Obserwatorzy

wtorek, 6 stycznia 2026

Osiemnasta myszka Wszechświecie

 

Gerhard Gluck

I po Świętach, nawet po Nowym Roku.

Ziemia rozpoczyna kolejny obrót wokół Słońca a my z nią. I choć nazywamy to Nowym Rokiem, we Wszechświecie jest to zdarzenie kompletnie normalne, tak normalne, że niezauważalne.
To tylko świadczy o tym, że wszelkie nasze ceremonie, przekonania, granice i nawet niespodzianki wymyślamy sobie sami. Trzeba wziąć odpowiedzialność, choć wygodniej zostawić ją tam gdzie jest i pójść dalej. 
Położyło się, niech leży...

Do biblioteki przyszła czytelniczka po książkę. Książka była specjalnie zamówiona na jej prośbę. Ale też warta poczytania, dlatego kupiłam. Kiedy paczuszka z książką przyszła, wysłałam smsa do czytelniczki, że jest. No i przyszła odebrać.
Po dwóch latach przyszła odebrać.
Nawet miała tę samą kartkę z tytułem tej książki. Nie pamiętała, że już ją zamówiła, że ją powiadomiłam. Nie przypominałam, powiedziałam, że książka jest i dałam. 
Wiem, że książki trafiają do każdego we właściwym czasie.
Czasem życie jest długim snem, a pobudka musi poczekać.

A książka dla ciekawych to "Wybór" Edith Eger.

Gerhard
No i właśnie myszka. Osiemnasta.
Pisałam w poprzednim poście, że siedemnaście relokowałam bez problemu.
Na Osiemnastej potknęłam się.
Najpierw pułapka nie zadziałała. Mysza wlazła, zabrała czekoladkę z orzeszkiem i czmychnęła. W sumie ok, nie wystraszyła się, pułapka dobrze nadal się kojarzy, wlezie drugi raz. Wymieniłam pułapkę na nową, włożyłam czekoladkę z orzeszkiem i poszłam do domku. Następnego dnia zaglądam do pułapki pewna, że myszkę mam. A myszki nie ma, choć pułapka zamknięta, znaczy zadziałała.
Otóż podniosła taką kieszonkę na końcu, w którą wkłada się zanętę i czmychnęła dołem. Czekolada i orzeszek znikły...
Lekko osłupiałam, bo jak....jak ona to wymyśliła w tym małym, mysim móżdżku?
Nabrałam szacunku do mysiego McGyvera.
Kilka dni karmiłam, czekolada, orzeszki, ziarenka, jabłuszko. Wszystko znikało, aczkolwiek jabłuszko najmniej, a czekolada najpierw :)
I nastawiłam pułapkę w końcu, licząc na to, że myszka ma krótką pamięć i tak dopieszczona żywieniowo straciła czujność. Taśmą zakleiłam kieszonkę by znów jej nie podniosła. Ha!
Następnego dnia zaglądam do pułapki i oczom nie wierzę...!
Owa pułapka ma na górze trzy dziurki, wywietrzniki. Cała jest z dość twardego plastiku. I ta myszka się złapała, ale postanowiła tym razem uciec górą. I użyła ząbków, by powiększyć dziurki na górze. Ząbki chyba ze stali ma, bo powiększyła, połączyła dwie dziurki i spróbowała się przecisnąć. 
I zonk...utknęła!!! Pół myszki na wolności, pół myszki w pułapce.
Popatrzyłyśmy na siebie, w jej oczach przerażenie i panika, w moich to samo.
Ratuj kobieto bibliotekarko podła!!!
Pobiegłam do magazynu po obcęgi, śrubokręty i nóż do papieru. Pułapkę delikatnie przeniosłam na biurko i piętnaście minut walczyłam o życie myszki. Matkobosko, żeby tylko jej nie uszkodzić, nie zranić, żeby jej nie bolało...W końcu jakoś połamałam ten plastik, choć mysza nie ułatwiała, piszczała wierciła się, walczyła na całego. Kiedy poczuła, że już nic jej nie trzyma, wyskoczyła jak z procy, przebiegła kilka kroków i schowała się za nóżką monitora. Ciężko oddychając wychyliła się i popatrzyła na mnie. A ja na nią, też ciężko dysząc. 
Byłam tak spocona, że nawet włosy miałam mokre, ona pewnie też nie lepiej. 
Powiedziałam do niej: zawieszenie broni myszo...
A ona zeskoczyła na podłogę i uciekła.
Przygnieciona poczuciem winy i niepokojem o jej zdrowie postanowiłam karmić dobrze i dać jej czas na dojście do siebie. Kładę na talerzyku smakołyki, znikają, więc chyba ma się dobrze.
Muszę kupić inną pułapkę/żywołapkę, bo tę już rozgryzła i to dosłownie.
Poza tym mróz, nie czas na relokację myszy...

Gerhard :)
I tak sobie żyjemy w Miasteczku.
A przynajmniej w Bibliotece.

Mieliśmy zamiar spędzić Sylwestra spokojnie, znaczy go nie zauważyć za bardzo. Ale nasi przyjaciele zadzwonili, że nie chcą siedzieć sami. W sumie, czemu nie. Zaprosiłam do nas. Zrobiłam musakę z mielonym mięsem co ogromnie ucieszyło Przyjaciela płci męskiej, bo on już 6 tygodni pości, jest prawosławny. Nie żeby chciał, ale Przyjaciółka nalega. Czego się nie robi dla żony....
W każdym razie dyspensa mięsna w gościach była mu bardzo na rękę :)
Ten Sylwester zapamiętam, bo po raz pierwszy od 10 lat oglądałam telewizję, konkretnie Sylwester z Dwójką. Mam wykupiony Canal+ a tam leciało na żywo. 
Cóż by tu powiedzieć...?
Nie spodziewałam się takiej tandetnej imprezy. Nie wiem, czy wcześniej po prostu nie zauważałam tego, bo oglądałam telewizję co dzień i byłam przyzwyczajona? Czy może tak bardzo podupadła nasza scena muzyczna a ja przez te 10 lat odwyku od mediów przegapiłam cały regres? Mam gust eklektyczny, słucham wszystkiego po troszkę. Ale tu zawiodła nawet Steczkowska i Kayah. Maryla Rodowicz była już tylko okropną plastikową wisienką na tym niesmacznym torcie.
Reszta towarzystwa nie pozwoliła mi wyłączyć tego widowiska, przegłosowano mnie. 
Pamiętacie tych dwóch staruszków w loży z Muppet Show?
Oni się dobrze bawili, Mąż i Przyjaciele też ;)
A ja jakoś przetrwałam...
Bo zawsze jest STING  💞



I tak to kręcimy już kolejny obrót wokół Słońca, ja i planeta.
Ja i Osiemnastka też, choć ona zapewne nie ma pojęcia o ruchach gwiazd i planet.
Ale ma czekoladę z orzeszkiem i jej to wystarcza do szczęścia.
Więc Wszystkim życzę takiego szczęścia jakie ma mała myszka w Bibliotece.
Tyle czekolady ile dacie radę zjeść i takiej wytrwałości ile mysza ma :)




Pozdrawiam Wszechświecie, nadal tańcząca z myszami, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 7 grudnia 2025

Myszy i ludzie Wszechświecie

  

Lucia Heffernan

Wyniosłam siedemnastą myszkę z biblioteki.
 
Dość to wszystko dziwne jest. Pracuję w bibliotece już 26 lat. Nigdy nie miałam takiej inwazji, zwłaszcza, że jesteśmy na piętrze. Pojawiały się sporadyczne myszki, ale wyłapywały się błyskawicznie i problem przestawał istnieć. 
Ale teraz? co nastawię pułapkę, następna myszka. I następnego dnia znów coś stuka i szeleści za regałem. Nawet się założyłam z Mężem ile ich będzie. On obstawiał czternaście, a ja go obśmiałam szczerze. Teraz podniósł stawkę do dwudziestu pięciu a ja już się nie śmieję...
Bo wiesz Wszechświecie, książki i myszy nie lubią się. 
Co innego koty i książki, to jest bardzo ok, ale nie myszy...


Wyłapuję je w żywołapkę i wynoszę trzy budynki dalej, do starego, opuszczonego od lat, drewnianego domu. Nawet opracowałam plan wabienia myszy do pułapki, najpierw karmię je czekoladą z orzechami dzień, dwa. Uwielbiają, dla nich to na pewno odkrycie, że czekolada jest na świecie.
A potem nastawiam pułapkę i wkładam do niej kawałeczek słodkości. Sto na sto. Raz tylko znikła czekolada a pułapka nie kliknęła. Nie wiem jak to zrobiła ta mysz...
Ale reszta łapie się na relokację.
I tak już siedemnaście. 
I nadal coś szeleści za regałem.

Obie sprzątaczki, które sprzątają cały nasz piętrowy budynek, zgodnie i twardo twierdzą, że nie ma myszy na dole w Ośrodku Kultury i kinie, i u prawnika. Tylko u mnie. Nawet w Oddziale dla dzieci, który jest obok, też nie ma. Tylko u mnie, w Wypożyczalni dla dorosłych. Nawet porozkładały, mimo moich gwałtownych protestów i zarzutów o okrucieństwo, te okropne płytki z klejem na myszy.
Jedna tylko się przykleiła, biedna.
A u mnie co raz się łapią, ki diabeł????
Zdecydowanie proszę o wyjaśnienie Wszechświecie.



Tak poza myszami życie płynie spokojnym, codziennym rytmem. Z codziennym upierdliwościami, nudą i paranoją tej planety. Czasem obije mi się coś o ucho albo oko. Czasem nad tym pomyślę a czasem nawet mi się nie chce. Bo na przykład znów mi spada czytelnictwo, bożonarodzeniowa mgła mózgowa zasnuła Miasteczko. Kobiety sprzątają, myją okna, coś może już lepią i mrożą. Nie wiem co jeszcze można robić. Więcej panów stoi pod sklepem w małych grupkach i gada. Jakby im do domów wracać się nie chciało z tymi zakupami po które żona wygoniła. Zrozumiałe bardzo. 
Miasteczko już rozświetlone, to akurat fajne, przyjemniej do domku wracać.
I nieuchronnie zbliżają się Święta, choć mam wrażenie, że już nie mamy pojęcia co świętujemy.
Nawyk taki.

Lucia

Odbyłam z Mężem Bardzo Poważną Rozmowę.
Nie to, że lubię, ale musiałam. 
Mąż, emeryt od 2 lat prawie, bardzo rozwinął swoje hobby. Zajmuje się sportami pożarniczymi od dawna, a że jest dokładny, skrupulatny i zaangażowany, to oprócz bycia trenerem, jest też sędzią. Był już na trzech olimpiadach międzynarodowych i jest w ogólnopolskiej komisji sędziowskiej, w jakimś prezydium i czymś tam jeszcze. Taka jakby szycha w tym pożarniczym świecie.
No i trafił na jakąś karierowiczkę na samej wierchuszce. Wiesz Wszechświecie, to świat mężczyzn to pożarnictwo. Musiała kobieta mocno się napracować, żeby tam się dostać. Zapewne różnymi sposobami. I próbowała się podpiąć również pod działania Męża mego. Tak wiecie, przyjechać, porządzić się, zrobić zdjęcia z inicjatyw cudzych ze sobą na czele. Trik znany, politycy na każdym szczeblu to robią, ogólnie akceptowane przez społeczeństwo pt.: a bo oni tak mają...
Ale Mąż ma pewne zasoby nieugiętości, uporu i poczucia sprawiedliwości. I umie dokuczyć, wypunktować i złapać za gardło jak rottweiler, kiedy czuje, że musi. Jednak tym razem trafiła kosa na kamień. Dwa rottweilery. I tak już dwa lata słucham o tej wojnie. 
Ostatni się nasiliło, a moja cierpliwość zanikła w tym temacie jak pradawne morze na Saharze.
Bo SynNumerDwa też jest strażakiem, trenerem i sędzią, i zaczyna być ceniony za pracę.
I jest znany w środowisku. 
I może dostać rykoszetem.

Lucia

Bardzo Poważna Rozmowa zaczęła się przypomnieniem Mężu, w jakiej rzeczywistości żyjemy.
Bardzo prosto: kiedy w dżungli spotkasz tygrysa i będziesz chciał go pogłaskać albo kopnąć, nie dziw się i nie płacz, i nie skarż się, że odgryzie ci rękę.
Tygrys nie udaje małego kotka, jest duży, silny, ma wielkie kły i pazury, głośno ryczy, ale też potrafi atakować z zasadzki i skradać się tak, że nie dojrzysz go ani nie wyczujesz aż do momentu, gdy zobaczysz swoje wyprute jelita na ziemi.
W dżungli nie ma litości, jest przeraźliwa jasność bytu.
Nie łudźmy się, że wśród ludzi jest inaczej.

To, że ktoś uważa, że są jakieś zasady przyzwoitości, to może sobie uważać. 
Jego sprawa. Ktoś drugi wcale nie musi tak myśleć i na przykład dokuczyć naszemu Synowi.
Bo może i sprawi mu to satysfakcję.
A Mąż zostanie ze swymi zasadami na pustym placu boju o uczciwość, zasady, przyzwoitość.
Przeraźliwa jasność go dopadnie, lekcja się odbędzie ale koszt poniesie boguduchawinny Syn.

Lucia

Niedawno przejrzałam bloga do tyłu, to ciekawe bardzo. Mogłam zobaczyć drogę jaką przeszłam przez ostanie 10 lat. Bo to już 10 lat od rozpoczęcia terapii, pierwszych nieporadnych prób zrozumienia siebie i świata. Olśnień, zachwytów, przerażenia, upadków, powstań, nadziei, naiwności i idealizacji, prób kochania wszystkich i niekochania siebie. I mnóstwa, mnóstwa innych rzeczy, które nazywamy Życiem.
Zgody na niezgodę i zgody na zgodę, to było trudne :) Tak jak zrozumienie, że świat musi być taki jaki jest i wszelkie naprawianie go własną roszczeniowością pogarsza tylko sprawę. 
To też było trudne, bo i ja mam w sobie coś z rottweilera ;)
A jednak nadal tu jestem i odkrywam, że zmądrzałam, stwardniałam i zmiękłam gdzie trzeba, widnokrąg się poszerzył, pewniej stawiam kroki a język mam bardziej giętki. Zmieniam się.
Więc idę dalej, bom ciekawa co jeszcze przede mną...

Lucia :)

PS. W karmniku tłok cały dzień. Wszystkie ptaszki okrąglutkie, puchate i tłuściutkie. Czasem pojawia    się myszołów na czeremsze. Wtedy wszystkie ptaszęta znikają w oka mgnieniu. Głupie nie są.
Ot, przeraźliwa jasność bytu, jest dobrze.

PS2.Nie wiem czemu niektóre zwroty wyświetlają się na niebiesko.
        Jak to usunąć, będę wdzięczna za radę



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka z poprawionym wzrokiem :)

niedziela, 26 października 2025

Tkaczka Iluzji Wszechświecie

 

Lucy Almey Bird

Jesień.
Klony znów stały się światłolistne i oświetlają podwórze. Kasztany nurzają się w mlecznej czekoladzie, żołędzie chrupią jak złote grzanki, a orzechy włoskie obiecują słodko-karmelowy orzechowiec zimą. Ulubione ciasto męża. Więc zbieram je jak chomik, tyle że wypycham kieszenie w kurtce a nie poliki własne.
W karmniku zwiększony ruch, sikorki i wróble w ilościach hurtowych. Jakaś sójka przylatuje na orzechy. Kowalik nadal bitny i rządzący się, ale jego potomstwo i żona, spokojne. Gołębie znikły, więc chyba podtuczyły się i odleciały. Ze zdziwieniem doczytałam, że grzywacze odlatują na południe i zachód Europy na zimę. Wędrowcy.
Młode wróbelki i sikory wszelkiej maści, te z tego roku, już nie różnią się od rodziców. Rozpoznaję je po zachowaniu. Wychowały się w moim karmniku, więc są spokojne. Czujne, ale czasem sobie nawet pozwolą na 1-2minutową drzemkę. Czują się bezpieczne. 
Ja zaś czuję się zaszczycona i szczęśliwa, że biorę udział w tym malutkim kawałeczku ich życia.
Że mi pozwoliły.


Lucy Almey Bird

Byłam na urlopie. 
Tym razem postanowiłam wynająć domek i nie ganiać po miejscach do zwiedzania. Chciałam spróbować czegoś innego. Luźnego, leniwego, wygodnego, przytulnego.
Znalazłam Ptasią Osadę i domek Puszczyk nad jeziorem Gardno. Domek przeuroczy, drewno, dużo szkła, dużo niebieskości z brązami. Wygodne łóżko. Spałam, czytałam, oglądałam seriale, słuchałam ciszy, deszczu, wiatru, skrzypienia sosny wokół której zbudowano taras. Mąż cały czas pracował, organizując szkolenie sędziów zawodów pożarniczych, takie hobby, więc cóż, miałam spokój. Coraz bardziej to polubiam, to niebycie w byciu i zdaje się nasz związek przechodzi metamorfozę.
Bo coraz trudniej wrócić do bycia, okazało się, że bycia było mało w naszym małżeństwie. 
Iluzje tworzyłam...
Obiady jedliśmy w fajnych restauracyjkach, spacerowaliśmy nad morzem. 
Jedyne co mnie denerwowało to to, że mój mąż zasłaniał szczelnie okno na noc. To coś, czego bardzo nie lubię. Wielkie podwójne okno z widokiem na jezioro, lasy, horyzont. Kiedy się budzę w nocy i mimo mroku widzę magiczny, nocny świat to czuję spokojny zachwyt. Zasypiam znów. A kiedy budzę się i widzę ciemność i nic więcej, zaczynam czuć niepokój, napływają myśli i zaczyna się problem z zaśnięciem.
W domu mieszkamy na pierwszym piętrze, wywalczyłam kilka lat temu kompromis: roleta w sypialni opuszczona w 2/3. Ale i tak muszę pilnować, bo mężowi się "jakby" zapomina. On tłumaczy, że do spania mu potrzebna całkowita ciemność o czym wiem, że to nieprawda. Wszak z nim sypiam, a z racji neurotyczności budzę się w nocy częściej. Mąż sypia jak kamień.
I tu mieliśmy takie cudne okno, a zasłonięte w nocy jak w wojennej Anglii w czasie zaciemnienia.
Nie chciało mi się kłócić, ani prosić, bo to bezcelowe. Ale zła jestem. Nadal.
Kawałeczek mnie ma dość zgadzania się na głupie rzeczy. 
Małżeństwo to ciężka lekcja. Coś jak matematyka, fizyka i chemia razem wzięte.
A ja lubię biologię i rysunki.
38 lat trwania w tym powoduje, że zaczynasz się zastanawiać nad swoimi wyborami.



Czasem łażąc po internecie spotykam tkaczy iluzji. 
Jest ich całkiem sporo. Kiedyś tego nie zauważałam, bo brałam za dobra monetę te konstrukcje. Naiwność i sprytny sposób by nie zauważyć własnych zdolności w tej dziedzinie :)
Może nawet to drugie bardziej.
Potrafiłam jednak odchylić zasłony u innych i spojrzeć głębiej, POZA...
Alkoholik, który udaje, że nie potrzebuje; oświecona, która udaje, że nie ma lęku; intelektualistka, która udaje, że wie; narcyz, który udaje, że wierzy w siebie; perfekcjonistka, która udaje, że układa ładnie...
Pełno takich kilimków wisi przed naszymi oczyma.
Śliczne niektóre. Niektóre wymagają wielkiej uwagi w utrzymaniu, niektóre zaś zbudowane z żelazobetonu, mocno odporne są.  Ale większość z czasem jednak kruszeje, nadszarpuje się, przeciera.
I cały czas potrzebują konserwacji, łatania, podmalowywania.


Lucy


Ta konserwacja potrzebuje stałego Zaprzeczania, ogromny wysiłek.
Nie ma już miejsca na nic innego wtedy.

A Wszechświat zawsze dąży do prawdy. 
I robi wszystko by nam ją pokazać, dla naszego dobra...
I to jest straszne...
Chyba...

Lucy


                                 
                                  PS. https://www.facebook.com/reel/1278413884040394
A to mnie rozbawiło potężnie :)
Bo wszak też o tkaniu....

Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja tkaczka iluzji, Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 21 września 2025

Kontrowersje i aberracje Wszechświecie.

 

Lucia Heffernan


Spokojnie sobie człek ogląda serial policyjny aż tu nagle...rozmowa.
Policjantka jakby hinduska i policjant biały, Kanada.

- Pewnie pan zauważył, że nie jestem biała. Co pan na to?
- Co ja na to...?
- Tak. Czy to w jakiś sposób wpływa na moje osiągnięcia?
- O czym ty mówisz???
- Niektórzy uważają, że jestem lepiej traktowana.
- Naprawdę? Pieprzyć ich, ja mam ci to mówić?
- Wiem, ale...
- Jesteś ambitna, dobra w tym co robisz i ludzie będą ci dokuczać na różne sposoby. Będę szczery, nie dbam o to i ty też nie powinnaś. Chciałbym, żebyśmy nie zwracali uwagi na kolor skóry. Ja nie widzę koloru skóry, widzę LUDZI.
- Ale wiesz, że kolor skóry istnieje? Nie muszą zwracać na to uwagi tylko ci, których to nie dotyczy.

I tak zostaliśmy z otwartą buzią ja i policjant...
Ale tylko on, w serialu, przeprosił.

Ja przestałam oglądać serial.

Lucia Heffernan

To chyba ta kultura woke i poprawność polityczna, ale absurd rozmowy przerósł moje pojmowanie świata. Bo zamiast koloru skóry można podłożyć wszystko: pochodzenie społeczne, zamożność, dzielnicę miasta, wykształcenie, ubiór, seksualność, religię, kolor włosów, poglądy wszelakie, ulubioną drużynę piłkarską, niepełnosprawność, samochód jakim jeździsz, książki jakie czytasz albo nie czytasz, sposób życia, wyrażania się...dobra, właściwie wszystko. 
I wszyscy będziemy ofiarami. Jakimi nam się tylko podoba.
Prześladowanymi, umniejszanymi, HEJTOWANYMI.

Modne, popularne słowo.

A ci, co nie widzą problemu i zwyczajnie traktują mnie normalnie?
Oszbiada im, nie mają prawa czuć się dobrze i mówić o sobie, że są dobrymi ludźmi. 
Bo nie widzą....
A mają zobaczyć mnie, mój ból, moją walkę, niesprawiedliwość...
Mają czuć się źle. Tak jak ja.

Ot i cała zasada hejtu. 
Lucia Heffernan
Czasem ręce opadają...

Bo nie chodzi o to, że ludzie to robią, znaczy dokuczają, obrażają, są nienawistni, zawistni czy agresywni, chodzi o to, że nie przyjmujemy do wiadomości, że to robią.
Robią, bo mają powody. 
Często bardzo nieuświadomione. 
Ofiary też są ofiarami nie bez powodu. Mają swoje powody. 
Często też bardzo nieuświadomione.
 
Co jest bardzo niesprawiedliwe. I niemożliwe wręcz do akceptacji.
Ale tak jest.
Chronić słabych należy.
Tylko ja się zastanawiam: jak rozpoznać kto jest słaby?
Bo mi się wydaje, że obie strony.

Lucia Heffernan

Mój mąż jechał sobie w Miasteczku Obok. Zatrzymał się przed przejściem dla pieszych, by przepuścić dwóch chłopców z rowerami. Nastolatkowie. Jeden zsiadł grzecznie przeprowadzając rower przez ulicę, a drugi nonszalancko nadal jechał. Na uwagę męża by zsiadł, odpowiedział brzydkim gestem. Mąż się wnerwił bardzo i po namyśle postanowił nie odpuścić. Na kamerze samochodowej znalazł winowajcę butnego, wyłapał dobre zdjęcie, wydrukował i pojechał do znajomego dziennikarza, który właściwie zna wszystkich w Miasteczku Obok. Dziennikarz wysłuchawszy postanowił pomóc, bez naruszania rodo ;)
Pojechał do szkół ze zdjęciem, a, że szkół jest tylko trzy, szybko znalazł rowerzystę. Okazało się w pokoju nauczycielskim, że jest to syn nauczycielki, sprawiający ostatnio spore kłopoty. 
Dyrektor wziął zdjęcie, w poniedziałek na apelu wystawi się przestępcę, napiętnuje i przy okazji odświeży młodzieży przepisy ruchu drogowego.
Mąż czuje, że zrobił dobrze.

A ja?
Jeju, no nie. Szkoda mi dzieciaka. Nie dlatego, że poniesie konsekwencje, bo musi ponieść.
Tak jak każdy.
Ale jakie one będą? Zawstydzanie, wytykanie, ośmieszanie, poniżenie.
Na tym gruncie wyrośnie skarlała, biedna roślina.
Prawdopodobnie podobna do rosiczki...

Lucia nadal :)

Ps. Ja bym go wysłała na miesiąc pomagania w schronisku dla piesów, może by pomogło. I jeśli by jeszcze nawiązał jakieś dobre relacje z którymś psem i wolontariuszem, miałby szansę...
No cóż...jest jak jest.



Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja badająca rzeczywistość, Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 23 sierpnia 2025

Czyżby znów o kupie Wszechświecie?

 

Stuart Dunkel

Moja czeremcha za oknem mówi mi, że do jesieni idzie.
Kiedy pojawia się na niej pierwszy czerwony listek, wiem...

Powolutku zmierzamy do spokoju, odpoczynku, łagodności i miękkości. Możemy otulać się szalem delikatnych pajęczyn, wdychać zapach suchych listków i ziół. Możemy usiąść na ławce, złożyć ręce na padołku, wziąć głęboki oddech i z wydechem pozwolić ramionom opaść, rozluźnić szczękę, puścić łagodnie brzuch, poczuć pod stopami chropowatość i ciepło ziemi, pozwolić by spłynęło z pleców gorączkowe lato...
Lubię ten czas, na powrót witam się z chłodem...


Stuart Dunkel

Pojechałam na zabiegi kręgosłupowe po weselu syna. Tydzień odpoczynku, spokoju, milczenia. Ludzie płacą za takie coś kupę kasy w zakonach, nazywa się to odosobnienie. Ja mam to w cenie bardziej przystępnej. Pokój w tanim hotelu, pustym prawie, w miarę wygodne łózko, moja poduszka ulubiona i kocyk, laptop i fajne seriale, spacery, delikatne zabiegi dwa razy dziennie. Spałam, leżałam, spacerowałam. I mimo, że u doktora mnóstwo ludzi, nie rozmawiałam z nikim. Zdziwiło mnie tylko, że tym razem grupa młoda, trzy czwarte kobiet 20-30 lat. I wszystkie z bolącymi kręgosłupami.
Znak czasów.

Przed hotelem na chodniku, przy wielkim krzaku, który wiosną pachnie miodowo, powitała mnie duża kupa psia. Taka naprawdę spora, duży piesek zostawił. Spojrzałam na nią przelotem, zrobiłam obejście i poszłam się zameldować. 
Trzeciego dnia wracając z zabiegu i obiadu jednak stanęłam nad nią, znaczy tą kupą i zaczęłam myśleć: 
- znów kupa, gówno znaczy się, ja już pisałam o gówienku, a to leży tu, na mojej drodze, już trzy dni i co? No leży. Czy mnie denerwuje? Wcale. Czy wzbudza złość, że ludzie nie są odpowiedzialni i prospołeczni i nie sprzątają? A gdzie tam! Czy przeszkadza mi omijanie? Też nie. Estetycznie też nie czuję się zniesmaczona i żadne moje uczucia nie zostały obrażone :)
Cóż zatem? 
Otóż owa gówniana kupa przyniosła ze sobą sporo informacji: pies, który ją zostawił był duży, dobrze trawił, bo nie było niestawionych resztek, zdrów raczej, bo konsystencja i forma bardzo prawidłowe. Po trzech dniach kupa wyschła i troszkę się pokruszyła, ale utrzymała kolor. To ważne, bo jeśli zacznie bieleć, to znaczy, że pies jest karmiony podłą, marketową karmą. Stąd pełno teraz białych kup psich. Ten piesio miał dobrego pana, dostawał zdrowe jedzenie. Ale chyba to nie był spacerek na luzie, normalnie pies szuka miejsca na kupkę na trawie, której było sporo obok. Pewnie pan ciągnął w pośpiechu  na krótkiej smyczy i pies nie miał wyboru. Każdy wie jak z kupą jest, gdy nadjeżdża sprawa jest poważna.
Przez tydzień kupa przechodziła różne stany, ale wyschła ładnie, zaczęła się rozpadać i myślę, że za dwa tygodnie już prawie jej nie będzie. Te białe gówienka leżą niestety długo, bo mączka kostna i chemiczne dodatki tak łatwo się nie poddają. 
No i z jednego gówna wyszła cała epopeja Wszechświecie :)

Stuart Dunkel

Naprawdę chwilę postałam nad tą kupą by uświadomić sobie to wszystko. Przepływało to przeze mnie każdego dnia, ale nie poświęcałam temu uwagi. Tak jak całej reszcie myśli, emocji, wrażeń. Każdy tak ma. Ciągle przetwarzamy informacje, narracja w głowie nigdy nie cichnie.
Bez względu na to, czy ją zauważamy czy nie. 


Stuart :)

Po powrocie do pracy spodziewałam się codziennej dawki rutyny, przyjemniej i przewidywalnej. 
Tymczasem we wtorek przyszła Dziewczynka i powiedziała: cześć, przyszłam do ciebie na kawę :) 

Dziewczynka tak naprawdę ma około 40 lat i nie nazywa się Dziewczynka. Pojawiła się w Miasteczku na Jarmarku gdzie sprzedawała biżuterię z kamieni i skóry. Ładną. A potem została w Miasteczku i tak plątała się po nim, chyba bez planu. Spała w lesie, gdzie grzała się przy ognisku, w publicznym WC, aż je zamknięto, nie wiem gdzie jeszcze. Dziewczynka ma całkiem ogolony łepek, z kilkoma rozdrapanymi rankami po komarach, kolorową sukienkę w stylu boho ( później mi powiedziała, że uszyła ją sama, ręcznie, z obrusa szmateksowego), fajną biżuterię. Jest drobna, ma najwyżej 150 cm wzrostu i poprostu tonie w swetrach gdy jest chłodniej. Ma też poobgryzane paznokcie i szokująco bezpośredni sposób bycia.
W plecaku nosi cały swój dobytek, a w uszach słuchawki, bo ciągle słucha muzyki i radośnie śpiewa na cały głos. A czasem gada sama ze sobą.
Miasteczko całe popadło w konfuzję i lekkie osłupienie, bo choć mamy swoich wariatów ( jeden chodzi w kobiecych ciuchach i zrobił furorę w sklepie, gdy przyszedł na zakupy w damskim, jednoczęściowym stroju kąpielowym, z dumnie sterczącym biustem) ale on nas już oswoił ze sobą, bo działa od lat. A tu nowość. Gdy Dziewczynka poszła do Urzędu Miasta i zażyczyła sobie kawy i podładowania telefonu, zawiadomiono policję. Policja wyprosiła Dziewczynkę, więc trafiła jakoś do biblioteki i do mnie :)



Stuart nadal...

Zrobiłam jej kawę w największym kubku jaki miałam, nie żałowałam cukru ani mleka. Podłączyłam jej słuchawki i komórkę do ładowania. Wyciągnęła bułki i jedną mi dała. Wzięłam, bo widać było, że daje ze szczerego serca, choć trochę brudną łapką :) I mówiła, mówiła, mówiła...chodząc i jedząc. 
Opowiadała, że jej ojciec miał psa, którego bardzo lubił. Nikogo nie lubił, tylko tego psa. A pies nienawidził ludzi pijanych i gryzł od razu. Poza tym, psiak do rany przyłóż. I kiedyś pijany ojciec pochylił się nad tym psem i pies go ugryzł w policzek. Tak to rozwścieczyło tego ojca, że postanowił  powiesić psa. Dziewczynka, wtedy pięcioletnia, bardzo się przeraziła, wzięła psa na sznurek i uciekła z nim do pobliskiego lasu. Przesiedziała w lesie z psem całą noc, czekając aż ojciec wytrzeźwieje...
I płynęły historie, smutne, bolesne, wesołe, tkliwe. I nie było tam Dorosłej Kobiety, była cały czas mała dziewczynka. 
Przychodziła kilka razy, opowiadała różne rzeczy, przeplatała fantazje z  prawdą. 
Ale na koniec powiedziała, że ona żyje tak jak chce. 
Jedynym problemem są Inni Ludzie...


:)


Zadałam jej pytanie: no ale jak ty to widzisz dalej, jesień idzie?
Wtedy nagle z oczu Dziewczynki wyjrzała do mnie Dorosła Kobieta, spojrzała poważnie i smutno. Chwilę patrzyłyśmy na siebie, długą chwilę, aż Dorosła Kobieta odwróciła wzrok i spojrzała w okno...
- wycofuję pytanie i przepraszam- powiedziałam.
Ona wiedziała, wszystko wiedziała i rozumiała, jej prawem było żyć jak chce.
I ponosić konsekwencje. O czym też wiedziała.

Mój mąż kiedyś mi powiedział, że obserwował naszego, swojskiego wariata w sklepie. Bo najlepsze outfity to on ubiera do sklepu właśnie. Tym razem miał rajstopy damskie przejrzyste (szczęściem figi damskie też miał) i różową bluzeczkę sięgającą do pępka. Mocno dawał się we znaki brak spódniczki.
Złote kolczyki w uszach i fikuśny, zalotny kapelutek. I jemu się podobało bardzo, że ludzie na niego patrzą. Chodził dumny jak paw, mówił dzieńdobry znajomym, uśmiechał się do osłupiałych turystów, zadowolony z bycia zauważonym. 
Robi to świadomie i ma dużo frajdy.
Na tiktoku itp. pełno teraz takich ludzi :)

Stuart Dunkel


I tak zbierając wszystko do kupy ;)

Właściwie wszystko to sprowadza się do wyboru, jak chcę spojrzeć na daną sytuację i jakie konsekwencje tego wyboru chcę ponieść. 
Mogłam cały tydzień chodzić koło psiego gówienka i codziennie wkurzać się, i denerwować na upadek moralny ludzkości, na brak odpowiedzialności i kultury...
Ale to niezdrowe dla mnie.
A ja teraz dbam o siebie :)

Polecam Żartownisia Ponurego na FB :)


Pozdrawiam Wszechświecie, fanka kupy i wariatów, Prowincjonalna Bibliotekarka
PS. Kupy I wariatów, a nie kupy wariatów, żeby nie było, bo to wiecie, tentego...czytać ze zrozumieniem :)

niedziela, 27 lipca 2025

Golona nóżka Wszechświecie

Lara aka Virtual Feline

Poranek.
Czekam na synów, którzy wczoraj byli na kawalerskim wieczorze. SynNumerDwa się żeni.
Młodzi mieli fajny plan.
Ślub cywilny, obiad w rodzinnym gronie, bez tych całych, zwyczajowych szykan. Niestety, ojciec synowej zrobił aferę. I mamy: kościół, wesele, zamieszanie, bezsensowne wydawanie kupy pieniędzy.
Nie lubię go.
Ale rozumiem...Niestety.
Lara

Lato w pełni. Czas sukienek. Nadal noszę z radością.
Mam ich dużo: kolorowych, lekkich, kwiecistych.
Jest tylko jeden dokuczliwy problem. Nogi trzeba golić. Należę do kobiet, które mają włochate nóżki. 
Teraz, po menopauzie, mam problem z lekkim wąsikiem, ale to jakoś mnie tak nie denerwuje jak te nóżki. Może dlatego, że wąsik od niedawna, a nóżki to jakieś przekleństwo od trzydziestki może...?
Wąsik można zgolić dwoma ruchami i nie ma. A nóżki to już dłużej. 

I rano tak sobie oglądam te moje łydki, jeszcze się nadają, czy już nie.
Mówię sobie:
- nadają się jeszcze dziś, wieczorkiem sobie ogolisz, bo rano zawsze nie masz czasu.

Przychodzi wieczorek a ja zmęczona mówię sobie:
- rano sobie ogolisz, toż to nic takiego, wstaniesz 15minut wcześniej.

I taka chodzę ciut zarośnięta aż w końcu te małe, czarne cholery bez okularów już są widoczne, jeden zryw rano czy wieczorem i ogolone. A potem proces zaczyna się od nowa.

Co dziwniejsze, nie mam takiego problemu z podpaszkami czy okolicami bikini. A żeby było jeszcze śmieszniej i straszniej to golę tylko do kolanek.
Moja koleżanka z pracy goli nogi całe, a ja zawsze tylko do kolanek. choć udka mam też włochate. 
I uświadomiłam to sobie dopiero przedwczoraj!!!!

Lara

Bo gdy jadę na basen, to już wtedy golę nóżki koniecznie, do kolanek. Mam strój z nogaweczkami małymi, ale uda widać. Włochate. I nic mnie to nie obchodzi. Podpaszki, czasem ciut włochate, nie powodują mojego niepokoju czy wstydu, ale te łydki już tak.
Co ze mną????

Moja mama nigdy nie goliła nóg ani paszek. Czasem po prostu nożyczkami korygowała nadmierne włoski. Ale rzadko. Włochatość była normalna w latach 50-80.
Ja nie wiem, kiedy i skąd złapałam wirusa goleniowego. 
Jest on społeczno-kulturowy i  żeruje na moim poczuciu wartości i chęci dostosowania się do reszty, by być akceptowaną. I na moim wstydzie, że jestem nie taka jak trzeba, który wyprodukował perfekcjonizm.
Pożywne podłoże.
A jednak ja, choć nieświadomie, ograniczyłam jego pole działania. Tylko do łydek.
Stan zapalny, ale ograniczony.
Z tym się da pracować. 

Nie lubię gdy ludzie się na mnie gapią, więc golić trzeba, bo program silny, łydki najbardziej wystają spod sukienki. Skoro jednak czuję się lepiej bez czarnych drucików, to golenie jest najlepsze. Wypróbowałam sporo metod i odkryłam, że jednym z największych oszustw są bezbolesne depilatory. Nigdy nie dajcie się na to nabrać. Kremy też są oszustwem, bo nigdy nie usuwają wszystkich włosków, część trzeba podgolić. I podrażniają skórę. 

Więc teraz zamiast prokrastynacji, będę się motywować inaczej:
-Aniu, ładne masz łydeczki, takie gładziutkie, a sukienka też taka ładna, nie psujmy tego czarnymi drucikami. :)

Na razie tak,  później wymyślę może coś innego. Bo nawet lubię,  gdy maszynka do golenia sunie równo po nodze przykrytej pianką i zostawia za sobą gładką, czystą skórę...

Lara

I tak to, czasem jesteśmy wariatami i wydaje mi się, że słusznie przebywamy w Psychiatryku Wszechświata zwanym Planetą Ziemią.

Zamierzam nadal paradować na basenie z nóżkami włochatymi w połowie. I przyjrzę się innym kobietkom, jak one sobie radzą z tematem. Bo panowie, wszelkie swoje uwłosienie prezentują nonszalancko i bez wstydów. Ich ten wirus trudniej łapie.

I dlatego rozumiem ojca mojej synowej, bo różne są wirusy na Ziemi, choć nadal myślę, że akurat c19 nie był tym, za co go uważano ;)

Niemniej nie lubię chłopa i na razie tak zostanie.
 Z tym nie chce mi się pracować ;)

No i czekam na zimę, wtedy pozwalam łydeczkom zarosnąć, od czego są spodnie i grube rajstopki :)




 Pozdrawiam Wszechświecie, twoja włochata, Prowincjonalna Bibliotekarka.





niedziela, 13 lipca 2025

Kto sieje wiatr Wszechświecie?

 



Wiatru nie sieje Fasola, choć czasem puści jakiegoś cichutkiego bączka :)

Rano budzą mnie ptaki w karmniku. 
Staram się dostarczać różnych ziarenek, więc grzebią wybierając jak najsmakowitsze. Stukają dzióbkami, grzebią czasem jak kury, gadają i furkoczą skrzydełkami. Najwięcej jest sikorek i wróbli ale też inne maluchy zaglądają. Choć bywa, że przyleci na przykład grubodziób. Do tej pory grubodzioby przylatywały mniejsze, wielkości gili, ale ostatnio przylatuje chyba pradziadek wszystkich grubodziobów, wielki jak pół gołębia.

To zdjęcie cyknął mąż :)

Gołębie też się pojawiły. Para grzywaczy przylatuje i pasie brzuszki. Potem odbywają sjestę na czeremsze. Są miłe i spolegliwe ale duże, więc cała reszta ptaków czeka, aż gołębie się najedzą.



Dużo przylatuje podlotów sikorek i wróbli, razem z rodzicami.  Są już samodzielne, ale jeszcze czasem mama czy tata podkarmią dzieciaka. Łatwo je rozróżnić, bo młode mają kolory jaśniejsze, wzory rozmyte i w ogóle są takie okrąglutkie, czyściutkie, pulchniutkie i puszyste. Nówki sztuki. Tymczasem rodzice są potargani, smukli jak charty, niedomyci i zaaferowani bardzo. Wcale się nie dziwię, czasem lata za nimi czwórka a nawet piątka dzieciaków. Rodzicielstwo to jest trudna i wyczerpująca praca Wszechświecie.
Młode czują się dobrze w moim karmniku, wiedzą, że tu spokój jest, a koty za oknem są normą. Normą, która im nie grozi niczym, choć czasem postraszy :)
W poniedziałek lało, więc młody podlocik sikorkowy usiadł na karmniku i siedział tam z 15 minut czekając chyba na ustanie ulewy. Ale nie przestało, więc musiał w końcu się zmoczyć...


Na spacerze porannym z suczką zbieram owoce i co mi tam wejdzie w oko, na kompot. W Projekcie posadzili agrest, truskawki, borówki i porzeczki. Pytanie dlaczego najpierw zniszczyli te, które już były w sadzie od lat? Któż ogarnie unijną ochronę bioróżnorodności? W Sadzie nic nie miało certyfikatu odpowiedniego, w Projekcie każda roślinka go ma, podobno....
Więc korzystam z prawnie zaklepanych owoców o które nikt nie dba. Gotuję nam pyszny kompocik i drę się na męża po południu gdy wrócę z pracy, bo nie pije a powinien :) A przecież zdrowo!



I tak spokojnie żyjemy, mniej więcej.

A tymczasem niedawno umarła sąsiadka mojej mamy, Jaśka.
Taka sąsiadka niespecjalnie miła i zaprzyjaźniona. Wiecznie skrzywiona, mało kontaktowa, nietowarzyska. Mama jej nie lubiła za bardzo. Ot pogadały przez płot, ale tylko tak z obowiązku społecznego. Niby się pouśmiechały, niby o pogodzie i warzywach, ale bez przesady...
Mama często w rozmowach z nami ją obgadywała: a, że Jaśka to czy tamto... I tak sobie żyły, aż Jaśka umarła. Każdy umrze, to jest pewne. Jakoś mnie to bardzo nie obeszło, bo i czemu miałoby? 
Ale przyjeżdżam do mamy no i muszę jednak wysłuchać całego dramatu jak to z tą śmiercią Jaśki było. 
I co ja słyszę? 
-Jasia to, Jasia tamto....
Jasia????

Dobra, nagła zmiana frontu, spokojnie. Moja mama nie raz mnie zadziwiła.
Do rutynowych składników odwiedzin należy wizyta na cmentarzu i obchodzenie grobów rodziny. Porządkowanie ewentualne i zniczyk. I co się okazuje? "Jasi"  grób wszedł do programu wycieczki...
Muszę powiedzieć, że zastanawiające. Aczkolwiek znajome. 
Bo przecież w naszym  społeczeństwie źle się o zmarłych nie mówi...
Tak czasem by człek chciał, ale gryzie się w język, bo wszak świętej pamięci...

Ale Wszechświat czasem człeka zamiecie i postawi w sytuacji, gdzie jakby to powiedzieć, własną hipokryzję człek zobaczy, albo raczej własną niemożność i strach, przed byciem prawdziwym. Oczywiście można to pomalować, dodać aureolę i postawić zniczyk. Ta opcja zawsze istnieje.

Ale mnie Star vel Marylka te lekcję dała i postanowiłam jednak uszanować tę dość trudną dla mnie przygodę. 
Dodam tylko, jeśli ktoś jeszcze nie wie, ja tu swoje opinie piszę. Autorskie. I stanowczo nie odpowiadam za to co one budzą w ludziach, bo każdy inny jest, a ja nie wiem jaki ;)

Więc Marylka pojawiła się na moim blogu trochę przed covidozą. Sama, z torbą pełną pochwał, zachwytów, miłych słów. A ja na to jak lep jestem. I to było takie miłe, zawstydzające, ale jednocześnie tak mile łechtało to tu, to tam. I wydawało mi się, że taka dusza podobna do mnie trafiła, jak wiele innych przed nią. Dostałam zaproszenie do zamkniętego bloga z uwagą, że tam tylko najulubieńsi Marylki są (znaczy ja też). Ach jak miło, bo i moi ulubieńcy tam byli. Było fajnie, pomogłyśmy sobie przetrwać pandemiczny idiotyzm wspierając się i podając sobie informacje z różnych źródeł, co pomagało jeszcze bardziej, bo świat zwariował. Jedyną rzeczą, która wtedy zwróciła moją uwagę, było to, że jedna z nas była trochę nie z tej bajki. My nie chciałyśmy zastrzyków, ona była w pełni za nimi.
I zauważyłam, że Marylka strasznie po niej jedzie. Tak niby nic, ale robiła dziurki. Spore. Zastanawiałam się, kiedy ta dziewczyna odejdzie, bo więcej już nie zniesie. I tak długo to znosiła. 
W końcu odeszła, wybuchła z tego powodu awantura, że zdrajczyni. Całe przedstawienie skrzywdzonej i oszukanej Marylki. 
I wtedy coś mnie tknęło. Ale nie za mocno. Bo ja w domu rodzinnym przywykłam do dramatów, cierpienia niewinnego ofiar, wielkich przedstawień bycia nieszczęśliwym. Dla mnie to normalka. 
Jednak w czasie choroby Wspaniałego otworzyły mi się oczy szeroko. 
...nawet lekarze mówią, że takiej miłości jak nasza to nigdy nie widzieli....
To wszystko jest o Marylce. Ta scena należy do jedynej królowej dramatu.
Tu nie ma miejsca na nikogo innego. 
Moje ciało od dawna mnie już informowało o tym, nie mogłam wchodzić na bloga, czułam niechęć, opór przed kliknięciem. Ale nic nie docierało, bo przecież ona w takim trudnym momencie życia, żałoba, sama chora, a niby przyjaciółka...Ach hipokryzjo moja kochana. Zasłoniłaś mi oczy przed prawdą bardzo skutecznie.
W końcu przestałam pisać. Przestałam zaglądać. Gdy czasem zajrzałam kolejny dramat się przetaczał i wyrzucał mnie z bloga, aż w końcu Maryla zauważywszy, że nie komentuję i nie zaglądam, wyrzuciła mnie bez słowa na stałe. Nie karmiłam...byłam zbędna. 
Najpierw pomyślałam, że mogłaby napisać choć do widzenia, ale potem stwierdziłam, że dobrze się stało, bez dramatu :)

Właściwie czemu piszę o tym, można pomyśleć, że szkaluję osobę, która już się nie obroni. Nie, wcale nie, piszę co Ja widziałam. Co czułam, jak odebrałam całą przygodę z Gwiazdą. To tylko moje. 
Znałam ją tylko internetowo i nie aspiruję do nieomylności. 

Kiedy zastanawiałam się, czy powyższe napisać, Oleg Pawliszcze napisał u siebie na FB:
Miej zaufanie do swojej omylności. 

Toteż postanowiłam mieć. 
Widzę co widzę, czuję co czuję, nawet jeśli z dystansu potem wyda mi się to inne, to w tym momencie, tak jest dla mnie i już.
Maryla często siała wiatr, bo lubiła zbierać burze. 
A ja lubię patrzeć na burze z bezpiecznego miejsca.






Pozdrawiam Wszechświecie, twoja omylna  całkiem, Prowincjonalna Bibliotekarka