Obserwatorzy

niedziela, 31 stycznia 2021

Czarna Dziura Wszechświata

 

Jest mnóstwo rzeczy nad którymi nigdy się nie zastanawiałam. 

Chyba większość z nas tak ma. Płyniemy przez życie popychani przez wichry przypadków, zdarzeń, wypadków. Ogarniamy to wszystko w oczekiwaniu na następne niespodzianki, próbując jakoś zminimalizować straty. I jak osiołek widząc przed sobą marchewkę na patyku, liczymy na Nadzieję. 
Największe oszustwo Wszechświecie, ale jakie ładne...
I jak pięknie nas ustawia w jednym miejscu, zamraża w oczekiwaniu, odbiera możliwość działania.
Choć oczywiście można Nadziei użyć inaczej, ale to trudne. 
Bo wtedy trzeba coś robić. Żyć i ponosić konsekwencje. A te nieprzyjemne, mogą spowodować, że utracimy kruchą i wiotką Nadzieję. Ups....

Budowałem na piasku
I zawaliło się.
Budowałem na skale
I zawaliło się.
Teraz budując zacznę
Od dymu z komina.

Leo Staff, lekko zgorzkniały...



W pracy produkuję sprawozdania. Styczeń i luty to taki czas. Już dawno temu zorientowałam się, że we Wszechświecie istnieje wielka, Czarna Dziura. I kiedy klikam enter, bądź naklejam znaczek i wrzucam kopertę ze sprawozdaniami do skrzynki pocztowej, to one wszystkie lecą prościutko do tej Dziury.
Mijają horyzont zdarzeń i znikają bezpowrotnie. 
Choć ten rok jest dziwniejszy od innych, więc zastanowiłam się, czy te sprawozdania nie ominą Czarnej Dziury i jednak nie wrócą do mnie w formie tortu jak w slapstikowym filmie.


Trzeba podać GUSowi ile dni zamknięcia biblioteki było w tym roku. Niby proste. Dwa razy nas zamykali, na wiosnę, prawie dwa miesiące, na jesieni dwa tygodnie. Zgodnie z rozporządzeniami Góry. Pozostałą część czasu działałyśmy. Oczywiście maseczki, dezynfekcja, wietrzenie, dystans, kwarantanna książek, itp. 
Otóż to nie takie proste. Według GUSu biblioteka, która nie pozwalała na dostęp do półek (tylko obsługiwała bibliotekarka w przedsionku np.) liczy się jako zamknięta. Moje koleżanki w sąsiednim mieście, większym zdecydowanie, tak mają od wiosny. Nie wpuszczają. Czyli są zamknięte cały czas. Ja zdecydowałam wpuszczać po jednej osobie (zamaskowanej i odkażonej) do wypożyczalni, bo mała biblioteka jestem i tłoku u mnie nie ma nigdy. Więc oprócz przymusowego zamknięcia, według GUSu jestem otwarta cały czas. 
I to fajnie, co Wszechświecie?
Ale dyrektorka z sąsiedniego miasta boi się, że ktoś się do niej przyczepi, że cały czas zamknięta.
A ja zastanowiłam się...A jak się okaże, że tylko ja, w calutkiej Polszcze taka odważna, że się nie zamknęłam? I co wtedy? Reflektory Władzy oświetlą mnie w celu dania medalu, czy postawienia przed plutonem egzekucyjnym za narażanie życia czytelników?
Nie mam już złudzeń, ogólna sala w Psychiatryku to nasze obecne miejsce pobytu.


Ostatnio Miasteczko żyło historią, która wydarzyła się na parkingu przed sklepem. Otóż PewnaPani wybrała się na zakupy. Zamaskowana i zdezynfekowana wzięła wózek i ruszyła do sklepu. A ze sklepu wychodził PewnienPan. PewnienPan nie miał wózka, zakupy tachał w reklamówce. I nic by się nie zdarzyło, ale PewnaPani zdecydowała się nieść kaganek pandemicznej oświaty i słusznego oburzenia. Mając za sobą całą potęgę Władzy Kraju Naszego i nie tylko, wielkich teczek z obostrzeniami, autorytetów naukowców, lekarzy i genetyków na całym świecie oraz Wielkiej Narodowej Telewizji, ostro szurnęła do PewnegoPana, że jest bez maseczki. 
PewnienPan nie jest gadułą, więc powiedział, że on nie musi.
PewnaPani odparła, że wszyscy muszą. 
PewnienPan odparł, że nie, nie wszyscy. On nie musi i ma na to papiery.
To było ostrzeżenie. 
Ale PewnaPani nie zrozumiała i zablokowała PewnegoPana wózkiem w celu udzielenia mu lekcji sanitarno-epidemiologicznej, bądź też wezwania policji...nie wiadomo.
Bo w tym momencie zablokowany i szturchnięty wózkiem PewienPan zamachnął się i torbą z zakupami przylał PewnejPani w twarz, aż kobieta upadła i nogami się nakryła. A on spokojnie poszedł do domu.
PewnaPani z płaczem pobiegła na policję.
PewnegoPana wezwano do wyjaśnień, stawił się, wyjaśnił i dostał pouczenie. Nie bić nikogo.
Bo PewnienPan jest PanemWariatem i naprawdę NIE MUSI ;)

Przyznam, że obśmiałam się jak norka, bo ja znam PanaWariata, wszyscy go znamy.
Jeśli się go nie zaczepia, on też nie zaczepia.
I nie wiem w tym momencie, kto bardziej jest wariatem, PanWariat z papierami czy my wszyscy?






Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka, z papierami!





wtorek, 19 stycznia 2021

Pomocna dłoń Onych Wszechświecie.

 

Mróz, mróz, mróz...!!!

Jak ja się cieszę!
Wstałam dziś o 6 rano, wzięłam suczkę i poszłyśmy. Śnieg chrzęścił pod stopami, iskrzył jak posypany brokatem, rozjaśniał tę dokuczliwą ciemność styczniowych poranków. Zaciągałam się mroźnym powietrzem aż do pięt. Fala ostrego chłodu budziła mnie, orzeźwiała, zamrażała, szczypała w policzki i nos. Mróz wciskał się pod kurtkę, w rękawy, przepływał po kostkach. Już zapomniałam trochę jakie to cudne uczucie. To czucie zimna i radości, lodu i żywotności. 
Po prostu szczęście z powodu bycia na tej właśnie planecie, właśnie teraz.


Trochę ostatnio wyhamowałam, zahibernowałam. Patrzyłam na bieg zdarzeń stojąc z boku, zajmując się codziennością najbliższą, tą tuż przy skórze. To dobre miejsce, spokojne, lekko otulające  szarą mgiełką obojętności i tumiwisizmu. Doprawione pomarańczem sarkazmu i odrobiną jadowicie różowego cynizmu...Taaa...
Posiedziałam.

A potem obudziłam się stojąc przy zlewie z obierkami ziemniaków w rękach.

Bo nagle w środku mnie, w wirze czerwieni, pojawiła się złość. Moja Nie-Przyjaciółka.

Nie zgadzam się - powiedziała. Nie lubię - powiedziała. To idiotyczne - powiedziała.

Spojrzałam w kąt kuchni gdzie, stoją pojemniki do segregacji śmieci. Na papier, na szkło, na mieszane, na plastik,  koszyk na nakrętki i ostatnio dostawiliśmy pojemnik na BIO. Ciągle się mylę. Co raz nurkuję w pojemniku ze zmieszanymi i wyciągam skorupki jajek, skórki pomarańczy, kawałki warzyw. Fusy z kawiarki zostawiam, klnąc pod nosem brzydko, tego już nie wydłubię. Ostatnio stałam chyba pięć minut zastanawiając się czy mąka pozostała ze smażenia schabowych to do zmieszanych czy bio. Opakowania są dziwne, wydaje się w sklepie, że są z papieru, ale jak dotykam i przyglądam się lepiej, to wydaje się, że to plastik. Pewności nie ma, czy do papierów, czy do plastiku...

Porządny człowiek segreguje, prawda?
Porządny człowiek dba o planetę...
Porządny człowiek ratuje Matkę Ziemię...
Porządny człowiek nie chce by Greta Thunberg na niego krzyczała, że zostawia swoim dzieciom pustynię...

Wygląda na to, że nie jestem porządnym człowiekiem. Kolejny mój mit o mnie samej upadł ;)
Bo patrząc na sześć głupich pojemników  w mojej małej kuchni czuję złość i niezgodę. 
Do licha! Pamiętam czas, kiedy pakowało się w papier, kiedy mleko było w butelkach, kiedy butelki wszystkie były zwrotne. Potem pojawił się plastik i w sumie wszyscy się cieszyliśmy. To było fajne, wygodne. Nikt nie protestował, to była nowoczesność. A potem się zaczęło...plastik to wróg! 
Nie kupuj torebek foliowych, nie kupuj w plastikowym opakowaniu, segreguj, patyczki złe, rurki złe, kremy i mydła rób sama. Rozwinęło się tak, że nawet kupowanie w szmateksach było cool, a kupowanie w nowych rzeczy nie. A butelek i słoiczków nikt nie chce przyjmować. Makulaturę zbierają z łaski dwa razy w roku. Skoro plastik jest taki zły, to czemu coraz więcej go w sklepach?
I czemu mam się czuć winna gdy go kupuję???

Nawet nie chce mi się wszystkiego przytaczać o tym jak być dobrym, porządnym człekiem chroniącym Matkę Ziemię. Bo próbowałam, mocno. I mam dość. Mimo złego wzroku Grety...


Mam wrażenie, że działania pozorowane na tej planecie to standard.
Ja szukam papierowych opakowań, bo podobno bardziej ekologiczne, a producenci wymyślają plastik podobny do papieru. I goni kot myszkę ;)
Sześć pojemników w kuchni.


A taką rozmowę odbyłam z młodą dziewczyną na FB. Na temat zamykania bibliotek i stawiania książkomatów:
Ja: Bardzo niedobrze, bardzo...ale w sumie, po co mamy czytać? Im głupsi, tym lepiej.

Ona: tu raczej chodzi o to, żeby wszystko przerzucić do sieci.

Ja: A po co? Co złego jest w realu?

Ona: Nakład finansowy i surowcowy do wydania realnych książek. Ile papieru, kleju, tuszu i plastiku trzeba zużyć żeby zrobić książkę? Ilu osobom trzeba zapłacić za stworzenie materiałów i wykonanie produktu końcowego? Ile zanieczyszczeń powstanie w trakcie produkcji?

Ja: Aaa, w tę mańkę...Cyfryzacja też niesie ze sobą mnóstwo kosztów, te wszystkie kable, serwery, laptopy, komputery, myszki, podkładki, routery, wi-fi itp, słuchawki, klawiatury, światłowody. To wszystko plastik i cenne metale i prąd, prąd, prąd. Ech...ja w zeszłym roku w domku kilka myszek i klawiatur zmieniłam, bo siadały. Generalnie, dom wariatów mamy tutaj na planecie 😉

Ona: Prąd już co raz częściej jest pozyskiwany z ekologicznych źródeł energii odnawialnej, a sprzęty o których mówisz oddaje się do specjalnych punktów utylizacji gdzie są rozkładane na części i jest z nich odzyskiwane tyle surowców ile tylko się da.

I tak sobie pogadałyśmy...
O święta naiwności...specjalne punkty i energia odnawialna.
Ale Greta na nią nie nakrzyczy...chyba.
Proszę, specjalny punkt utylizacyjny...

 I tak się kręci w Psychiatryku Wszechświata.

A teraz druga historia, pozornie nie łącząca się z tym co wyżej, ale czyżby...?

Siostra moja pracuje w DPS-sie, Domu Pomocy Społecznej- dla niezorientowanych. Spory to dom, około 100 pensjonariuszy. Jak to starość, różnie to przebiega, część emerytów ma kontakt z rzeczywistością, część nie ma, część chodzi, część leży. Ale mieli spacery, wycieczki, odwiedziny rodziny, mogli sobie kupić coś na mieście sami bądź poprosić obsługę. Papierosy i słodycze najczęściej, ale też i gazety, krzyżówki itp. I nagle to wszystko karchnęło w marcu. Nawet na dziedziniec nie mogą wychodzić. A mamy styczeń, zaraz rok zamknięcia. 

Moja siostra weszła do pokoju pani, która raczej kontakt z rzeczywistością łapie rzadko. I usłyszała:

- Pani Asiu, już nie ma wirusa! Nie ma! Siedzę na łóżku, patrzę, a on idzie po mojej kołdrze. Wirus! To ja wzięłam papierek od cukierka, złapałam go w papierek, zwinęłam szybciutko w kulkę i tę kulkę tak podusiłam, podusiłam, pościskałam. I szybciutko do łazienki, do kibelka, spuściłam wodę i nie ma!
CZY JUŻ MOŻEMY IŚĆ NA SPACER?

Ratuj Matkę Ziemię...
A może jednak ratuj siebie...
Ziemia sobie poradzi.

Kochasz swoich rodziców, zamknij ich.
Noś maseczkę by chronić innych.
Zaszczep się, by chronić innych.
Bądź odpowiedzialnym obywatelem, segreguj, nie przenoś, nie zarażaj, trzymaj dystans.
Raportuj o nieodpowiedzialnych ignorantach, płaskoziemcach, foliarzach, nosach, antyszczepionkowcach i antysystemowcach.
MY cię poprowadzimy, My ci pomożemy, MY zapewnimy ci bezpieczeństwo...

Nie mam pojęcia kto to są ci MY...

Może ty wiesz Wszechświecie?


PS. Wiele lat uważałam, że używanie ręczników papierowych to niszczenie naszej planety. Nie można! Używałam ścierek bawełnianych, cięłam starą pościel. Te ściereczki nie schły, śmierdziały, trzeba było często prać. Aż wreszcie się zbuntowałam trzy lata temu, kupiłam ręczniki papierowe.
Już ich nie oddam, bosze jaka ulga...


 Pozdrawiam Wszechświecie, zbuntowana foliarzówa Prowincjonalna Bibliotekarka ;)




piątek, 25 grudnia 2020

Okoliczności łagodzące Wszechświecie.

 



Święta płyną...
Ziemia dopełnia swoje kółko wokół Słońca, przyroda odpoczywa, jakieś koniunkcje zachodzą, era Wodnika nadeszła...
Kiedy jechaliśmy do domu z Wigilii u mamy, drogi były puste. Noc ciemna, niebo mroczne i zachmurzone. Połówka zamglonego księżyca wypływała zza chmur w szaro-rudym oparze wilgoci. Droga przed nami, oświetlona światłami samochodu, pusta i prosta, prowadziła w ciemność...
Istniała tylko w świetle. 
Dalej Nieznane.

Senna i zmęczona patrzyłam przed siebie, godząc się na to wjeżdżanie w pustkę i ciemność, bo dom był coraz bliżej. Ciepłe łóżko z nową, mięciutką pościelą, suczka sapiąca cicho w śpidełku, mruczące koty...
To wszystko było w tej ciemności przed nami, więc jechaliśmy do domu.


Wszyscy wyczekujemy końca wstrętnego, męczącego, straszącego 2020 roku.
Niech sobie już idzie. Niech się doda na końcu ta jedynka i magicznie zmieni zło na dobro, niepokój na spokój, strach na nadzieję. Bo jesteśmy zmęczeni, źli, przerażeni, bez kasy...


I ponieważ jakoś tak dużo głosów podobnych zaczęłam słyszeć, to zaczęłam się zastanawiać jak to ze mną? Dołączę do chóru jęczących hejterów czy nie?

Posadziłam rok 2020 na ławie oskarżonych...
Najpierw uznałam, że właściwie pojęczę. W styczniu leżałam o tej porze z bolącym kręgosłupem i zapaleniem zatok. Potem nas zamknęli i się bałam. Potem nawrót zapalenia zatoki i kleszcz mnie dziabnął. Potem operacja, powikłania, teraz znów operacja. Długa i upierdliwa rekonwalescencja, i znów leżenie. Wydatki, bo prywatna klinika...jeju, co za rok! I Kolega Wirus paranoiczny...

I tak zbierałam te spleśniałe okruszki 2020, ale okazało się, że to nie do końca tak.

Bo kręgosłup zmusił mnie do odwiedzenia rehabilitanta Grzegorza. I to było bardzo dobre. Polecił mi on kijki i ćwiczenia. I polubiłam to. Weszło w rutynę, co bardzo mi służy. Nauczyłam się też płukać zatoki, co okazało się rewelacyjnym środkiem leczniczym i zapobiegawczym dla tychże. Plus dodatni.
Dzięki operacjom miałam o czym pisać na blogerze :) A poza tym luksusowa klinika była nowym doświadczeniem. Okazało się, że "program biedy" już u mnie nie jest taki aktywny. Wcale nie żałowałam kasy. Nie bałam się tak mocno. I w ogóle byłam bardzo odważna! Brawo ja!
Rekonwalescencja też nie taka zła. Zadziwiająco sprawnie Mąż zmienia opatrunki. Zaskoczył mnie po 33 latach razem. Nie powiem, troszku nawet wykorzystuję sytuację biednej rekonwalescentki, to przyjemne. Też plus dodatni. I zdobyłam Ślężę, i byłam na Mazurach.
A Kolega Wirus, jak to wirus, niewidoczny, jest, nie ma, nie wiadomo. 
Stanęłam na stanowisku mocno sceptycznym i dobrze się tam czuję. 

Zorientowałam się również, że wiosenna "kwarantanna" też przyniosła korzyści. Nadrobiłam w bibliotece biurokrację. Zrobiłam skontrum, co jest przekleństwem w bibliotekach, a poszło znośnie. Potem dotarło do mnie, że jak jest panikodemia, to nikt na kontrolę nie przyjedzie! Super! To mi uświadomiło, że bałam się jednak zawsze tych kontroli. Choć udawałam, że nie. I tak zaczęłam o tym rozmyślać, skąd to i dlaczego...a potem przyjechał na kontrolę pan z PIPu i podeszłam do sprawy na luzie. WOW! Dzięki Kolego Wirusie, pokazałeś mi co ważne i mniej ważne.

Ważne były spokojne popołudnia przy ognisku z mężem i synem. Ważne były spacery z kijkami, oddychanie, cieszenie się tulipanami w sadzie, niebieskim niebem, słońcem, rzeką.
Huśtanie się na hamaku.
Była też magia, dużo białych piórek i nowy kot.
Ważna byłam JA i MY. 
Czas dla MNIE i dla NAS.


Więc oskarżony 2020 okazał się, mimo pewnych przewinień, nie taki zły.
Zaistniały okoliczności łagodzące.
Sprawa oddalona ;)

Bo wszystko się toczy na tym świecie tak jak trzeba. 
Życie płynie.
A my razem z nim.

Więc świętujmy, przytulajmy się, głaszczmy koty i psy, patrzmy w niebo.
Bo trzeba ŻYĆ :)





PS. I taka historia usłyszana na wigilii:
Na pewnej wsi podlaskiej mieszkało sobie małżeństwo, emeryci z synem rolnikiem. Dziadek emeryt dorabiał sobie przy pracach budowlanych. A, że był dobrym, rzetelnym fachowcem, miał roboty po pachy. W listopadzie jakoś zaczął kaszleć i trochę źle się czuł. Ale ponieważ był rzetelny, to stawił się u mojej ciotki i wujka. Naprawiał dach na jakimś budynku, kaszląc i smarkając. Potem zjadł z nimi obiad i pojechał do domku. Zostawił po sobie wirusa, ciotka z wujkiem przechorowali i spokojnie wyzdrowieli, lekarka stwierdziła grypę. Ale Dziadek emeryt wylądował w szpitalu i po kilku dniach umarł. Oczywiście na Kolegę Wirusa, bo po co marnować taką okazję, szpital i zakład pogrzebowy zarobiły więcej. Wszak Dziadkowi emerytowi wszystko jedno już.
Zakład pogrzebowy po wielu perypetiach dostarczył w końcu trumnę z Dziadkiem do domu. Szczelnie zamkniętą, z zaleceniem nieotwierania pod groźbą wszelkich, dotkliwych kar.
Jednak Babcia emerytka, rdzennie podlaska, uznała, że tak być nie może. Wezwała syna z narzędziem mocnym, odtworzyli trumnę, a tam Dziadek nagusieńki, zawinięty jak mumia w plastiki i śmierdzący chemią aż w nos szczypie. Babcia emerytka załamała ręce. Ale to zaprawiona w bojach kobieta. Odkręcili z folii Dziadka, umyli, ubrali w garnitur, włożyli buty. Złożyli ręce, włożyli w nie różaniec i obrazek. Wezwali sąsiadów i tak jak trzeba odśpiewali wszystko, odmodlili, odpłakali.
A rano pożegnali się i zamknęli trumnę.
I wszystko odbyło się jak Bóg przykazał.
Amen.





Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja łagodna sędzina, Prowincjonalna Bibliotekarka ;)

sobota, 12 grudnia 2020

Wojny urojone Wszechświecie.

 


Zima się rozpędza.
W tym roku nawet wydzieliła trochę śniegu, skąpo, bo skąpo, ale pobieliła świat. Przykryła cieniutkim białym filtrem wszelkie brudne brązy, szarości i zgniłe zielenie. 
Dla przypomnienia, że świat może tak wyglądać: spokojnie, biało i czysto.
Że w mroźnym powietrzu mogą być tylko zamarznięte kryształki lodu. 
A nie KolegaWirus.

Muszę przyznać, że mam z KolegąWirusem niejaki problem. Za nic nie mogę się przekonać, że on jest, w sensie taki groźny, bo, że koronawirusy są, to ja wiem od dawna. 
No próbowałam, nawet na początku uznałam, że może to i prawda, co się dzieje. Kilka tygodni wiosną bałam się, martwiłam i zastanawiałam się, jak ochronić siebie i rodzinę, aż cyknęło w głowie: zaraz, poczekaj, rozejrzyj się...
No i załapałam, że żadna sprzedawczyni nie choruje w sklepach. Dziewczyny bez maseczek, bez zasłon plastikowych obsługiwały kilkuset klientów dziennie aż do połowy marca i zdrowe. Czasem posmarkają i tyle. To był moment w którym zrozumiałam, że wyrzucenie telewizora 5 lat temu było mądrym bardzo posunięciem. Zrozumiałam też, że należy patrzeć na to co wokół mnie, nie dalej.

Przypomniałam sobie lekcje chorób wewnętrznych w studium pielęgniarskim. Kiedy prowadzący omawiał choroby, człek miał wrażenie, że ma wszystkie objawy. To nie tylko ja, żartowaliśmy z tego z kolegami: bosze jak mówił o bólu brzucha, to mnie mój brzuch zaczął boleć!
Zapytałam niedawno mojego lekarza (prywatnego, bo on się nie zamknął) na wizycie, czy tak miał też. No miał :) 


Zrobiłam jakieś kółko, bo w grudniu 2019 o tej porze leżałam na kanapie z netflixem i żelkami, kurując kręgosłup. A teraz znów leżę na kanapie z netflixem i orzeszkami pistacjowymi dla odmiany, bo jestem po operacji. Drugiej już, bo po pierwszej w sierpniu zrobiły się powikłania.

Mój Mąż, na wiadomość o powikłaniach, z lekką rezygnacją powiedział: z tobą to nigdy nie było łatwo....
Faktycznie, zbiegło się to niestety z tzw. drugą falą i paranoją w szpitalach. Mój lekarz rodzinny, jak się zamknął wiosną, tak się nie otworzył do dziś. Ludzie stoją na schodach w deszczu i śniegu, to ci szczęśliwcy, którzy dostali prawo do wejścia do przychodni. Reszta tylko telefon. A ja muszę znów mieć zabieg. Normalnie, w państwowych szpitalach niemożliwe to. Wszystko zawieszone. A mnie boli. Więc podjęłam decyzję: prywatny szpital. W życiu bym się nie spodziewała, że skorzystam z czegoś takiego. Zawsze mi się to wydawało poza zasięgiem finansowym, tylko dla ludzi bogatych. Ale życie  codziennie teraz weryfikuje moje poglądy. Nie ma sprawy, pożyczki też dla ludzi.
Znalazłam panią doktor w prywatnej klinice w centrum Warszawy, miłą, kompetentną. Poczekałam trochę i dwa tygodnie temu weszłam do luksusowej przestrzeni ludzi bogatych.

Tu mała dygresja: na tydzień przed operacją, przyszła moja kadrowa i kazała podpisać wniosek o wypłatę jubileuszówki za 30 lat pracy. Spora niespodzianka, bo myślałam, że to za rok.
Obyło się bez pożyczki.

Ostatnio czytałam książkę " Gdy wszystko się zmienia, zmień wszystko" N.D. Walsha. 


Choć  może "czytałam książkę" jest na wyrost, bo utknęłam na stronie 30 i dalej nie mogłam. Bo tam jest 9 zasad, a druga wydała mi się nie do przejścia: zamień Obawy w Zaciekawienie.
Jak??? 
Miałam mnóstwo obaw. Cały ten rok mi dokuczył, kręgosłup, zatoki, kleszcz dziabnął i teraz operacja, powikłania i znów operacja, i znów możliwość powikłań...i paranoja na świecie, i znów biblioteki zamknęli, i znów...dużo, co będę pisać. I najgorsze, zrobią mi test na KolegęWirusa, jak będzie dodatni, kłopoty dla Męża i Syna, koleżanki w pracy....To ostatnie to naprawdę mnie denerwowało i stresowało. Nadal nie rozumiem (choć podejrzewam) czemu testuje się zdrowych ludzi i wychodzą im dodatnie wyniki?!
I tak się biłam z tym, kombinowałam, aż upłynęło trochę czasu, a ja się łapię na tym, że zastanawiam się jak taka prywatna, luksusowa klinika działa, jak to wygląda w środku, jak to będzie? No ciekawość nagle mię ogarnęła. Razem ze strachem i obawami, gdzieś pod spodem zauważyłam u siebie ekscytację i ciekawość. Bingo ;)
Wszystko splotło się w łatwiejsze do ogarnięcia emocje, zrobiło mi się ciut lżej. Choć na początku zastanowiłam się: czy ja normalna jestem, że mnie to ciekawi? Że część mnie traktuje to jak przygodę? Wszak chodzi o moje zdrowie, operację, ból, tu trzeba się bać, to jedyna poprawna reakcja... 
Ale jednak, nie ma totamto, poczułam, moje.
Ciekawość.

Klinika jak najbardziej luksusowa. Personel spokojny, miły i pomocny. Test wyszedł ujemnie, choć to wkładanie do nosa patyczka jest ekstremalnie nieprzyjemne. Ale wynik był po 15 minutach. W pokoju szafa na prywatne ciuchy i sejf. Pokój dwuosobowy, pościel z miękkiej bawełny, ciepło, czysto. Między łóżkami parawanik dla prywatności. Pielęgniarki pukały zanim weszły, nie zapalały górnego światła, ŻADNA nie nosiła drewniaków. Wszystko się odbyło dobrze, w miarę bezstresowo, a jedzenie było rewelacyjne. 
Czyli można. Zapytałam jak im się pracuje w tym roku. Pielęgniarka zeznała, że mają 11 łóżek, które cały czas są zajęte. Powiedziałam, że ja szukałam w normalnym szpitalu terminu, ale tam to może na wiosnę byłoby najszybciej. A pielęgniarka odpowiedziała:
- no tak, bo oni się zamknęli...
ONI.

Czyli można się nie zamknąć.
Sporo się dowiedziałam, zwiedzając luksusową, prywatną klinikę.
Dlatego moje wewnętrzne poczucie, że Kolega Wirus jest bardziej wirtualny niż prawdziwy, bardzo szanuję. I ufam sobie w tym względzie.

Mam czytelniczkę, PrawdziwąPolkę, która zorientowała się, że jednak niekoniecznie ci na których głosowała dotrzymują obietnic wyborczych. Ale powiedziała: no cóż, wybraliśmy i musimy się tego trzymać. Zdecydowanie zapewniała o tym siebie samą, bo ja już wiem, że w każdej chwili i z każdego zobowiązania czy wyboru, mogę się wycofać. I nie czyni to ze mnie głupiej :)
Ona o tym nie wie.
No cóż, któż chce wyjść na głupka?
Więc rozwijamy paranoję kreatywnie, bo to prostsze, niż się wstydzić.

Mistrz Daukszewicz napisał w ostatniej książce:
- To co widzicie i słyszycie, to nie jest to, co się dzieje.

N.D. Walsh zaś napisał: 
"...Bądź ze sobą. Skup się na chwili obecnej. Możesz słuchać swojego oddechu albo patrzeć na jakąś rzecz w pomieszczeniu. A potem spokojnie, łagodnie daj sobie pozwolenie, aby - jeśli zechcesz- dokonać wyboru. Przyjmij nową prawdę.
Prawdy się nie odkrywa, prawdę się tworzy".

Straszne co? Taka samodzielność...

PS. Jotko, mój syn po morsowaniu dostał półpaśca. Raczej już do tego nie wróci ;)

PS2. Wiewiórko, oto nowy nabytek, czwarty do kolekcji. 



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja luksusowa rekonwalescentka, Prowincjonalna Bibliotekarka.

niedziela, 22 listopada 2020

Karawana idzie, a psy szczekają Wszechświecie.

Dziś był pierwszy poważny przymrozek.

Kiedy wyszłam o siódmej rano, wszystko było pokryte bielutkim szronem, a liście w sadzie spadały z drzew jak piórka, wirującym lotem. Cichutki deszcz zwiniętych, szarawych listków. Kiedy szłam pod drzewami moje stopy deptały kruchy, zamarznięty dywan, jakbym kruszyła bezę: chrup, chrup...
Z wielkiej sterty liści, które mój mąż przywiózł od teścia i wysypał w naszym sadzie, leniwie podniosła się Dziewczynka, moja suczka z sadu. Ona uwielbia liście, robi sobie w nich takie gniazdo i w nim sypia. Mimo tego, że w krzakach stoi ciepła buda, Dziewczynka długo korzysta z liści. Porozciągała się uśmiechnięta i poszła ze mną i Fasolą, suczką domową, na spacer kijkowy.

Na tych spacerach myśli mi różne przychodzą, przepływają, czasem zostawią po sobie przykry smak, czasem słodki. Czasem coś mi się przypomni z czasu, który już przeszedł, ale nadal jest.

Kiedy moi synowie byli mali, też chodziliśmy na spacery. Nad Bug, na błonia nadrzeczne, do Topoliny. Zawsze młodszy syn biegł przed nami, a starszy szedł za nami. Młodszy zawsze był szybki, chodził od dziewiątego miesiąca życia, szybko. Starszy miał cięższą doopkę i zaczął chodzić w jedenastym miesiącu życia, ostrożnie. I tak sobie szliśmy ulicami, a za płotami na podwórkach były psy. Młodszy mijał je w pędzie, nie zwracały uwagi, my przechodziliśmy, nie zwracały uwagi, a potem nagle za nami rozlegało się szczekanie...mijał psy starszy syn. I tak podwórko po podwórku, wszędzie tam gdzie biegały psy.

Działo się tak dlatego, że starszy się bał psów. Kiedy miał może ze cztery lata, pies sąsiadów dziabnął go w stopę. Nie było mnie przy tym, syn przybiegł do domu z płaczem i przerażony. Właściwie nie było śladu po dziabnięciu. Pewnie pies po prostu pokazał: odejdź i zostaw mnie. Inaczej lałaby się krew. 

Utuliłam wtedy syna, pokazałam, że stopa cała i śladu nie ma. Popłakał, posmarkał i przeszło. Ale reperkusje trwają do dziś, syn ma już 33 lata i boi się psów, nie tylko się boi, on ich nie lubi i nie ufa im. Mimo tego, że długo próbowałam go przekonać, że psy są jednak fajne.

Jedno zdarzenie. Wcale nie bardzo dramatyczne, a skutki na całe życie. 
Psy czują jego strach i niechęć. Czują chemię jego ciała, a ona mówi im, że to człowiek w strachu, przerażony i zły. A taki człowiek jest zdolny do wszystkiego, może zaatakować, jest niestabilny. Więc przy moim synu psy szczekają i nie ufają mu. Z wzajemnością. Kto kogo indukuje do reakcji?
Jednak syn psy. Bo gdyby zmienił nastawienie, przepracował ten lęk, stawił mu czoła, psy by odpuściły.


Ja z kolei wreszcie zauważyłam, że antropomorfizuję zwierzęta. Uważam je za takich małych ludzików. Dotarło do mnie, że to wcale nie ok. Kiedyś, właśnie w ramach oswajania starszego syna z psami, mieliśmy fajnego szczeniora zwanego Pędzlem. I jakaś taka wynikła zabawna rozmowa między mężem a mną, właśnie na temat jak psy rozumują. Ja uparłam się, że tak jak ludzie, mąż, że są głupkowate. Młodszy syn, wtedy przedszkolak, bawił się z Pędzlem i zapytałam go w żartach: synku, a pies to zwierzę czy człowiek?
Syn spoważniał, popatrzył na mnie, potem na męża i powiedział:
- Zwierzę, ale miłe...
Mogłabym uczyć się wtedy asertywności od własnego dziecka, ale jeszcze wtedy nie rozumiałam...

Młodszy ma świetny kontakt ze zwierzakami. Jego łóżko nazywamy w domu "kocią plażą". Każdy nowy zwierzak w domu, mimo, że ja karmię, dbam, ogarniam, leczę, każdy, zaprzyjaźnia się najpierw z Młodszym. Bo on je widzi takie, jakie są. Nic im nie dodaje, nic nie ujmuje. I stawia bardzo wyraźne granice, co można u niego w pokoju, a co nie można. I egzekwuje!

Czemu ja o tym dzisiaj Wszechświecie? 

Bo wiosną, kiedy panika napadła cały świat i zamknęliśmy się w domach, zauważyłam coś. I to we mnie nadal pracuje, zauważam to w sobie. Po pierwszych tygodniach strachu, kiedy wreszcie zauważyłam, że magicznie sprzedawczynie w sklepach nie chorują, kiedy zaczęłam skupiać się na własnych obserwacjach, a nie na tym, co serwują media i inni ludzie wokół, dostrzegłam poniedziałki.

Biblioteka była zamknięta. Osiem godzin siedziałyśmy i liczyłyśmy książki. Marudna, męcząca robota, bibliotekarki wiedzą, skontrum. Potem nadchodził weekend i można było spokojnie posiedzieć w domu. Luzowałam, paliliśmy ogniska w sadzie, chodziliśmy na spacery, ale ja już w niedzielę po południu zaczynałam się źle czuć. Jakieś zawroty głowy, słabość w nogach, ból kręgosłupa, coś pod żebrem, bolące szczęki, sztywny tył głowy. Jeden weekend, drugi weekend...i załapałam.
Boję się poniedziałku!
Nie chcę wychodzić z domu. Nie chcę iść do pracy, boję się iść do sklepu. 
Ale nie, w pracy spokój przecież, nikt nie przychodzi. W sklepach sprzedawczynie nie chorują...o co biega? Zaczęłam się baczniej obserwować, co ja znów przed sobą ukrywam?

I wyszło szydło z worka, boję się ludzi. Nie dlatego, że mogę się zarazić. Tu już rozumiałam, że nie mam na to wpływu. Ale bałam się LUDZI.
Tych przerażonych oczu, tych pokulonych sylwetek, tych zaciśniętych szczęk pod maskami, tych rąk za mocno zaciśniętych na rączkach wózków, tych nagłych odskoków, gdy podeszłam zbyt blisko. Bo ja wiem, co strach może zrobić z ludźmi.
Widziałam to w dzieciństwie u rodziców.
Sama mnóstwo rzeczy, których się wstydzę i żałuję, zrobiłam pod wpływem mojego własnego STRACHU.

Strach maskowany złością.
Złość zmieszana ze strachem.
Szary opar w którym poruszamy się od wiosny.
A psy szczekają na nasz widok.


PS. I nie chodzi o to by przegonić strach, nie czuć go, wyprzeć...
      Chodzi o to by się do niego przyznać, jako do swojego własnego wytworu. I zabrać mu lejce ;)


Pozdrawiam Wszechświecie, twoja kreatorka własnych strachów, Prowincjonalna Bibliotekarka.






niedziela, 25 października 2020

Bibliotekarka na wojnie Wszechświecie!


Jesień się zadomowiła w moim miasteczku. W sadzie zebrałam dwie wielkie torby orzechów włoskich na wyścigi z wiewiórkami. Jakoś orzechom i kasztanom oprzeć się nie mogę. Jak leżą pod nogami, muszę podnieść. Kasztany wkładam nam do łóżek na dobre sny, a orzechy pałaszujemy zimą.
Rano, około szóstej, idę z suczką na spacer i wtedy najczęściej w głowie pojawiają się myśli. Czasem dużo, czasem mniej. Czasem mniej nerwowe, czasem więcej.

Dziś szłam i myślałam o przeszłości.
Przeszłość to taka dziwna sprawa, jak się okazało. Dość ulotna, plastyczna, niepewna. Zmienia się tak samo jak moje wszelkie plany na przyszłość. Dziwne?

Zdawałoby się, że co się stało, to się stało. Fakt solidny jak granit. Długo tak myślałam. Bardzo długo. To trudno dostrzec, bo w przeszłości są zdarzenia granitowe: urodziłam się, chodziłam do szkoły, wyszłam za mąż, urodziłam synów, pracowałam tu i tam, generalnie prosta opowieść, stabilna już, bo się zdarzyła.
Otóż nie, wcale tak nie jest.
Dostrzegłam to pierwszy raz na terapii, kiedy ogarniałam depresję, nerwicę itp. Okazało się, że moja wizja mojej przeszłości wcale nie koniecznie mogła przystawać do tego co naprawdę było. Moje oceny sytuacji i ludzi niekoniecznie odzwierciedlały to, co się działo. 
To proste, były OCENAMI.

Wtedy nie dotarło do mnie co odkryłam. Wtedy zanurzona w przeszłości zaczynałam widzieć, że może jednak się myliłam w ocenach sytuacji, intencji ludzi, w moich reakcjach. Dość trudna, bolesna i kolczasta droga. Któż ma ochotę na wiwisekcję? Jednak z czasem dotarło do mnie, że uplastycznienie przeszłości pomaga w teraźniejszości. Pomaga widzieć wyraźniej obecne zdarzenia, widzieć inne opcje wyjścia z sytuacji, a nie tylko pociąg z punktu A do punktu B, co było moją zmorą na lekcjach matematyki.
Owo odspawanie wyrobionych już ocen od sytuacji, które się zdarzyły i przyjrzenie się im od nowa, mimo, że już się zdarzyły, wpływało też na moją przyszłość.

Na moje inne wybory, na moje inne oceny.

Bo nie łudźmy się, oceniamy i będziemy oceniać, choć buddyści głośno twierdzą, że należy pozbyć się oceniania. Powodzenia. Już nawet to stwierdzenie jest oceną, bo twierdzi, że czegoś się trzeba pozbyć, bo nie dobre. Ocenione.

Wiec o co chodzi?
Ano o przestrzeń między bodźcem a reakcją. Zastanowienie się, na dojrzenie innych opcji, dostrzeżenie własnych emocji i zastanowienie się nad nimi, jak bardzo są adekwatne do sytuacji, co mówią o mnie, co mówią do mnie i czy ja muszę tak, czy mogę inaczej.

Chodzi o manie WYBORU. 
Czyli w konsekwencji o WOLNOŚĆ.


Taki oto wpis popełniłam mając lat 13.
A potem napisałam dalej:
"Kto by pomyślał! Stan wojenny w Polsce. Radio ma tylko jeden program ogólnonarodowy i ciągle albo dekrety, komunikaty albo wojskowe marsze i piosenki. Oszaleć można. W telewizji to samo. Ogłoszono "godzinę milicyjną" od 22.00 do 6.00. Ciągle tylko: to można robić, tego nie wolno, nie wolno...Ciekawe co z tego będzie? Wojna domowa? Zgroza. I pomyśleć, że zaczęło się od głupiego Wałęsy. I na dodatek nie internowali go. Zachowują szacunek w stosunku do przewodniczącego Solidarności. A to rządna władzy kukła wypchana trocinami. Zachciało mu się strajków! Jeszcze rozumiem odnowę, ale to, co się teraz dzieje, to rozbój. Jeszcze trochę a zaczną się zabójstwa i rabunki. Żyję w okropnych czasach."

No cóż, te słowa były moje, ale trochę nie moje. Wzięłam je od mamy, bo moja lojalność wobec niej była wielka. Tata popierał Wałęsę, ale on był głupim pijakiem, a mama chciała tylko, żeby życie wróciło do normy. Żeby było tak jak było.
I proszę. Jestem TU i TERAZ, a moja przeszłość okazała się nie być taka, jak ją oceniłam wtedy. I nie ważne, że byłam dzieckiem, byłam odbiciem wielu dorosłych ludzi. Wybrałam taką reakcję, taką ocenę.


Kiedy zaczęłam pracować w Bibliotece, była ona połączona z Ośrodkiem Kultury. Znaczyło to, że finansowo była zależna od tegoż. Dyrektor Ośrodka wydzielała skąpą kasę na książki i tyle. Miała oddzielny budżet na bibliotekę, ale traktowała go jak kulturalny. 2000 tysiące złotych na rok na książki to bardzo mało było. Bibliotekarki musiały pomagać w organizowaniu imprez, obsłudze itp. Ciągane do wszystkiego. To dezorganizowało pracę biblioteki, wkurzało czytelników. Więc po kilku latach takiej pracy poszłam na wojnę z Kulturą. Postanowiłam zawalczyć o rozdzielenie nas. Wyglądało na przegraną sprawę. Nikomu na tym nie zależało. Radni i Burmistrz nie widzieli powodu do zmian. Przecież działało. A zmiana to kupa uchwał, problem w księgowości, powołanie nowej instytucji i co najgorsze, może więcej kasy do dania. A karty czytelnicze w bibliotece miało może dwóch radnych tylko. Nasza Gmina jest rolnicza, czytelnictwo na wsiach naprawdę nie jest zaliczane do potrzebnych rzeczy. Ale się uparłam, poszłam na wojnę! Skakałam przez płot jak Wałęsa, metaforycznie ;)


Jednym z argumentów by nas nie rozdzielać było, że czytelnictwo jest słabe, mało kto czyta. Bo któż chodzi do biblioteki? Nie mogłam tego wytłumaczyć ani przekonać radnych, bo niektórzy nigdy nawet nie byli w bibliotece. Nie wiedzieliby jak do nas wejść. Biblioteka właściwie nie istniała w ich świadomości, tylko na papierze w sprawozdaniach. 

Kombinowałam, kombinowałam aż do mnie dotarło, że oni nawet jak ja napiszę, że odwiedzin w roku było około 3000  i wypożyczeń powiedzmy było 20 000, to oni myślą, że ja to naciągam, bo to nie możliwe i już. Nie wierzą. Z sufitu biorę :)

Więc w sprawozdaniach, mocno pogrubione, zaczęłam wypisywać dzienne wypożyczenia.
I wychodziło, że dziennie obsługujemy 16 osób i wypożyczamy 100 książek.
Po pierwszym razie zrobił się szum. Naskoczyli na mnie, że teraz to już przesadziłam, że to nie jest możliwe! Oglądali na kamerach i udowadniali, że są dni, kiedy przychodzi tylko trzy osoby na przykład. Oczywiście, że są takie dni, nawet czasem są dni, że nikt nie przyjdzie.
Ale Królowa Statystyka była po mojej stronie, wykorzystałam ją, zmanipulowałam dane, tylko nie tak, jak każdy podejrzewał, nie oszukiwałam .Każdy z nas uważa, że tydzień to 7 dni. Mamy to wbite w podświadomość, mimo, że wiemy, że jest weekend. A dni roboczych w bibliotece jest 5. Z tego środa jest dniem technicznym, zamknięte dla czytelników, robimy biurokrację. Oczywiście w środy ludzie też przychodzą czasem, nie zamykamy się na klucz, tych ludzi wpisuję zazwyczaj na czwartek. Więc tak naprawdę wychodzi 4 dni otwarcia biblioteki w tygodniu. Mamy 52 tygodnie w roku, odejmijmy jeszcze święta, to wyjdzie mi dni otwarcia około 190 w roku. I teraz weźmy te 3000 odwiedzin w roku, podzielmy przez 190 dni faktycznego otwarcia i mam dziennie 15.7 osoby!!!

Rozumiecie?
Przebiłam się przez zasłonę nieświadomości, ocen i wdrukowanych programów z przeszłości. Zmieniłam ich świadomość, wykorzystując ich spojrzenie na świat. Po trzech latach uwolniłam bibliotekę. Jesteśmy samodzielne, mamy swoje pieniądze.
Wygrałam wojnę.

Jak to wszystko co piszę ma się do TERAZ?

Dla mnie ma. 
Bardzo ma. 
Są różne narzędzia do oceny rzeczywistości, są różne narzędzia do manipulowania nią. 
Można ich użyć w dobrej sprawie, można w złej. Ktoś może wykorzystać naszą ignorancję, oceny i przekonania, niewiedzę.
WYBÓR, co zaakceptujemy i tak należy osobiście do nas.
Oraz skutki wyboru.
Bo bycie kierownikiem biblioteki średnio mi się podoba ;)
Ale jestem, już ponad 12 lat...



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja plastyczna manipulantka, Prowincjonalna Bibliotekarka ;)







sobota, 3 października 2020

Rozmowy z Wszechświatem...

 


Lato odeszło.

Zmęczyło się zapładnianiem, zawiązywaniem, rodzeniem, dojrzewaniem. Musiało dopilnować tylu spraw, tylu istnień, tylu żyć. Powiedzieć pszczole gdzie lecieć, powiedzieć nasionku w którą stronę do Słońca, powiedzieć wiewiórce, gdzie są najlepsze szyszki...Mnóstwo pracy.
Więc utrudzone Lato usunęło się łagodnie, mam wrażenie, że znalazło w moim sadzie spokojną norkę,wyłożoną mchem i liśćmi, zwinęło się tam, ułożyło wygodnie i drzemie...jeszcze nie śpi. Jednym okiem spogląda na siostrę Jesień. Jeszcze czasem tchnie ciepłem liście, roziskrzy poranną rosę, wysuszy orzechy wypadające z popękanych, zielonych kokonów. 

Kiedy zaczęłam moją przygodę z Wszechświatem dowiedziałam się, że można się z nim komunikować na wiele sposobów. I, że odpowiada. A co najważniejsze, można dostać Znak. Można zapytać o coś i poprosić o znak, że się podjęło dobrą decyzję. Znakiem może być wszystko, ja na początku, rozochocona, poprosiłam o jakiś niezwyczajny kamyk. 

Idę więc z psami na spacer i się rozglądam. Nic, nic, nic...same zwyczajne. Nagle widzę, leży w piasku, taki jakiś inny, jakby szklisty, trudno powiedzieć, ale INNY. Schylam się, biorę do ręki, trochę niepewnie się cieszę, ale właściwie jest inny. Wkładam do kieszeni. Idę dalej, ale jednak, mimo kamyka w kieszeni, nadal spoglądam na żwirówkę przed sobą. I znów widzę jakiś kamyk, w kształcie jakby serduszka, może jednak tamten nie był znakiem, może ten jest. Podnoszę. Wyciągam z kieszeni pierwszy i oglądam dwa.  Nie mogę się zdecydować. Biorę dwa. Idę dalej i znów kamyk widzę, jakiś taki niebieskawy...
I nagle w mojej głowie pojawia się obraz mnie samej, wracającej ze spaceru i dźwigającej dwie potężne torby kamyków. Roześmiałam się wtedy z całego serca. Wyrzuciłam kamyki. Śmiałam się całą drogę do domu. Z siebie, ze swojego racjonalizmu, naiwności i niedowiarstwa. 

To było 6 lat temu. Wtedy nie wiedziałam, że właśnie porozmawiałam z Wszechświatem.

Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Dowiedziałam się więcej, zrozumiałam więcej, pojęłam, że jedyną przeszkodą w komunikacji jestem ja sama i moje pewności, że jest tak, a nie inaczej. Przekonania, które mam, nawet nie wiedząc, że je mam. Znalazłam kilka z nich już do tej pory, niektóre z tego powodu znikły, kilka widzę, ale są twarde, więc zmiękczam powoli. Nic na siłę...

Rano, po spacerze z suczką, siadam na ławce w sadzie. Siadam wygodnie, układam ręce na kolanach wnętrzem dłoni do góry, stopy przyciskam do ziemi, wyobrażając sobie, że wysuwają się z  nich korzonki i zagłębiają się w glebę, łącząc się, przeplatając z masą korzeni pode mną. Witam sad, mamę Ziemię i oddycham. Czasem widzę, jak wokół mnie rozbłyskują malutkie iskierki światła. Najczęściej na granicy widzenia. Myślę, że to jakieś istnienia, może duszki z mojego sadu? 

Kilka tygodni temu usiadłam na ławce. Słońce wstawało właśnie, iskrzyło w rosie na trawie, przeświecało przez liście drzew nade mną. Czułam się jak w świetlistej katedrze. Usiadłam i w popiele ogniskowym, naprzeciw mnie, zobaczyłam czyściutkie, białe piórko. Zdumiona, ale uradowana pomyślałam: Ach, cudnie, wsparcie od Wszechświata, dziękuję ;) Akurat byłam na zwolnieniu, zatoki chorowały, kłopoty się piętrzyły, a tu znak. Ale za chwilę pomyślałam: no tak, ale żebym ja dostała znak, to któryś mój kot musiał pewnie dopaść jakiegoś ptaszka, to ja nie wiem, czy ja chcę takie znaki.

I nagle na wysokości moich oczu widzę, opadające kołyszącym lotem, drugie białe piórko. Zamarłam. Piórko łagodnie opadało. Patrzyłam na nie jak zaczarowana, aż wreszcie podniosłam wzrok i zobaczyłam, wysoko nade mną, kołyszącą się gałązkę, jakby przed chwilą odleciał z niej ptak. Więc  moje koty nie musiały mieć z tym nic wspólnego. Odpowiedź natychmiastowa ;) Rozlało się we mnie uczucie wdzięczności i radości. Czasem wszyscy potrzebujemy poczuć namacalnie, że nie jesteśmy samotni, że mamy Opiekunów, którzy są z nami, choć ich nie widzimy. I, że możemy trochę się komunikować. Wystarczy się na to otworzyć, poprosić i być uważnym.

Za pozwoleniem mojej koleżanki Julianny opowiem jak komunikowała się z nią jej mama.

Jej mama miała alzheimera, ciężka i smutna choroba. W końcu mama odeszła, w szpitalu. Jola ciężko to przeżywała. Była bardzo związana z mamą, nie miała w sobie zgody na jej odejście. Jola nie pamięta dokładnie, ale któregoś dnia, przed pogrzebem jeszcze, na drzewie, naprzeciw kuchni, pojawił się gołąb. Mimo smutku, łez i zamieszania ktoś go zauważył. Bo był inny. Bardzo duży, nienormalnie spokojny i patrzył ludziom w oczy. Przyciągał uwagę. Budził emocje, jak opowiadała Jola. Był kilka dni i znikł.

Tak się składa, że moja koleżanka uwielbia wszystkie ptaki, interesuje się nimi, ma mnóstwo wiedzy na ich temat. W jej domu często rozmawia się o ptakach. Ona je po prostu kocha, wszystkie. Dziwny gołąb zaprzątał więc jej umysł w tych trudnych dniach. Zrobiła mu zdjęcie.


Jola mi opowiedziała o gołębiu. Pokazała mi zdjęcie. I widać było, że temat ją mocno nurtuje, bo gołąb nie zachowywał się tak jak powinien.
Dla mnie było jasne od początku, że ten gołąb był Znakiem. Komunikacją, wiadomością:
- wszystko u mnie dobrze córeczko...
Ale tak trudno nam w to uwierzyć, tak bardzo racjonalizujemy, chcemy namacalnego dowodu, rozpacz odbiera nam ufność i zostawia w lęku, poczuciu winy i stracie.
Życie potoczyło się dalej. 

Dwa czy trzy miesiące później otworzyłam rano oczy budząc się w swoim łóżku. Czeremcha naprzeciw okna była zielona i rozjaśniona słońcem, uwielbiam ten widok. Tylko tym razem, jak nigdy w ciągu 20 lat, od kiedy tu mieszkamy, na gałęzi najbliżej okna siedział GOŁĄB. Siedział i patrzył na mnie, tak jakby mógł mnie zobaczyć przez szybę.
Zamarłam, a po chwili myśl w głowie: JOLKA! Muszę z nią pogadać.
Nie racjonalizowałam, nie zastanawiałam się, wiedziałam. 
Gołąb posiedział, popatrzył i poleciał.

Zadzwoniłam do Joli, pogadałyśmy, było jej ciężko. Żałoba to trudna sprawa do przejścia. Czasem potrzebujemy pomocy, choćby tyle, by nas ktoś wysłuchał. Czasem nie wiemy, że możemy poprosić o pomoc. I czasem nasi bliscy z Tamtej Strony interweniują.

Drugi raz gołąb na czeremsze pojawił się znów po kilku miesiącach. I tym razem nie miałam żadnych wątpliwości, od razu pogadałyśmy. Okazało się, że to była pierwsza rocznica śmierci mamy Joli, o czym przyznaję, zapomniałam. Ale gołąb czuwał ;)
Od tej pory żadnych gołębi, ale jakby co, to wiadomo.

Wszechświat, jak go nazywam, jest ogromny, wielowarstwowy i nie do pojęcia za bardzo z punktu, gdzie jesteśmy. Ale jak widać, można pogadać ;)

Jak to wszystko ogarnąć? 
Nie mam pojęcia. Kiedyś wcale tego nie zauważałam. Mówiłam: szczęśliwy przypadek, wariactwo, albo etam!...

Teraz widzę białe piórka, w najmniej spodziewanych miejscach. Trochę mi się mota w życiu znów, więc Opiekunowie dają znać, że są, że dobra droga, choć nie widać, co jest za zakrętem...

Kiedy w ciepłe, jasne, letnie dni leżałam na hamaku, widziałam nad głową migoczącą kopułę. Patrzyłam jak zaczarowana na grę światła z zielenią. Słońce przefiltrowane przez listki było zachwycające. Zapach suszu, ziemi i jabłek był kojący. Zasypiałam ukołysana szumem drzew i wiatru, ogrzana ciepłem słońca, otulona zielenią.


A potem trafiłam w internetach na książkę. Piszę bloga już dwa lata. Czemu ja dopiero teraz ją zobaczyłam? Bo pewnie czas był ;)



Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja spragniona rozmów, na nasłuchu, Prowincjonalna Bibliotekarka ;)