Lato odeszło.
Zmęczyło się zapładnianiem, zawiązywaniem, rodzeniem, dojrzewaniem. Musiało dopilnować tylu spraw, tylu istnień, tylu żyć. Powiedzieć pszczole gdzie lecieć, powiedzieć nasionku w którą stronę do Słońca, powiedzieć wiewiórce, gdzie są najlepsze szyszki...Mnóstwo pracy.
Więc utrudzone Lato usunęło się łagodnie, mam wrażenie, że znalazło w moim sadzie spokojną norkę,wyłożoną mchem i liśćmi, zwinęło się tam, ułożyło wygodnie i drzemie...jeszcze nie śpi. Jednym okiem spogląda na siostrę Jesień. Jeszcze czasem tchnie ciepłem liście, roziskrzy poranną rosę, wysuszy orzechy wypadające z popękanych, zielonych kokonów.
Kiedy zaczęłam moją przygodę z Wszechświatem dowiedziałam się, że można się z nim komunikować na wiele sposobów. I, że odpowiada. A co najważniejsze, można dostać Znak. Można zapytać o coś i poprosić o znak, że się podjęło dobrą decyzję. Znakiem może być wszystko, ja na początku, rozochocona, poprosiłam o jakiś niezwyczajny kamyk.
Idę więc z psami na spacer i się rozglądam. Nic, nic, nic...same zwyczajne. Nagle widzę, leży w piasku, taki jakiś inny, jakby szklisty, trudno powiedzieć, ale INNY. Schylam się, biorę do ręki, trochę niepewnie się cieszę, ale właściwie jest inny. Wkładam do kieszeni. Idę dalej, ale jednak, mimo kamyka w kieszeni, nadal spoglądam na żwirówkę przed sobą. I znów widzę jakiś kamyk, w kształcie jakby serduszka, może jednak tamten nie był znakiem, może ten jest. Podnoszę. Wyciągam z kieszeni pierwszy i oglądam dwa. Nie mogę się zdecydować. Biorę dwa. Idę dalej i znów kamyk widzę, jakiś taki niebieskawy...
I nagle w mojej głowie pojawia się obraz mnie samej, wracającej ze spaceru i dźwigającej dwie potężne torby kamyków. Roześmiałam się wtedy z całego serca. Wyrzuciłam kamyki. Śmiałam się całą drogę do domu. Z siebie, ze swojego racjonalizmu, naiwności i niedowiarstwa.
To było 6 lat temu. Wtedy nie wiedziałam, że właśnie porozmawiałam z Wszechświatem.
Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Dowiedziałam się więcej, zrozumiałam więcej, pojęłam, że jedyną przeszkodą w komunikacji jestem ja sama i moje pewności, że jest tak, a nie inaczej. Przekonania, które mam, nawet nie wiedząc, że je mam. Znalazłam kilka z nich już do tej pory, niektóre z tego powodu znikły, kilka widzę, ale są twarde, więc zmiękczam powoli. Nic na siłę...
Rano, po spacerze z suczką, siadam na ławce w sadzie. Siadam wygodnie, układam ręce na kolanach wnętrzem dłoni do góry, stopy przyciskam do ziemi, wyobrażając sobie, że wysuwają się z nich korzonki i zagłębiają się w glebę, łącząc się, przeplatając z masą korzeni pode mną. Witam sad, mamę Ziemię i oddycham. Czasem widzę, jak wokół mnie rozbłyskują malutkie iskierki światła. Najczęściej na granicy widzenia. Myślę, że to jakieś istnienia, może duszki z mojego sadu?
Kilka tygodni temu usiadłam na ławce. Słońce wstawało właśnie, iskrzyło w rosie na trawie, przeświecało przez liście drzew nade mną. Czułam się jak w świetlistej katedrze. Usiadłam i w popiele ogniskowym, naprzeciw mnie, zobaczyłam czyściutkie, białe piórko. Zdumiona, ale uradowana pomyślałam: Ach, cudnie, wsparcie od Wszechświata, dziękuję ;) Akurat byłam na zwolnieniu, zatoki chorowały, kłopoty się piętrzyły, a tu znak. Ale za chwilę pomyślałam: no tak, ale żebym ja dostała znak, to któryś mój kot musiał pewnie dopaść jakiegoś ptaszka, to ja nie wiem, czy ja chcę takie znaki.
I nagle na wysokości moich oczu widzę, opadające kołyszącym lotem, drugie białe piórko. Zamarłam. Piórko łagodnie opadało. Patrzyłam na nie jak zaczarowana, aż wreszcie podniosłam wzrok i zobaczyłam, wysoko nade mną, kołyszącą się gałązkę, jakby przed chwilą odleciał z niej ptak. Więc moje koty nie musiały mieć z tym nic wspólnego. Odpowiedź natychmiastowa ;) Rozlało się we mnie uczucie wdzięczności i radości. Czasem wszyscy potrzebujemy poczuć namacalnie, że nie jesteśmy samotni, że mamy Opiekunów, którzy są z nami, choć ich nie widzimy. I, że możemy trochę się komunikować. Wystarczy się na to otworzyć, poprosić i być uważnym.
Za pozwoleniem mojej koleżanki Julianny opowiem jak komunikowała się z nią jej mama.
Jej mama miała alzheimera, ciężka i smutna choroba. W końcu mama odeszła, w szpitalu. Jola ciężko to przeżywała. Była bardzo związana z mamą, nie miała w sobie zgody na jej odejście. Jola nie pamięta dokładnie, ale któregoś dnia, przed pogrzebem jeszcze, na drzewie, naprzeciw kuchni, pojawił się gołąb. Mimo smutku, łez i zamieszania ktoś go zauważył. Bo był inny. Bardzo duży, nienormalnie spokojny i patrzył ludziom w oczy. Przyciągał uwagę. Budził emocje, jak opowiadała Jola. Był kilka dni i znikł.
Tak się składa, że moja koleżanka uwielbia wszystkie ptaki, interesuje się nimi, ma mnóstwo wiedzy na ich temat. W jej domu często rozmawia się o ptakach. Ona je po prostu kocha, wszystkie. Dziwny gołąb zaprzątał więc jej umysł w tych trudnych dniach. Zrobiła mu zdjęcie.
Jola mi opowiedziała o gołębiu. Pokazała mi zdjęcie. I widać było, że temat ją mocno nurtuje, bo gołąb nie zachowywał się tak jak powinien.
Dla mnie było jasne od początku, że ten gołąb był Znakiem. Komunikacją, wiadomością:
- wszystko u mnie dobrze córeczko...
Ale tak trudno nam w to uwierzyć, tak bardzo racjonalizujemy, chcemy namacalnego dowodu, rozpacz odbiera nam ufność i zostawia w lęku, poczuciu winy i stracie.
Życie potoczyło się dalej.
Dwa czy trzy miesiące później otworzyłam rano oczy budząc się w swoim łóżku. Czeremcha naprzeciw okna była zielona i rozjaśniona słońcem, uwielbiam ten widok. Tylko tym razem, jak nigdy w ciągu 20 lat, od kiedy tu mieszkamy, na gałęzi najbliżej okna siedział GOŁĄB. Siedział i patrzył na mnie, tak jakby mógł mnie zobaczyć przez szybę.
Zamarłam, a po chwili myśl w głowie: JOLKA! Muszę z nią pogadać.
Nie racjonalizowałam, nie zastanawiałam się, wiedziałam.
Gołąb posiedział, popatrzył i poleciał.
Zadzwoniłam do Joli, pogadałyśmy, było jej ciężko. Żałoba to trudna sprawa do przejścia. Czasem potrzebujemy pomocy, choćby tyle, by nas ktoś wysłuchał. Czasem nie wiemy, że możemy poprosić o pomoc. I czasem nasi bliscy z Tamtej Strony interweniują.
Drugi raz gołąb na czeremsze pojawił się znów po kilku miesiącach. I tym razem nie miałam żadnych wątpliwości, od razu pogadałyśmy. Okazało się, że to była pierwsza rocznica śmierci mamy Joli, o czym przyznaję, zapomniałam. Ale gołąb czuwał ;)
Od tej pory żadnych gołębi, ale jakby co, to wiadomo.
Wszechświat, jak go nazywam, jest ogromny, wielowarstwowy i nie do pojęcia za bardzo z punktu, gdzie jesteśmy. Ale jak widać, można pogadać ;)
Jak to wszystko ogarnąć?
Nie mam pojęcia. Kiedyś wcale tego nie zauważałam. Mówiłam: szczęśliwy przypadek, wariactwo, albo etam!...
Teraz widzę białe piórka, w najmniej spodziewanych miejscach. Trochę mi się mota w życiu znów, więc Opiekunowie dają znać, że są, że dobra droga, choć nie widać, co jest za zakrętem...
Kiedy w ciepłe, jasne, letnie dni leżałam na hamaku, widziałam nad głową migoczącą kopułę. Patrzyłam jak zaczarowana na grę światła z zielenią. Słońce przefiltrowane przez listki było zachwycające. Zapach suszu, ziemi i jabłek był kojący. Zasypiałam ukołysana szumem drzew i wiatru, ogrzana ciepłem słońca, otulona zielenią.
A potem trafiłam w internetach na książkę. Piszę bloga już dwa lata. Czemu ja dopiero teraz ją zobaczyłam? Bo pewnie czas był ;)
Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja spragniona rozmów, na nasłuchu, Prowincjonalna Bibliotekarka ;)