"Pokuta zaspokaja naszą potrzebę wyrównania. Jeśli jednak wyrównania szukamy w chorobie, nieszczęśliwym wypadku lub śmierci, co tak naprawdę osiągamy? Zamiast jednego poszkodowanego lub zmarłego, mamy dwóch. Gorzej nawet: dla ofiary nasza pokuta jest podwójną szkodą i podwójnym nieszczęściem, ponieważ jej nieszczęście podsyca nieszczęście innych, a z jej szkody wyrasta dalsza szkoda, a jej śmierć przynosi śmierć innych.
I jeszcze coś trzeba wziąć pod uwagę. Pokuta jest tandetą. Podobna jest do magicznego myślenia i działania według których, zbawienie innych pochodzi tylko z mojego nieszczęścia, moje cierpienie wystarcza, by uratować innych. Cierpienie i umieranie mają wystarczyć. Nie trzeba patrzeć na relacje między ludźmi. Nie trzeba widzieć drugiego człowieka. Nie trzeba czuć bólu z powodu jego nieszczęścia. Nie trzeba też robić niczego dla innych.
Działanie zostaje zastąpione przez cierpienie, życie przez umieranie, a wina przez pokutę. Samo cierpienie i umieranie, bez działania i wysiłku mają wystarczyć. Tymczasem przez pokutę choroba, cierpienie i śmierć stają się jeszcze większe."
Bert Hellinger "Porządki miłości"
Mocne. Bert Hellinger. Zakonnik, misjonarz, odszczepieniec.
Dziwny człowiek, dziwna teoria, dziwne praktyki.
Nie dla każdego.
Kiedy weszłam na drogę poprawy życia, po terapii postanowiłam jeszcze trochę poszukać. Zobaczyć czy coś jeszcze mogę zrobić. No wiesz Wszechświecie, żeby uklepać. Utwardzić. Umocnić.
A poza tym czułam się, po dwóch i pół roku pracy z terapeutkami i grupą, samotna i opuszczona. Nie wierzyłam do końca, że sama dam radę.
Potrzebowałam balkonika do podparcia.
Szur, szur, szur...
Nie czułam się pewnie.
Już od jakiegoś czasu trafiałam na wzmianki o ustawieniach systemowych hellingerowskich, ale uważałam to za czary-mary i omijałam z daleka. Temat czasem wracał, ale jakoś odpychałam...
Pojawiały się książki, ale nie miałam przekonania. Coś iskrzyło, ale...
Jednak z każdym takim powrotem tematu, dowiadywałam się coraz więcej. I w sumie zaczęłam się bać.
Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że się boję, zaczęłam się zastanawiać czego właściwie?
Przecież tyle ogarnęłam na terapii, naprawdę dużo. Stanęłam twarzą w twarz ze sobą i moimi demonami. Było strasznie. Było okropnie i przeżyłam. Czego boję się teraz?
Tego samego.
Mnie.
Bo nie wszystko ruszyłam, bo coś jeszcze się chowa.
Na wszystko jest czas i miejsce.
Znajoma była i poleciła Kasię. Sprawdzona, bo oszołomów nie brak. Pojechałam.
W poczekalni kilka dziewczyn, starsze, młodsze. Co jest, że same kobitki? Nie raz już się zastanawiałam. Na terapii grupowej przewaga kobiet, na warsztatach pracy z ciałem jeden rodzynek odpadł na drugich zajęciach, u Rosy więcej facetów, to fakt. Tak 1/3 grupy. Ale to ROSA :-)
No więc kobitki. I wchodzi ANIA! Przyznam, że się zdenerwowałam. Miała być Kasia!!!
Bo Anię znam, z głupiego filmu na YT i nie podobała mi się.
A Ania pyta: kto widział film na YT???
Niepewnie podnoszę rękę ja i kilka innych dziewczyn. A Ania tłumaczy, że film ze spotkania pocięto na kawałki, bez sensu. Wyszło idiotycznie i ona jest zła na organizatorów. Ale za późno się dowiedziała i poszło w świat. Troszkę ze mnie zeszła para. Dam szansę.
Kiedy Ania zaczęła mówić wszystko zaczęło się kleić. Powoli zrozumiałam, że jestem w dobrym miejscu. Zobaczmy, co się dzieje w przestrzeni rodziny, rodu, związków rodzinnych.
To to samo co ogarniałam na terapii, tylko jakbym weszła innymi drzwiami.
Drewno można rąbać różnymi siekierami. Efekt ten sam. Polanka do kominka :-)
Kiedy czekałam na swoją kolej, przysłuchiwałam się kobitkom. Masażystki, trenerki życiowe, tarocistka...branża ezoteryczna :-). Każda z nich mówi, że są tu by wyczyścić się z zakłóceń energii, by lepiej pomagać innym. Tak trochę mnie zastanowiło, że jakoś ustawiają się poza problemem. Zakłócenia energii? Ok, ale to twoja energia, to Ty. A zakłócenie to na ten przykład niemożność wybaczenia mamie, tacie...To nie jest jakieś czyszczenie, to jest bardzo osobisty kontakt ze sobą :-)
I rodzicami. No i, że jeszcze niby robisz to dla innych? Jakoś nie tak coś.
Więc gdy padło w moim kierunku pytanie: a ty to robisz dla kogo?
Odpowiedziałam bez namysłu: DLA SIEBIE.
Zapadła konsternacja i cisza.
Jakieś krzywe uśmiechy i po chwili: no tak, tak jest na początku, a potem zaczynasz pomagać.
No wytłumaczyły sobie :-)
Ja już byłam PO pomaganiu. Po byciu fontanną pouczeń i olśnień. I po rozczarowaniach, bo nikt nie chciał słuchać :-) Nikt nie chciał olśnień, przebudzenia i zmiany. Wszyscy chcieli, by było tak jak było :-)
Więc sobie odpuściłam, choć przyznaję, że misjonarskie zapędy nadal zdarza mi się miewać i muszę studzić własny zapał w tym kierunku:-)
Kiedy weszłam do pokoju była tam Ania i dwa krzesła. Oraz spore naręcze Twoich Stylów na stoliku.
Krzesła reprezentowały moich rodziców, moje siostry...zależy.
Nie wiem, skąd Ania wiedziała pewne sprawy. Tak działa POLE. Albo fizyka kwantowa, albo Źródło, albo nie wiem co. Ale wiedziała.
Przeciągnęła mnie w ciągu 50 minut przez większość rzeczy, które z bólem i trudem odkrywałam na terapii. Poszło łatwiej, bo już mniej więcej wiedziałam o co chodzi. Ale i tak osmarkałam Ani bluzkę płacząc jak dzika :-) Bo ona przytulała :-)
Podała mi kilka Twoich Stylów, kazała trzymać i powiedziała, że to ODPOWIEDZIALNOŚĆ, którą wzięłam, ale ona nie była moja. A wzięłam bardzo wcześnie, w wieku trzech lat. I niosłam, niosłam za kogoś.
Stałam tam, zapłakana i zasmarkana, siąkając nosem, czując się jak mała, trzyletnia dziewczynka, trzymając gazety. Dosyć ciężkie, bo kupka spora.
I kiedy Ania, powiedziała: oddaj tę ODPOWIEDZIALNOŚĆ właścicielce i wyciągnęła ręce...moje dłonie zacisnęły się na tych gazetach. Nie mogłam. Nie mogłam. Czułam, że to MOJE.
Chwilę trwało. Oddanie kupki Twoich Stylów.
I ta ULGA, kiedy w końcu oddałam...
Każda kobitka, która wychodziła z pokoju była zapłakana i zasmarkana jak ja. Więc jednak się nie udawało stanąć z boku :-)
Tak sobie myślę, że każdy dotrze tam gdzie powinien, w końcu :-)
I w najodpowiedniejszym czasie :-)
Tytuł posta nie jest mój :-)
Na warsztatach pracy z ciałem powiedziała to dziewczyna: że tak patrzy na siebie i sprawdza, czy się ładnie garbi :-)
Nie zrozumiałam od razu, musiałam trochę nad tym pomyśleć.
Ale okazało się, że ja też się ładnie garbiłam, wiele, wiele lat. Udawałam kogoś, kim nie byłam, niosłam rzeczy nie moje, zdejmowałam odpowiedzialność z innych ludzi, ubierałam się w nią i patrzyłam jak mi w tym ciężko, ale jak ja pięknie pokutuję. Jak ja pomagam, jak ja wzniośle pomagam nieść krzyż :-)
OESU, jak my czasem świrujemy na tej planecie.
Wszechświecie, Ty jesteś pewny, że to nie jest Psychiatryk?
Ustawienia hellingerowskie polecam, czemu nie. Cokolwiek działa. Tylko z wyczuciem. To nie magia jednak. To coś, co nie dzieje się samo, trzeba, tak jak wszędzie, włączyć Świadomość.
Ale każda lekcja cenna :-)
Miłego dnia Wszechświecie, wyprostowana, aczkolwiek z lekko strzykającym kręgosłupem Prowincjonalna Bibliotekarka :-)














