Obserwatorzy

piątek, 29 czerwca 2018

Mniam Wszechświecie, zjadłam misjonarza !!!!


Witaj Wszechświecie. Czerwiec dobiega końca, a ja jakoś opadam z sił. Wiosna wybuchająca zielenią, życiem, świergotem, kolorem, wyczerpała moje zasoby energii. Bo zachwyt jak okazało się, też kosztuje. Bycie w przestrzeni rodzącego się Życia, pożerającego zachłannie pisklęcia, kwitnienia, zapylania i owocowania wymaga sporej siły. Trzeba płynąć z tą rwącą rzeką. Umieć się jej poddać, nie przejmować się wirami, progami, kamieniami, silnym prądem. To zawsze trudne dla mnie było. Nadal jest, choć, jak wiesz Wszechświecie, ćwiczę te spływy. Na razie małe kawałki. 

Kiedyś na medytacji prowadząca prosiła byśmy wyobrazili sobie, że biegniemy...biegniemy jak szalone, roześmiane, beztroskie dzieci. Biegniemy po kamieniach wzdłuż rzeki. Stawiamy mocno i pewnie stopy, przeskakujemy, odbijamy się, śmiejemy się i pełni radości biegniemy na wzniesienie nad rzeką...Tam rozpędzamy się jeszcze bardziej, odbijamy się od ziemi i skaczemy do rzeki.....
Biegłam, biegłam radośnie, udało mi się pewnie po kamieniach stąpać. W mojej głowie uczestnicy warsztatów biegli obok mnie. Ale jak dobiegliśmy na wzniesienie, oni skoczyli, a ja nie...Ja się zatrzymałam...BO NIE UMIEM PŁYWAĆ. Wiedziałam, że medytuję, wiedziałam, że w wyobraźni można wszystko, ale przekonanie w mojej głowie, ograniczyło mój wybór w wyobraźni. Stałam na tym wzniesieniu i chciałam skoczyć. Ale jak? Nie umiem pływać. I przyszło rozwiązanie. Wyobraziłam sobie nadmuchane, kolorowe koło ratunkowe wokół mojej talii. Poczułam się pewniej. I skoczyłam. Pamiętam uczucie spokoju, radości i dumy gdy woda zamknęła się nade mną. Bo sobie poradziłam. Bo znalazłam sposób. 
Wychodzi na to, że każdy po swojemu kombinuje jak ogarnąć tę Rzekę. Kiedyś, na początku drogi myślałam, że jest jakiś magiczny sposób dla wszystkich, że jest jakaś konkretna, wytyczona droga i zestaw przepisów. I jak to ogarnę, przyswoję, przećwiczę to już nigdy nie zabłądzę na bagnach i nie będę się bać. Okazało się, że nie ma takiej drogi, nie ma takich przepisów, nie ma wytycznych, nic nie ma...Jestem tylko JA i moje decyzje. Ja i moje reakcje. Jestem Ja i ty Wszechświecie. 
A my to Jedno.

W ramach zmiany planszy życiowej, bo troszku mi się przejadła ta, która aktualnie była rozgrywana, wybrałam się z Mążem na krótką wycieczkę. Kocham skanseny. Zwiedziliśmy ich już całe mnóstwo. W takich miejscach czas się zatrzymuje, zawraca, skręca...czasem nawet go nie ma. Wchodząc do starej, drewnianej chałupki czuję czasem Obecność, cień Życia, które tam było. Muśnięcia serc ludzi, którzy w tych domach kochali, śmiali się, radowali, cierpieli, nienawidzili, rodzili się i umierali. Delikatne, jak muśnięcia motylich skrzydeł, cienie emocji wplecione w siatkę naszej rzeczywistości. Bo wszystko jest tkaniną utkaną z energii i to jest prawda. 
Wchodząc do tych domów czuję również przynależność, swojskość, poczucie bycia we właściwym miejscu. Spokój i radość, czasem tęsknotę. Może żyłam w takim domu w poprzednim Życiu? Tak mi mówi serce. Byłam szczęśliwa w takim domu. Może kiedyś się dowiem....


Mimo tylko trzech dni wyrwanych lekko rozpaczliwie z obecnej rzeczywistości, zwiedziliśmy sporo. Padając jak betki pod koniec dnia na kwaterze. Bieszczady są piękne. Bardzo. Szczególnie podoba mi się ubrany w błękity, szarości, niebieskości horyzont. Rozmywające się kolory coraz dalszych wzniesień. Parujące po deszczu poranne lasy, z mgłą odrealniającą i dodającą tajemniczości. Magiczna kraina. 


Cicho szepcząca o przeszłości. Tak jak wszędzie, czasem radosnej, czasem smutnej, czasem szczęśliwej, czasem przeraźliwie strasznej.

W Sanoku jest muzeum Ikon. I muzeum Beksińskiego. Kocham malarstwo, mając do wyboru ikony i Beksińskiego, wybrałam ikony. Mimo zdecydowanego dystansu do wszelkiej maści religii. 
Jednak religijna sztuka ludowa chwyta mnie za serce, widzę w niej, pomijając treści ryjące beret, prawdę. W naturalistycznych, pisanych sercem dziełach malarzy, rzeźbiarzy, poetów ludowych jest samo sedno bycia człowiekiem. Miłość, tęsknota za prawdziwym Domem, nadzieja. I tego religiom nie udało się zniszczyć. Bo prawda sama się broni, jest wpisana w nasze serca.
Beksiński natomiast mnie przeraża. Bo w jego obrazach jest też prawda. Też kawałek prawdy o nas. Niektórzy z nas wybierają taką prawdę jak na jego obrazach i żyją w niej. Sama przez dłuższą chwilę byłam w takim świecie. I nigdy nie chcę tam już wrócić.
Ikony były fajne. Czasem śmieszne. Czasem bez polotu. Czasem ładne. Czasem nabazgrane. Czasem miały to coś. Czasem nie. Ale i tak wszystko zależy od patrzącego. Każdy, zależnie od tego co ma w sobie, odbierze sztukę w indywidualny sposób. 
Chodził z nami przewodnik, młody chłopak. Trochę się rozgadał w końcu, nawet o Beksińskim, bo widać było, że zafascynowany nim jest.
Opowiedział też nam ciekawą historię.
Otóż na Borneo, wśród pierwotnych plemion, razem z ich animistycznymi wierzeniami w potęgę lasów, wulkanów, morza, kwitł kanibalizm. Z pewnością miał też jakieś korzenie w wierze, że zjadając wroga przejmuje się jego siłę. Może coś innego. Jakoś to ludzie tam wymyślili, zracjonalizowali, wpletli w system wierzeń, uczynili stylem życia. W sumie też w środowisku, gdzie białko trudno znaleźć w większych ilościach, taki sposób też działa. I tak trwało to wieki....
ASZ tu nagle...misjonarze. 
Przyjechali, dowiedzieli się o kanibalach i dawaj ich zbawiać :-)
Bo jak to tak, zjadać ludzi. Wytłumaczyli starszyźnie i szamanom, że to olbrzymi, niewybaczalny grzech. I ich Bóg, który jest najpotężniejszy na świecie, za taki grzech nie da przebaczenia. Za takie coś tylko Piekło. Wieczne cierpienie, kotły z wrzącą smołą, diabły, męki piekielne. Jednak, ponieważ Bóg jest miłosierny, to skoro oni nie mieli świadomości, że to grzech, bo dopiero teraz się dowiedzieli, że PRAWDZIWY I JEDYNY BÓG jest, to konsumpcja wrogów wcześniejsza i nieświadoma będzie wybaczona. Ale jak już wiedzą i zjedzą, to koniec. Męki piekielne na zawsze.

Szamani i starszyzna stanęli przed ciężkim wyborem. Odpowiedzialni byli wszak za całe swoje społeczności. Pojawili się jacyś ludzie, którzy mówią o jakimś potężnym Bogu, wiedzą więcej, mają jakieś dziwne sprzęty, ubrania, zdecydowanie wiara w tego Boga daje moc. Co robić? Bóg wygląda na potężnego. Może ich załatwić na cacy. Ale też trudno porzucić własnych bogów, własne wierzenia, które są jak druga skóra. 
Więc szamani wymyślili.
Zjedli misjonarzy :-) By przejąć ich siłę. I skoro Bóg misjonarzy w tym momencie ich przeklął i skazał na Piekło, postanowili urządzić się w tym Piekle i zaczęli dodawać cześć Diabłu, właścicielowi Piekła. 
A swoim współplemieńcom nic nie powiedzieli. Bo jak nie wiedzą, to są bezpieczni. I mogą dalej żyć w bezpiecznym świecie z konsumpcją wrogów, po opieką swoich bogów.
Zadbali o siebie i swoich.
I tak słuchając tego przewodnika i tej śmiesznej w sumie historii, przypomniałam sobie moją medytację ze skokiem do wody i moim kółkiem ratunkowym. Nie ma wytyczonej dróżki, każdy sam musi znaleźć swoją prawdę. Swój sposób. Nasze wybory :-) 
Wszyscy jesteśmy kanibalami o  gołębich sercach :-)
Czasem Wszechświecie jednak zjemy misjonarza :-) W szczytnym celu nawet :-)
Aczkolwiek nie zapominając też o sobie i swoim komforcie.

A to jedyna ikona, która trafiła mi do serca...Jedyna z trzystu... :-)


Miłego dnia Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka z miseczką owsianki na mleku :-)

czwartek, 14 czerwca 2018

CichoSza Wszechświecie, wybuchł wulkan....

źródło: https://edition.cnn.com/2014/10/30/us/hawaii-volcano/index.html

Od kilku tygodni ze zgrozą i pewną dozą fascynacji obserwuję wulkan na Hawajach, Kilauea. 
Hawaje kojarzą mi się zawsze z pocztówkami, których lubię używać jako zakładek do książek. Zawsze jak ktoś gdzieś jedzie, proszę o przesłanie, bądź przywiezienie pocztówki w prezencie. Na Hawajach nikt ze znajomych nie był, pocztówki nie mam, ale w głowie wyświetla mi się pocztówkowa plaża z białym piaskiem, turkusowe morze, oślepiające słońce na błękitnym niebie i palma, malowniczo zwisająca nad wodą. Na ten mój obrazek w głowie zapewne mają wpływ reklamy biur podróży w tv, ale też oglądałam długo serial Hawaii 5-O, czasem udało mi się spojrzeć na plenery, a nie na przystojnego  Steva McGarretta. Piękne wyspy. I mnóstwo ludzi żyjących tam. 
A teraz na największej wyspie archipelagu wybuch wulkan. 
Patrzę na filmy wrzucane do sieci, na relacje z tego miejsca, na ludzi, którzy z rozpaczą i bezradnością mówią o tym, że nie mają już dokąd wrócić.
Patrzę też na ludzi, którzy robią sobie zdjęcia na tle wulkanu, wybuchów, obłoków gazu, czasem chyba na granicy bezpieczeństwa pstrykając te fotki. 
Rozumiem jednak, potęga natury nieujarzmiona niczym, objawia się tam w pełnym majestacie. 
To fascynujące...płynące potoki rozżarzonej lawy, gejzery wybuchające i rozpryskujące pomarańcz, czerwień, światło...Obłoki gazów mieniące się kolorami, przybierające fantastyczne formy. To naprawdę piękne. I potężne. I nieokiełznane. Do tego trzęsienia ziemi, głębokie szczeliny przecinające lasy, podwórka, ulice.
Matka Ziemia w wydaniu hard. Przepiękna i śmiertelnie groźna.
Bardzo współczuję mieszkańcom. Lawa zabiera im wszystko. Nieodwołalnie. Ona się nie cofnie. Przypływa nieustępliwie, zagarnia domy, pali...wypala do cna. Już tam nie wrócą.
Jak bym się czuła widząc żywy ogień wpływający do mojego sadku?

Wiem. Mam teraz taki czas. Czas wybuchu wulkanu. Wiesz o tym Wszechświecie, wiem, że cichutko ze mną podróżujesz...przez lekarzy, poradnie, konsultacje. Przez strach, bezradność, wyparcie, odpowiedzialność, bunt, współczucie i złość.
Pielgrzymka. 
Ja i mój Ojciec. Czasem tata. Czasem obcy człowiek. Czasem znany. 
Świat jaki zwiedzam jest światem, który rządzi się swoimi prawami. Generalnie ten świat nie bierze jeńców. Maszeruj albo giń. Proste , jasne. Bez ckliwości. Badanie, wynik, konsultacja, do widzenia, następny proszę.
W sumie jest w tym pewna uczciwość. W badaniach, w maszynach, które co raz zaglądają do wnętrza chorego i wypluwają z siebie pliki z danymi. To takie konkretne, czarno na białym. Tak jest.
Jednak jeśli chodzi o ludzi, to nic nie jest już takie proste w tym świecie.
Ludzie w tym świecie poruszają się na granicy prawdy i niedomówień. Zaciemnień i rozjaśnień. Półmroku i bezlitosnego słońca. Kłamstw, życzeniowości, półprawd.

W poradni chirurgicznej około trzydziestoletni chirurg, przystojny, skupiony i miły. Patrzy w oczy, dokładnie tłumaczy co się dzieje. Trochę chowa się za medycznymi określeniami. Ale widzę, że stara się mówić prawdę. Stara się też nie odebrać nadziei. Żonglerka.
Ale patrząc mi w oczy z naciskiem, sprawdza, czy zrozumiałam....Czy DOBRZE rozumiem...czy wyczytałam ten niewerbalny przekaz. Bo on nie może tego powiedzieć. Ale ja muszę zdawać sobie sprawę. Ja, nie tata. On w tym świecie nie ogarnia na razie wszystkiego.
Lawa płynie i trzęsie się ziemia.
Pani radiolog po sześćdziesiątce, malutka i skurczona, schowana za profesjonalizmem, pozbawia nas kolejnej szansy w sposób bezpardonowy. Już dawno postawiła mury, grube, nie do przejścia. Patrzy twardo, mówi głośno, oznajmia decyzję. I dorzuca kupę fałszywych sloganów. Tak fałszywych, że aż zęby bolą. Nie wie, że jej oczy mówią prawdę. Przekaz niewerbalny trwa cały czas.
Kolejne decyzje, kolejne badania, kolejne etapy pielgrzymki.
I ludzie,  mnóstwo pielgrzymów.

Przyglądam się im. Mamy dużo czasu. Cały czas czekamy....na wyniki, na konsultacje, na przyjęcie....Morze czasu, jesteśmy bogaci :-)
W tym świecie czas zwalnia, zwalnia prawie do zera. Kiedy patrzysz na tablicę i czekasz, aż twój numerek się wyświetli, siedzisz w bańce bezczasowej. Wszystko zastyga.
A wokół ludzie....
Obok na krześle elegancka, swobodnie miastowa pani po sześćdziesiątce. W ręku trzyma wyniki i zawzięcie googluje na smartfonie. Chce wiedzieć co i jak, zanim wejdzie do lekarza. Mam nadzieję, że wyniki są dobre.
Wokół nas krąży mała, drobna, trzydziestoletnia na oko, blondynka. Ma krótki kucyk, włosy podgolone z tyłu głowy. Fajne. Ona nie może usiedzieć. Chodzi, denerwuje się, sprawdza tablicę. Tupta wte i wewte. Patrzę na jej buty. Wysoki obcas, źle wyprofilowany, nogi ją będą boleć.
A przed nami spotkały się znajome. Wygląda na to, że leżały na jednej sali na oddziale. Teraz kontrola. Szczuplutka jak szczapka drewna młoda dziewuszka z siostrą do towarzystwa. Ona rozśmiana, gestykulująca. Siostra spięta, uśmiechająca się z wysiłkiem. Fajne mają noski, takie indiańskie, może ich nie lubią, bo spore, ale mi się podobają. Takie indiańsko-siostrzane niezłomne noski. Rozmawiają z koleżanką, chyba około czterdziestki. Ta ma króciutkie włosy. Jak futerko. Pewnie dopiero odrosły po chemii. Okrągła buzia z mnóstwem zmarszczek mimicznych koło oczu. Dużo się uśmiecha. Jest sama. Sprawia wrażenie bardzo samodzielnej. Czyżby? Coś we mnie każe mi nie wierzyć w tę samodzielność i postawę pogodnej, dzielnej kobietki. Trzecia z nich to już idzie po bandzie. Na oko dwudziestoparoletnia, też z futerkiem na głowie, kozakuje, śmieje się, gestykuluje, a oczy...oczy pełne strachu Nie może skupić się na niczym. Widać. Obok mąż, nic nie mówiący, zamknięty, odcięty.
Pani robiąca na szydełku, pan patrzący w ścianę, dwie panie opowiadające sobie swoje historie chorób, nie słuchające siebie wcale....dwie opowieści płyną równolegle.
Mnóstwo, mnóstwo pielgrzymów.
I my, ja i tata w bezczasowej bańce.
Minął już miesiąc pielgrzymki Wszechświecie, tylko miesiąc, a ja mam wrażenie, że rok.
Czy mógłbyś zrobić tak, Wszechświecie, żeby następny miesiąc był naprawdę rokiem?
Taka prośba od pielgrzymującej Prowincjonalnej Bibliotekarki.





środa, 6 czerwca 2018

Eh...Wszechświecie, w co grają matki i córki?



Wokół naszego bloku na brzozach, jesionach, świerkach i lipach, jest mnóstwo gawronich gniazd. Cała wielka kolonia. Nazywam to blokowiskiem, bo i tak to wygląda. Takie same tam zwyczaje, zachowania i mechanizmy się dzieją, jak na naszych ludzkich blokowiskach. Wszystko na tej Ziemi jest połączone. Kiedy idę przez sad do pracy, spotykam małego gawroniaka, nielota jeszcze. Biega po poszyciu w krzakach, ciekawsko mruga na mnie oczkami jak czarne paciorki, trzyma jednak dystans. Nade mną krzyczą i grożą mi jego rodzice, ciotki, wujkowie i cała wielka familia: nie ruszaj naszego dzieciaka!!!!
Nie mam zamiaru. Nie przeszkadzam, karmcie i pilnujcie. Kibicuję mu by w końcu poleciał, by dorósł i prowadził szczęśliwe, gawronie życie.

Ostatnio był Dzień Matki. Siostra poprosiła znajdź jakiś ładny i niegłupi wiersz o mamie...Siostrzeniczka potrzebowała o szkoły.
Pracuję w bibliotece, spoko. Zaraz coś znajdziemy. Szukam. I co znajduję? Jeden, drugi, piętnasty...nic wesołego, nic pogodnego, sama smutna, udręczona poezja. Nostalgia, sękate ręce, łzy spływające po policzku, smutne oczy, poświęcenie, samotność, miłość udręczona...w cierniowej koronie, przybita do krzyża, płacząca od krzyżem...Osz!!!!!
Pewnie są radosne wiersze, musiałabym pokopać głębiej, sporo głębiej. Ale wir cierpiętniczej miłości zassał i ledwie się wydobyłam na światło dzienne. Odpuściłam.

Jednak przez kilka dni temat wracał, a w mojej głowie wyświetlały się slajdy z rozmów w pracy:
- Pani mi da coś dla mamusi do poczytania.- mówi 60-letnia córka (ale wiek tu nie ma znaczenia raczej) - Takie coś z dużymi literami.
- A co mama lubi czytać?
- No coś lekkiego...żeby nie denerwowało, coś takiego o starych czasach, tylko lekkiego.
Zazwyczaj wtedy daję kilka do wyboru: Danielle Steel, Nora Roberts, Rodziewiczówna i nieśmiertelna Courths-Mahlerowa Hedwiga :-) Dorzucam na przynętę coś polskiego, współczesnego i czekam. Córka wraca i zazwyczaj na początku wygrywa Steel...a potem się zaczyna...

- Mamusia powiedziała, że za małe litery...
- Mamusia powiedziała, że cieńsze książki prosi, bo trudno grube w rękach trzymać, ręce ma słabe....( tu proponuję poduszkę na kolana i książkę opierać na niej...ale żadna mamusia nie skorzystała chyba jeszcze)
- Mamusia powiedziała, że znów pani dała powtórki ( nie dała, bo cwana jest i numerki sprawdza, ale już nie dyskutuję)
- Mamusia powiedziała, że ciągle pani daje to samo...wolałaby coś innego.
- Mamusia powiedziała, że te inne, co pani dała to nie dla niej...( na moją lekko rzuconą uwagę, że może córka sama poszuka coś dla mamy: nie, nie, nie, ja się nie znam...)
-Mamusia powiedziała, że....
Czego te mamusie nie wymyślają :-)
A! I jeszcze: co pani da, wszystko jedno, ja wszystko przeczytam , sama jestem, nie mam co robić, dzieci mają swoje życie...nie będę przeszkadzać, nie będę robić kłopotu...Eh....

Sporo odsłon tego samego...
Na początku swojej pracy bardzo się starałam. Prowincjonalna Bibliotekarka na wysuniętej rubieży. Dobrze wyćwiczona przez swoją mamusię :-)
Dobierałam książki, dopytywałam o gusta, zastanawiałam się, naradzałam z córką...
A mamusie ciągle niezadowolone. Cierpiące. Ale nie robią kłopotu...
Ciężka lekcja. Trudny warsztat Wszechświecie.

Mam taką suczkę w sadzie. Znam ją od szczeniorka. Już 9 lat. Urodziła ją suczka, którą jakiś palant wyrzucił u nas na targowicy...Spora tam zrobiła się kolonia bezdomniaków, dokarmiałam z kilkoma jeszcze osobami. Strach poprosić gminę o pomoc, bo gmina wynajmuje hycla, który na papierze ma wszystko w porządku. Ale w realu, nie ma schronu, zabija psy, lub przerzuca do innych gmin z którymi ma umowy. Podlasie to zdziczała kraina, jeśli chodzi o zwierzaki.
Jednak hycel się pojawił i znikły wszystkie psiuki oprócz małej suczki. Nazwałam ją Dziewczynka. Od urodzenia była piekielnie nieufna. Nawet jako szczenię nie pozwalała się głaskać. Znikała jak duch, gdy pojawiali się ludzie, nawet dokarmiający na codzień. To ją uratowało. Została w naszym sadku. Powoli zdobyłam jej zaufanie. Jesteśmy kupelkami. Choć zakraplanie od kleszczy burzy naszą przyjaźń co jakiś czas :-) Ale ok. Wybacza. Po kilku dniach.
Prowadzi życie psa wolnego. Ma budę schowaną w krzakach, przychodzi i odchodzi kiedy chce. Choć teraz raczej osiadła bardziej, bo już starsza i docenia wikt i opierunek. Wysterylizowana, więc i spokój jest. Ale nadal pozostała nieufna, niedotykalska, znikająca jak duszek wśród zieleni...

Kiedy sprowadziła się do nas nowa rodzina, PaniNowa oznajmiła, że strasznie kocha zwierzęta. I ona też będzie Dziewczynkę dokarmiać. Ucieszyłam się, do Dziewczynki dołączył kolega Dred, również podrzutek. Wykarmić moją domową gromadę i jeszcze dwa psy dodatkowo generowało spore koszty. I było fajnie, dopóki się nie zorientowałam, że to nie takie proste...
Po dwóch miesiącach PaniNowa zagadnęła mnie:
- A ta suczka to taka nieufna...
- No tak...mówiłam pani, że ona taka...
- Ja tu jej noszę smakołyki, kostki z galarety, a ona nawet nie podejdzie...
- Może podejdzie, niech jej pani da czas, ale mówiłam, że ona taka jest.
- No ale już tyle czasu i nawet z krzaków nie wyjdzie, a ja takie smakołyki jej daję...
Nie tłumaczyłam już więcej. Na nic moje gadanie.

A jakiś czas temu, jeszcze jedna nowa rodzina się wprowadziła. I tam jest dwójka dzieci. Dziewczynka i chłopiec. On chory bardzo. Od urodzenia. Ona, smutna szesnastolatka, obarczona ponad miarę przez życie, ponieważ mama też jest chora, a ojciec, alkoholik, nie żyje. Smutna historia i trudna. Ale sobie radzą. I żyją jak wszyscy, do przodu.
I moja psia Dziewczynka po miesiącu podeszła do tej dwójki, dała się pogłaskać i nadal to robi. Podchodzi sama, przytula się do nóg, liże po rękach i ufa. Nigdy jej takiej nie widziałam.
Zadziwiła mnie.
Rozmawiając z mamą tych dzieci zastanawiałyśmy się nad tym....i mnie olśniło!
Dzieci nic od niej nie chcą, nic się nie spodziewają. Same bardzo doświadczone przez los, chyba zrozumiały, że Życie jest jakie jest. Pogodzenie, rezygnacja? Nie wiem...ale nic od niej nie chcą. Pozwalają jej być sobą. A ona, w podzięce za brak przymusu odwdzięczania się, daje swoją ufność i miłość i wsparcie. Tak jak potrafi, tak jak czuje, że potrzebują.
Sedno Miłości. Wolność.
A może jedna z twarzy Miłości...

A niedawno przyszła czytelniczka i mówi:
- Pani mi da coś dla taty, bo przyjechałam z Belgii, on nie ma co czytać...a mama wcale nie wie co on lubi....
OESU.....

Miłego dnia Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka z wytrzeszczem oczu ;-)

piątek, 25 maja 2018

Wszechświecie, o czym marzymy wśród cieni...



zdjęcie: Joanna Polak

Od kilku dni, w najmniej oczekiwanych momentach, przypomina mi się mój czytelnik - PanRomantyk.
Wyskakuje jak diabeł z pudełka przy prozaicznych czynnościach typu robienie kawy, zmywanie czy mycie zębów. Dawno o nim nie myślałam, bo PanaRomantyka nie ma już wśród nas od lat pięciu, sześciu może...czas leci szybko.
Kiedy trafiłam do pracy w bibliotece, moja poprzedniczka, która w bibliotece przepracowała 40 lat (!), pokazała mi karty czytelników i powiedziała, których należy dopieszczać, bo czytają dużo. Mieli stałe, niezmienialne numery, bo normalnym zmienia się z nastaniem nowego roku. Tym specjalnym, robiło się taki myk, by numer został ten sam. Ułatwiało to ich obsługę, bo czytali dużo i nie pamiętali: czytałem czy nie? A jak nie mogli sami przyjechać, ja przygotowywałam kupkę książek i ktoś im odbierał. Mogłam sprawdzić na karcie książki czy stały numerek tam jest....bardzo dobry system, schowajcie się komputery :-)
PanRomantyk miał numer 5.
Znałam PanaRomantyka. Żyjąc swoim ekscytującym życiem w pierwszej klasie LO, zakochana po raz pierwszy po uszy, zaabsorbowana swoim światem, zauważałam PanaRomantyka kątem oka, w biegu. Starszy o 3 lata, uczył się w Technikum Rolniczym w tym samym kompleksie budynków. Nie był trudny do zauważenia, bo zwracał uwagę osobliwą urodą. Krótkie nogi, długie ręce, nieproporcjonalna głowa, zezujące oczy przywodziły na myśl neandertalskie dziedzictwo z przeszłości naszego gatunku.
PanRomantyk chodził zamaszyście, pracując rękoma i biodrami, miał tiki nerwowe, często mrugał oczami, podskakiwała mu głowa, przeciągał dłonią po twarzy...Dziewczyn się bał. Nie rozmawiał za bardzo. Ale wiedziałam, że był bardzo zdolny, zwłaszcza historia i polski. I tyle. Zniknął mi po pierwszej klasie i nigdy o nim już nie pomyślałam.
Asz tu nagle numer 5 :-)
Ciężko było na początku. PanRomantyk zmian nie lubił. Lubił moją poprzedniczkę. Ja budziłam u niego lęk. Mimo, że on mnie też pamiętał, ciężko mu było się przestawić. Żeby mu trochę zostawić przestrzeni, mówiłam do niego Pan...i oswajałam.
Kochał czytać książki historyczne, dobrą fantastykę i science fiction, thrillery, przygodę. Gdyby nie to, pewnie by się w bibliotece przestał pokazywać, ale książki jak narkotyk, ciągnęły....Najpierw stawał bokiem i rozmawiał ze mną półgębkiem, nie patrząc. Nie zaczepiałam go dużo, uciekał miedzy półki. Jednak kiedy zorientowałam się, co lubi czytać, zaczęłam mu podsuwać książki z nowych zakupów, polecać coś, co sama czytałam. Powolutku zaczął łapać kontakt wzrokowy, stawać przodem, bo trudno jednak rozmawiać z kręczem szyi, nie uciekł tak od razu między półki...Do końca został mu tik pocierania twarzy dłonią, ale robił to bezwiednie, nawet jak się już polubiliśmy i czuł się swobodnie. Był nerwusem.
Dowiedziałam się o nim więcej, wychowywała go babka, o której zawsze mówił z miłością. Dochował ją do śmierci. Nie wiem co się stało z jego mamą. O tacie słowo nie padło. Mieszkał w małej wiosce nieopodal miasteczka. Prowadził malutkie gospodarstwo, ale czego się nie tknął wszystko nie wychodziło. Ciągle w długach, ciągle bez pieniędzy, ciągle tęskniący do innego życia.
Jak wielu innych starych kawalerów na wsiach pił. Nie był alkoholikiem. Picie na wsiach to sposób życia. On miał szczęście w nieszczęściu, że się nie uzależnił, ale zapijał smutek, alkohol przynosił rozluźnienie, łatwiejszą mowę bez zacinania się, znosił blokadę między nim a środowiskiem w jakim żył.
A PanRomantyk nie pasował. Bo marzył. Bo czytał. Bo wiedział, że świat jest i może być inny. I był taki rozdwojony. Chciał pasować do wioskowej wesołej gromady, ale nie pasował. Czytał, chciał gadać o książkach, marzył, chciał gadać o marzeniach, kochał, chciał gadać o miłości, a nie o dupiemaryni.
I uważano go na wiosce za wiejskiego głupka. Wioskowa społeczność szybko rozgryzła jego słabe punkty, koledzy i młode dziewczyny, które go fascynowały, wiele razy go upili i okradli, wykorzystali, oszukali. Wiedział, ale pozwalał, choć cierpiał...jednak potrzeba akceptacji była w nim ogromna. Potrzeba wyrastająca ze smutnego dzieciństwa.
Zawsze kiedy pojawiał się w bibliotece był umyty, miał świąteczne ciuchy, czasem nawet na twarzy odrobinę pianki nie wytartą po goleniu. Wiedziałam, że się starał. Choć tak naprawdę, ciuchy śmierdziały trochę, były niedoprane...no i książki brudził. O to szła ciągła walka.
Zwracałam uwagę, że znów książki się kleją, że coś się przyczepiło, że śmierdzą...On się obruszał, złościł, znów stawał bokiem i nie patrzył...W końcu się połapałam.

On dba. Naprawdę. Kiedy chce poczytać, bierze szmatkę i przeciera ten stół pokryty pofalowaną już ceratą. Przeciera. Potem kładzie gazetę i dopiero na nią stawia patelnię, taką żeliwną, starą, od cyganów jeszcze. Na patelni skwierczy jajecznica na boczku. Obok stawia kubek z herbatą, cerata się marszczy jeszcze bardziej :-) Kroi chleb na drewnianej desce do krojenia. Bierze książkę, kładzie wygodnie obok i je, i czyta. Jego świat, w którym ma chwilę oddechu, czas dla siebie. Odpoczynek.

Ta scena zawsze mi się wyświetlała w głowie, kiedy znów trafiały na moje biurko książki zalatujące starym tłuszczem, podwędzone dymem, klejące się od nieznanych, dziwnych substancji...
W końcu dałam spokój. Myłam książki, wietrzyłam, starałam się doprowadzić do jako takiego stanu.
I znów miedzy nami było dobrze.
Aż któregoś dnia, ktoś przyszedł do biblioteki i powiedział, że PanRomantyk po pijaku jechał traktorem, traktor zsunął się do rowu, PanRomantyk wypadł i traktor zmiażdżył mu klatkę piersiową.
I serce.
I moje serce zamarło na chwilę.
Lubiłam go. On mnie chyba też. Byliśmy trochę przyjaciółmi. Numer 5.
I już po wszystkim.
PanRomantyk odszedł.
I powstała dziura, zrobiło się pusto w jego miejscu.
Czasem tak jest, że dostrzegamy obecność, dopiero gdy jest nieobecnością.

PanRomantyk miał dwa pieski. Kochał je, mówił, że to jego jedyni przyjaciele. Popytałam czy ktoś się nimi zajmie, nie wiedziano. Pojechałam z Mążem do wsi. Sąsiadka powiedziała, że jakaś rodzina jest, coś się dzieje..sytuacja psia pewnie w końcu się rozwiąże.
Podupadłe gospodarstwo PanaRomantyka było nieogrodzone, rozwalająca się stodoła, zarośnięte podwórko, zaniedbany dom. I dwa mini psiaki przy drodze, czekające...
Serce mi się złamało wtedy jeszcze bardziej.
Dwa miesiące je dokarmiałam, aż wreszcie przyjechała jakaś kuzynka i zabrała psiaki do siebie.
Kiedy pojawił się jakiś brat cioteczny weszłam do domu zabrać książki, których PanRomantyk nie zdążył oddać.
Dom był brudny, okopcony, zaniedbany jak reszta. Ale w środku był porządek.
I była biblioteczka, stara, z szybami. A tam równiutko ustawione były książki. Jego własne i biblioteczne.
Miałam rację. Dbał.


sobota, 19 maja 2018

Opowiem Wszechświecie jak to z Ezo było...

Bo tak....żyje sobie człowiek Wszechświecie (hm, tu zawsze terapeutka Ewa pytała: a jaki człowiek?), znaczy żyję sobie JA, już 50+. I długo, i krótko, plus malutki tylko 1+.  Kiedy oglądam się zdaje mi się, że mrugnęłam okiem, a w czasie tego mrugnięcia urodziłam się, przetrwałam dzieciństwo i szkoły, zakochałam się, wyszłam za mąż, urodziłam synów, pracowałam....i nagle paczę, a skafander posunął się. 
W tym wypadku lustro prawdy nie mówi. To lustro w łazience kłamało cały czas. Jak nie byłam puszysta mówiło: gruba jesteś, popraw się. Jak byłam już puszysta mówiło: nic nie widać, czepiają się. I wiele innych kłamstw to lustro mi opowiedziało, powinnam się z nim rozprawić za to. Jednak teraz jak w nie patrzę, widzę siebie w najważniejszej Podróży...na najtrudniejszym szlaku jaki można wybrać, za to z super widokami. I ten szlak odbija się w moich oczach, w zmarszczkach, dodatkowych kilogramach, w strzyknięciach w kolanach. Ale idę, bo widoku fascynujące. Choć czasem nie mam siły ogniska rozpalić i śpię w dołku wygrzebanym pod drzewem...Ale nastaje nowy dzień i hajda na szlak :-)
Kiedy już trochę ogarnęłam depresję, terapia indywidualna i grupowa otworzyły mi trochę oczy i lustro w łazience stało się bardziej przyjazne, zrozumiałam pewną rzecz. Czułam brak. Właściwie BRAK. 
Ogarniałam MałąBibliotekarkę, zaczynałam dzięki temu rozumieć DużąBibliotekarkę, ale część mnie była pusta. Tę pustkę czułam coraz bardziej w miarę powrotu do zdrowia. Zaczynałam czuć Siebie, składać puzzla do kupy i brakowało kawałka. 
Zaczęłam szukać. I tak to jest, że jak wyślesz intencję do Wszechświata, on odpowie. Dziękuję Wszechświecie :-)
Znalazłam na blogu pewnej kociary "Za moimi drzwiami", ofertę warsztatów Vedic Art. Idealnie dla mnie, malowanie intuicyjne. Mój talent jeszcze był pod osuwiskiem skalnym, do odkopania, więc tu mogłam zacząć. Pojechałam. Sztywna ze strachu, ale zdeterminowana wrócić do malowania. Sala była zlana słońcem, fajne kobiety spotkałam, a kiedy prowadząca powiedziała: narysujcie swoją intuicję....Blok. Ściana. Czarno.
Wszystkie coś narysowały, a ja miałam pustą kartkę.
Zero intuicji. 
A wiem, że miałam. Niezłą. Umiałam wyczuć ludzi, wiele rzeczy, które zrobiłam jak to się mówi, spontanicznie, wyszło mi na dobre. Miałam, co jest u licha?! Dziewczyny rysowały fale, spirale, kwiaty, słońce...U mnie NIC.
Straciłam. Odcięłam się. Odcięłam połączenie z Duszą. 
Ja odcięłam, bo ona JEST. Ja nie odbieram telefonów. 

I ten moment uświadomił mi, że brakujący kawałek puzzla to Bóg, Źródło, ty Wszechświecie. 

Nie specjalnie mamy tutaj wybór jeśli chodzi o wiarę, religię i te rzeczy. Rodzimy się w jakiejś rodzinie, która ma już zazwyczaj jedynie słuszną ścieżkę religijną, nawet jeśli ta ścieżka to brak religii i wyjścia nie ma. Z każdym jest różnie. Jedni biorą jak swoje, inni biorą z braku laku i niechęci do zmian, inni z hukiem rzucają, inni szukają czego innego...ateiści ostro wierzą, że nie wierzą i nic nie ma.
 Ale nawet neandertalczycy mieli swoje widzenie świata z czymś większym od siebie i swoich umarłych chowali w grobach posypując kwiatkami.
W każdej religii zaszczepia się nam się ideę bytu nadrzędnego, czegoś większego od nas. To jak się później ten byt koloruje, to zależy od systemu religijnego. Ja w katolicyzmie miałam dwutakt: Bóg jest miłością, Bóg cię ukarze jak nie będziesz grzeczna.
Taaaa....to jak to? Kocha czy nie kocha? A jak kocha, to czemu karze? Nie wspiera, nie tłumaczy, nie przytula, tylko grzmi, moralizuje i piekłem straszy? I skoro jestem niegrzeczną dziewczynką, bo rodzice mi tak mówią, to po ptakach...piekło i szatani.
Jako dorosła jeszcze kilka razy próbowałam ogarnąć tę niezgodność, nie wyszło. 
Skoro nie wyszło, to ja wyszłam...i tak zostałam. A Życie potoczyło się dalej. 
Teraz wiem, że nigdy nie byłam sama Wszechświecie. Zawsze byłeś ze mną i prowadziłeś za rękę smutne, naburmuszone i wściekłe dziecko :-)
Nawet mnie pytałeś czy chcę cukierka albo lizaka, a ja odpowiadałam szybko, że NIE. 
Choć chciałam, bardzo. 
Ale nie.
Więc stanęłam przed moją Pustką i sprawdziłam czy to naprawdę Pustka? 
Okazało się, że wcale...wzrok tylko popsuł się, uszy pochorowały, czucie odcięłam...telefonów nie odbieram, ale dzwonią cały czas.
I okazało się, że moja Pustka daje się badać. 
Pojawiły się książki: Rozmowy z Bogiem- N. D. Walscha, Potęga teraźniejszości- E. Tolla, Wędrówka dusz- M. Newtona, Cedry Rosji- W. Megre. Kiedy zaczynasz szukać znajdujesz mnóstwo. Okazuje się, że miliony ludzi też szukały, też potrzebowały i podzieliły się tym co znalazły. Duchowość, ezoteryka, fizyka kwantowa...
Na początku dysonans poznawczy strasznie dokucza. Albo strzelasz w niebo, albo dno i kilometr mułu, czasem strach.
Właściwie dużo strachu, bo okazuje się, że stare programy działają w podświadomości ostro. I kiedy na przykład zdajesz sobie sprawę, że jesteś tak naprawdę formą energii, tak samo jak wszystko dookoła, to za chwilę wyczytasz gdzieś, że tę energię ktoś może ukraść, albo jakiś byt może cię opętać. I HELLOU astral się kłania :-)
A ten schemat znamy przecież, piekło i szatani ;-)
Więc może jakieś znaki ochronne, jakieś rytualik mały, jakieś kamyczki, jakaś tarcza ochronna zwizualizowana :-) 
Każdy coś dla siebie znajdzie. I wcale nie neguję, bo mam kryształy obok łóżka, lampę solną koło lapka, okadzam dom białą szałwią i palo santo. Wzięłam co mi się podobało, kiedy ogarnęłam, że tak naprawdę całe to zabezpieczanie się, to to samo co zachowania zabezpieczające przed atakiem lęku w nerwicy lękowej. Na przykład czujemy podenerwowanie, za chwilę może być atak paniki, więc by tego uniknąć idziemy coś robić...Mój znajomy wypijał magnez i szedł spać. Ktoś układa produkty w szafkach kuchennych według wielkości pudelek albo kolorów. Ktoś grzebie w ogródku bez opamiętania. A ktoś biegnie do spowiedzi...I w sumie każdy może wszystko, co tylko mu pomaga. 
Tylko dobrze jest czasem grzebnąć w środku siebie, bo może się okazać, że okadzasz dom już pięćdziesiąty raz tego dnia, wizualizujesz tarczę już dwudziesty raz, a z ogródka wiozą cię na sygnale do szpitala (taki przypadek znam).
Więc odkryty przeze mnie świat ezoteryki, też ma swoje warstwy i przestrzenie, które można eksplorować, odkrywać i w sumie cieszyć się tym. Bo wiele się tu uczę. O sobie :-)
Czyli Wszechświecie łatwo nie jest.  Za to ogromnie ciekawie. 
Moja Pustka okazała się być bardzo Pełna. Cały Kosmos do mnie zagadał. A ja mogę sięgnąć po to co czuję, że jest mną i Tobą, bo jesteśmy połączeni jak pączek z konfiturą z róży :-)
Ja to konfitura :-) 
A o Ezo jeszcze opowiem, bo znalazłam tam skarb :-)
Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Uduchowiona Bibliotekarka ;-)

piątek, 11 maja 2018

Witaj Wszechświecie, podwójny hejt z pianką proszę.



Małe miasteczka są urokliwe. Każdy kto przyjeżdża do nas, zachwyca się spokojem. Ciszą. Spowolnieniem czasu. Brak pędu najbardziej odczuwają ludzie z miast. Nagle wyhamowują nad brzegiem Bugu...i zdziwieni dostrzegają Świat. Zielone łąki (jak z Corela- mawia mój Mąż), ogromne niebieskie niebo, w nocy nawet gwiazdy widać, leniwie toczące się w wody rzeki, słychać świergot ptaków, cykanie świerszczy, rechot żab...
Natura obezwładnia, wycisza, wstrzykuje do krwi anestetyk, znieczula przed operacją na otwartym sercu. Wie, że nasze serca tego potrzebują, zatrzaśnięte, zbite na głucho w naszych klatkach z żeber. Klatkach, które miały je chronić, ale stały się więzieniem.
I w tej sekundzie oszołomienia nad rzeką, pod ultramaryną nieba, w złotym potoku światła słonecznego serce niektórych zabije innym tempem, doda kilka dodatkowych uderzeń poza zwyczajnym rytmem...I to będą te uderzenia, które przepłyną przez ciało, Duszę i ciebie Wszechświecie. Poruszą kilka zaskorupiałych komórek, zharmonizują, te zaś zharmonizują sąsiednie, te znów sąsiednie...I zaczyna się zdrowienie. Operacja się udała.
A czasem, dodatkowe uderzenia serca zaniepokoją, wytrącą z równowagi, pojawi się lęk, lekarz, badanie holterem, tabletka...Ma być tak jak było.
Operacja się nie udała, pacjent w stanie wegetatywnym. Ale przeżył.
Bo każdy żyje tak jak potrzebuje, na ile się zgadza, na ile sobie pozwala, na ile ma odwagę...

Kojarzysz Wszechświecie PaniąPijaczkę? Kojarzysz, wiem :-) Myślę, że trudno byłoby ją przeoczyć. Barwny z niej ptak. Wyszłam wczoraj z psami na spacer, łazimy tam gdzie nie ma ludzi, a przynajmniej mniej, bo Dred przy mnie robi się zbyt opiekuńczy i poszczekuje, co odbierane jest jako agresja. Więc idziemy sobie, a na przeciw pojawia się PaniPijaczka. Idzie sobie żwawo, lekko się zataczając, potykając, bo sandałki eleganckie na koturence, ale generalnie pion łapie, koryguje kierunek i nasuwa dość szybko. Widać energię w ruchach, zadowolenie i pewną lekkość bytu nawet. Jako córka alkoholika błyskawicznie wyłapuję ilość procentów we krwi (niska średnia), czas poboru procentów (niedawno, około 2-3 godzin wcześniej), oraz skutek poboru ( upiła się na wesoło, romantycznie i tkliwie). Więc idzie sobie PaniPijaczka, a w ręku ma zieloną gałązkę, którą macha beztrosko, czasem podnosząc do nosa i wąchając.
Złapałam Dreda, każę mu usiąść, bo zaraz będzie się awanturował i czekamy na przepłynięcie PaniPijaczki obok.
Znamy się z nią. To mama kolegi moich synów. Znam jej historię z oburzeniem i pogardą opowiadaną na mieście. Kiedy przechodzi, miejscowi zaciskają usta, ślą potępiające spojrzenia. W tym miejscu przyznaję się Wszechświecie. Sama to robiłam lata całe. Wychowana z alkoholikiem, uwikłana we wszystkie mechanizmy współuzależnienia, miałam prawo osądzać i oceniać...Tak mi się wtedy zdawało i taka była moja prawda...Jeszcze 3 lata temu....
PaniPijaczka doszła do nas.
- Pieski, ja bardzo lubię pieski...kocham zwierzęta prosz panią..bardzo kocham...
- Wiem, pamiętam pani Perełkę.
- Taaa, Perełka....(tu oczy się jej zaszkliły, bo Perełka odeszła dwa lata temu, a była bardzo jej oddana)...ja tych co wyrzucają pieski, to bym od razu pod mur stawiała....chodźcie ze mną pieski, dam wam jeść...ja kocham zwierzęta proszpani....
- Spokojnie, te nie głodują. Mają się dobrze.
- Ja wiem, ja panią znam, pani też kocha zwierzęta, ja panią widzę...
I minęła nas, lekko halsując pod wiatr, podśpiewując i wąchając gałązkę....
A mnie Adaś Mickiewicz się włączył:
"Na głowie ma kraśny wianek,
W ręku zielony badylek,
A przed nią bieży baranek,
A nad nią leci motylek.
Na baranka bez ustanku
Woła: baś, baś, mój baranku,
Baranek zawsze z daleka:
Motylka rózeczką goni
I już, już trzyma go w dłoni;
Motylek zawsze ucieka."

 Jej mąż zapił się na śmierć, pili razem. Obwinia się ją, że go rozpiła i przez nią umarł. Jej jeden syn, zapił się na śmierć w wieku lat dwudziestu kilku, spalił się im dom, prawdopodobnie z powodu libacji jaka tam odchodziła. Drugi syn, bardzo zdolny, jakoś wyrwał się z miasteczka, widuję go na facebooku, ma partnera, wyglądają na szczęśliwych...A ona....Ona żyje po swojemu. Ogląda świat przez denko butelki od wina. Co widzi? Siebie. I mnie. I innych ludzi....I ciebie Wszechświecie także. 
Oczywiście mogłaby inaczej. Mnóstwo ludzi tak uważa, ja kiedyś też.
Mogłaby gdyby chciała, gdyby się postarała. Tyle zła wynikło z jej zachowania, skrzywdziła swoje dzieci, zniszczyła rodzinę, nie była dobrą matką, żoną....Mogłaby...
Trafiają mi się takie posty do poczytania...Piętnujące, moralnie wysokie, wybrzmiewają jak z ambony w kościele. Robi mi się wtedy trochę wstyd za siebie, za dawną siebie. Lustra czasem dokuczają :-)
Ale sobie uświadamiam, po raz setny, że nie wiem...Nie wiem Wszechświecie co inni myślą. Co czują, co nimi kieruje. 
Ja sama miałam kilka paskudnych wpadek jako matka. To jak, mogę czy nie mogę rzucać tym kamieniem? Może chociaż żwirkiem?
Bo bez winy nie jestem, a jednocześnie wiem, jak bardzo się starałam, jak bardzo robiąc te wpadki myślałam, że robię DOBRZE. Ile było we mnie spięcia, by nie skrzywdzić, by dobrze wychować synów, by mieli lepiej niż ja...i zrobiłam masę błędów. I ile było w tym Miłości.
Nie jest to wszystko łatwe, nie jest to wszystko proste...Czasem operacja na otwartym sercu się udaje, a pacjent żałuje, że się udała ;-)
Rekonwalescencja trudna, Wszechświecie :-)
Rehabilitacja upierdliwa.
Ale serce zdrowsze.
A na koniec podsumowanie za mnie zrobi Monty Python, bo nic nowego na tym świecie, wsio już było pod słońcem :-)
Miłego dnia Wszechświecie, Twoja Prowincjonalna Bibliotekarka w trakcie upierdliwej rehabilitacji. 

piątek, 4 maja 2018

Wszechświecie...zabijać, czy nie zabijać?


Tak, dziś z rana, a właściwie od wczoraj, męczy mnie pytanie głęboko egzystencjalne...Wszechświecie ciężko tutaj dojść ładu, a Ty nie ułatwiasz. Wyjaśniam zatem.


Chadzam ja do pracy tym sadem dzikim. Dróżka wydeptana przeze mnie i psy wąska, mokra, kręta, ale urokliwa, a wokół zieloność. Mam wrażenie, że przejście tamtędy oczyszcza mnie, wyrzuca z mojej aury zakłócenia, zamienia je na dobrą energię. Tak Wszechświecie, mam aurę, nawet ćwiczę jej widzenie i okazuje się, że widać. Każdy może zobaczyć, jak poćwiczy. To fajne.
Znamy się z tym sadem tyle lat, ja go lubię i czuję, że on mnie też. Przyroda tak ma, oddaje ci to, co do niej wysyłasz. Często zatrzymuję się przy starej antonówce rano, pozwalam by poranne słońce przefiltrowane przez jej listki poświeciło na mnie i dziękuję za ten dzień, który nastąpi. Czuję wdzięczność, proszę cię Wszechświecie o wsparcie, stoję w rozśpiewanej ciszy poranka, oddycham światłem i miłością...potem robię krok na ścieżkę i KRAKCHRUP....

Rozdeptałam ślimaka....
I dobry nastrój jak bańka mydlana pryska. On se biedny wyszedł pożerować, spokojny i szczęśliwy ślimakowatym szczęściem, a ja go CHRUP. Obiecuję sobie, że będę zatem ostrożniejsza, przecież mogę baczniej nogi stawiać, uważniej obserwować....Uf, udało się, już więcej nie rozdeptałam, sporo ich jest tutaj, a nawet więcej niż sporo...a niektóre takie maluśkie.
Wykombinowałam sobie, że w takim razie, by wyrównać straty, czasem przecież nadepnę, to te, które nie zdążyły na chodnikach uciec przed słońcem, przeniosę na trawę w cień, żeby mogły przetrwać upał. Poczułam się lepiej...
Wracając z pracy zobaczyłam na asfalcie ślimaka, który nie zdążył zwiać, przywarł do asfaltu i tak został na cały dzień. Pomyślałam: pewnie już się ugotował, ale przeniosę na trawę, może akurat...Wzięłam go, zrobiłam dwa kroki na trawę i CHRUP, w trawie schował się taki, co był mądrzejszy i na czas zszedł z asfaltu, tylko nie przewidział mojej chęci pomocy mniej rozgarniętemu koledze.
Taaaa...decyzje, decyzje...
Kiedyś, nie tak całkiem dawno, miałam wrażenie, że mi kłody pod nogi rzucasz Wszechświecie, a ja nie mogę nic na to poradzić. Czarno było. Potem powoli na terapii, warsztatach, czytając książki, które jakoś do mnie przychodziły, zaczęłam dostrzegać swoją sprawczość w świecie. Moje decyzje i ich skutki. Moje wybory i ich skutki. I wcale się nie ucieszyłam, to było straszne. Lepiej jednak jak myślisz, że to Wszechświat cię nie lubi i dokucza. Wygodniej, choć siedzisz na gwoździu w studni, ale przynajmniej można obwiniać innych i Kosmos. A tak? Trzeba czepiać się do siebie :-)
Co nawet długo robiłam. Bo przecież nikt nie powinien deptać ślimaków, można być uważniejszym...
Doceniam Twój przewrotny humor Wszechświecie, niezła lekcja. Choć może trochę dezorientująca.
Bo jak pomogę jednemu ślimakowi, to moja decyzja zniszczy życie drugiemu ślimakowi, może temu mądrzejszemu...

Przychodzi do biblioteki czasem PanWariat. Przechodziłam z nim już dwa cykle wariactwa, bo jednak słabo się uczę i potrzebuję powtórek. Współczułam  PanuWariatowi, pozwalałam korzystać z internetu, choć słuchał głośno, cały czas pstrykał myszką, gadał do siebie, dokuczliwy był i dla mnie, i dla czytelników. Ale znam jego historię rodzinną i ona nie fajna bardzo, a jeszcze on w wieku moich chłopaków...Wytrzymywałam. PanWariat też powtarzał cykl, pojawiał się u mnie jak przestawał brać leki. Co dzień był coraz bardziej nakręcony, rozkojarzony, podejrzliwy, zaczynał się czepiać, że go szpieguję ja i inni...aż w końcu musiałam mu twardo powiedzieć, że ma już nie przychodzić. Wtedy krzyczał, groził, wracał jeszcze kilka razy, aż lądował w szpitalu. I był spokój. Dwa cykle, aż załapałam. Rok był spokój.
Asz tu nagle....PanWariat niepostrzeżenie zalągł się u koleżanki w Oddziale dla Dzieci. Cwaniak. Nie zauważyłam, a on już tam kilka dni siedzi na internetach. Tłumaczę koleżance, że może jednak PanaWariata, zanim się rozkręci, usuniemy, a ona do mnie, że szkoda go, on w domu tak ma okropnie i w wieku naszych dzieci on.
Wszechświecie, ty to masz pokręcone poczucie humoru :-)
 Dobra, myślę, ja swoje lekcje odrobiłam, dajmy szansę koleżance. Jak on ją zmorduje to i ona załapie. No taka chciałam być sprytna :-)
I tak się złożyło, że jak PanWariat wszedł na wysokie wariactwo, koleżanka miała urlop. I to ja musiałam go wyprosić i znów przerobić awanturę, groźby i trochę strachu.
Decyzje, decyzje...Nigdy nie wiadomo.
To mam tę sprawczość czy nie mam? Coś tu się da kontrolować, czy nie?
Myślę, że kontrolować to raczej nie.
Jedno jest pewne. Przyczyna i skutek :-)
Muszę nad tym jeszcze pomyśleć Wszechświecie. Proszę o dalsze wskazówki. I jednak mniej ślimaków na moich drogach...
Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka, spokojniejsza, bo PanWariat znów w szpitalu :-)
Oczywiście podobieństwo czegokolwiek do realu przypadkowe :-)