Obserwatorzy

piątek, 5 października 2018

Ach, jak się pięknie garbię, Wszechświecie.



"Pokuta zaspokaja naszą potrzebę wyrównania. Jeśli jednak wyrównania szukamy w chorobie, nieszczęśliwym wypadku lub śmierci, co tak naprawdę osiągamy? Zamiast jednego poszkodowanego lub zmarłego, mamy dwóch. Gorzej nawet: dla ofiary nasza pokuta jest podwójną szkodą i podwójnym nieszczęściem, ponieważ jej nieszczęście podsyca nieszczęście innych, a z jej szkody wyrasta dalsza szkoda, a jej śmierć przynosi śmierć innych.
I jeszcze coś trzeba wziąć pod uwagę. Pokuta jest tandetą. Podobna jest do magicznego myślenia i działania według których, zbawienie innych pochodzi tylko z mojego nieszczęścia, moje cierpienie wystarcza, by uratować innych. Cierpienie i umieranie mają wystarczyć. Nie trzeba patrzeć na relacje między ludźmi. Nie trzeba widzieć drugiego człowieka. Nie trzeba czuć bólu z powodu jego nieszczęścia. Nie trzeba też robić niczego dla innych.
Działanie zostaje zastąpione przez cierpienie, życie przez umieranie, a wina przez pokutę. Samo cierpienie i umieranie, bez działania i wysiłku mają wystarczyć. Tymczasem przez pokutę choroba, cierpienie i śmierć stają się jeszcze większe."
Bert Hellinger "Porządki miłości"

Mocne. Bert Hellinger. Zakonnik, misjonarz, odszczepieniec.
Dziwny człowiek, dziwna teoria, dziwne praktyki.
Nie dla każdego.
Kiedy weszłam na drogę poprawy życia, po terapii postanowiłam jeszcze trochę poszukać. Zobaczyć czy coś jeszcze mogę zrobić. No wiesz Wszechświecie, żeby uklepać. Utwardzić. Umocnić.
A poza tym czułam się, po dwóch i pół roku pracy z terapeutkami i grupą, samotna i opuszczona. Nie wierzyłam do końca, że sama dam radę.
Potrzebowałam balkonika do podparcia.
Szur, szur, szur...
Nie czułam się pewnie.

Już od jakiegoś czasu trafiałam na wzmianki o ustawieniach systemowych hellingerowskich, ale uważałam to za czary-mary i omijałam z daleka. Temat czasem wracał, ale jakoś odpychałam...
Pojawiały się książki, ale nie miałam przekonania. Coś iskrzyło, ale...
Jednak z każdym takim powrotem tematu, dowiadywałam się coraz więcej. I w sumie zaczęłam się bać.
Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że się boję, zaczęłam się zastanawiać czego właściwie?
Przecież tyle ogarnęłam na terapii, naprawdę dużo. Stanęłam twarzą w twarz ze sobą i moimi demonami. Było strasznie. Było okropnie i przeżyłam. Czego boję się teraz?
Tego samego.
Mnie.
Bo nie wszystko ruszyłam, bo coś jeszcze się chowa.
Na wszystko jest czas i miejsce.

Znajoma była i poleciła Kasię. Sprawdzona, bo oszołomów nie brak. Pojechałam.
W poczekalni kilka dziewczyn, starsze, młodsze. Co jest, że same kobitki? Nie raz już się zastanawiałam. Na terapii grupowej przewaga kobiet, na warsztatach pracy z ciałem jeden rodzynek odpadł na drugich zajęciach, u Rosy więcej facetów, to fakt. Tak 1/3 grupy. Ale to ROSA :-)

No więc kobitki. I wchodzi ANIA! Przyznam, że się zdenerwowałam. Miała być Kasia!!!
Bo Anię znam, z głupiego filmu na YT i nie podobała mi się.
A Ania pyta: kto widział film na YT???
Niepewnie podnoszę rękę ja i kilka innych dziewczyn. A Ania tłumaczy, że film ze spotkania pocięto na kawałki, bez sensu. Wyszło idiotycznie i ona jest zła na organizatorów. Ale za późno się dowiedziała i poszło w świat. Troszkę ze mnie zeszła para. Dam szansę.

Kiedy Ania zaczęła mówić wszystko zaczęło się kleić. Powoli zrozumiałam, że jestem w dobrym miejscu. Zobaczmy, co się dzieje w przestrzeni rodziny, rodu, związków rodzinnych.
To to samo co ogarniałam na terapii, tylko jakbym weszła innymi drzwiami.
Drewno można rąbać różnymi siekierami. Efekt ten sam. Polanka do kominka :-)

Kiedy czekałam na swoją kolej, przysłuchiwałam się kobitkom. Masażystki, trenerki życiowe, tarocistka...branża ezoteryczna :-). Każda z nich mówi, że są tu by wyczyścić się z zakłóceń energii, by lepiej pomagać innym. Tak trochę mnie zastanowiło, że jakoś ustawiają się poza problemem. Zakłócenia energii? Ok, ale to twoja energia, to Ty. A zakłócenie to na ten przykład niemożność wybaczenia mamie, tacie...To nie jest jakieś czyszczenie, to jest bardzo osobisty kontakt ze sobą :-)
I rodzicami. No i, że jeszcze niby robisz to dla innych? Jakoś nie tak coś.
Więc gdy padło w moim kierunku pytanie: a ty to robisz dla kogo?
Odpowiedziałam bez namysłu: DLA SIEBIE.
Zapadła konsternacja i cisza.
Jakieś krzywe uśmiechy i po chwili: no tak, tak jest na początku, a potem zaczynasz pomagać.
No wytłumaczyły sobie :-)
Ja już byłam PO pomaganiu. Po byciu fontanną pouczeń i olśnień. I po rozczarowaniach, bo nikt nie chciał słuchać :-) Nikt nie chciał olśnień, przebudzenia i zmiany. Wszyscy chcieli, by było tak jak było :-)
Więc sobie odpuściłam, choć przyznaję, że misjonarskie zapędy nadal zdarza mi się miewać i muszę studzić własny zapał w tym kierunku:-)

Kiedy weszłam do pokoju była tam Ania i dwa krzesła. Oraz spore naręcze Twoich Stylów na stoliku.
Krzesła reprezentowały moich rodziców, moje siostry...zależy.
Nie wiem, skąd  Ania wiedziała pewne sprawy. Tak działa POLE. Albo fizyka kwantowa, albo Źródło, albo nie wiem co. Ale wiedziała.
Przeciągnęła mnie w ciągu 50 minut przez większość rzeczy, które z bólem i trudem odkrywałam na terapii. Poszło łatwiej, bo już mniej więcej wiedziałam o co chodzi. Ale i tak osmarkałam Ani bluzkę płacząc jak dzika :-) Bo ona przytulała :-)
Podała mi kilka Twoich Stylów, kazała trzymać i powiedziała, że to ODPOWIEDZIALNOŚĆ, którą wzięłam, ale ona nie była moja.  A wzięłam bardzo wcześnie, w wieku trzech lat. I niosłam, niosłam za kogoś.
Stałam tam, zapłakana i zasmarkana, siąkając nosem, czując się jak mała, trzyletnia dziewczynka, trzymając gazety. Dosyć ciężkie, bo kupka spora.
I kiedy Ania, powiedziała: oddaj tę ODPOWIEDZIALNOŚĆ właścicielce i wyciągnęła ręce...moje dłonie zacisnęły się na tych gazetach. Nie mogłam. Nie mogłam. Czułam, że to MOJE.
Chwilę trwało. Oddanie kupki Twoich Stylów.
I ta ULGA, kiedy w końcu oddałam...

Każda kobitka, która wychodziła z pokoju była zapłakana i zasmarkana jak ja. Więc jednak się nie udawało stanąć z boku :-)
Tak sobie myślę, że każdy dotrze tam gdzie powinien, w końcu :-)
I w najodpowiedniejszym czasie :-)

Tytuł posta nie jest mój :-)
Na warsztatach pracy z ciałem powiedziała to dziewczyna: że tak patrzy na siebie i sprawdza, czy się ładnie garbi :-)
Nie zrozumiałam od razu, musiałam trochę nad tym pomyśleć.
Ale okazało się, że ja też się ładnie garbiłam, wiele, wiele lat. Udawałam kogoś, kim nie byłam, niosłam rzeczy nie moje, zdejmowałam odpowiedzialność z innych ludzi, ubierałam się w nią i patrzyłam jak mi w tym ciężko, ale jak ja pięknie pokutuję. Jak ja pomagam, jak ja wzniośle pomagam nieść krzyż :-)
OESU, jak my czasem świrujemy na tej planecie.
Wszechświecie, Ty jesteś pewny, że to nie jest Psychiatryk?

Ustawienia hellingerowskie polecam, czemu nie. Cokolwiek działa. Tylko z wyczuciem. To nie magia jednak. To coś, co nie dzieje się samo, trzeba, tak jak wszędzie, włączyć Świadomość.
Ale każda lekcja cenna :-)


Miłego dnia Wszechświecie, wyprostowana, aczkolwiek z lekko strzykającym kręgosłupem Prowincjonalna Bibliotekarka :-)







poniedziałek, 1 października 2018

Jeszcze ciemniejsza dolina Wszechświecie.



Wszechświecie, tak se pomyślałam....
Skoro już jesiennie i depresyjnie pojechałam, jakoś górami i dolinami depresji, mimo złotej jesieni....
To może jeszcze popiłuję temat.
Musiałam sprawdzić słowo popiłuję, bo mi ciągle na czerwono podkreśla....Ale pisze się razem ;-)

Bo tak.
Kupę rzeczy można napisać na temat depresji, jak się chory czuje, czemu tak, a nie inaczej, skąd to się bierze, jak sobie radzić, gdzie szukać wyjścia, jakie terapie...temat rzeka.

A rodzina????
A bliscy????
A kochający bliscy co gorsza?
Bo o niekochających bliskich to nawet nie ma co pisać.

Kochający mają przechlapane. Totalnie i na grząsko przechlapane.

Żyją sobie z ukochaną osobą. Szczęśliwi tak jak wszyscy, bardziej, mniej, życie płynie.
Powolutku jednak pojawią się jakieś zgrzyty, coś się zmienia, mniej uśmiechu, mniej zadowolenia, poczucie niewygody. Komunikacja niby jest, ale coś nie gra. Ta druga osoba odsuwa się, znika, szarzeje. Jakiś kamyk w bucie.
Pytają, ale słyszą, że wszystko dobrze. Obserwują, widzą, że jednak nie.
I trafiają na mur. Mur zaprzeczenia, mur sztucznego uśmiechu, mur sztucznego entuzjazmu.
Mur pod tytułem: WSZYSTKO JEST OK.
Niektórych cegieł w murze brakuje, czasem wyleje się:
- źle się czuję, zostaw mnie...
- przestań mnie ciągle krytykować...
- nie mam siły, czemu wszyscy ode mnie coś chcecie...
- nie rozumiecie mnie...
- nie mogę na was liczyć...

Kicha, co nie?
Walą w ten mur głową, młotkiem, młotem pneumatycznym...NIC.
Czują się przy tym nieszczęśliwsi coraz bardziej, nierozumiejący coraz bardziej, często obwiniający się coraz bardziej...Bo kochają. A czują się coraz mniej kochani. I winią za to siebie często.
Kiedy docierają do diagnozy: DEPRESJA...no cóż.
I fajnie, i nie.
Fajnie, bo wdraża się jakaś ścieżka pomocowa, niefajnie, bo można sobie pomyśleć: czemu ja nie zauważyłam/łem wcześniej? Przecież teraz widzę jak na dłoni.
I pewnie kupa innych uczuć...

W internecie jak wpiszesz: depresja, rodzina, pomoc...To wyskoczy multum wyników.
I czytamy:
- ogromna rola rodziny
- to właśnie rodzina może pomóc
- rodzina powinna wiedzieć
- takich zwrotów do chorego nie używaj
- takich używaj
- wspieraj, bądź blisko, cierpliwość, empatia, motywacja....

Trafiam na takie perełki:
- rodzina i bliscy nie zawsze potrafią stanąć na wysokości zadania i pomóc osobie chorej na depresję:  pięknie, nie uniosła rodzina. Nie zdali egzaminu.
- aby pomóc choremu trzeba z nim być, by nie czuł się samotny: chory na depresję czuje się samotny zawsze. Wszędzie, w tłumie najbliższych mu osób też. To jeden z objawów tego stanu. Rodzino, przegrywasz na starcie.
- słuchanie i zrozumienie: kochana rodzino, tu też polegniesz, bo nie rozumiesz. Słuchasz i nie rozumiesz, bo tzw. chory sam pojęcia nie ma o co mu chodzi. Wie, że jest nieszczęśliwy i źle się czuje. I może o tym gadać, bądź milczeć całe miesiące. W kółko.
- nie krzyczeć, nie obwiniać, nie kłócić się: Anioły chodzą po ziemi, spotkałam sama, ale rodzina depresyjniaka, to zazwyczaj jednak ludzie. Zwyczajni. Z własnym bagażem doświadczeń. Z własnymi emocjami. I potrzebami. I czują się nieszczęśliwi, zdezorientowani. Czasem wybuchną. I co? Porażka. Nie sprostali.

To niby dobre rady, ale tak na prawdę...
Tak naprawdę, rodzina nic nie może.
Znaczy może, ale nie.... :-)

Bo tak: depresja to nie choroba, jak napisałam w poprzednim poście, to stan umysłu, stan duszy.
Stan życia niezgodnie z sobą.
Stan niezrozumienia siebie.
To bardzo indywidualny stan dla każdego. Medycyna ogólnie przyjęta sklasyfikowała multum rodzajów depresji, zaburzeń depresyjnych i innych cudów. I jeszcze nie skończyła :-)
Ma jednak ten stan jedną cechę wspólną dla wszystkich.

JA.

Samotny JA. Oddzielony do wszystkich. Tylko JA.
Za grubym murem.
Możecie pęknąć starając się przebić za ten mur, by dotrzeć do ukochanej osoby.
Nie uda się.
Bo ten mur można rozbić tylko od środka.
Nie ma innej drogi.

Więc spokojnie rodzino. Nie masz takiej mocy sprawczej jaką nadają ci psychologowie.
Zdjęcie Robina Wiliamsa nie jest tu przypadkiem. Idealnie obrazuje stan bycia w depresji. Niby wszystko ok, niby się bawimy, niby jest wesoło, ale to wszystko gra.
Za szybą.
Robin zdecydował się odejść. I to też, wierzcie mi, była jego osobista decyzja, na którą nikt nie mógł nic poradzić. Tylko on sam mógł zdecydować: walczę z tym albo uciekam.
Wybrał.

Więc co może rodzina? Nic.

Ale ponieważ ten świat jest wielowątkowy, to rodzina oprócz NIC może, przynajmniej według mnie, BYĆ z depresyjniakiem.
Kochać.
Cierpieć, walczyć, szukać pomocy, starać się zrozumieć co się dzieje. Płakać, złościć się, krzyczeć, przytulać, całować, wspierać. Tłumaczyć, grozić, szantażować. Namawiać, pomagać i jeszcze raz przytulać.
Albo się poddać, albo nie. Albo się pogodzić, albo nie. Być albo odejść.
Mnóstwo opcji jednak.
I czekać...
Bo decyzja wyjścia zza muru, musi zaistnieć za murem.
I to jest żelazna zasada.

Najtrudniejsza opcja.
Być i pozwolić by ta druga osoba, cierpiąca, była cierpiąca tak długo, jak długo tego potrzebuje.

A potem Wszechświecie...wcale nie jest łatwiej :-)

Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka z młotem pneumatycznym :-)






piątek, 14 września 2018

Wstyd Wszechświecie, całkiem goła baba!


Pamiętam Wszechświecie...

Różne rzeczy pamiętam. Okazało się, że niektóre, które pamiętam nawet z obrazami zdarzeń w głowie, nie zdarzyły się. Tak przynajmniej mówią moi rodzice, zapytani niedawno.
Zdziwione spojrzenia, dwa wielkie znaki zapytania...A ja nadal uważam, że było tak jak pamiętam, całym ciałem czuję, że było tak jak w mojej głowie.
I obecnie ufam bardziej sobie, choć czasem siebie nie rozumiem. :-)

Pamiętam.
W kącie pokoju jest szeroki wieszak na kurtki. Dużo tego tam wisi. Tuż pod wieszakiem stoi pluszowy, ciemnoniebieski tapczan, taki z podniesionym zagłówkiem. Wieszak jest na tyle nisko, że kurtki dotykają zagłówka. MałaBibliotekarka często korzysta z tego ukrytego miejsca. Schowana w kącik, skurczona w kulkę, w kącie za kurtkami czuje się bezpiecznie. Nie widać jej. Znikła.
Słyszy tylko swój oddech, ale to jest dobre. To nie pozwala zniknąć całkiem. Oddech, o czym ona wtedy jeszcze nie wie, jest jak sznureczek przy baloniku. Utrzymuje ją na Ziemi. Nie pozwala odlecieć w siną dal, choć tak bardzo by chciała.
Uciec nie uda się, ale zniknąć można. Też działa. W tamtym czasie, to odkrycie ratuje życie.

Od kilku lat po cichutku podczytuję Dzika Kura. Kury młodsze, starsze gadają tam sobie fajnie, ja tam chadzam i oglądam Kurzy Świat, bo ciekawy :-) Nie komentowałam do tej pory, bo one tam takie zżyte ze sobą, nie wpychałam się.
I ostatnio trafiłam tam posta ze słowem EKSHIBICJONISTYCZNY, TU zajrzeć należy.
Temat mnie ruszył, więc się odezwałam. Przymus pomagania ludziom, stykanie się z niewdzięcznością za pomoc, oczekiwania...Mocne. Przeżyłam sama. Kury też, bo komentarzy jest mnóstwo. Kurnik się rozgdakał, wiele głosów, wiele emocji, wiele energii w działaniu :-)

A potem przez kilka dni w mojej zewnętrznej i wewnętrznej przestrzeni życiowej wracało do mnie słowo: EKSHIBICJONIZM.
Znaczy Wszechświecie dajesz znaki by popaczyć :-)

Więc poklikałam do Wikipedii, która oddaje aktualny stan pojęciowy umysłu zbiorowego ludzkości i czytam:
Ekshibicjonizm – rodzaj parafilii seksualnej, stan, w którym jedynym lub preferowanym sposobem osiągania satysfakcji seksualnej jest demonstrowanie swoich narządów płciowych lub aktywności seksualnej (np. masturbacji) obcym osobom – zazwyczaj płci przeciwnej – które się tego nie spodziewają[1]. Osoby obnażające się nie zdradzają zamiaru współżycia seksualnego z mimowolnym uczestnikiem tej sytuacji. 
Reakcja lęku/szoku u świadka tego zdarzenia większa podniecenie ekshibicjonisty[2].
  1. Pojawiające się przynajmniej przez sześć miesięcy powracające, silnie podniecające fantazje seksualne, impulsy seksualne lub zachowania związane z pokazywaniem swoich genitaliów niespodziewającej się tego osobie.
  2. Fantazje, impulsy lub zachowania powodujące klinicznie znaczący dyskomfort lub upośledzenie w towarzyskim, zawodowym lub innym obszarze funkcjonowania[3][4].

Borzezielony! Wszechświecie!
Chyba jednak MM, pisząc, nie zajrzała do Wikipedii. I bardzo dobrze, bo by może nie odważyła się napisać tego fajnego posta.
Więc, jak już mój mózg poprocesował trochę, zaczęłam się zastanawiać.
O co chodzi? Ekshibicjonizm dotyczy genitaliów, w naszej kulturze temat TABU, strach, wstyd, inkwizycja, stosy, piekło, grzech! Po stokroć grzech! Genitalia się zakrywa! Ukrywa, nie mówi, udaje się, że ich nie ma. Dopuszczalne mówienie o nich tylko w sprośnych żartach. Pod wąsem, z przymrużeniem oka. ;-) I w pornografii, tam nawet pokazują, ale to jest BE! :-)

Jakimż cudem, Wszechświecie, post o wewnętrznych odczuciach, prawdziwy, szczery, uczciwy, dorobił się słowa: ekshibicjonistyczny?
I po kilku dniach przypomniałam sobie moje schowanko za kurtkami.
Wygląda na to, że w moim schowanku nie byłam sama, siedziała tam ze mną połowa, może trzy czwarte ludzkości. Gęsto i tłoczno. I wszyscy tam, jak te baloniki, kiwaliśmy się na sznureczkach ze swoich oddechów, starając się oddychać jak najciszej, starając się, by nikt nas nie zauważył. Ukrywaliśmy się.

I tu pojawia się kolejne brzydkie słowo: EMOCJE.
Zajrzyjmy do umysłu zbiorowego :
Emocja[a] (od łac. e movere, 'w ruchu') – stan znacznego poruszenia umysłu. Emocje charakteryzują się tym, że pojawiają się nagle i zawsze łączą się z zaburzeniem somatycznym; mogą osiągnąć dużą intensywność, ale są przejściowe[1].
No...to pocieszające, że to draństwo jest przejściowe. Kto ma ochotę na zaburzenia somatyczne i znaczne poruszenie umysłu. Wszyscy pragniemy spokoju, stabilizacji, wyciszenia...Zen, nirvany, nieba.
Ech...
I jakimś paskudnym trafem, jakąś podłą ścieżką, doszło do tego, że EMOCJE połączyliśmy z EKSHIBICJONIZMEM.
Kiedy, jak, czemu? Co się stało?
Nie wiem Wszechświecie jak u innych, wiem, co działo się ze mną.
Piszę o tym. Wyciągam moje wspomnienia i układam mojego puzzla. Wiem, że dorośli wmówili MałejBibliotekarce, że emocje są BE! ze strachu. Swojego strachu przed zobaczeniem, jak ich działania mnie krzywdzą. Kiedy dziecko nie płacze, kiedy znika, kiedy nie reaguje, kiedy chowa własne emocje, mogli udawać, że wszystko jest ok.
NIE HISTERYZUJ...i wyrzuty sumienia tak wtedy nie dokuczają.
Uwierzyłam. Uwierzyłam, że emocje są TABU, są zaburzeniem...I, że nie można ich pokazywać, bo to tak jak pokazać genitalia...Jesteś cały odsłonięty, cały widoczny, cały nastawiony na STRZAŁ.
I ktoś cię upoluje i zje.
Strach, strach, STRACH....
I wszyscy gramy w tę grę. Wymyśliliśmy mnóstwo zakazów, nakazów, dobrych obyczajów, etykiet, regulaminów, zasad, definicji.
Wszystko po to by siedzieć w kącie za kurtkami. I słyszeć tylko własny oddech. Nic więcej.
To jest SAMOTNOŚĆ.
A prawdziwa ODWAGA polega na wyjściu zza kurtek. Pomachaniu łapką: halo, tu jestem.
Na stanięciu we własnym świetle, na powiedzeniu CZUJĘ...
I magicznie, tak jak w Kurniku, nagle rozgdakają się kury...
Bo wiecie... #metoo
:-)

Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja Goła Prowincjonalna Bibliotekarka :-)



sobota, 8 września 2018

Witaj Wszechświecie...my name is Alice.

Foto by Peter Zeley :-)

Miałam kłopoty z uszami...Pamiętasz Wszechświecie? 
Bo ja pamiętam, prawie rok mrowienia, swędzenia, pieczenia, ciągle coś...To trochę przestanie, to za chwilę wraca i cholery można dostać. A lekarz nic nie może znaleźć.
Znaczy psychosomatyczne. Ok. Przeczekamy.
Problem znany, psychosomatyka nie raz mnie przewiozła przez różne, fizyczne stany organizmu, więc może jak dojdę co mnie dręczy, czego ja słyszeć nie chcę, to samo przejdzie.
Bo to fakt. Już kilka dokuczliwych rzeczy, ot taka migrena na przykład, mnie opuściło. Powoli, w miarę postępu na terapii, wraz ze zrozumieniem co i jak.
Popatrzę, poczekam....
A uszy mrowią. 

Siostra poprosiła mnie o zaopiekowanie się jej kotami, kiedy ona urlopuje. Koty niewychodzące, mieszkające w małym bloku w środku miasta. Ktoś musi ogarniać. Skorzystałam. Pomyślałam, że wyrwę się do miasta i przy okazji, zapiszę się do laryngologa, niech te uszy fachowiec obejrzy. Na wszelki wypadek. Bo wiadomo...?

Siedzę pod gabinetem. Idzie jakaś starsza pani. W białym fartuchu. Skulona, dość wiekowa, zasuszona jak śliweczka. Weszła do gabinetu. Mam jeszcze 10 minut do wizyty. Nikogo nie ma. To była lekarka? Stara jak piramidy. A ja płacę stówę za wizytę. 
Trudno. Przepadło. Odczekałam 10 min, wchodzę, a lekarka mówi: przepraszam, chwileczkę...i jeszcze chwilę śmiga na swoim srajfonie :-)
Odetchłam Wszechświecie :-)
Bardzo kompetentna, miła, pomocna. Zaordynowała jeszcze badanie słuchu, nawet mnie zaprowadziła do gabinetu gdzie to robili. Obejrzała wsio, wypytała, podłubała w uchu, obejrzała wyniki badania i powiedziała: ZDROWE USZY :-)
Psychosomatyka, dziękujemy :-)

Wyszłam na słońce. Ulica gwarna, uszy zdrowe, uznałam, że zrobię sobie dobrze w takim razie i pójdę do kina. 
Weszłam w przejście podziemne, idąc słyszę grajka grającego na akordeonie. Fajnie gra, z fantazją. Czasem mam dylemat: dać nie dać. Ale kilka dni wcześniej czytałam w internecie na czyimś blogu, że ludziom, którzy coś tworzą, trzeba dawać. Bo tworzenie to wartość sama w sobie, bardzo cenna. Utkwił mi ten post w głowie. Zaglądam do portfela, a tam dwa złote i PIĘĆ....Hm...
PIĘĆ pożałowałam. Bo do niebieskiego kotka przecież zbieram, na urlop i podróże. 
Popatrzyłam na grajka. Gra i się cieszy :-)
Siwy kompletnie hippis z kucykiem, z błyskiem w oku i rumieńcem na twarzy, zdecydowanie napędzany procentami :-) Musi alkoholik, ale jakiś taki fajny, pochyliłam się i wrzuciłam do walizki dwa złote. Wyprostowałam się i na twarzy hippisa zobaczyłam przepiękny, ciepły Uśmiech.
Nie było mocy by nie odpowiedzieć tym samym. Uśmiechnęłam się szeroko, uczucie radości zalało mnie całą. ŁOŁ!
Poszłam dalej po schodach w górę niosąc ze sobą to uczucie, wyszłam na chodnik, zrobiłam krok... i w tej chwili bzyknęła przede mną dziewczyna na rowerze. Gnała jak dzika. Poczułam podmuch, gdy mnie minęła. Stanęłam i popatrzyłam za nią. Wariatka.
Dopiero w połowie filmu dotarło do mnie, że te dwa kroki, które zrobiłam do walizki, by wrzucić dwójkę, uratowały mnie od potrącenia. I być może solidnych obrażeń. A ja pożałowałam PIĄTKI...
Wracając, wrzuciłam piątkę do walizki. 
Hippis na mnie spojrzał znów szeroko uśmiechnięty: O!...pamiętam panią :-)
Mówię, że i owszem , przechodziłam dwie godziny temu. 
A on na to, że w takim razie on mi coś zagra. 
Ja, że nie trzeba. 
On, że nalega. 
Ja, że nie trzeba, naprawdę. 
On, że mogę podać tytuł, a on zagra. 
Ja, że ok. To poproszę "Words" F. R Davida.

(tu wyjaśniam, że uwielbiam tę piosenkę, bo wiąże się z liceum i z zakochaniem ogromnym, przeokropnym w moim Mężu, wtedy koledze z klasy)

Hippis prosi bym zanuciła, bo jakoś złapać nie może.
Nucę...A ON GRA :-)


Łzy w moich oczach...

Idąc do wyjścia uzmysłowiłam sobie, że tak właśnie wygląda spotkanie z Tobą, Wszechświecie...
Ile takich spotkań przegapiłam? Ile przegapię? Ile dostrzegę?
Zobaczymy...
Czasem Aniołowie robią sobie z nas żarty- powiedziała Rosa na warsztatach :-)
Ano robią, ale poproszę więcej :-)

I jeszcze jedno: PIĄTKĘ odzyskałam natychmiast. W najbliższym sklepie do którego weszłam kupić coś na kolację.
A uszy powoli odpuściły...
Takto.


 Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka z Króliczej Nory :-)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Wszechświecie...upiór w masce ;-)



Mam takie zdjęcie Wszechświecie.
Zdjęcie zrobił mi mój brat cioteczny w szatni szkoły podstawowej. Szatnia była ciemna, zapach dymu z pieca mieszał się z zapachem przepoconych kurtek. Kiedy piszę ciemna, to mam na myśli ciemna, nie pamiętam jej jasnej. Może tam nie było oświetlenia? To był kawałek korytarza, przejściowy, wieszaki stały pod ścianami, był piec...i było ciemno.
Teraz kiedy to piszę, uświadamiam sobie : "ciemno", muszę zapytać siostry jak to pamiętają, bo już od jakiegoś czasu wiem, że każdy pamięta inaczej.
Więc mam to zdjęcie.
To była pewnie czwarta klasa. Zdjęcie nie jest w dobrej jakości, Cioteczny wtedy uczył się dopiero. Miał aparat i strasznie jarał się nową pasją. Dorwał mnie w tej szatni i namawiał, aż niechętnie stanęłam i pozowałam. Epizod zadawałoby się, kilka chwil z mojego dzieciństwa.
Wywołał zdjęcie, dał mi, trafiło do albumów i zapomniałam. Odkopałam je trzy lata temu, gdy zaczęłam chodzić na terapię i dostrzegłam, że mam MałąBibliotekarkę w środku. Zdjęcia z różnych okresów dzieciństwa stały się wehikułami czasu, w  mgnieniu oka przenoszącymi mnie w przeszłość.
To akurat do Ciemnej Szatni.

Stoję lekko pochylona w bok, spięta. Mam na sobie fartuszek z poliestru, kołnierzyk w grochy, pamiętam, że niebieskie, bo zdjęcie jest czarno-białe. I kucyk z kokardą na czubku głowy. Część włosów rozpuszczona. I mam grzywkę tylko z jednej strony.
Bo ją se poprzedniego dnia, bawiąc się nożyczkami, ucięłam. Przy skórze.
Mama sporo się nagadała, próbując coś z tym zrobić. Poskracała mi włosy na bokach, przycięła pozostałą grzywkę. I machnęła ręką: zrobiłaś, to masz.

I musiałam pójść do szkoły. Szłam jak zamrożona, zamieniona w kamień. A w szatni dorwał mnie Cioteczny. Jemu nie przeszkadzało, on chciał tylko robić zdjęcie nowym aparatem.

Na zdjęciu się uśmiecham. Lekko wykrzywione usta we właściwy sposób. Prawa dłoń opuszczona swobodnie. Lewa...
Mam taki nawyk, kiedy jestem zdenerwowana, w stresie, dłubię skórki wokół paznokci. Do krwi. Do bólu.
To właśnie się dzieje z lewą ręką.
Pamiętam ogromny wstyd, ogromny sprzeciw we mnie przed tym zdjęciem. Ale nie umiem tego powiedzieć. Nie potrafię odwrócić się i odejść. Krzyczę w środku "NIE", ale stoję i czekam, aż on mi błyśnie po oczach lampą. Tylko lewa ręka....
Nie pamiętam nic więcej. To musiał być dla mnie potworny dzień.
W ogóle poza kilkoma przebłyskami, nic nie pamiętam z sześciu lat szkoły. Pod koniec szóstej klasy zaczęłam pisać pamiętnik, więc mam niebiesko na białym :-) A z siódmej sporo już pamiętam.

Eh...Wszechświecie.
Biedna MałaBibliotekarka.
Kiedy patrzyłam na tę małą dziewczynkę z krzywą grzywką, otworzyły się jakieś drzwi we mnie i poczułam, co czułam wtedy...Kłąb emocji uderzył z siłą huraganu. W małym dziecku tornado. Nie wiem jak to się pomieściło we mnie wtedy...
Teraz wiem, że się nie pomieściło. Nie dawałam rady.
Rozpaczliwie szukając ulgi i ratunku, odcinałam.
Już nie włosy. Uczucia.
Odcinałam wszystko co bolało, straszyło, przerastało, co zapierało dech w piersi i groziło uduszeniem.
Potwornie silna MałaBibliotekarka.
Kiedy ją pierwszy raz spotkałam, myślałam, że to biedna, malutka dziewczynka, bezsilna i przerażona. I taka była. Potrzebowała utulenia, pokołysania, miłości i bezpieczeństwa.
Ale schodząc głębiej i głębiej, poznając ją lepiej, zaczęłam dostrzegać, że coś mi umyka.
Coś w Jej/Moich oczach miga, coś się chowa, coś nie chce być zobaczone.

W weekend były warsztaty z Rosą.
Blisko mnie. Tuż za krzakami :-)
W przepięknym miejscu, odgrodzonym od rzeczywistości zielenią, łąkami, laskami i polami. W cudnym, drewnianym domu nad stawem. Byłam szczęśliwa. Choć wiedziałam, że nie jadę na wakacje, tylko na spotkanie z samą sobą. Ale mam już tę pewność, że udźwignę. Mnie samą :-)
Więc cokolwiek Rosa we mnie otworzy, popatrzymy na to razem Wszechświecie.

Takie ćwiczenie: weźcie maskę, całą białą. Weźcie farby i mazaki. Usiądźcie i pomalujcie maskę. Na zewnątrz namalujcie bądź napiszcie to, co jak myślicie, pokazujecie ludziom. A od wewnątrz namalujcie, bądź napiszcie to, co chowacie przed ludźmi i sobą może....

Proste, trudne.
Kocham kolor, nie jest to dla mnie trudne. Można mówić kolorem. Siadłam na podłodze i straciłam poczucie czasu. Byłam cała kolorem, maską, pędzlem, mazakiem.
Byłam dzieckiem, byłam MałąBibliotekarką, byłam Całością, byłam Sobą.
I powstała maska.
I kiedy Rosa klaśnięciem przerwała ten stan...wynurzyłam się jakby z dna oceanu. Z ciszy, z bycia, z istnienia.
Popatrzyłam na maskę z zewnątrz. Zdziwienie. Była piękna :-) To moja maska dla ludzi?
A Rosa, śmiejąc się, patrząc na nas zdumionych, oglądających swoje maski, mówi: Malowaliście Prawdę. Cokolwiek byście nie próbowali, malowaliście i tak Prawdę o was. Nic się nie da ukryć.
A w środku...Co ja próbuję schować Wszechświecie?
I tam nic nowego, to samo co inni. Smutek, bezradność, kruchość, wrażliwość, strach...
I ZŁOŚĆ.....

Siedzieliśmy w kółku, każdy miał coś powiedzieć o swojej masce. Ciężko :-)
Emocje napływały mrowiąc pod skórą, przepływając ciepłem po ciele, zawilgacając oczy łzami.

Ukrywam ZŁOŚĆ- kiedy padło to słowo z moich ust, cisza aż zadźwięczała. Tak jakby kamyk wpadł do wody i czuć było jak rozchodzą się kręgi...

Kiedy mówicie o czymś, to odchodzi, przestaje istnieć...
Mówi Rosa.


Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja Zamaskowana Prowincjonalna Bibliotekarka ;-)













czwartek, 23 sierpnia 2018

Jaskiniowi Ludzie są wśród nas Wszechświecie.

I po, i po...
Znaczy po urlopie.
Znaczy urlop jeszcze trwa Wszechświecie, ale pięć wyjazdowych dni już za mną. W tym roku wyjechaliśmy w tzw. sezonie. Zazwyczaj jeździmy przed albo po. Unikamy w ten sposób upałów, tłumów i cen zaporowych. Mamy taką skarbonkę niebieską, w kształcie kotka. Tam wrzucamy każdą piątkę jaka trafia do naszego portfela, nie ważne jakim sposobem. Przez kilka miesięcy można uzbierać całkiem fajną sumę, 600-800 zł. Jest na kwaterę i trochę paliwa. Pomysł kolegi Męża, strasznie mu wdzięczna jestem. Jakoś nie szło nam oszczędzanie, a sposób z piątkami GENIALNY i u nas działa.

Więc pojechalim na urlop w sezonie, w upał, w tłumy i ceny zaporowe...Możesz się chichrać Wszechświecie. Ale i tak cud, że udało się wyłowić pięć dni między zdarzeniami losowymi zwanymi Życiem. Wiem, że trochę w tym maczałeś palce, dziękuję, bo znaleźć kwaterę za 35 zł., czystą, wygodną, z miłymi właścicielami, w sezonie w górach...graniczyło z cudem. A tu pan nawet sam oddzwonił...Więc jakby ktoś, coś, to tu link.. Monte Negro
Kotlina Kłodzka jest przepiękna. Góry budzą we mnie szacunek i zachwyt. U nas, na Podlasiu, czasem trafiają się pagórki morenowe, ale tutaj horyzont z niebieskawymi, masywnymi szczytami jest tak inny, tak zadziwiający. Czuje się potęgę Ziemi, siłę i moc. A zarazem piękno w czystej postaci.
Cudna planeta Wszechświecie, udała ci się :-)


Nasz sposób odpoczynku to rozbicie obozu na kwaterze, a potem w Pikachu (tak nazywam nasz dzielny samochód, choć tym razem miał tymczasową ksywkę: Skwierczu-Piekarniczu) i jazda po okolicznych atrakcjach, znalezionych wcześniej w internecie. Oczywiście wyszukujemy zawsze za dużo. Chciałoby się zobaczyć jak najwięcej, ale siły już nie te. Korygujemy więc plany na następny dzień co wieczór, wskaźnikiem jest ból moich nóg.
W tym roku oboje stwierdziliśmy, że upały są zabójcze. Jest jak jest, ale bronić się trzeba.
I zeszliśmy pod ziemię. Dosłownie. Bo tam bardzo przyjemna temperatura : 7-8 stopni Celsjusza :-)
I zwiedzaliśmy jaskinie, kopalnie, podziemne miasta. Nawet nie wiedziałam, że w Kotlinie tyle tego. Nigdy specjalnie się nie interesowałam, bo kiedyś w podstawówce odwiedziłam jaskinię Raj. I to nie było miłe. To było troszku straszne Wszechświecie. Okazało się wtedy, że jestem właścicielką czegoś, co ma na imię Klaustrofobia. I to chodziło za mną jak wierny piesek całe życie. Małe pomieszczenia, windy, zatłoczone pomieszczenia....jeżukolczasty !!!! Miało też towarzysza: LękWysokości. Tak se chodziliśmy razem lat 50+....po płaskim raczej, unikając małych przestrzeni, nie włażąc wysoko, czasem się bijąc ze sobą, bo wkurzająco plątały się pod nogami te stworzonka...

Asz tu nagle...
Jestem w górach i przepycham się przez Błędne Skały...
Nie powiem, bałam się. Ale postanowiłam ponegocjować z wiernymi towarzyszami życia. Ileż można za mną łazić. Nudno. Niech se też pożyją, pozwiedzają, świat obejrzą...
A ja sobie przejdę przez Błędne Skały na początek.
I przeszłam. Troszku zakręciło się w głowie, troszku nogi niepewne były...ale potem bardzo mi się spodobało. I nie utknęłam nigdzie :-)
Wszechświecie, fajnie było!
Po takim teście nabrałam odwagi. No i jednak piekielny upał pomógł w podjęciu decyzji. Złazimy pod ziemię. I pojechaliśmy do Kopalni uranu w Kletnie.

Bardzo ciekawa wycieczka, fajny przewodnik i przyjemna, chłodna atmosfera.
I ZERO klaustrofobii :-)
Rozochocona popłynęłam na fali i udaliśmy się do Jaskini Niedźwiedziej. Tam zupełny luz. Jaskinia jest wysoka, wyczyszczona i dostosowana do zwiedzania. Może i trochę komercyjna, ale nie przeszkadza. Właśnie dzięki temu, mogłam ją zwiedzać w komforcie. I dodam informację: jak chcecie ją obejrzeć od środka, konieczna jest REZERWACJA dużo wcześniejsza. Inaczej może się nie udać. Ja rezerwowałam bilety półtora miesiąca wcześniej.

Tak fajnie szło, więc pojechaliśmy do Kłodzka. Tam w twierdzy jest tzw. Labirynt. Sieć korytarzy podziemnych, którymi minerzy się poruszali. Kupiliśmy bilety, weszliśmy za przewodniczką, ona zaczęła opowiadać...a ja poczułam ciarki na głowie, niepokój...tak dobrze szło. I się rypsło.
Zrobiłam Mężowi papa...
Wyszłam na światło i piekielny upał.
Pewnie bym przeszła, walcząc z sobą i lękiem. Dałabym radę. Tylko po co?
Ma być dobrze, fajnie i przyjemnie. Nie można sobie dokuczać.
Nawet jeśli wcześniej robiło się to notorycznie.

Takie ćwiczenie było na warsztatach pracy z ciałem. Podchodzisz do ściany opierasz się plecami, zginasz nogi i robisz krzesełko. I tak stoisz. Prowadzący, cwaniak, nic nie mówi...stoisz. Nogi bolą, napinają się mięśnie, zaczynają drżeć...Ale dziewczyny obok nadal wytrzymują...kilka odpuściło, jedna nawet rzuciła brzydkim wyrazem, ale ty wytrzymasz. Twarda jesteś, dasz radę. Wytrzymasz dłużej niż inne. Nawet nie sapniesz, nie jękniesz, nie odetchniesz...
W końcu prowadzący się lituje i mówi, że koniec. Twardzielki wytrzymały. Satysfakcja.
A prowadzący tłumaczy: to ćwiczenie pokazuje jak reagujecie w życiu na różne sytuacje, które sprawiają wam ból. Czy się bronicie, czy poddajecie, czy walczycie, czy stajecie po swojej stronie...
Po swojej stronie....
No tak. Czy ja stanęłam po swojej stronie? Dwa dni cholernych zakwasów, powiedziało mi dobitnie, że nie. Nie stanęłam po swojej stronie. Wytrzymałam. Satysfakcji ZERO.

Rozumiem Wszechświecie, że udzieliłeś mi lekcji :-) Właściwie przypominajka taka :-)
Kurtka, nawet na urlopie trzeba być czujnym :-)
Mąż przeszedł i wylazł szczęśliwy. Podobało mu się.
Podziemne Miasto w Kłodzku za to spokojnie przemaszerowałam :-)


Następnego dnia pojechaliśmy do Kompleksu Riese, konkretnie Osówka. Niemieckie podziemne miasto zbudowane podczas II wojny światowej.
Muszę powiedzieć, że mimo potwornej historii, robi to wrażenie. Gdybyśmy tyle sił, środków i zapału wkładali w czynienie dobrych rzeczy, ta planeta byłaby rajem.
Nie wiem czemu tego nie umiemy...


A potem jeszcze świetnie się bawiłam w kopalni w Nowej Rudzie. Rewelacyjna trasa dla dzieciaków. Przewodnik był zabawny i wesoły, trasa urozmaicona, sama poczułam się jak uczniak z podstawówki. 

Urlop ma to do siebie, że się kończy...
Stwierdziłam jednak, że jest sposób na to, by chcieć wrócić do domu. Trzeba na urlopie się solidnie zmęczyć atrakcjami. Wtedy domowe pielesze zaczynają przyjacielsko machać łapką: wracajcie, wracajcie :-) własny materac w łóżeczku najlepszy :-)
Na koniec zajrzeliśmy do Jaskini Raduchowskiej. Znaczy ja zajrzałam i bardzo szybko wyszłam, a Mąż się poczołgał. Wyszedł uśmiechnięty od ucha do ucha i powiedział, że to było NAJLEPSZE. 
Całkiem DZIKA JASKINIA. 
Nie mógł sobie strzelać selfie, bo trudno po ciemku, gdy walczysz o życie ;-) Ale cyknął lekko niewyraźne zdjęcie dziewczynce, jak przeciskała się na pupie przez najwęższe przejście....
OESU....

Mąż zdecydowanie poleca tę jaskinię wszystkim, którzy chcą dotknąć odrobiny prawdziwej, grotołazowej przygody :-)

I tak to Wszechświecie, wrócilim...Pikachu dzielnie się spisywał na drodze Stu Zakrętów, było cudnie... jeszcze kilka dni wolnego. 
A  w weekend mam warsztaty z Rosą :-) 
Tym razem przyjechała z programem ZAUFANIE....

Pozdrawiam Wszechświecie jaskiniowo ;-) 
Twoja wyczerpana acz szczęśliwa Prowincjonalna Bibliotekarka.

sobota, 4 sierpnia 2018

Projekt Monster...Wszechświecie...


Ja pitolę Wszechświecie...
Że tak powtórzę za znaną i lubianą komentatorką życia, Mariolką...
Ja pitolę....

Gadam ja z Tobą Wszechświecie już od jakiegoś czasu, na blogu i nie tylko. Konwersujemy na wiele tematów, rozmowa płynie lekko, czasem z czkawką, ale generalnie płynie...

Wstaję rano o piątej. Moja sunia łapie wtedy kocyk z posłania w zęby i przeprowadza się do salonu. Wchodzę do kuchni, koty już w gotowości śniadaniowej. Ewentualnie pokrzykują na klatce te, które noc spędziły na zewnątrz...wpuszczam. Przypominam, mam cztery koty :-) Aktualnie sześć, bo siostra pojechała nad morze na tydzień i jej dwie kotki są u mnie. Te są niewychodzące. Jest wesoło. Karmię koty. Wstawiam kawę i owsiankę. Wychodzę z sunią na siku. Witam się z psimi rezydentami w sadzie. Oddycham, łażę boso po trawie. Sprawdzam czy UFO nie lata w okolicy...nigdy nie wiadomo :-) Dobrze się maskują, ale ja liczę na to, że kiedyś im te maskownice jakieś drobne spięcie przepali i zobaczę spodek...takie marzenie z dzieciństwa :-) 
Wlewam kawę do ulubionego aktualnie kubeczka, obok stygnie owsianka. Siadam do kompa, odpalam, wchodzę na bloggera i jakoś się pisze...samo jakoś...tak se gadamy Wszechświecie. 
Ty i ja.
Czy ja ostatnio gadałam o Martwym Źle ???
Czy ja ostatnio pisałam o Piwnicy? 
I czy ja ostatnio mądrzyłam się na temat jednorożców i tęczy ????

Taaaa...

Pojechałam z DobrąKoleżanką na zakupy. Sukienkę chciałam kupić. Na imprezę. Rzadko noszę sukienki, raczej spódnice, a najczęściej spodnie. Ale impreza taka bardziej oficjalna, to zapragnęłam wyglądać bardziej jak wszyscy. Cóż, czasem każdy ma słabsze dni.
Jakoś tak nie bardzo się czułam, ale może coś zjadłam krzywo, może miesiączka miała nadejść, troszku brzuch bolał...może głowa. 
Weszłyśmy do sklepu, oglądamy. Zza lady wyskakuje PaniFioczek, szpileczki, marchewkowa opalenizna, włoski tlenione, pazurki zrobione, spódniczka wąziutka więc chód jak u gejszy, ale linia jak niteczka :-) Od razu znielubiłam...Rzuciła na nas bezlitosnym, oceniającym okiem i wyciąga sukienki, i pokazuje, i namawia, a właściwie autorytarnie stwierdza, że TE. Konkretnie TE będą dobre. Znaczy ja kupuję sukienkę, DobraKoleżanka już ma, ona butów potrzebuje. Nie wiem, czy te sukienki mi się podobają. Pani Fioczek macha nimi, zdejmuje, wpycha w ręce...Proszę przymierzyć tu jest przymierzalnia. Jakoś tak bezwolnie idę. Dobra, dam radę, przymierzę...
Zaciągam zasłonę...chwilę oddycham. Chyba. Brzuch nadal pobolewa, a w głowie dzięcioł stuka coraz głośniej. Zza zasłony szum rozmowy PaniFioczek i DobrejKoleżanki. Stuk, stuk, stuk...stukają szpilki, a może pazurki...
Jest gorąco, spociłam się, miejsca mało, sukienki lepią się do ciała, ciężko je nałożyć, ciężko zdjąć, są za małe, nie mieszczą mi się piersi, zbyt opięte w pasie, zbyt opięte na ramionach, za krótkie, za długie, wcale nie mój styl....Włosy nawet mi się spociły...Ściągam ostatnią. Ubieram się. Chwilę stoję i próbuję oddychać. Głowa już bardzo boli. Sięgam do torebki i na sucho łykam tabletkę od bólu głowy. Z doświadczenia wiem, że jak nie zareaguję szybko, będzie atak migreny, a to nie żarty. Porzygam się.
Wychodzę z przymierzalni, oddaję szybko sukienki. Mówię, że nie, że żadna, za małe. Chcę tylko wyjść. Na świeże powietrze. PaniFioczek coś tam jeszcze mówi, ale ja idę do drzwi, staram się jeszcze być grzeczna, ale MUSZĘ wyjść.
Na dworze chłodno, dobrze. DobraKoleżanka stara mi się coś powiedzieć, czuje moje zdenerwowanie, mówi, że pochodzimy jeszcze i poszukamy...Nie chcę...Nie chcę naprawdę. 
Ale idziemy do następnego sklepu. Już nie słucham sprzedawczyń, jestem niegrzeczna. Od razu ucinam: Sama popatrzę. I w którymś sklepie trafiam na sukienkę. Ładna, troszkę elastyczna, kolory moje, bez gumek w talii, bez odcięć pod piersiami, bez rękawów...Odważam się przymierzyć. DobraKoleżnka coś tam szemrze, że może troszkę za duża....Ale ja się w niej czuję dobrze. Pasuje mi. I cena przystępna. Biorę.
Poszłam na imprezę, średnio się bawiłam, sukienka okazała się ciut za duża, ale była ok. Nadal ją lubię, wisi w szafie.
Od około 15 lat. 
Bo ta historia to stara jest. Zdarzyła się dawno temu. Ja wtedy nosiłam rozmiar 38. Sukienka to rozmiar 40. 
Teraz noszę 48.

Ja pitolę Wszechświecie...

Mam TERAZ trzy wesela. Trzy wesela...i postanowiłam kupić sukienkę. Pojechałam do miasta z Mężem. Wchodzimy do sklepu, zza lady wyskakuje bardzo dobrze utrzymana Pani50+ i rzuca na mnie mierzące spojrzenie...znaczy mierzy wymiary...Jest miła. Stara się. Jest pomocna. Pokazuje fajne sukienki. Nienachalna. Mąż z nią miło rozmawia. Ja wchodzę do przymierzalni. Jest gorąco, spociłam się....mam pisać dalej?
Obyło się bez bólu głowy. Obyło się bez bólu brzucha. Żadna sukienka nie pasowała. 
Nie kupiłam w żadnym sklepie. Choć podeszłam do mierzenia jeszcze dwa razy.
Po tym ostatnim, zorientowałam się, że robię to, co prowadzący na warsztatach pracy z ciałem nazwał: przekraczaniem siebie. Zrozumiałam i stanęły mi łzy w oczach...
Więc przestałam. 
Powiedziałam Mężowi, że poddaję się. Poszliśmy zjeść pyszny makaron sojowy z warzywami.
I lody. 
I pojechaliśmy do domku.
Mąż kupił sobie szorty i spodnie :-)

Czy ja czepiałam się, że jednorożce są BE?
I taka mądra byłam, że Nieświadome mam? I je widzę? 
No to widzę. A mimo to polatałam jednorożcem. Tak z dwa lata. 
Afirmowałam: kocham siebie, kocham swoje ciało. Medytowałam nad miłością do siebie. Na psychoterapii ogarniałam, jakie sytuacje spowodowały, że nie lubię siebie i mojej fizyczności. Zrozumiałam co to jest kompulsywne jedzenie, czemu tak się dzieje i dzieje się coraz rzadziej :-)
Sporo rzeczy odkryłam, sporo przepracowałam, sporo zaakceptowałam...I mimo to...
Zafundowałam sobie powrót do przeszłości...

Ja pitolę Wszechświecie...Nic mądrzejszego nie przychodzi mi do głowy. 
Zdziwienie Mariolki jest moim zdziwieniem.

Zlazłam do Piwnicy, nawet nie bardzo się bałam...
Sprzątam tam już od jakiegoś czasu. Światło tam ciągle wysiada, ciemno, zimno...kurz i pajęczyny pojawiają się ciągle. Gratów trochę wyrzuciłam, ale nadal mam sporo pokitrane po kątach. 
Zlazałam. A tam w kącie, na gołym metalowym łóżku, takim szpitalnym, siedzi COŚ. 
Oszczędzę opisu Wszechświecie. Nie zaglądaj. Na razie.
Będę oswajać.
Na początek pościel dałam, kocyk puchaty. Śniadanie zaniosłam. Kawka, owsianka, bułeczka taka prawdziwa, geesowska ( w realu już nie ma, ale w Piwnicy wszystko jest), masełko, dżemik z truskawek. I lampę solną, ładne światło daje, łagodne. Łagodzi kontury, pozwala skryć się w ciepłym półmroku. Przysiadłam na łóżku, posiedziałam...a jak chciałam wstać, taka żabia łapka wysunęła się spod koca, złapała mnie mocno za rękę...Nie odchodź...
Posiedziałam...

Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Piwniczna Prowincjonalna Bibliotekarka.