak empatii, nieczułość, tchórzostwo, próbując zrozumieć, czemu tak mam.
Moja koleżanka z którą kilka lat walczyłyśmy wspólnie z depresją na warsztatach itp., została wdową.
Mąż zachorował na bardzo poważną chorobę degeneracyjną i po dwóch latach bardzo trudnych dla obojga, zmarł. Nie odwiedziłam jej w domu. Dwa razy w pracy tylko. Nie mogłam, czułam straszny opór. Opór i jednocześnie wyrzuty sumienia. Ale opór bardziej. Zdecydowanie mnie przerastało.
Wiem, że ma do mnie pretensję. Nie jest mi z tym dobrze. Ale nadal nie chcę się spotykać.
Postanowiłam pozwolić sobie na to. Nie naprawiać, nie tłumaczyć, nie cierpieć, nie dokuczać sobie, zaakceptować. Trudne, ale wykonalne.
A do karmnika zajrzała sierpówka, no też gołąb, ale inny.

Lucia

W pracy koleżanka kradnie mi długopisy.
Pracujemy razem około 20 lat i ten problem tyleż trwa. Kiedy tylko mnie nie ma, nawet jeśli wyjdę do toalety a ktoś przyjdzie i ona mnie zastąpi, znika mój długopis. Znajduje się u niej zawsze. Lubię moje długopisy, długo je wybierałam i szukałam dobrego wkładu żelowego. Żeby był miękki i miał odpowiedni kolor, żeby tusz miał konsystencję jak masełko i lekko sunął po kartce. Dużo piszę ręcznie, lubię to. Żeby ten wkład działał dobrze, trzeba go zawsze trzymać rysikiem w dół i kiedy wychodzę do domu, wkład musi być odpstryknięty i schowany, by nie wysychał. Moja koleżanka o to nie dba, nie dość, że zawsze kradnie, to stawia u siebie długopis odwrotnie, albo nie odpstrykuje wkładu. Można się z tego śmiać, ale wkurzało mnie to tyle lat. Rozmowy nic nie dają. Tłumaczenia czemu mi to nie pasuje też. Najpierw przepraszała i obiecywała poprawę. Nie wychodziło, potem kajała się mocniej, a potem zauważyłam ukrytą złość, bierną agresję i pretensję, że mogłabym już się odczepić.
To się odczepiłam, było widać, że nie panuje nad tym. Starałam się olewać i spokojnie zabierałam od niej długopis, wymieniałam wkład (a trudno dostępne są) kiedy zasechł lub się zapchał u niej.
Aż do teraz, po prostu chowam go gdy wychodzę, zostawiając jej na wabia byle jaki długopis.
Potem po cichutku, gdy jej nie ma, odbieram go i znów wstawiam na wabia. Działa 100/100.
Nic nie zauważyła. Kompletnie nic.
Tylko zastanawiam się, czemu ja dopiero teraz na to wpadłam?
Tyle lat zaciskania szczęk, nic dziwnego, że bolą czasem.
A pani Alutka już dawni mi powiedziała: jaki materiał, takie narzędzie.

Lucia

Jakiś czas temu przejrzałam wpisy na blogu do tyłu.
Pooglądałam swoją przeszłość, żeby zobaczyć Drogę. Miotało mnie w różne strony. Sporo ślepych zaułków z których musiałam się wycofać. Okres ezoteryczny był fajny. Bujałam w oparach słodko pachnących pierdów jednorożców. I wcale nie czepiam się siebie, że chciałam kochać wszystkich i, że miałam oczy szeroko zamknięte. To był dobry czas. Wiele się nauczyłam o byciu z ludźmi, o własnej naiwności, która też jest programem ochronnym. Nauczyłam się ufać swoim przeczuciom, co nie pozwoliło mi utonąć w tym tęczowym, wyłożonym watą cukrową światku. Znam takich co tam utknęli i widać, że z czasem wata cukrowa topnieje a jednorożce mogą dziabnąć rogiem w doopkę.
Wielu ludzi martwi się a nawet wścieka, że jest teraz wysyp różnej maści kołczów, uzdrowicieli, guru itp. Że oszukują ludzi, że mamią, wyciągają pieniądze, szkodzą!
A przecież jest tylu dobrych terapeutów i przez tych oszustów ludzie do nich nie trafią.
Zaprawdę powiadam wam: KAŻDY trafi tam gdzie powinien.
Każdy zostanie oszukany, naciągnięty, omamiony po to, by wyciągnąć wnioski i nauczyć się lekcji. 
Jednym uda się szybciej, innych jednorożec musi kolnąć w doopkę.
A jeszcze inni są odporni na naukę i to też jest ok.

Lucia
Z oglądania się za siebie wyniosłam też jeszcze jedno spostrzeżenie: BARDZO CHCIAŁAM.
Różnych rzeczy chciałam.
Być kochaną, być ważną, być akceptowaną, być zawsze utuloną, widzieć się w oczach innych.
Chciałam, żeby ludzie byli inni, świat był inny, moja rzeczywistość była inna. To chyba nazywa się roszczeniowość. Oczywiście wynika z moich braków, ale jednak roszczeniowość. Wiele tego wokół. Widzę to dopiero od niedawna, dlatego chyba nie przepadam za Anią Dymną i Dorotą Wellman, bo one tak samo jak ja roszczeniowe wielce i mocno oceniające, a ja ciągle mam problem z zaakceptowaniem tego w sobie. Ale powoli...rozmiękczam :)
Agniecha pod poprzednim postem napisała, że lubi moje przekonanie, że świat da sobie radę bez ludzkiej paniki i dygotu. I dodam: bez roszczenia. 
Nie musi się do mnie uśmiechać pani na kasie, ani lekarz nie musi być miły, ludzie nie muszą mówić przepięknym językiem, ubierać się stosownie do sytuacji, nikt nie musi nic. Mój wybór jak ja się w tym odnajdę, bo doszło do mnie, że ludzie są jacy są i to nie moja sprawa. No chyba, że moja ;)

Lucia
Takie odkrywanie swoich kawałków w tym puzzlu jakim jestem, bez całego obrazka, jest ciekawe.
I męczące, i ekscytujące, i zaskakujące.
A na koniec coś, co zobaczyłam ostatnio.

Jadąc do sklepu w Większym Mieście zobaczyłam małą, drobniutką dziewczynkę w różowych rajstopkach, z długim, jasnym kucykiem. Szła sobie po chodniku szparkim krokiem i na ramieniu niosła dwie, wielkie, wypchane torby. Prawie tak duże jak ona sama. Spojrzałam zdziwiona, bo nie pasował do obrazka jej lekki krok. Ale zaraz ogarnęłam, że mała tacha puste, plastikowe butelki. Lekkie. Do sklepu było już niedaleko, podjechaliśmy i zanim wylazłam z samochodu i ogarnęłam wózek, dziewczynka już dotarła. Weszłyśmy razem. Ona skręciła do butelkomatu a ja weszłam do warzywniaka i ją podglądałam.
Fachowo zrzuciła z ramienia torby, ustawiła i równie fachowo zaczęła wrzucać butelki do butelkomatu. Malutka była, stawała na palcach i wyciągała się, by sięgnąć, ale widać było, że nie robi tego pierwszy raz. Butelek miała sporo, wrzuciła wszystkie, butelkomat wypluł papierek, wzięła, wsadziła do kieszeni, poskładała torby i poszła.
I tak od tygodnia mam w głowie przebłyski z tą dziewczynką, jak tak idzie z torbami. 
I rozmyślam. 
Bo widząc kolejki przed butelkomatem w moim Miasteczku, uświadamiam sobie jak łatwo nas omamić, oszukać, zmanipulować. Jak trudno nam rozejrzeć się szerzej. 
Bo niby wszystko jest w porządku na tym obrazku z dziewczynką, prawda?
Dziecko uczy się odpowiedzialności za planetę. A może jednak nie? 
Mama jej zamieni papierek na pieniążki i mała sobie nazbiera na nowe, odlotowe buciki.
Albo co innego. I wyniknie z tego radość małej dziewczynki. Co fajne jest, potrzebne.

Ogólnie jednak nie uważam, by planecie coś groziło. 
 Ale ogólny przekaz z mediów brzmi: URATUJMY ZIEMIĘ, NIE ŚMIEĆMY.

Tylko, że właściwe pytanie powinno brzmieć: DLACZEGO WCIĄŻ UŻYWAMY PLASTIKU?

No dlaczego?


Lucia Heffernan


PS. Jeśli chodzi o myszki w Bibliotece...


Ta jest 32.
Nie ma o czym gadać, relokuję...

Oczywiście Lucia



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zdziwiona śniegiem za oknem, Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 14 marca 2026

Ziemia trwa, Wszechświecie

 

Rita Cordelli


Troszkę się obudziłam w związku z wiosną. 
Ciut więcej mam energii rano. Ciut więcej wieczorkiem. 
Słońce. 

W karmniku zrobiło się dużo luźniej. Karma znika w mniejszych ilościach. Ale tak jak w zeszłym roku, karmić nie przestaję. Zrobi się tłoczniej gdy pojawią się podloty. A w czasie wysiadywania ptaki wiedzą gdzie na pewno można coś zjeść i nie tracić czasu. Wszak jajeczka trza ogrzewać.
Gawrony odbyły głośne i pełne namiętności gody, odbudowały gniazda i następne pokolenie w drodze. Koty też po miłosnych podbojach i walkach. Zapach kociej miłości jakby mniejszy wokół bloku.

No i myszki. Osiemnastka przesiedziała ze mną w Bibliotece najgorsze mrozy. 
Znaczy, jak HankaC słusznie zauważyła, ja nie wiem czy Osiemnastka to Osiemnastka.
Może to Trójka, albo Ósemka, która wracała. Albo jakiś inny numer :) 
Z powodu niemożności policzenia myszek, nadaję im kolejne numerki według wyłapywania.
Bo zaczęłam, mrozu nie ma, słońce jest, śnieg znikł, czas na relokację
Poznajcie:

Osiemnastka, moja ulubienica :)

Dziewiętnastka

Dwudziestka

Taaa, Osiemnastka miała rodzinę. Obawiam się, że nadal jej członkowie mieszkają w Bibliotece.
Mam nadzieję, że już niewielu. Hm...
Ostatnio Mąż pomagał Bibliotece wejść w XXI wiek, montował serwer na nasz własny, cyfrowy katalog. A, że nos ma jak pies gończy, to wyniuchał, że mysi zapach jakby większy w okolicach science-fiction. Niedaleko mojego biurka. Ja nic nie czułam, ale pewnie się przyzwyczaiłam do zapachu mysich sików, kurzu i farby drukarskiej. Wszak tak powinna pachnieć biblioteka :) 
Zdjęłam książki z półki i cóż, gniazdko myszowe było tam i nawet jedna myszka, DwudziestkaJedynka.
Zwiała biedna od razu w panice.
Gniazdko było uwite z kawałeczków zapisanego papieru i wsunięte między rozchylone strony "Ziemia trwa" G.R. Stewarta. Bardzo dobra powieść sci-fi, polecam, myszy też mają dobry gust czytelniczy. Widać było, że myszki tam mieszkały już długo, oraz trzy półki niżej też.
Posprzątałam, spuśćmy na to zasłonę zapomnienia, relokacja trwa.

Rita Cardelli

I to w sumie takie znamienne jest Wszechświecie: Ziemia trwa...
Taka wiadomość od ciebie.
Mimo braku telewizji, braku radia i niewłażenia tam, gdzie nie trzeba, docierają do mnie informacje różnej treści. Podejrzewam, że 50% tego to nasza dzielna AI kreuje własną rzeczywistość, która już dorobiła się nawet nazwy: halucynowanie.
Druga połowa to też halucynowanie, tyle, że ludzi. 
A trzecia połowa, to ludzie, którzy myślą, że powyższe dwie połowy głupie są.


Rita

Myślę, że są jeszcze inne połowy, nie mam pojęcia ile. Ale ogólnie? Psychiatryk.

Niedawno zauważyłam wśród znajomych tendencję, że znów wojna. Jaka wojna u licha? 
Okazało się, że Ryży Debil i Izrael mieszają w kotle. A przynajmniej tak można w internecie wyczytać. 
Z halucynacji oczywiście ;)
Zaraz oberwę, że nie dociera do mnie powaga sytuacji i że, dzieci cierpią, kobiety giną, wolność zagrożona, apokalipsa idzie: atomowa, głodowa, paliwowa, medyczna, moralna (o! ta jest najgorsza)...
I co z tym zrobić?

Postanowiłam nic nie robić. Położyłam się na kanapie i poszukałam serialu do obejrzenia. Lubię seriale kryminalne, sensacyjnie, wojny szpiegów, szukam. I trafiam na jakiś dziejący się na Bliskim Wschodzie.
Izraelski wywiad poluje na arabskiego terrorystę, który zabił 116 osób cywilnych( dzieci, kobiety i starców). Wkradają się na wesele jego brata, licząc, że się tam pojawi i będą mogli go zlikwidować.
Ale nie udaje się, w zamieszaniu zabijają brata na oczach narzeczonej i rodziny. 
Mułła później mówi narzeczonej, że jej święta wojna, jej dżihad, to założenie rodziny i rodzenie dzieci, najlepiej chłopców. Izraelczycy nadal polują na terrorystę, bo mają swoje ofiary do pomszczenia. 
I już wiem, że będą na siebie wszyscy polować przez trzy sezony, kompletnie nie dbając o nic. Zanurzeni w halucynacji. Stworzeni przez halucynację. 
Poszłam sobie stamtąd i obejrzałam "Marsjanina" z Mattem Damonem. 
Przynajmniej dowiedziałam się jak sadzić kartofle na Marsie.

Rita

Niedawno przyszła czytelniczka i opowiedziała o dramatycznym zgonie w pewnej patologicznej rodzinie. Cóż, bywa. Ale znacznie bardziej moją uwagę przyciągnęła jej konkluzja:
- To wszystko po to, bym przypomniała sobie jak dobrze mam...
Po pierwsze jeśli masz dobrze, to czemu zapominasz o tym?
Po drugie, naprawdę cudze nieszczęście jest ci niezbędne do do poczucia się lepiej?


Rita
Nie wszystko jest takie na jakie wygląda.
Obawiam się nawet, że NIC nie jest takie na jakie wygląda.
Czy można żyć w takim świecie?
Zapewniam, że można. A chyba nawet jest to jedna z dróg do uzyskania świętego spokoju.
Ziemia trwa. 
Po swojemu.

Rita ;)


Pozdrawiam Wszechświecie, twoja wyjątkowo spokojna o losy świata, Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 25 stycznia 2026

Wędzone sikorki Wszechświecie

 


To akurat wróble rano na śniadaniu.
Wpadają całą kupą, jedzą, gadają i grzebią jak kury aż ziarno pryska na boki. Robią mnóstwo zamieszania i nagle fru! wszystkie odlatują na czeremchę. I za chwilę znów huzia! kupą na karmnik.
Czasem zrobią fru! ale jeden zostanie w karmniku. Rozgląda się sekundę zdezorientowany, ale wraca do jedzenia i nie bierze chwilowo udziału we wróblej wariacji, bo zapewne głodny bardziej.
Albo mądrzejszy.

Sikorki są spokojniejsze. Podlatują do karmnika pojedynczo, wybierają sobie orzeszek albo ziarenko i odlatują na czeremchę by zjeść. A niektóre, bardziej oswojone z karmnikiem, siadają sobie na jego brzegu i trzymając w łapce orzeszek zjadają go ze smakiem. Zwłaszcza taka jedna, grubiutka i większa od innych. Przylatuje też sikoreczka, która ma jedną łapkę, ale radzi sobie doskonale.
I chociażby dla tej jednej warto było postawić karmnik.

Na początku mrozów ptaków w karmniku było więcej i nie od razu zauważyłam, że coś nie tak. Ale po pewnym czasie stwierdziłam, że sikorki jakieś niewyraźne. Znaczy zamiast prezentować z dumą pełne, żółte brzuszki, one są jakby szare, a czasem wręcz czarnawe, te brzuszki i nie tylko. Przyczaiłam się, pooglądałam i wyszło, że czarnawe faktycznie, jakby podwędzone. I domyśliłam się, że one grzeją się w dymie z kominów. Ludzie palą, bo zimno, dym ciepły, kominy ciepłe i ptaki wymyśliły jak się podgrzać.
I mam: wędzone sikorki.

Iris Ester
Osiemnastka ma się dobrze, tak myślę. 
Posiada swój talerzyk i całą masę smakołyków na nim. Ziarenka słonecznika, dyni, proso, orzeszki ziemne i laskowe, suszone owoce, świeże jabłuszko i oczywiście czekolada, ale to nie zawsze, bo nie chcę zaszkodzić myszce. Znika tego codziennie po troszku, więc sądzę, że Osiemnastce nikt więcej nie towarzyszy już. Oby tak było...
Czekam na ocieplenie, by móc myszkę relokować.
Choć trochę się przyzwyczaiłam do jej niewidzialnej obecności.

Kelli Filtton

Miasteczko hibernuje, ludzie snują się ostrożniej i wolniej. Po świątecznym wariactwie rodziny rozjechały się do domów własnych, albo za granicę, bo u nas dużo ludzi nadal pracuje w Belgii bądź mieszka już. Czytelnictwo wróciło do równowagi. I ja musiałam odpocząć, bo nie lubię świąt. 

Życie toczy się dalej jednak. A czasem przestaje się toczyć.
W sąsiedniej wiosce rolnik wyszedł z samego rana nakarmić swoje byki hodowlane. Jak to się stało? nie wiadomo, ale wlazł między byka i drzwi do obory i byk go przydusił. Upadł i leżał tak na mrozie aż reszta rodziny wstała i go znalazła. Wszyscy bali się byków, więc wezwano straż pożarną by go jakoś wyciągnąć. Ale już nie żył. Wtedy ktoś zauważył, że z domu nie wyszedł brat rolnika, który z nim mieszka. No cóż, znaleziono go zmarłego w jego pokoju...
Dziwne i troszku straszne.
Miasteczko chwilę tym pożyje.

Moja koleżanka z pracy założyła sobie gaz. Głównie do ogrzewania i ciepłej wody. Sama ona już 8 lat, mąż jej zmarł. Mąż zaradny był, ona z zasobnej rodziny, ale bez niego nagle dostała obsesji na tle pieniędzy. Mało i mało.
I teraz ma fajnie, bo piec gazowy nie wymaga wielkiej obsługi. Poprzedni na ekogroszek był bardzo dokuczliwy. Powinna być zadowolona, ale obawiam się, że ona się rozchoruje albo zwariuje.
Bo ma apkę w telefonie i tam dostaje informacje ile gazu się spaliło i ile pieniędzy to kosztowało.
I ciągle sprawdza. Nastawia na mniejsze ogrzewanie mimo mrozów a i tak to nic nie daje. Gaz się pali, pieniądze lecą. A ona marznie. Spać nie może, telefon leży na poduszce obok.
A ja już nie mogę słuchać o tym jak ją oszukano, gdy mówiono o tym, że będzie lepiej i taniej.
Wszyscy ją oszukują i okradają.
Jej codzienny dramat, mimo bycia złotym klientem banku.
I robi się coraz bardziej szara i jakby podwędzona.

Füsun Ürkün Sanatevi

Ostatnio przypomniało mi się jak nie mogłam pojąć o co chodzi człowiekowi, który w jakimś podkaście powiedział: BO SKUTKI ZAWSZE SĄ PRZED PRZYCZYNĄ.
Mój mózg stanął dęba, wierzgnął i zablokował się wtedy. Jak? Co facet gada? Przyczyna zawsze jest pierwsza. Ale z głowy mi to wyjść nie chciało. Bo byłam już na etapie radzenia sobie z dysonansem poznawczym, a nie uciekaniem od niego.
Zajęło mi trochę ale ogarnęłam, że świat nie jest liniowy, czas nie jest liniowy i że faktycznie, do naszej świadomości najpierw docierają skutki, a przyczyna dopiero wynika z procesu myślowego jaki odbędziemy. A czasem wcale jej nie odkrywamy tylko skutki są widoczne. Wtedy bierzemy skutki za całkiem oddzielne zjawisko, choć tak nie jest. Dlatego lekarze leczą objawy, biorąc je za chorobę. 
Wszystko jest połączone i nie jest to bynajmniej prosta linia.
Sikorki i moja koleżanka są też połączone w jakiś dziwny sposób.
One i ona chcą PRZETRWAĆ.

Quint Buchholz


PS. Jeszcze raz przepraszam, że czasem nie odpowiadam od razu na wpisy, bo mam moralniaka z tego powodu. Ale bywa, że muszę wycofać się i zahibernować, bo jestem przebodźcowana. Kiedyś tego nie robiłam i było bardzo źle. Teraz sobie pozwalam i choć wewnętrzny krytyk coś tam mamrocze, to go nie słucham :)


Pozdrawiam Wszechświecie, twoja nieliniowa Prowincjonalna Bibliotekarka

wtorek, 6 stycznia 2026

Osiemnasta myszka Wszechświecie

 

Gerhard Gluck

I po Świętach, nawet po Nowym Roku.

Ziemia rozpoczyna kolejny obrót wokół Słońca a my z nią. I choć nazywamy to Nowym Rokiem, we Wszechświecie jest to zdarzenie kompletnie normalne, tak normalne, że niezauważalne.
To tylko świadczy o tym, że wszelkie nasze ceremonie, przekonania, granice i nawet niespodzianki wymyślamy sobie sami. Trzeba wziąć odpowiedzialność, choć wygodniej zostawić ją tam gdzie jest i pójść dalej. 
Położyło się, niech leży...

Do biblioteki przyszła czytelniczka po książkę. Książka była specjalnie zamówiona na jej prośbę. Ale też warta poczytania, dlatego kupiłam. Kiedy paczuszka z książką przyszła, wysłałam smsa do czytelniczki, że jest. No i przyszła odebrać.
Po dwóch latach przyszła odebrać.
Nawet miała tę samą kartkę z tytułem tej książki. Nie pamiętała, że już ją zamówiła, że ją powiadomiłam. Nie przypominałam, powiedziałam, że książka jest i dałam. 
Wiem, że książki trafiają do każdego we właściwym czasie.
Czasem życie jest długim snem, a pobudka musi poczekać.

A książka dla ciekawych to "Wybór" Edith Eger.

Gerhard
No i właśnie myszka. Osiemnasta.
Pisałam w poprzednim poście, że siedemnaście relokowałam bez problemu.
Na Osiemnastej potknęłam się.
Najpierw pułapka nie zadziałała. Mysza wlazła, zabrała czekoladkę z orzeszkiem i czmychnęła. W sumie ok, nie wystraszyła się, pułapka dobrze nadal się kojarzy, wlezie drugi raz. Wymieniłam pułapkę na nową, włożyłam czekoladkę z orzeszkiem i poszłam do domku. Następnego dnia zaglądam do pułapki pewna, że myszkę mam. A myszki nie ma, choć pułapka zamknięta, znaczy zadziałała.
Otóż podniosła taką kieszonkę na końcu, w którą wkłada się zanętę i czmychnęła dołem. Czekolada i orzeszek znikły...
Lekko osłupiałam, bo jak....jak ona to wymyśliła w tym małym, mysim móżdżku?
Nabrałam szacunku do mysiego McGyvera.
Kilka dni karmiłam, czekolada, orzeszki, ziarenka, jabłuszko. Wszystko znikało, aczkolwiek jabłuszko najmniej, a czekolada najpierw :)
I nastawiłam pułapkę w końcu, licząc na to, że myszka ma krótką pamięć i tak dopieszczona żywieniowo straciła czujność. Taśmą zakleiłam kieszonkę by znów jej nie podniosła. Ha!
Następnego dnia zaglądam do pułapki i oczom nie wierzę...!
Owa pułapka ma na górze trzy dziurki, wywietrzniki. Cała jest z dość twardego plastiku. I ta myszka się złapała, ale postanowiła tym razem uciec górą. I użyła ząbków, by powiększyć dziurki na górze. Ząbki chyba ze stali ma, bo powiększyła, połączyła dwie dziurki i spróbowała się przecisnąć. 
I zonk...utknęła!!! Pół myszki na wolności, pół myszki w pułapce.
Popatrzyłyśmy na siebie, w jej oczach przerażenie i panika, w moich to samo.
Ratuj kobieto bibliotekarko podła!!!
Pobiegłam do magazynu po obcęgi, śrubokręty i nóż do papieru. Pułapkę delikatnie przeniosłam na biurko i piętnaście minut walczyłam o życie myszki. Matkobosko, żeby tylko jej nie uszkodzić, nie zranić, żeby jej nie bolało...W końcu jakoś połamałam ten plastik, choć mysza nie ułatwiała, piszczała wierciła się, walczyła na całego. Kiedy poczuła, że już nic jej nie trzyma, wyskoczyła jak z procy, przebiegła kilka kroków i schowała się za nóżką monitora. Ciężko oddychając wychyliła się i popatrzyła na mnie. A ja na nią, też ciężko dysząc. 
Byłam tak spocona, że nawet włosy miałam mokre, ona pewnie też nie lepiej. 
Powiedziałam do niej: zawieszenie broni myszo...
A ona zeskoczyła na podłogę i uciekła.
Przygnieciona poczuciem winy i niepokojem o jej zdrowie postanowiłam karmić dobrze i dać jej czas na dojście do siebie. Kładę na talerzyku smakołyki, znikają, więc chyba ma się dobrze.
Muszę kupić inną pułapkę/żywołapkę, bo tę już rozgryzła i to dosłownie.
Poza tym mróz, nie czas na relokację myszy...

Gerhard :)
I tak sobie żyjemy w Miasteczku.
A przynajmniej w Bibliotece.

Mieliśmy zamiar spędzić Sylwestra spokojnie, znaczy go nie zauważyć za bardzo. Ale nasi przyjaciele zadzwonili, że nie chcą siedzieć sami. W sumie, czemu nie. Zaprosiłam do nas. Zrobiłam musakę z mielonym mięsem co ogromnie ucieszyło Przyjaciela płci męskiej, bo on już 6 tygodni pości, jest prawosławny. Nie żeby chciał, ale Przyjaciółka nalega. Czego się nie robi dla żony....
W każdym razie dyspensa mięsna w gościach była mu bardzo na rękę :)
Ten Sylwester zapamiętam, bo po raz pierwszy od 10 lat oglądałam telewizję, konkretnie Sylwester z Dwójką. Mam wykupiony Canal+ a tam leciało na żywo. 
Cóż by tu powiedzieć...?
Nie spodziewałam się takiej tandetnej imprezy. Nie wiem, czy wcześniej po prostu nie zauważałam tego, bo oglądałam telewizję co dzień i byłam przyzwyczajona? Czy może tak bardzo podupadła nasza scena muzyczna a ja przez te 10 lat odwyku od mediów przegapiłam cały regres? Mam gust eklektyczny, słucham wszystkiego po troszkę. Ale tu zawiodła nawet Steczkowska i Kayah. Maryla Rodowicz była już tylko okropną plastikową wisienką na tym niesmacznym torcie.
Reszta towarzystwa nie pozwoliła mi wyłączyć tego widowiska, przegłosowano mnie. 
Pamiętacie tych dwóch staruszków w loży z Muppet Show?
Oni się dobrze bawili, Mąż i Przyjaciele też ;)
A ja jakoś przetrwałam...
Bo zawsze jest STING  💞



I tak to kręcimy już kolejny obrót wokół Słońca, ja i planeta.
Ja i Osiemnastka też, choć ona zapewne nie ma pojęcia o ruchach gwiazd i planet.
Ale ma czekoladę z orzeszkiem i jej to wystarcza do szczęścia.
Więc Wszystkim życzę takiego szczęścia jakie ma mała myszka w Bibliotece.
Tyle czekolady ile dacie radę zjeść i takiej wytrwałości ile mysza ma :)




Pozdrawiam Wszechświecie, nadal tańcząca z myszami, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 7 grudnia 2025

Myszy i ludzie Wszechświecie

  

Lucia Heffernan

Wyniosłam siedemnastą myszkę z biblioteki.
 
Dość to wszystko dziwne jest. Pracuję w bibliotece już 26 lat. Nigdy nie miałam takiej inwazji, zwłaszcza, że jesteśmy na piętrze. Pojawiały się sporadyczne myszki, ale wyłapywały się błyskawicznie i problem przestawał istnieć. 
Ale teraz? co nastawię pułapkę, następna myszka. I następnego dnia znów coś stuka i szeleści za regałem. Nawet się założyłam z Mężem ile ich będzie. On obstawiał czternaście, a ja go obśmiałam szczerze. Teraz podniósł stawkę do dwudziestu pięciu a ja już się nie śmieję...
Bo wiesz Wszechświecie, książki i myszy nie lubią się. 
Co innego koty i książki, to jest bardzo ok, ale nie myszy...


Wyłapuję je w żywołapkę i wynoszę trzy budynki dalej, do starego, opuszczonego od lat, drewnianego domu. Nawet opracowałam plan wabienia myszy do pułapki, najpierw karmię je czekoladą z orzechami dzień, dwa. Uwielbiają, dla nich to na pewno odkrycie, że czekolada jest na świecie.
A potem nastawiam pułapkę i wkładam do niej kawałeczek słodkości. Sto na sto. Raz tylko znikła czekolada a pułapka nie kliknęła. Nie wiem jak to zrobiła ta mysz...
Ale reszta łapie się na relokację.
I tak już siedemnaście. 
I nadal coś szeleści za regałem.

Obie sprzątaczki, które sprzątają cały nasz piętrowy budynek, zgodnie i twardo twierdzą, że nie ma myszy na dole w Ośrodku Kultury i kinie, i u prawnika. Tylko u mnie. Nawet w Oddziale dla dzieci, który jest obok, też nie ma. Tylko u mnie, w Wypożyczalni dla dorosłych. Nawet porozkładały, mimo moich gwałtownych protestów i zarzutów o okrucieństwo, te okropne płytki z klejem na myszy.
Jedna tylko się przykleiła, biedna.
A u mnie co raz się łapią, ki diabeł????
Zdecydowanie proszę o wyjaśnienie Wszechświecie.



Tak poza myszami życie płynie spokojnym, codziennym rytmem. Z codziennym upierdliwościami, nudą i paranoją tej planety. Czasem obije mi się coś o ucho albo oko. Czasem nad tym pomyślę a czasem nawet mi się nie chce. Bo na przykład znów mi spada czytelnictwo, bożonarodzeniowa mgła mózgowa zasnuła Miasteczko. Kobiety sprzątają, myją okna, coś może już lepią i mrożą. Nie wiem co jeszcze można robić. Więcej panów stoi pod sklepem w małych grupkach i gada. Jakby im do domów wracać się nie chciało z tymi zakupami po które żona wygoniła. Zrozumiałe bardzo. 
Miasteczko już rozświetlone, to akurat fajne, przyjemniej do domku wracać.
I nieuchronnie zbliżają się Święta, choć mam wrażenie, że już nie mamy pojęcia co świętujemy.
Nawyk taki.

Lucia

Odbyłam z Mężem Bardzo Poważną Rozmowę.
Nie to, że lubię, ale musiałam. 
Mąż, emeryt od 2 lat prawie, bardzo rozwinął swoje hobby. Zajmuje się sportami pożarniczymi od dawna, a że jest dokładny, skrupulatny i zaangażowany, to oprócz bycia trenerem, jest też sędzią. Był już na trzech olimpiadach międzynarodowych i jest w ogólnopolskiej komisji sędziowskiej, w jakimś prezydium i czymś tam jeszcze. Taka jakby szycha w tym pożarniczym świecie.
No i trafił na jakąś karierowiczkę na samej wierchuszce. Wiesz Wszechświecie, to świat mężczyzn to pożarnictwo. Musiała kobieta mocno się napracować, żeby tam się dostać. Zapewne różnymi sposobami. I próbowała się podpiąć również pod działania Męża mego. Tak wiecie, przyjechać, porządzić się, zrobić zdjęcia z inicjatyw cudzych ze sobą na czele. Trik znany, politycy na każdym szczeblu to robią, ogólnie akceptowane przez społeczeństwo pt.: a bo oni tak mają...
Ale Mąż ma pewne zasoby nieugiętości, uporu i poczucia sprawiedliwości. I umie dokuczyć, wypunktować i złapać za gardło jak rottweiler, kiedy czuje, że musi. Jednak tym razem trafiła kosa na kamień. Dwa rottweilery. I tak już dwa lata słucham o tej wojnie. 
Ostatni się nasiliło, a moja cierpliwość zanikła w tym temacie jak pradawne morze na Saharze.
Bo SynNumerDwa też jest strażakiem, trenerem i sędzią, i zaczyna być ceniony za pracę.
I jest znany w środowisku. 
I może dostać rykoszetem.

Lucia

Bardzo Poważna Rozmowa zaczęła się przypomnieniem Mężu, w jakiej rzeczywistości żyjemy.
Bardzo prosto: kiedy w dżungli spotkasz tygrysa i będziesz chciał go pogłaskać albo kopnąć, nie dziw się i nie płacz, i nie skarż się, że odgryzie ci rękę.
Tygrys nie udaje małego kotka, jest duży, silny, ma wielkie kły i pazury, głośno ryczy, ale też potrafi atakować z zasadzki i skradać się tak, że nie dojrzysz go ani nie wyczujesz aż do momentu, gdy zobaczysz swoje wyprute jelita na ziemi.
W dżungli nie ma litości, jest przeraźliwa jasność bytu.
Nie łudźmy się, że wśród ludzi jest inaczej.

To, że ktoś uważa, że są jakieś zasady przyzwoitości, to może sobie uważać. 
Jego sprawa. Ktoś drugi wcale nie musi tak myśleć i na przykład dokuczyć naszemu Synowi.
Bo może i sprawi mu to satysfakcję.
A Mąż zostanie ze swymi zasadami na pustym placu boju o uczciwość, zasady, przyzwoitość.
Przeraźliwa jasność go dopadnie, lekcja się odbędzie ale koszt poniesie boguduchawinny Syn.

Lucia

Niedawno przejrzałam bloga do tyłu, to ciekawe bardzo. Mogłam zobaczyć drogę jaką przeszłam przez ostanie 10 lat. Bo to już 10 lat od rozpoczęcia terapii, pierwszych nieporadnych prób zrozumienia siebie i świata. Olśnień, zachwytów, przerażenia, upadków, powstań, nadziei, naiwności i idealizacji, prób kochania wszystkich i niekochania siebie. I mnóstwa, mnóstwa innych rzeczy, które nazywamy Życiem.
Zgody na niezgodę i zgody na zgodę, to było trudne :) Tak jak zrozumienie, że świat musi być taki jaki jest i wszelkie naprawianie go własną roszczeniowością pogarsza tylko sprawę. 
To też było trudne, bo i ja mam w sobie coś z rottweilera ;)
A jednak nadal tu jestem i odkrywam, że zmądrzałam, stwardniałam i zmiękłam gdzie trzeba, widnokrąg się poszerzył, pewniej stawiam kroki a język mam bardziej giętki. Zmieniam się.
Więc idę dalej, bom ciekawa co jeszcze przede mną...

Lucia :)

PS. W karmniku tłok cały dzień. Wszystkie ptaszki okrąglutkie, puchate i tłuściutkie. Czasem pojawia    się myszołów na czeremsze. Wtedy wszystkie ptaszęta znikają w oka mgnieniu. Głupie nie są.
Ot, przeraźliwa jasność bytu, jest dobrze.

PS2.Nie wiem czemu niektóre zwroty wyświetlają się na niebiesko.
        Jak to usunąć, będę wdzięczna za radę



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka z poprawionym wzrokiem :)

niedziela, 26 października 2025

Tkaczka Iluzji Wszechświecie

 

Lucy Almey Bird

Jesień.
Klony znów stały się światłolistne i oświetlają podwórze. Kasztany nurzają się w mlecznej czekoladzie, żołędzie chrupią jak złote grzanki, a orzechy włoskie obiecują słodko-karmelowy orzechowiec zimą. Ulubione ciasto męża. Więc zbieram je jak chomik, tyle że wypycham kieszenie w kurtce a nie poliki własne.
W karmniku zwiększony ruch, sikorki i wróble w ilościach hurtowych. Jakaś sójka przylatuje na orzechy. Kowalik nadal bitny i rządzący się, ale jego potomstwo i żona, spokojne. Gołębie znikły, więc chyba podtuczyły się i odleciały. Ze zdziwieniem doczytałam, że grzywacze odlatują na południe i zachód Europy na zimę. Wędrowcy.
Młode wróbelki i sikory wszelkiej maści, te z tego roku, już nie różnią się od rodziców. Rozpoznaję je po zachowaniu. Wychowały się w moim karmniku, więc są spokojne. Czujne, ale czasem sobie nawet pozwolą na 1-2minutową drzemkę. Czują się bezpieczne. 
Ja zaś czuję się zaszczycona i szczęśliwa, że biorę udział w tym malutkim kawałeczku ich życia.
Że mi pozwoliły.


Lucy Almey Bird

Byłam na urlopie. 
Tym razem postanowiłam wynająć domek i nie ganiać po miejscach do zwiedzania. Chciałam spróbować czegoś innego. Luźnego, leniwego, wygodnego, przytulnego.
Znalazłam Ptasią Osadę i domek Puszczyk nad jeziorem Gardno. Domek przeuroczy, drewno, dużo szkła, dużo niebieskości z brązami. Wygodne łóżko. Spałam, czytałam, oglądałam seriale, słuchałam ciszy, deszczu, wiatru, skrzypienia sosny wokół której zbudowano taras. Mąż cały czas pracował, organizując szkolenie sędziów zawodów pożarniczych, takie hobby, więc cóż, miałam spokój. Coraz bardziej to polubiam, to niebycie w byciu i zdaje się nasz związek przechodzi metamorfozę.
Bo coraz trudniej wrócić do bycia, okazało się, że bycia było mało w naszym małżeństwie. 
Iluzje tworzyłam...
Obiady jedliśmy w fajnych restauracyjkach, spacerowaliśmy nad morzem. 
Jedyne co mnie denerwowało to to, że mój mąż zasłaniał szczelnie okno na noc. To coś, czego bardzo nie lubię. Wielkie podwójne okno z widokiem na jezioro, lasy, horyzont. Kiedy się budzę w nocy i mimo mroku widzę magiczny, nocny świat to czuję spokojny zachwyt. Zasypiam znów. A kiedy budzę się i widzę ciemność i nic więcej, zaczynam czuć niepokój, napływają myśli i zaczyna się problem z zaśnięciem.
W domu mieszkamy na pierwszym piętrze, wywalczyłam kilka lat temu kompromis: roleta w sypialni opuszczona w 2/3. Ale i tak muszę pilnować, bo mężowi się "jakby" zapomina. On tłumaczy, że do spania mu potrzebna całkowita ciemność o czym wiem, że to nieprawda. Wszak z nim sypiam, a z racji neurotyczności budzę się w nocy częściej. Mąż sypia jak kamień.
I tu mieliśmy takie cudne okno, a zasłonięte w nocy jak w wojennej Anglii w czasie zaciemnienia.
Nie chciało mi się kłócić, ani prosić, bo to bezcelowe. Ale zła jestem. Nadal.
Kawałeczek mnie ma dość zgadzania się na głupie rzeczy. 
Małżeństwo to ciężka lekcja. Coś jak matematyka, fizyka i chemia razem wzięte.
A ja lubię biologię i rysunki.
38 lat trwania w tym powoduje, że zaczynasz się zastanawiać nad swoimi wyborami.



Czasem łażąc po internecie spotykam tkaczy iluzji. 
Jest ich całkiem sporo. Kiedyś tego nie zauważałam, bo brałam za dobra monetę te konstrukcje. Naiwność i sprytny sposób by nie zauważyć własnych zdolności w tej dziedzinie :)
Może nawet to drugie bardziej.
Potrafiłam jednak odchylić zasłony u innych i spojrzeć głębiej, POZA...
Alkoholik, który udaje, że nie potrzebuje; oświecona, która udaje, że nie ma lęku; intelektualistka, która udaje, że wie; narcyz, który udaje, że wierzy w siebie; perfekcjonistka, która udaje, że układa ładnie...
Pełno takich kilimków wisi przed naszymi oczyma.
Śliczne niektóre. Niektóre wymagają wielkiej uwagi w utrzymaniu, niektóre zaś zbudowane z żelazobetonu, mocno odporne są.  Ale większość z czasem jednak kruszeje, nadszarpuje się, przeciera.
I cały czas potrzebują konserwacji, łatania, podmalowywania.


Lucy


Ta konserwacja potrzebuje stałego Zaprzeczania, ogromny wysiłek.
Nie ma już miejsca na nic innego wtedy.

A Wszechświat zawsze dąży do prawdy. 
I robi wszystko by nam ją pokazać, dla naszego dobra...
I to jest straszne...
Chyba...

Lucy


                                 
                                  PS. https://www.facebook.com/reel/1278413884040394
A to mnie rozbawiło potężnie :)
Bo wszak też o tkaniu....

Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja tkaczka iluzji, Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 21 września 2025

Kontrowersje i aberracje Wszechświecie.

 

Lucia Heffernan


Spokojnie sobie człek ogląda serial policyjny aż tu nagle...rozmowa.
Policjantka jakby hinduska i policjant biały, Kanada.

- Pewnie pan zauważył, że nie jestem biała. Co pan na to?
- Co ja na to...?
- Tak. Czy to w jakiś sposób wpływa na moje osiągnięcia?
- O czym ty mówisz???
- Niektórzy uważają, że jestem lepiej traktowana.
- Naprawdę? Pieprzyć ich, ja mam ci to mówić?
- Wiem, ale...
- Jesteś ambitna, dobra w tym co robisz i ludzie będą ci dokuczać na różne sposoby. Będę szczery, nie dbam o to i ty też nie powinnaś. Chciałbym, żebyśmy nie zwracali uwagi na kolor skóry. Ja nie widzę koloru skóry, widzę LUDZI.
- Ale wiesz, że kolor skóry istnieje? Nie muszą zwracać na to uwagi tylko ci, których to nie dotyczy.

I tak zostaliśmy z otwartą buzią ja i policjant...
Ale tylko on, w serialu, przeprosił.

Ja przestałam oglądać serial.

Lucia Heffernan

To chyba ta kultura woke i poprawność polityczna, ale absurd rozmowy przerósł moje pojmowanie świata. Bo zamiast koloru skóry można podłożyć wszystko: pochodzenie społeczne, zamożność, dzielnicę miasta, wykształcenie, ubiór, seksualność, religię, kolor włosów, poglądy wszelakie, ulubioną drużynę piłkarską, niepełnosprawność, samochód jakim jeździsz, książki jakie czytasz albo nie czytasz, sposób życia, wyrażania się...dobra, właściwie wszystko. 
I wszyscy będziemy ofiarami. Jakimi nam się tylko podoba.
Prześladowanymi, umniejszanymi, HEJTOWANYMI.

Modne, popularne słowo.

A ci, co nie widzą problemu i zwyczajnie traktują mnie normalnie?
Oszbiada im, nie mają prawa czuć się dobrze i mówić o sobie, że są dobrymi ludźmi. 
Bo nie widzą....
A mają zobaczyć mnie, mój ból, moją walkę, niesprawiedliwość...
Mają czuć się źle. Tak jak ja.

Ot i cała zasada hejtu. 
Lucia Heffernan
Czasem ręce opadają...

Bo nie chodzi o to, że ludzie to robią, znaczy dokuczają, obrażają, są nienawistni, zawistni czy agresywni, chodzi o to, że nie przyjmujemy do wiadomości, że to robią.
Robią, bo mają powody. 
Często bardzo nieuświadomione. 
Ofiary też są ofiarami nie bez powodu. Mają swoje powody. 
Często też bardzo nieuświadomione.
 
Co jest bardzo niesprawiedliwe. I niemożliwe wręcz do akceptacji.
Ale tak jest.
Chronić słabych należy.
Tylko ja się zastanawiam: jak rozpoznać kto jest słaby?
Bo mi się wydaje, że obie strony.

Lucia Heffernan

Mój mąż jechał sobie w Miasteczku Obok. Zatrzymał się przed przejściem dla pieszych, by przepuścić dwóch chłopców z rowerami. Nastolatkowie. Jeden zsiadł grzecznie przeprowadzając rower przez ulicę, a drugi nonszalancko nadal jechał. Na uwagę męża by zsiadł, odpowiedział brzydkim gestem. Mąż się wnerwił bardzo i po namyśle postanowił nie odpuścić. Na kamerze samochodowej znalazł winowajcę butnego, wyłapał dobre zdjęcie, wydrukował i pojechał do znajomego dziennikarza, który właściwie zna wszystkich w Miasteczku Obok. Dziennikarz wysłuchawszy postanowił pomóc, bez naruszania rodo ;)
Pojechał do szkół ze zdjęciem, a, że szkół jest tylko trzy, szybko znalazł rowerzystę. Okazało się w pokoju nauczycielskim, że jest to syn nauczycielki, sprawiający ostatnio spore kłopoty. 
Dyrektor wziął zdjęcie, w poniedziałek na apelu wystawi się przestępcę, napiętnuje i przy okazji odświeży młodzieży przepisy ruchu drogowego.
Mąż czuje, że zrobił dobrze.

A ja?
Jeju, no nie. Szkoda mi dzieciaka. Nie dlatego, że poniesie konsekwencje, bo musi ponieść.
Tak jak każdy.
Ale jakie one będą? Zawstydzanie, wytykanie, ośmieszanie, poniżenie.
Na tym gruncie wyrośnie skarlała, biedna roślina.
Prawdopodobnie podobna do rosiczki...

Lucia nadal :)

Ps. Ja bym go wysłała na miesiąc pomagania w schronisku dla piesów, może by pomogło. I jeśli by jeszcze nawiązał jakieś dobre relacje z którymś psem i wolontariuszem, miałby szansę...
No cóż...jest jak jest.



Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja badająca rzeczywistość, Prowincjonalna Bibliotekarka.