Obserwatorzy

niedziela, 14 kwietnia 2019

Znów Wysoka Dziwność Wszechświecie ;-)

źródło- internet

Zastanawiałam się...
Czy napisać :-)
Ale w sumie Wszechświecie, czemu nie?
Statek tzw. "normalności" już dawno odpłynął :-)
A magia się dzieje, choć nie tak często jakbym chciała, najczęściej znienacka.

Czasem zamiecie mnie trochę tzw. rzeczywistość, a czasem zajrzę ci Wszechświecie, pod podszewkę, a tam...

Ten poranek, kiedy musieliśmy pojechać po Pipi, był mroczny... PIPI
Otworzyłam oczy, a moja suczka wskoczyła na łóżko i zabrała się do lizania mnie po nosie. Warknęłam: do śpidełka! Nie miałam ochoty jeszcze wstawać. Było ciemno. Na zegarku fosforyzująco migała godzina piąta dziesięć. Wiedziałam, że w nocy padało, było zimno. Pod kołdrą było zaś cieplutko i miło, obok posapywał, pogrążony we śnie Mąż. Wszystko mnie skłaniało do zamknięcia oczu i ucieczki w krainę snu. Ale wiedziałam, że się nie uda. Bo już czułam jakieś uwieranie w ciele, czułam ciężkość. Dobrze wiedziałam, co mnie męczy. Choroba Pipinka i wizyta u weterynarz. Jedynym sposobem na poczucie się lepiej było przejść przez to. Więc wstałam. Suczka jak co rano złapała kocyk ze śpidełka i radośnie pobiegła z nim do dziennego pokoju. Ciężko stąpając polazłam za nią. Weszłam do kuchni, zapaliłam taką małą lampkę nad blatem. Nie lubię mocnego światła rano, kiedy oczy jeszcze po nocy nienawykłe. Otworzyłam lodówkę, wzięłam mleko na owsiankę i odwracając się spojrzałam w okno...Zastygłam.
Następnie zamknęłam lodówkę, odstawiłam mleko na blat i jednym skokiem znalazłam się przy oknie...
Za oknem była właściwie noc. Jeszcze lampy się paliły. Naprzeciw rosną drzewa w rządku pod parkanem. Duże, leciwe. I tam, wokół tych drzew błyszczących jeszcze po deszczu, wiła się ogromna, rozciągająca się na trzy drzewa, chmura szmaragdowych, jaskrawych,wirujących światełek. Takich troszkę jak choinkowe ledy. Teraz to dopiero zamarłam. Usiłowałam ogarnąć wzrokiem wszystko. Ale bardzo trudno było. Bo one zapalały się i gasły, wirowały wokół drzew jak mgławica. Cały czas w ruchu, w górę, w dół, na boki. Jedno gasło, zapalało się drugie. Miałam wrażenie że jest ich setka może. Troszkę tak, jak na tym obrazku, który umieściłam na górze.

Stałam, patrzyłam, jednocześnie jasno i wyraźnie uświadamiałam sobie moje myśli:
- niemożliwe, ktoś stoi pod ścianą budynku i puszcza coś laserowego...
- niemożliwe, kto o piątej dwadzieścia robiłby takie rzeczy...
- jakie to piękne..
- jak szybko mrugają...
- wiosna przyszła...
- a może to jakieś światełka od sąsiada?
- cudne, nie mogę za nimi nadążyć...
- jeju, jak długo ja to widzę...
Patrzyłam, w końcu światełek robiło się coraz mniej i mniej, aż w końcu jedno tylko do mnie zamrugało i znikło.
Całość trwała może pół minuty. Ale te trzydzieści sekund było jak pięć minut.
I cały czas mam wrażenie, że było tam coś jeszcze...
Ale nie wiem, tylko takie wrażenie...

Taaa, a teraz niech czytający zastanowią się nad tym, jakie mieli myśli czytając to co napisałam ;-)
To może być ciekawe :-)
To dużo mówi o was. Tak samo jak moje myśli o mnie.

Postałam jeszcze chwilę przy tym oknie. Nic.
Otworzyłam szafkę, wyjęłam płatki owsiane i garnek do mleka. Nastawiłam owsiankę, cały czas popatrując w okno. Nic się nie działo, tylko sąsiad włączył światło na zewnątrz domu i zaczął wyprowadzać samochód. Pomyślałam jeszcze niedorzecznie, że może ma jakiś dziwny, laserowy włącznik do światła. No cały czas mózg szukał czegoś, co mogłoby wytłumaczyć mgławicę szmaragdowych światełek ;-)
Nic nie znalazł sensownego.

Poszłam wpuścić koty. Nakarmiłam je.
Rzeczywistość ruszyła do przodu.
Przypomniałam sobie o Pipi.

Popatrywałam jeszcze w okno, ale zrobił się powoli dzień.
A potem już opisałam co było.

Dopiero dwa dni później opowiedziałam Mężowi. On się już przyzwyczaił, że ja czasem coś zobaczę. Jakby już się nie dziwi i nie boi o mnie. Chyba. Bo nawet ja sama się zastanawiam czasem, czy aby klepeczka w mózgu nie odpada :-)
Ale tym razem zgłosił pretensję: czemuż, kobieto, mnie nie zawołałaś?
No nie wiem, zastygłam przy tym oknie...nawet mi w głowie nie było wołać, czy łapać za komórkę.
Ale miałabym filmik! I świadka, ale nie, zamarłam w wielgachnym zadziwieniu, pomieszanym z niewiarą, że widzę to, co widzę.

Kiedy to piszę, przypomina mi się wydarzenie z mojego życia, kiedy to chyba w czwartej klasie, szłam do szkoły. Ciągle to pamiętam. Niby nic, a utkwiło. Raźno maszerowałam chodnikiem przy głównej ulicy. Po lewej miałam płotek i żywopłot odgradzający mnie od parku, po prawej ulicę, już wtedy asfaltową. Nagle zobaczyłam, że naprzeciw mnie, środkiem chodnika biegnie pies, wielki. Taki jak poniżej Saba z adaptacji "W pustyni i w puszczy".


Wystraszyłam się. Był takiej prawie wielkości jak ja. Automatycznie zeszłam na jezdnię i zrobiłam spore półkole by go okrążyć i minąć. Przebiegł obok. Weszłam na chodnik i obejrzałam się.
Psa nie było.
Stanęłam i zaczęłam się rozglądać gdzie takie wielkie psisko znikło.
Nigdzie nie było. Ani na drodze, ani w parku. Żywopłot wtedy nie był wysoki, może do brzucha mi sięgał.
Pies znikł.
Z jakiegoś powodu pamiętam to wydarzenie do dziś, choć tyle mam białych plam z tamtego okresu życia.
A teraz szmaragdowe światełka.

Co ranek patrzę na drzewa :-) Ale nic.

Aż kilka dni po tym zdarzeniu, wpadł d o biblioteki znajomy, u którego warsztaty z Rosą były. On i żona mają ten cudny, drewniany dom w lesie i z nimi mogę pogadać o dziwności spokojnie.
Spojrzałam na niego i mówię: O! ty dzisiaj nie przypadkiem przyszedłeś :-)
Opowiedziałam mu co mi się przytrafiło. Stał chwilę, patrzył na mnie i mówi: wiesz, mnie się to kojarzy z energiami ziemi, duchy przyrody, coś jakoś tak.
Ale, najważniejsze pytanie: czemu ci to zostało pokazane?

No tak, CZEMU?
Generalnie cała zabawa tutaj polega do tej pory na NIEPOKAZYWANIU tego, co tu jest tak naprawdę :-)
A ja mam jakieś przebitki.

Więc, cóż...
Pierwsza myśl: na mojej obecnej drodze zdecydowanie powinnam porzucić racjonalizm szkiełka i oka :-)
Bardziej patrzeć SERCEM.

kadr z filmu Avatar

Bo kiedy patrzę, naprawdę PATRZĘ, czuję, że jest coś więcej, jest wokół nas magia, której nie widzimy, ale czujemy.
Podszewka Wszechświata jest bardziej niesamowita niż scenarzyści filmów takich jak "Avatar" mogą wymyślić.
I można tam zajrzeć, tylko trzeba się otworzyć na tę możliwość.
Tak po prostu, UWIERZYĆ ;-)



PS. Nie, nie jaram żadnego zielska :-)




Pozdrawiam Wszechświecie, zachwycona i zadziwiona Prowincjonalna Bibliotekarka :-)

środa, 10 kwietnia 2019

Dar Pandory Wszechświecie.

źródło: internet, artysta nieznany


"Pandora (gr. pan – "wszystko", dδron – "dar") – w mitologii greckiej to pierwsza kobieta na Ziemi, którą Zeus zesłał jako karę dla ludzi za to, że Prometeusz wykradł bogom ogień z Olimpu. Na rozkaz Zeusa, Hefajstos ulepił z gliny i wody pierwszą kobietę, którą charyty i hory pięknie przyodziały. Atena nauczyła ją prac domowych, Afrodyta obdarowała urodą, a Hermes podzielił się z nią swoimi cechami charakteru: kłamstwem, fałszem i pochlebstwem i zaprowadził do Epimeteusza, który pojął ją za żonę wbrew ostrzeżeniom swojego brata, Prometeusza.
W posagu Pandora otrzymała szczelnie zamkniętą glinianą beczkę (w literaturze europejskiej na ogół zwaną puszką Pandory), którą Epimeteusz i Pandora z ciekawości otworzyli. Znajdowały się w niej wszelkie nieszczęścia, które rozeszły się na cały świat. Na dnie beczki była jednak, zgodnie z wolą Zeusa, nadzieja.
Według innej wersji mitu to Pandora ją otworzyła z ciekawości, gdy Epimeteusza nie było w domu; nieszczęścia uleciały, nadzieja zaś została uwięziona, gdyż Pandora zatrzasnęła wieko.
Trzecia wersja podaje, iż beczka (dar dla Epimeteusza od Zeusa) zawierała wszelkiego rodzaju dobro; Pandora, niebacznie otwarłszy wieko, pozwoliła by zawartość – uleciawszy – powróciła do siedziby bogów; ludziom pozostała tylko nadzieja.
Wersja Jana Parandowskiego podaje, że Pandora nakłoniła swego męża Epimeteusza do otwarcia beczki, którą otrzymała jako swoje wiano. Otwarcie prezentu spowodowało, że „wyleciały na świat wszystkie smutki, troski, nędze i choroby i jak kruki obsiadły biedną ludzkość”.
Puszka Pandory to symbol nieszczęść, czegoś, co wywołuje mnóstwo nieprzewidzianych trudności, źródło niekończących się smutków i kłopotów."

Tyle Wikipedia.
 Bo siedzę i myślę, Wszechświecie.

Kiedyś gdzieś wyczytałam; nosz nie mogę sobie przypomnieć gdzie, bo bym podlinkowała; że nauczycielka w sklepie chciała kupić piwo. Miała ochotę na zimne piwko do obiadku, czy jakoś tak.
I z przerażeniem dostrzegła, że jej nieletni uczniowie są w sklepie. I nie kupiła, bo przecież przy dzieciach nie będzie złego przykładu dawać. A taką miała ochotę :-) Pod spodem, któraś inna nauczycielka napisała, że ona to łazi po sklepie, czeka, aż jej uczniowie kupią swoje i potem dopiero sama idzie do kasy, by jej wstydliwych zakupów nie widzieli. Bo nauczyciel też człowiek, piwko lubi wypić.

Taaaa...

I obecnie często trafiam na nauczycielskie rozmowy. Częściej niż bym chciała. I mam koleżanki nauczycielki i czytelniczki nauczycielki, a nawet czytelników nauczycieli, znaczy mężczyzn.
I mnie uczono, i moje dzieci uczono. I czasem współpracuję ze szkołą, ale raczej mniej niż więcej, bo u nas to bardzo hermetyczna placówka.
Moja koleżanka, która uczy w podstawówce, bardzo serio podchodzi do nauczania. Przejmuje się każdym dzieckiem, ich sytuacją w domu, stara się bardzo. Tłumaczy, uczy, koryguje, przestawia, wpływa, kształtuje...
No i słowo "kształtuje" mnie dziabło....

Bo ta moja koleżanka, to taka jest ogromnie przejmująca, ogromnie zaangażowana, ogromnie przytłoczona odpowiedzialnością za te wszystkie dzieci, taka nieszczęśliwa, że nie może im wszystkim pomóc, taka pełna goryczy, że system taki fatalny, że rodzice tacy ślepi, że zawód taki ciężki, te wszystkie biedne dzieci...
Że zupełnie nie widzi, że chce, by dzieci były takie, jak ona by je chciała widzieć. I rodzice tacy, jak ona by chciała, żeby byli. Że ma jakąś wizję i próbuje wszystkich wtłoczyć do obrazka.

Cóż ona robi Wszechświecie?
Ano kształtuje...SWÓJ Wszechświat, bo jej postawa z niczego się nie wzięła, wzięła się z całego jej życia, ma w nim odbicie, nie tylko w szkole. W domu też...

W sierpniu, na warsztatach u Rosy siedziała obok mnie nauczycielka z nauczania początkowego. Miała ze sobą przecudnego buldożka, nie mogłam mu się oprzeć, w przerwach rozmawiałyśmy.
I ona (patrz Wszechświecie, jak wszystko jest połączone) właśnie zastanawiała się nad swoją pracą.  Bo są klasy fajne, spokojne, życzliwe i są klasy fatalne, rozrabiające, złośliwe. I przyszło do niej takie pytanie: a może to zależy od wychowawcy, od jego osobowości, tego czym wibruje? I nawet poszła do psychologa szkolnego zapytać, nie dostała wiążącej odpowiedzi :-)
No cóż jej mógł psycholog powiedzieć, oczywiście, że tak. Tylko wtedy by wyszło, że klasy rozrabiające i słabe, mają złych nauczycieli. Bo małe dzieci przesiąkają jak gąbka, tym, czym emanuje nauczyciel i nie mówię tu o wiedzy jako takiej, tylko o EMOCJACH ;-)
Bo zawsze chodzi o emocje. A najbardziej o NIEUŚWIADOMIONE.

Nie o wiedzę, wcale nie o wiedzę...

Często pojawiają się w bibliotece ludzie, którzy wchodzą, rozglądają się, wzdychają i mówią:
- jak tu spokojnie, pani to ma szczęście, taki spokój, fajna praca...

Ja zaś, już teraz (bo kiedyś wnerwiało), odpowiadam:
- fajna, bardzo, ale każdy może zostać bibliotekarzem, KAŻDY ;-)

I strajkują nauczyciele.
I zastanowiłam się dlaczego takie to budzi moje sprzeczne emocje.
I wydaje mi się, że czuję, że strajk nie na temat :-)
Ale to moje zdanie Wszechświecie.
Opinia :-)
Autorska :-)

Bo ja wspieram obecnie wszystkich strajkujących. I z mojego podatku życzyłabym sobie, by każdy strajkujący dostał to, czego potrzebuje. Niech to będzie grosik podwyżki, ale niech będzie, ode mnie z serca :-)
Nauczycielom, sprzątaczkom, paniom z kuchni, robotnikom, policjantom, pielęgniarkom, lekarzom, górnikom, strażakom, paniom na kasach, developerom, bankierom, ministrom, bibliotekarzom...WSZYSTKIM.

Wszystkim czego potrzebują :-)



O co chodzi z Pandorą?
O to, że ta niewinna puszka, którą ona otworzyła, to był DAR, wielki dar : ja to nazywam: WYBOREM.

Prometeusz przyniósł Światło, czyli Wiedzę według mnie, Pandora przyniosła wynikający z Wiedzy, WYBÓR.
Każdy może wybrać...
I wybieramy...
I są konsekwencje ;-)



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka, usilnie porządkująca księgozbiór :-)



środa, 3 kwietnia 2019

Narodziny ZŁA Wszechświecie.

Nocna mara:  Johann Heinrich Füssli

Był listopad.
Listopad mżył deszczem, szarpał wiatrem, wył za oknami jak wilk, szamocąc bezlistne drzewa.
Nocami dom trzeszczał, stukał, szeleścił. Zimno przenikało do jego wnętrza mimo solidnie rozpalonego pieca do centralnego.
Hanna, leżąc nocą w łóżku, często nasłuchiwała tych odgłosów. Skowyczącego wiatru, poruszającego się domu. Szumu deszczu spływającego po dachu i oknach. Wsłuchiwała się w ciemność z oknem, zastanawiając się, czy coś tam się nie skrada, nie czai, nie patrzy...
Obok, niczego nieświadomy, chrapał głośno mąż. Zazdrościła mu tego snu, tej nieświadomości, tej niewrażliwości. Był człowiekiem, który życie traktował jako zadanie do zrobienia. Obce mu były porywy uczuć. Pracowity i zapobiegliwy, zapewnił Hannie i dzieciom dobre życie. Nie jakieś bardzo bogate, ale nic im nie brakło. Dzieci wyuczyły się, założyły rodziny, pojawiły się wnuki. Hanna z mężem przeszli na emeryturę i zajęli się domem, działką, wypracowali swoją rutynę codzienną.

Owszem, trochę im dokuczały stawy, trochę inne choroby. Ale wiadomo, wiek robił swoje. Hanna przebrnęła jakoś przez klimakterium, ale czasem miała wrażenie, że to wszystko w ciele jeszcze trwa, choć lekarz powiedział, że dawno już po wszystkim. Budziła się nocami zlana potem, ciągle zdarzały się fale gorąca oblewające całe ciało. Ciągle bywała słaba, rozdrażniona i rozdygotana.
Koleżanki z chóru kościelnego i te, z którymi pracowała jako wolontariuszka w caritasie, mówiły, że już dawno mają za sobą takie objawy, a Hanna nadal się męczyła. Miała wrażenie, że los ją specjalnie wybrał, by jej podokuczać.

Dzieci przyjeżdżały rzadko, zaabsorbowane swoim życiem. Czasem Hanna łapała się na tym, że ma do nich żal. Tyle dla nich poświęciła, starała się bardzo. Nieprzespane noce w czasie chorób, dbanie, chuchanie, wieczna czujność. Sama nie doświadczyła tego w dzieciństwie, postanowiła swoim dzieciom dać to, czego jej zawsze brakło. Zrobiła dobrą robotę, ciężką. Nie poszła na studia, nie wydawała na zbytki, wszystko dzieciom. Dbała o dom, ciepłe obiady, czystość, odrabiała z nimi lekcje. Męża ciągle nie było, bo pracował, więc Hanna czasem musiała i ojca zastąpić. Udało się. Dzieciaki zdolne, radzą sobie, pracują, mają domy, wnuki fajne.
Tylko rzadko przyjeżdżają.

I Hana nocami, kiedy nie może spać, czyli co noc, myśli, że mogliby częściej.
I czuje się trochę samotna. Znów fala gorąca przepływa przez jej ciało i zostawia ja osłabłą.
I nasłuchuje tej wichury za oknami, i tego stukania deszczu, i nie wie, nie wie czemu nie może spać. Przypomniała sobie te noce, kiedy budziła się i miała wrażenie, że na jej piersiach leży kamień, ciężki i zimny. Nie mogła złapać oddechu, nie mogła się ruszyć. Bała się tych ataków, choć one powoli mijały zawsze. Lekarz po zrobieniu ekg powiedział, że serce ma zdrowe i nic się nie dzieje. Nerwy.
A mąż śpi snem sprawiedliwego, nie pomyśli nawet, że ona obok tak się męczy...

Hanna wstała, druga dwadzieścia w nocy, przewraca się już dwie godziny w łóżku. Zaraz mąż się obudzi i będzie gderał. Postanowiła pójść do kuchni i zrobić sobie herbatkę z melisy. Posiedzi, porozwiązuje krzyżówki, uspokoi się i może jeszcze uda się pospać.
W kuchni usiadła przy stole, postawiła obok kubek z torebką ziół, rozłożyła krzyżówkę i zaczęła rozwiązywać swoje ulubione jolki, czekając aż czajnik się zagotuje.
Skupiona na krzyżówce, nie od razu zauważyła, że obok lodówki, w cieniu przy ścianie, coś lekko zafalowało.
Światło żarówki świecącej w kuchni było słabe, żarówka już dawno wołała o wymianę, ale póki świeciła, nie było sensu wydawać pieniędzy. Cienie w słabo oświetlonej kuchni były głębokie, rozmywały kontury szafek, lodówka wzdychała cicho, czajnik szumiał. Hanna ruch w półcieniu wyłapała kątem oka. Przerażona spojrzała w tym kierunku, ale patrząc wprost widziała tylko głęboki cień. Wiedziała, że obok lodówki stoi tylko niski taboret i nic więcej.
- Nic tam nie ma.
- Co ja wymyślam.
Serce, które przez chwilę omal nie wyskoczyło z jej piersi, zaczęło zwalniać. Hanna odetchnęła głęboko kilka razy i powoli rozluźniła spięte do ucieczki ciało. Jeszcze raz spojrzała w kąt obok lodówki. Nic.
Czajnik zabulgotał i wylał trochę wody na kuchenkę. Hanna aż podskoczyła na krześle i roześmiała się nagle.
- Co ja wymyślam?
- Ta bezsenność mnie wykończy.
Wstała, wyłączyła gaz. Zalała melisę i wróciła do krzyżówek. Kubek parował, lodówka westchnęła.
Hanna znów, kątem oka, zobaczyła ruch w kącie przy lodówce....




Ps. Do napisania tego zainspirowała mnie akcja palenia książek przez księży w Gdańsku.
     Spalono tam też drewnianego kotka i słoniki z podniesionymi trąbami.
     Wszechświecie...witki opadły lekko....


czwartek, 28 marca 2019

Drugi policzek Wszechświecie :-)

Z siłą wodospadu czasem wracają lekcje.
Lekcje, których się jeszcze do końca nie przerobiło. Lekcje, których się nawet nie zauważyło, że były.
Lekcje, których się kompletnie nie rozumiało, gdy trwały...

Czasem, kiedy mam zniżkę formy, myślę sobie: po co?
Po co ja tak staram się, czytam, uczę, zaglądam w siebie?
Po co tak się męczę, bo przecież to wszystko powoduje też określone reakcje ciała, kiedyś brałam tabletkę, teraz zastanawiam się o co chodzi i czemu boli mnie biodro? Albo kręgosłup szyjny, albo skóra na głowie mrowi?
O ileż łatwiej było wziąć tabletkę albo dwie i powiedzieć: zmęczona, stres, za mało spałam, za dużo, ciśnienie spada/rośnie, coś tam...
Zawsze coś mogłam znaleźć.

Teraz, kiedy boli mnie szyja i barki, i kręgi piersiowe ,wiem, że coś staram się zbyt mocno kontrolować i zaczynam szukać o co chodzi. Jaka sytuacja powoduje powrót starych napięć i ból. Kiedy bolą biodra i kręgi lędźwiowe, szukam tego czego się boję,  gdzie nie chcę iść. Czemu się opieram?
No kto tak robi? Nikt normalny :-)

A jednak to działa. Zmiana zaszła. Kiedy patrzę na innych ludzi wokół mnie, widzę siebie z przeszłości. Większości mogę powiedzieć: boli cię to i to, bo masz napięcia tu i tu, dlatego i dlatego.
Tylko nikt nie będzie słuchał, tak jak ja kiedyś, wiec nie mówię, współczuję...
I studzę zapędy misjonarskie swoje :-)

Nie to, Wszechświecie, że rozumy wszystkie już zjadłam, ale wypracowane w łzach i smarkach, atakach paniki i milisekundowych momentach WOW, metody i prawdy, działają.

Jednak łatwo nie jest, bo umysł nie puszcza tak lekko, lubi stare rowki. Jeździł nimi 50 lat, więc dlaczego miałby się zmienić. Skoro działa, nie naprawiać :-)
No po co?

Cóż, Wszechświecie, znam moją odpowiedź, na ten czas oczywiście: BY BYŁO LŻEJ, co nie znaczy łatwiej :-)

A lekcje przychodzą. Biorę psy i idę na spacer. Na początku się wygłupiają, kłębią się, podgryzają i bawią, a potem ruszają przez sad na targowicę. Ja zwykle lazę nieśpieszne za nimi. Tak też było wtedy. Dwa lata temu. Doszłam do targowicy, patrzę, a wszystkie trzy stoją, coś wąchają. Wrzasnęłam od razu, niechętnie odeszły. Podbiegłam i osłupiałam: pasztetowa z wbitymi szpilkami.
Wszechświecie, czułam się jak uderzona. Tysiące myśli, ile czasu szłam, minutę? Któryś zjadł?
I mnóstwo scenariuszy. Trzęsącymi rękoma pozbierałam świństwo. Leżało przy wyjściu z naszej ścieżki, tylko ja tam chodzę, chodziło o moje psy konkretnie. O bezdomniaki, które karmię.
Wróciłam do domu, cały czas obserwowałam zwierzaki. Zadzwoniłam do weta, który powiedział, że raczej może nie zjadły, skoro nic się nie dzieje. Obserwować. Cała noc była straszna. Ale rano, okazało się, że wszyscy w formie.
Kiedy trochę mi ulżyło, zaczęłam się zastanawiać nad człowiekiem. Cały czas wyświetlała mi się w głowie kobieta, że to zrobiła kobieta. I naprawdę czułam złość, nienawiść i chęć odwetu. Bardzo. Za mój ból i strach, za to co mogło się stać psom.

Ale powoli, powoli zaczęło do mnie docierać, że aby zrobić coś takiego, coś tak niewyobrażalnie złego, to jak bardzo siebie trzeba nienawidzić? Jak bardzo trzeba cierpieć, żeby chcieć cierpienie zadać innym? Jak bardzo trzeba siebie nie lubić i czuć się źle, by zatracić całkowicie empatię i kompas moralny? Przecież widzę to wokół, cierpiący tworzą cierpienie dla innych, czujący się ofiarami sięgną po każdą broń, by poczuć, że nie są bezbronni. Każdą.
I ta osoba cierpi i tworzy cierpienie.
I zeszła ze mnie para.
I pomyślałam: nie dołączę i nie zasilę.
Spróbuję inaczej.

Zadzwoniłam do KoleżankiAni i siostry Małgo, poprosiłam by mi pomogły.
Poprosiłam, by medytowały razem ze mną i wysyłały tej osobie naszą miłość i współczucie. Z prośbą by zrozumiała i nie krzywdziła. To w sferze Ducha.
A w realu powiesiłam trzy plakaty ostrzegawcze dla innych spacerujących z psami, z podkreśleniem jak bolesna śmierć czeka nasze zwierzaki.
I pracowałam nad tym, by moja intencja współczucia była prawdziwa. Czysta.
Pracowałam nad Wiarą i Miłością.
Wcale nie było łatwo. Chciałam oddać cios, chciałam wiedzieć kto to. Chciałam by cierpiała. Przyznałam się do tego sobie. Ale jednocześnie wiedziałam, że to nieszczęśliwa osoba, wiedziałam, bo byłam w jej położeniu. Wybrałam inną drogę, ale byłam TAM.
Więc współczucie wygrało.
I my wygrałyśmy.
Nie powtórzyło się.
Ta lekcja była trudna.
I trwała trochę :-)

Spokój trwał dwa lata.
Aż Wszechświat zrobił powtórkę materiału :-)
Co uczeń zapamiętał?

Przyszedł Mąż i mówi, że naszą sąsiadkę zaatakowała pod blokiem jakaś kobieta z petycją. Z petycją by usunąć nasze osiedle gawronów z sadku. Gawrony są z nami od lat. Właściwie rodzina. Duża rodzina :-) Gwarna i pełna życia. Uwielbiam je podglądać w czasie godów, wychowywania piskląt i w ogóle, ich życie. Są jak ludzie, kłócą się, podkradają sobie patyki z gniazd, kochają się, cieszą, smucą. W naszym bloku są cztery rodziny. Wokół nas domki jednorodzinne w lekkim oddaleniu. Komu nagle gawrony przeszkadzają, skoro nie nam?
No i od razu poczułam strach o drzewa. No bo jak się usuwa gawrony? Wycina się drzewa na których bytują i ewentualne, na których by mogły. Znaczy gmina wytnie sad mój kochany, bo tak po prawdzie on jest gminy. A gmina nie będzie się przejmować, kupiec na drzewo się znajdzie natychmiast...
Blady strach na mnie padł. I złość, i złe myśli na głupich, nierozumnych ludzi. Na produkcję cierpienia.
Siadłam w fotelu w tej burzy uczuć. Czułam jak w moim ciele to wszystko się gotuje. Szyja, głowa, barki, ciągnięcie w plecach. Ciało stało się cięższe niż normalnie. Żołądek lekko się ścisnął. W skroniach ucisk. Gotowa do ataku. Gotowa do walki.

I powiedziałam: NIE.
Nie, nie, nie...już to przerabiałam. Nie będę dodawać temu mocy. Już to znam, ktoś swoje nieszczęście projektuje na zewnątrz. Ktoś cierpi i strzela na oślep. Jesteśmy połączeni ze sobą i Wszechświatem.
Poproś o pomoc. Poproś o ochronę. Podziel się współczuciem.
Aniołem nie jestem, musiało się przebuzować, przegryźć i spienić :-)
Ale trwało to krócej, lżej mi już było na tę ścieżkę wejść.
Zrobię co mogę, jeśli w realu dojdzie do najgorszego.
Ale Wszechświecie pomóż, człowieku, rozumiem, współczuję, ty też zrozum proszę.
I jak tylko szłam nie wtę stronę, korygowałam :-)

Jeden dzień to zajęło. Tylko jeden.
Poszłam do gminy w zupełnie innym celu. Zaaferowana kłopotami z podpisem elektronicznym.
A tam złapał mnie PanS. Zarządca naszej nieruchomości i sadku. I powiedział, że nasz niedaleki sąsiad żąda usunięcia gawronów, bo mu na podwórko rzucają myszy, szczury, jaszczurki i niszczą mu dach guanem. PanS właśnie mu odpisuje, że żadnych drzew wycinać na gminnej działce nie będzie, bo to nie taka prosta sprawa, drzewa są stare. I w ogóle, nie przesadzajmy :-)

Dziękuję Wszechświecie :-)

Gawrony, sad, drzewa bezpieczne.
Ja szczęśliwa, lekka i zluzowana.
Sąsiad zasilony dobrą energią, może się mu coś otworzy w sercu i łepetynie.
A może nie, jego wybór.

Powtórka zaliczona z małymi potknięciami.
Ogólnie wszyscy wygrali :-)

Jakie to trudne jest jednak. Choć coraz łatwiejsze. Ćwiczenie czyni mistrza.


A co do mistrzów, to nawet się nie spodziewałam, że wyszedłszy z hukiem z kościoła, spotkam na swojej drodze Jezusa i jego nauczanie. Choć teraz wiem, że jakbym nie wyszła, dalej by mi nawijali makaron na uszy :-)
Tu akurat  nauka o drugim policzku, jakby się kto nie zorientował :-)
Bo nie chodzi o to, by pozwalać lać się po buzi.
Chodzi o to, by zobaczyć drugą stronę sytuacji, tę ukrytą, tę prawdziwszą.

I ja wiem, że czasem Globalna Nieświadomość jednak wygra, bo to potężna siła i energia.
Ale dam radę i wtedy :-)



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka nadal podglądająca gawrony :-)





poniedziałek, 25 marca 2019

Odwaga, Wiara, Miłość...Wszechświecie.


Jedziemy do mamy.
Jedziemy po Pipi.

Kotka ma umówione spotkanie u wetki o 13. 
Choruje już trzeci tydzień i  już wiem... wiem, że to co wyglądało jak jakaś kocia wirusówka, nie jest nią. Żadnej poprawy. Znam koty, wiem i czuję, że jest źle. 

Pipi jest w naszej rodzinie od 6 lat. Znalazłam ją w mokry, zimny, grudniowy poranek, siedzącą na drzewie. Właściwie znalazł ją mój pies, Fragles. Stał pod tym drzewem i nie chciał odejść. Ja zmarznięta, w szlafroku, chciałam jak najszybciej wrócić do domku. A psiuk tupta pod drzewem i nie sika. Mamrocząc inwektywy pod nosem polazłam pod drzewo, żeby mu impuls dać do powrotu i jak podeszłam bliżej, usłyszałam gdzieś wysoko pipipipi... 
Coś na drzewie pipikało strasznie cicho...
Poszłam po latarkę do domu. Fragles zadowolony z akcji wrócił ze mną, na ciepłą kanapę, a ja jeszcze pół godziny stałam na zamarzającym deszczu namawiając małe coś by zlazło do mnie. Zlazło w końcu. Wzięłam w ręce mokrą, zimną, drżącą kulkę, pokrytą czymś szorstkim, wetknęłam za pazuchę i od razu kulka zaczęła mruczeć.
Okazało się w domu, że koteczka jest pokryta zaschniętym kurzym gówienkiem. W kąpieli rozłożyła się w ciepłej wodzie mrucząc. Bardzo jej się podobało. Miała trójkątne ranki na głowie i wielki brzunio. Zjadła, w śpidełku położyłam termofor, zapakowałam ją i całą noc spała jak kamień.


Wykonałam procedurę taką jak zawsze przy znajdach, leczenie początków kociego kataru, tłuczenie robaków, odkarmianie, oswajanie. I kiedy Pipi była wyrychtowana, pojechała do mojej mamy, bo tam akurat było miejsce po Loli, kotce mamy,  która umarła jakiś czas temu.
I tak Pipinek przeżył dobre 6 lat.
A teraz jedziemy do wetki na 13...
I wiem.
Przeczuwam.

Siedzę w samochodzie, Mąż prowadzi i nic nie mówimy, bo niby o czy mówić? Wiadomo. Nie pierwszy raz. Ale tym razem, tym razem niespodziewanie dla siebie trochę, mówię: bardzo boję się, boję się, że będę musiała podjąć TĘ decyzję. 
Łzy mi nagle lecą po policzkach...
Spoglądam na Męża, on też...
I mówi: słuchaj, guru powie raz! Słuchaj uważnie, bo guru może za chwilę nie pamiętać co powiedział. Po pierwsze, czytasz te wszystkie mądre książki, masz tę swoją teorię SuperWszyskiego, słuchaj tego co wiesz. Ona miała dobre życie, sześc dobrych lat. Jak nie dasz rady, ja to zrobię za ciebie. Ja podejmę decyzję.
Wziął moją rękę, potrzymał i wszystko zrobiło się jaśniejsze...

Kiedy mówimy, kiedy się dotykamy sercami, jest łatwiej...

Nie chodziło o to, że nie mogłam podjąć decyzji o eutanazji, chodziło o wsparcie i poczucie, że nie jestem w tym sama. Oboje nie bardzo umiemy prosić o pomoc. Oboje się tego uczymy, oboje w tej nauce się wspieramy...
Czasem milczenie jest do kitu, a mowa złotem sypnie....

Tak, podjęłam tę decyzję. Po badaniach krwi i usg, które pokazało wodę w brzuszku Pipi i zmiany wokół trzustki. Nie ma w ogóle potrzeby cierpieć na tym świecie. Dobrze, że choć zwierzaki mają taką opcję w tym durnym kraju. Ludzie muszą cierpieć. Ludzie ludziom zgotowali ten los. 

Ale Pipinek odszedł spokojnie, we śnie, bez bólu.
I o to chodzi. Dobre życie, lekka, przyjazna śmierć.
Do zobaczenia koteczko, pozdrów wujka Fraglesa ode mnie...



A tutaj jest para, która mi zaimponowała ogromnie. Magda Szpilka nie raz mi pomogła swoimi przemyśleniami i filmami. Dzięki niej spotkałam się z moją złością i ją polubiłam :-) Zrozumiałam po co i dlaczego ona jest. I co się pod nią kryje.
Ale w tym filmiku, Mąż Magdy mi zaimponował jak nikt, z wyjątkiem mojego Męża oczywiście :-)
Bardzo polecam, na spokojnie, bo to 50 min i bardzo trudne do przyjęcia.
Szczere, uczciwe i na widoku :-)







Pozdrawiam Wszechświecie, pogłaszcz Pipi ode mnie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka.


sobota, 16 marca 2019

Chory, chorszy, najchorszy Wszechświecie.

źródło: internet

Pojechaliśmy z Mężem do Kazimierza Dolnego.
Luty i marzec są ciężkimi miesiącami dla mnie. Muszę się trochę pilnować, bo wtedy Ciemna Strona Mocy ciągnie jakby bardziej do siebie. Częściej robi się szaro i niechęć ogarnia, i częściej widzę jak brzydko się bawimy na planecie. Choć z drugiej strony to dobrze.
Bo tu tak jest: Światło i Cień szepczą do siebie w Półcieniach. Umawiają się na schadzki w ciemnych alejkach parku, ocierają się o siebie niby przypadkiem, pełne gorączkowej ciekawości: czym jesteś, jesteś taki różny ode mnie, ale jakby znajomy. Znamy się? Dotknij mnie, ja dotknę ciebie, pokaż mi swój świat...
Światło i Cień, dwa bieguny tego samego.

Więc pojechaliśmy do KazimierzaD odetchnąć, zmienić planszę, zresetować system, cokolwiek, byle inaczej. Bardzo fajne miasteczko. Pogoda nam dopisała, było słońce. Wynajęliśmy domek w ogrodzie, chodziliśmy na nieprawdopodobnie drogie, ale smaczne śniadania, a po śniadaniu w Polskę :-) Zwiedzaliśmy, rozmawialiśmy, przytulaliśmy się. Cztery dni wyrwane z codzienności. Cztery dni Światła :-)

Ale wrócić trzeba.
Wróciłam. Kotka mamy zachorowała. Wizyty u weta, stres, zastrzyki, strach i widmo śmierci. To jeszcze się rozgrywa, ale kotka troszkę je. Szansa jest.
I tak moje światło zszarzało znów, weszło w Półcienie i widzi choroby....
Często mi się zdarza widzieć jak ludzie rozmawiają o swoich dolegliwościach. Każdego coś boli. Każdy ma jakieś problemy, jak nie konkretna choroba, to jakieś nieokreślone objawy. Czasem zwyczajne, przejściowe; czasem długofalowe, niepokojące.
Większość z nas opowiada o tym. Dzielimy się tym z ludźmi znanymi, czasem nieznanymi, by obniżyć swój lęk. Jest zdecydowanie lżej, gdy ktoś powie: ja też tak mam. A jeśli jeszcze doda: wiesz, mi pomogło to czy tamto, to już całkiem fajnie, chyba że...
No właśnie.
Chyba ŻE...

Z racji zawodu i zdaje się, osobowości, lubię pogadać i posłuchać. Teraz nawet lepiej słucham niż kiedyś ;-) Jaśniej widzę, umiem troszkę utrzymać empatię na wodzy by nie zaciemniała obrazu. Bardziej się rozglądam, słucham, obserwuję.
Ludzie uwielbiają mówić o swoich chorobach. Bardzo.
W małym miasteczku jak moje, często takim miejscem jest sklep, albo przed sklepem :-) Koleżanki jak się zobaczą to stoją pod sklepem i godzinkę, omawiając dolegliwości, i najnowsze plotki o tym kto choruje, kto umarł, kto coś tam :-) Panowie też, czasem grupka jest koedukacyjna.
Czasem też widzę, jak opowieści płyną równolegle, każdy mówi zasłuchany w siebie, ale wygląda to na rozmowę :-) Czasem też podsłucham licytacje, kto ma gorsze objawy, w stylu: co ty, to jeszcze nic, ja mam...i lecimy z tym koksem :-)

Sporo chorych czytelników do mnie przychodzi. Większość prędzej czy później opowie o swojej chorobie. Raczej prędzej.
I co zauważyłam. Lubimy. Nie tylko gadać o chorobach. Lubimy chorować. Paradoks.
Boimy się chorób, ale lubimy chorować.
I tak, i tak.

Mam czytelniczkę Chudzinkę, starsza pani, która jest zdominowana przez męża. Żyje pod jego dyktando. Samochód ją potrącił. Fatalna rana na nodze. Szpital, kłopoty, przeszczepy skóry, bo i cukrzyca jest. Długo. Córka wozi mamę, zajmuje się, opiekuje. Starsza pani nareszcie jest w centrum uwagi. Rewelacja. Długo, szczegółowo opowiada o perypetiach szpitalnych. Wyciska temat jak cytrynę :-) A jak to się stało? Ona nie wie. No jakoś tak wyszła na ulicę i samochodu nie widziała...Hm.

Mogłabym przytoczyć dużo takich przypadków, tylko po co? Każdy sam wie, a jak nie wie, to znaczy, że nie chce wiedzieć.

Najbardziej spektakularne było oglądanie takiego procesu u czytelniczki Nerwuski.
Byłam w Ośrodku Zdrowia, bo w ramach własnego procesu, złapałam wirusa po świętach ;-) Siedzę, bo zwolnienie mi potrzebne. Wpada Nerwuska. Jak to ona, robi dużo szumu. Pyta o jakieś swoje badania. I deliberuje z pielęgniarką w recepcji nad swoim żołądkiem Bo on dużo za dużo soku żołądkowego wydziela. Trawi właściwie sam siebie. Żadna tajemnica, wszyscy słuchają :-) No i lekarze nie mają pojęcia co jej jest. No cóż...pomyślałam. Żołądek.
Dostałam zwolnienie, poleżałam w domku trzy dni, pokokosiłam się w piernatach, pozbierałam się i wróciłam do pracy.
I wpada do mnie Nerwuska. Jakby bardziej nerwowa. Temat choroby wypływa prawie natychmiast. Ale nie żołądek, nie, nie...Ciśnienie dziwne. Skacze do 200. Tętno też. Nie cały czas. Nie wiadomo kiedy. Siedzi se Nerwuska w fotelu spokojnie, ogląda coś w TV i nagle, dziwnie się robi, gorąco, jakieś drżenie, ucisk w głowie. Ciśnienie szybuje w kosmos. I lekarze nie wiedzą, bo to nie jest takie normalne nadciśnienie.
Jeszcze nie jest, za chwilę będzie- myślę sobie po cichu....Powiedzieć, nie powiedzieć. Czy w ogóle sens jest mówić? Pewnie nie ma, ale i tak powiem. Delikatnie ci powiem kobietko.

Powiedziałam. Uciekła jakby ją gonił demon. Bo i gonił...
Nerwuskę znam wiele, wiele lat. Znam jej męża. Oboje czytają. Przychodzą zawsze oddzielnie. On mówi o niej: ona. Ona o nim: on. Zawsze z przekąsem, czasem z lekką pogardą, czasem na siebie narzekają. Nie lubią się bardzo. Ale udają, że wsio ok. On większość czasu spędza w Białymstoku. Ona zostaje sama w miasteczku. Ostatnio mamę musiała wziąć do siebie na dochowanie. I to było za dużo...
Żołądek. Tłumiona złość, niemożliwość strawienia tej wielkiej guli agresji i pretensji, nigdy nie wyrażonych świadomie. Tylko ulewająca się po troszeczku bierna agresja, żeby choć trochę sobie ulżyć. Żołądek produkuje kwas by to strawić, ale tego nie da się strawić w żołądku. To trzeba w rozpracować w emocjach i zobaczyć, co się wyprawia. Zgadnijmy dlaczego tak wielu ludzi ma refluks teraz? No i ataki lęku, po których ciśnienie skacze. Bo już się zbyt dużo tego nazbierało, zbyt duże ciśnienie emocji. Już się wie, że życie nie jest takie jak byśmy chcieli, ale nie chcemy tego widzieć. Za wszelką cenę to schowamy przed sobą. Lepiej mieć choroby. Leczyć żołądek i nadciśnienie. To prostsze, to odwraca uwagę ode mnie, kreatorki fatalnej mojego fatalnego życia.

No cóż, lustra :-)
No cóż, robiło się :-)
Powiedziałam jej to delikatnie, bez szczegółów, dodając słowo: psychosomatyka.
Jakby ją piorun strzelił. Zmieniła temat i szybko uciekła.
Ot i poradziłam :-)

Każdy ma swoją ścieżkę.
I sam kreatywnie po niej podąża.
Można i tak.

Czasem się przydarzy jakaś konsekwencja własnych działań.
Czasem łatwiej leczyć chorobę, niż jej źródło.
Paradoksalnie mniej boli...
Są też bonusy: uwaga innych, pomoc innych, wsparcie innych....

To czasem wystarcza...
A czasem nie.
WYBÓR.

Do takiej Galerii pełnej światła i koloru trafiłam w Kazimierzu. CUDO :-)




Ps. Wczoraj Mąż mi powiedział, że moja bliska koleżanka, z którą czasem się widuję, zaczęła chorować. Zęby już starła, bo zgrzyta w nocy, teraz kreatynie się rozwija, problem z przełykaniem i oddychaniem, sztywny język. Lekarze nic nie znaleźli. Pogadać, czy nie pogadać Wszechświecie?
Może poczekam, aż zmięknie... :-D

piątek, 1 marca 2019

Prawo przyciągania, Wszechświecie.

Kadr z filmu: Jestem legendą.


Czasem się zastanawiam nad rolą biblioteki w obecnym świecie.
Kiedy byłam mała, biblioteka była biblioteką. Książki, katalogi, regały i książki, książki...
Różne, dla każdego.
Kiedyś przeczytałam o akcji: Pokrzycz w bibliotece i za głowę się złapałam.
Co ludzie nie wymyślą. A i tak nie wpłynie to na czytelnictwo. Żadna impreza nie wpływa. Nie tędy droga.
Więc uznałam, że moja biblioteka, zostanie Biblioteką. Książki i ludzie. Ta relacja mnie interesuje.
I jest różnie. Bo to czasem trudna relacja ;-)

Robię zakupy przez internet. Wygodnie, taniej i szybko. Kurier przynosi pakę pod biurko. Po całym życiu z książkami, spojrzę na okładkę, poczytam opis i w zasadzie widzę kolejkę czytelników, którzy będą zadowoleni z tego zakupu. To bardzo przyjemna część pracy :-) Ale wiadomo, zdarzają się pomyłki :-)
 Bardzo lubię postapokaliptyczne powieści. Są popularne teraz wśród młodzieży, ale też i wśród dorosłych jest kilku fanów. Cieszę się jak dziecko kiedy uda się kupić coś nowego i mam tę przewagę, że mogę szybciutko, jako pierwsza, przeczytać :-) To też bonus tej pracy.
Więc kupiłam kiedyś postapo, które z opisu dobrze się zapowiadało, łapnęłam do domku, siadłam wieczorkiem i czytam. Czytam, czytam i coraz bardziej rozczarowana i wnerwiona jestem. Pomysł idiotyczny. Ludzie w obozach siedzą, jedzą jakąś chemiczną papkę, wszystko jest uregulowane przepisami, nawet małżeństwa. Opresja na całego. Za to bogiem jest przyroda, zabija się za zerwanie kwiatka. Wszystko wokół obozów jest nietykalne. Rządzą obrzydliwi, chciwi i znienawidzeni przez wszystkich ekolodzy. W Polsce słowo: ekolog, też nabrało złego znaczenia, media utwierdzają nas w tym z resztą. Więc zezłościłam się, szkodliwa i głupia książka.  Zmarnowane pieniądze.
Postanowiłam książkę postawić w dziale literatury zagranicznej, alfabetycznie pod autorem. Tam nikt prawie nie zagląda, bo ludzie grzebią w moich regałach z napisem "nowości" najczęściej. A kiedy ktoś coś stamtąd chce, najczęściej ja tam chodzę i przynoszę.
Nikomu nie dam tego barachła! (to takie fajne, podlaskie słówko oznaczające "byleco", akcent na ostatnią sylabę).
Postawiłam, zapomniałam.
Któregoś dnia pojawił się czytelnik, który tak średnio raz na pół roku przychodzi. Wyszukuje starocia z klasyki, grzebie jako nieliczny, samodzielnie. Lubi. Poszedł szperać. Pogrzebał pół godzinki, wraca i paczę, co niesie? Niesie przebrzydłe barachło! Nosz! Są czytelnicy, którym czasem zasugeruję, że to co wzięli, może im się nie spodobać. Dwa skutki tego są; jedni odkładają i biorą coś innego, inni zaperzają się i tym bardziej biorą :-) Oba skutki są dla mnie dobre, ten drugi czasem wykorzystuję, by czytelnika przekonać do wyjścia ze strefy komfortu czytelniczego, bo czasem jak się zafiksuje na kilku autorach, to cholery można dostać :-)
A tak włącza się program: ja nie przeczytam??? a nie myśl sobie, że ja taki ograniczony jestem, biorę i czytam!
Ów czytelnik należy do takich osób, którym nic nie sugeruję.  Sam se sterem i okrętem. Zdusiłam w sobie chęć wyrwania mu z rąk tej książki. Wyjęłam karty, poszedł.

Wrócił szybciej nieco niż zwykle. Wszedł, położył książkę i powiedział:
- Świetna książka, prawdziwa, w takim właśnie świecie żyjemy teraz, każdy powinien ją przeczytać, by mu się oczy otworzyły. Ma pani coś jeszcze tego autora?

Oborzezielony...Każda książka znajdzie swego człowieka. Przyciągnie go jak magnes. Podobne przyciąga podobne. On na swoją trafił w gęstwinie 49 tysięcy książek. Czekała na niego.

Jeśli myślicie, że wyciągając rękę w bibliotece działacie przypadkowo, MYLICIE SIĘ.

Kiedy jest wam źle, kiedy czujecie się ofiarą, wybierzcie książki o kobietach muzułmańskich, wejdzie wam do ręki powieść o zmaganiach z ciężkim losem, coś, co z wami zarezonuje. Pokaże wam prawdziwy stan waszego umysłu, choćbyście od tego uciekali. Czemu tak się dzieje?
Wszechświat z nami rezonuje :-)
Jesteśmy energią, wszyscy wibrujemy jak kamertony i przyciągamy to, co wibruje tak samo. Nic się nie ukryje, trzeba tylko mieć odwagę spojrzeć.
Na to co czytacie też :-)

To zdarzenie na zawsze oduczyło mnie prób cenzury :-) Zdałam sobie sprawę, że wszystko jest w niesamowity sposób połączone. I, że jeśli zaufamy, wszystko czym jesteśmy do nas przyjdzie. I przychodzi cały czas.
A ja definiuję tylko, czym chcę być i czym jestem :-)

Świat jest taki, jak myślimy, że jest :-)

źródło: internet


Ps. Nie podam namiarów na tę książkę. Jak jest dla was, to do was trafi :-)





Pozdrawiam Wszechświecie, twoja Prowincjonalna Bibliotekarka bez cenzury :-)