źródło- internet
Zastanawiałam się...
Czy napisać :-)
Ale w sumie Wszechświecie, czemu nie?
Statek tzw. "normalności" już dawno odpłynął :-)
A magia się dzieje, choć nie tak często jakbym chciała, najczęściej znienacka.
Czasem zamiecie mnie trochę tzw. rzeczywistość, a czasem zajrzę ci Wszechświecie, pod podszewkę, a tam...
Ten poranek, kiedy musieliśmy pojechać po Pipi, był mroczny... PIPI
Otworzyłam oczy, a moja suczka wskoczyła na łóżko i zabrała się do lizania mnie po nosie. Warknęłam: do śpidełka! Nie miałam ochoty jeszcze wstawać. Było ciemno. Na zegarku fosforyzująco migała godzina piąta dziesięć. Wiedziałam, że w nocy padało, było zimno. Pod kołdrą było zaś cieplutko i miło, obok posapywał, pogrążony we śnie Mąż. Wszystko mnie skłaniało do zamknięcia oczu i ucieczki w krainę snu. Ale wiedziałam, że się nie uda. Bo już czułam jakieś uwieranie w ciele, czułam ciężkość. Dobrze wiedziałam, co mnie męczy. Choroba Pipinka i wizyta u weterynarz. Jedynym sposobem na poczucie się lepiej było przejść przez to. Więc wstałam. Suczka jak co rano złapała kocyk ze śpidełka i radośnie pobiegła z nim do dziennego pokoju. Ciężko stąpając polazłam za nią. Weszłam do kuchni, zapaliłam taką małą lampkę nad blatem. Nie lubię mocnego światła rano, kiedy oczy jeszcze po nocy nienawykłe. Otworzyłam lodówkę, wzięłam mleko na owsiankę i odwracając się spojrzałam w okno...Zastygłam.
Następnie zamknęłam lodówkę, odstawiłam mleko na blat i jednym skokiem znalazłam się przy oknie...
Za oknem była właściwie noc. Jeszcze lampy się paliły. Naprzeciw rosną drzewa w rządku pod parkanem. Duże, leciwe. I tam, wokół tych drzew błyszczących jeszcze po deszczu, wiła się ogromna, rozciągająca się na trzy drzewa, chmura szmaragdowych, jaskrawych,wirujących światełek. Takich troszkę jak choinkowe ledy. Teraz to dopiero zamarłam. Usiłowałam ogarnąć wzrokiem wszystko. Ale bardzo trudno było. Bo one zapalały się i gasły, wirowały wokół drzew jak mgławica. Cały czas w ruchu, w górę, w dół, na boki. Jedno gasło, zapalało się drugie. Miałam wrażenie że jest ich setka może. Troszkę tak, jak na tym obrazku, który umieściłam na górze.
Stałam, patrzyłam, jednocześnie jasno i wyraźnie uświadamiałam sobie moje myśli:
- niemożliwe, ktoś stoi pod ścianą budynku i puszcza coś laserowego...
- niemożliwe, kto o piątej dwadzieścia robiłby takie rzeczy...
- jakie to piękne..
- jak szybko mrugają...
- wiosna przyszła...
- a może to jakieś światełka od sąsiada?
- cudne, nie mogę za nimi nadążyć...
- jeju, jak długo ja to widzę...
Patrzyłam, w końcu światełek robiło się coraz mniej i mniej, aż w końcu jedno tylko do mnie zamrugało i znikło.
Całość trwała może pół minuty. Ale te trzydzieści sekund było jak pięć minut.
I cały czas mam wrażenie, że było tam coś jeszcze...
Ale nie wiem, tylko takie wrażenie...
Taaa, a teraz niech czytający zastanowią się nad tym, jakie mieli myśli czytając to co napisałam ;-)
To może być ciekawe :-)
To dużo mówi o was. Tak samo jak moje myśli o mnie.
Postałam jeszcze chwilę przy tym oknie. Nic.
Otworzyłam szafkę, wyjęłam płatki owsiane i garnek do mleka. Nastawiłam owsiankę, cały czas popatrując w okno. Nic się nie działo, tylko sąsiad włączył światło na zewnątrz domu i zaczął wyprowadzać samochód. Pomyślałam jeszcze niedorzecznie, że może ma jakiś dziwny, laserowy włącznik do światła. No cały czas mózg szukał czegoś, co mogłoby wytłumaczyć mgławicę szmaragdowych światełek ;-)
Nic nie znalazł sensownego.
Poszłam wpuścić koty. Nakarmiłam je.
Rzeczywistość ruszyła do przodu.
Przypomniałam sobie o Pipi.
Popatrywałam jeszcze w okno, ale zrobił się powoli dzień.
A potem już opisałam co było.
Dopiero dwa dni później opowiedziałam Mężowi. On się już przyzwyczaił, że ja czasem coś zobaczę. Jakby już się nie dziwi i nie boi o mnie. Chyba. Bo nawet ja sama się zastanawiam czasem, czy aby klepeczka w mózgu nie odpada :-)
Ale tym razem zgłosił pretensję: czemuż, kobieto, mnie nie zawołałaś?
No nie wiem, zastygłam przy tym oknie...nawet mi w głowie nie było wołać, czy łapać za komórkę.
Ale miałabym filmik! I świadka, ale nie, zamarłam w wielgachnym zadziwieniu, pomieszanym z niewiarą, że widzę to, co widzę.
Kiedy to piszę, przypomina mi się wydarzenie z mojego życia, kiedy to chyba w czwartej klasie, szłam do szkoły. Ciągle to pamiętam. Niby nic, a utkwiło. Raźno maszerowałam chodnikiem przy głównej ulicy. Po lewej miałam płotek i żywopłot odgradzający mnie od parku, po prawej ulicę, już wtedy asfaltową. Nagle zobaczyłam, że naprzeciw mnie, środkiem chodnika biegnie pies, wielki. Taki jak poniżej Saba z adaptacji "W pustyni i w puszczy".
Wystraszyłam się. Był takiej prawie wielkości jak ja. Automatycznie zeszłam na jezdnię i zrobiłam spore półkole by go okrążyć i minąć. Przebiegł obok. Weszłam na chodnik i obejrzałam się.
Psa nie było.
Stanęłam i zaczęłam się rozglądać gdzie takie wielkie psisko znikło.
Nigdzie nie było. Ani na drodze, ani w parku. Żywopłot wtedy nie był wysoki, może do brzucha mi sięgał.
Pies znikł.
Z jakiegoś powodu pamiętam to wydarzenie do dziś, choć tyle mam białych plam z tamtego okresu życia.
A teraz szmaragdowe światełka.
Co ranek patrzę na drzewa :-) Ale nic.
Aż kilka dni po tym zdarzeniu, wpadł d o biblioteki znajomy, u którego warsztaty z Rosą były. On i żona mają ten cudny, drewniany dom w lesie i z nimi mogę pogadać o dziwności spokojnie.
Spojrzałam na niego i mówię: O! ty dzisiaj nie przypadkiem przyszedłeś :-)
Opowiedziałam mu co mi się przytrafiło. Stał chwilę, patrzył na mnie i mówi: wiesz, mnie się to kojarzy z energiami ziemi, duchy przyrody, coś jakoś tak.
Ale, najważniejsze pytanie: czemu ci to zostało pokazane?
No tak, CZEMU?
Generalnie cała zabawa tutaj polega do tej pory na NIEPOKAZYWANIU tego, co tu jest tak naprawdę :-)
A ja mam jakieś przebitki.
Więc, cóż...
Pierwsza myśl: na mojej obecnej drodze zdecydowanie powinnam porzucić racjonalizm szkiełka i oka :-)
Bardziej patrzeć SERCEM.
kadr z filmu Avatar
Bo kiedy patrzę, naprawdę PATRZĘ, czuję, że jest coś więcej, jest wokół nas magia, której nie widzimy, ale czujemy.
Podszewka Wszechświata jest bardziej niesamowita niż scenarzyści filmów takich jak "Avatar" mogą wymyślić.
I można tam zajrzeć, tylko trzeba się otworzyć na tę możliwość.
Tak po prostu, UWIERZYĆ ;-)
PS. Nie, nie jaram żadnego zielska :-)



















