Obserwatorzy

niedziela, 25 stycznia 2026

Wędzone sikorki Wszechświecie

 


To akurat wróble rano na śniadaniu.
Wpadają całą kupą, jedzą, gadają i grzebią jak kury aż ziarno pryska na boki. Robią mnóstwo zamieszania i nagle fru! wszystkie odlatują na czeremchę. I za chwilę znów huzia! kupą na karmnik.
Czasem zrobią fru! ale jeden zostanie w karmniku. Rozgląda się sekundę zdezorientowany, ale wraca do jedzenia i nie bierze chwilowo udziału we wróblej wariacji, bo zapewne głodny bardziej.
Albo mądrzejszy.

Sikorki są spokojniejsze. Podlatują do karmnika pojedynczo, wybierają sobie orzeszek albo ziarenko i odlatują na czeremchę by zjeść. A niektóre, bardziej oswojone z karmnikiem, siadają sobie na jego brzegu i trzymając w łapce orzeszek zjadają go ze smakiem. Zwłaszcza taka jedna, grubiutka i większa od innych. Przylatuje też sikoreczka, która ma jedną łapkę, ale radzi sobie doskonale.
I chociażby dla tej jednej warto było postawić karmnik.

Na początku mrozów ptaków w karmniku było więcej i nie od razu zauważyłam, że coś nie tak. Ale po pewnym czasie stwierdziłam, że sikorki jakieś niewyraźne. Znaczy zamiast prezentować z dumą pełne, żółte brzuszki, one są jakby szare, a czasem wręcz czarnawe, te brzuszki i nie tylko. Przyczaiłam się, pooglądałam i wyszło, że czarnawe faktycznie, jakby podwędzone. I domyśliłam się, że one grzeją się w dymie z kominów. Ludzie palą, bo zimno, dym ciepły, kominy ciepłe i ptaki wymyśliły jak się podgrzać.
I mam: wędzone sikorki.

Iris Ester
Osiemnastka ma się dobrze, tak myślę. 
Posiada swój talerzyk i całą masę smakołyków na nim. Ziarenka słonecznika, dyni, proso, orzeszki ziemne i laskowe, suszone owoce, świeże jabłuszko i oczywiście czekolada, ale to nie zawsze, bo nie chcę zaszkodzić myszce. Znika tego codziennie po troszku, więc sądzę, że Osiemnastce nikt więcej nie towarzyszy już. Oby tak było...
Czekam na ocieplenie, by móc myszkę relokować.
Choć trochę się przyzwyczaiłam do jej niewidzialnej obecności.

Kelli Filtton

Miasteczko hibernuje, ludzie snują się ostrożniej i wolniej. Po świątecznym wariactwie rodziny rozjechały się do domów własnych, albo za granicę, bo u nas dużo ludzi nadal pracuje w Belgii bądź mieszka już. Czytelnictwo wróciło do równowagi. I ja musiałam odpocząć, bo nie lubię świąt. 

Życie toczy się dalej jednak. A czasem przestaje się toczyć.
W sąsiedniej wiosce rolnik wyszedł z samego rana nakarmić swoje byki hodowlane. Jak to się stało? nie wiadomo, ale wlazł między byka i drzwi do obory i byk go przydusił. Upadł i leżał tak na mrozie aż reszta rodziny wstała i go znalazła. Wszyscy bali się byków, więc wezwano straż pożarną by go jakoś wyciągnąć. Ale już nie żył. Wtedy ktoś zauważył, że z domu nie wyszedł brat rolnika, który z nim mieszka. No cóż, znaleziono go zmarłego w jego pokoju...
Dziwne i troszku straszne.
Miasteczko chwilę tym pożyje.

Moja koleżanka z pracy założyła sobie gaz. Głównie do ogrzewania i ciepłej wody. Sama ona już 8 lat, mąż jej zmarł. Mąż zaradny był, ona z zasobnej rodziny, ale bez niego nagle dostała obsesji na tle pieniędzy. Mało i mało.
I teraz ma fajnie, bo piec gazowy nie wymaga wielkiej obsługi. Poprzedni na ekogroszek był bardzo dokuczliwy. Powinna być zadowolona, ale obawiam się, że ona się rozchoruje albo zwariuje.
Bo ma apkę w telefonie i tam dostaje informacje ile gazu się spaliło i ile pieniędzy to kosztowało.
I ciągle sprawdza. Nastawia na mniejsze ogrzewanie mimo mrozów a i tak to nic nie daje. Gaz się pali, pieniądze lecą. A ona marznie. Spać nie może, telefon leży na poduszce obok.
A ja już nie mogę słuchać o tym jak ją oszukano, gdy mówiono o tym, że będzie lepiej i taniej.
Wszyscy ją oszukują i okradają.
Jej codzienny dramat, mimo bycia złotym klientem banku.
I robi się coraz bardziej szara i jakby podwędzona.

Füsun Ürkün Sanatevi

Ostatnio przypomniało mi się jak nie mogłam pojąć o co chodzi człowiekowi, który w jakimś podkaście powiedział: BO SKUTKI ZAWSZE SĄ PRZED PRZYCZYNĄ.
Mój mózg stanął dęba, wierzgnął i zablokował się wtedy. Jak? Co facet gada? Przyczyna zawsze jest pierwsza. Ale z głowy mi to wyjść nie chciało. Bo byłam już na etapie radzenia sobie z dysonansem poznawczym, a nie uciekaniem od niego.
Zajęło mi trochę ale ogarnęłam, że świat nie jest liniowy, czas nie jest liniowy i że faktycznie, do naszej świadomości najpierw docierają skutki, a przyczyna dopiero wynika z procesu myślowego jaki odbędziemy. A czasem wcale jej nie odkrywamy tylko skutki są widoczne. Wtedy bierzemy skutki za całkiem oddzielne zjawisko, choć tak nie jest. Dlatego lekarze leczą objawy, biorąc je za chorobę. 
Wszystko jest połączone i nie jest to bynajmniej prosta linia.
Sikorki i moja koleżanka są też połączone w jakiś dziwny sposób.
One i ona chcą PRZETRWAĆ.

Quint Buchholz


PS. Jeszcze raz przepraszam, że czasem nie odpowiadam od razu na wpisy, bo mam moralniaka z tego powodu. Ale bywa, że muszę wycofać się i zahibernować, bo jestem przebodźcowana. Kiedyś tego nie robiłam i było bardzo źle. Teraz sobie pozwalam i choć wewnętrzy krytyk coś tam mamrocze, to go nie słucham :)


Pozdrawiam Wszechświecie, twoja nieliniowa Prowincjonalna Bibliotekarka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz