Obserwatorzy

środa, 10 czerwca 2020

Nosz znów ta nerwica Wszechświecie.

A było tak...

Kiedy kończę pracę, podjeżdża mój Mąż samochodem pod bibliotekę. W samochodzie ma suczkę naszą i moje kijki do kijkowania. Tak nam się wygenerowało od lutego, kiedy to wstałam z łoża boleści po rwie kulszowej i zaczęłam szukać sposobu, by już się z tym jednak ponownie nie spotkać. Po zabiegach u rehabilitanta, za jego namową nabyłam kijki i okazało się, że bardzo mi się to podoba. Chodzi się lżej, dalej, dłużej. Kręgosłup pracuje, z ramion schodzą napięcia. Przespacerowaliśmy tak całą kwarantannę i ciągniemy dalej. Suczka moja jest tym wniebowzięta, wyslimowała się, ja może ciut mniej, ale czuję się o niebo lepiej.
Więc chodzimy sobie raźnie, od razu po pracy. Najczęściej nad Bug, bo teraz jest przepięknie. Zrywam sobie jakieś ziółka i parzę w domu zielone herbatki. Oddycham, rozciągam, rozluźniam napięty kark, zasiedziałą pupę i podkurczone nogi.

Ostatnio byłam w sandałach, bo gorąco, więc kiedy przechodziliśmy piaszczysty kawałek, zeszłam ze ścieżki, ominęłam piach przechodząc pod drzewami. Nie lubię piasku na gołej stopie czuć.

Jakieś dwa dni później wycierając się rano w  łazience, kątem oka dostrzegłam w lustrze, że między łopatkami mam jakiś czarny znaczek. Jakby strupek? Ślepa ja dość, więc powyginałam się, żeby dokładniej obejrzeć...Ale też i dość obła jestem, więc nici wyszły z dokładniejszego obejrzenia.
Zdecydowałam, że pewnie haftka od biustonosza mię zahaczyła i już. Mąż i syn byli na służbie, nikogo zapytać, więc poszłam spać. Rano jednak mój wzrok już lekko nerwowo wędrował w stronę pleców odbijających się w lustrze. Ponieważ Mąż już zjechał z dyżuru zawołałam go i mówię:
- Mążu, tam na plecach coś mam, zobacz.
Mąż popatrzył i mówi:
- Ale masz pryszcza!!!
Ja na to:
- Kochanie włóż okulary...
Włożył, spojrzał i zbladł:
-Kleszcza masz, o rany...



 Ja już tyle dziesiątek kleszczy zdjęłam z kotów i psów, że nie robi to na mnie wrażenia. Ale Mąż jest lekko nadwrażliwy jednak. No i co innego jak kleszcz siedzi na kocie, a co innego, kiedy siedzi między moimi łopatkami wpity w skórę. Więc i ja  poczułam zdenerwowanie. I strach. Ale spoko, ogarniamy. Mąż dostał pęsetkę i drżącą ręką, z paniką w oczach usunął drania. Za trzecim razem.
Główka została.
Zadzwoniłam do przychodni. Okazało się, że przychodnia to bunkier przeciwatomowy, by się dostać, trzeba zadzwonić do lekarza i dostać pozwolenie na przyjście. A do lekarza duuużo ludzi dzwoni. Więc wydzwaniałam uporczywie przez dwie godziny i udało się w końcu. Wyłuszczyłam problem i usłyszałam: przyjdź.
Bo my po imieniu jesteśmy z moim lekarzem Ludwikiem (Marią, bo on dwojga imion jest).
Stawiłam się o 12.00, przeszłam procedury dekontaminacyjne pozytywnie i weszłam do gabinetu.
Po drodze przypomniałam sobie, że covid, ale jakoś to nie wydało się ważne.

Doktor obejrzał, powiedział, że główkę trzeba wydłubać, ale poza tym luzik. Ryzyko boreliozy małe jest, trzeba się obserwować i sprawdzać przez miesiąc, czy nie pojawi się rumień wędrujący. Obejrzeć w internecie jak wygląda i jeśli zobaczę na własnej skórze takie coś, przyjść po antybiotyk. A na razie spoko, przejść do zabiegowego. To przeszłam. Pielęgniarka wydłubała co miała wydłubać, zakleiła plasterkiem z tribiotikiem i wsio.
Poszłam do domku.

W internetach obejrzałam rumień, doczytałam o boreliozie, bo coś tam wiedziałam, ale przecież trzeba wiedzieć więcej. No włos mi się zjeżył...Nieuleczalna, postępująca, degeneracyjna...
Z tego wszystkiego znów zapomniałam o covidzie...
Teraz zaczęłam się oglądać....
Dość często, dość podejrzliwie, dość obsesyjnie...
I tak się oglądałam z sześć dni, aż w końcu znalazłam!
Na klatce piersiowej, tuż nad piersią. Czerwona kropka z dziwną otoczką! Pod moim nosem. Rumień nie musi być w miejscu ugryzienia, może być gdzie indziej. Może też wcale nie wystąpić, a podstępna borelioza i tak będzie, za kilka lat może się objawić znienacka.
I po ptakach...nieuleczalna, degeneracyjna...(ups, znów zapomniałam o covidzie..)
Wprawdzie mój rumień był jakiś taki mały, jak jeden grosz, w internetach były o wiele większe, ale może ja nietypowa jestem? Może mój rumień taki malutki? A krętek boreliozy już mnie napoczyna?


W mojej głowie namnożyło się myśli jak na szalce Petriego. Znalazły bardzo żyzną pożywkę. Następnego ranka już o czwartej nie spałam. Pobiegłam do lusterka: jest, małe nadal, ale jest. Może ugryzienie, ale może nie...Rozpoznałam drżenie w ciele. Strach. Kręgosłup znów zaczął boleć. Coś w żołądku niewyraźnie. Nie ma rady, Ludwiku(Mario) przybywam!
Wiesz Wszechświecie, że jak ja już wpadnę w panikę, to idzie...Więc znów natłok myśli:
- a jak się nie dodzwonię?
- a jak mnie nie przyjmnie?
- a jak nie da mi antybiotyku?
- a jak mnie obśmieje?
- a jak się wkurzy, że z byle czym przychodzę? ( bo covid jest, a ja ciągle o nim zapominam...)

Dodzwoniłam się, dostałam godzinę, łyknęłam tabletkę przeciwlękową i poszłam.
Dekontaminacja, temperatura (uff, dobra), weszłam do gabinetu, usiadłam i mówię:
- Ty pamiętasz Ludwik, że ja mam nerwicę lękową????
Spuśćmy litościwie zasłonę na tę scenę :)
Doktor wypisał antybiotyk, ponieważ jak już obśmiał mój "rumień", powiedział, że rozumie i, że w tym wypadku lepiej wypisać lek (choć nie zalecają), zwłaszcza, że on zagwarantować też nic nie może.
Wyszłam cała szczęśliwa na słońce, z receptą w ręku.
Przeszłam do apteki, która jest obok, pani aptekarka podała mi dwa pudełeczka, chwyciłam i poszłam do pracy, gdzie usiadłam, wyciągnęłam lek i okazało się, że to jest ten antybiotyk nowoczesny, tylko trzy tabletki w opakowaniu, a ja się boję tych nowoczesnych!!!!!!


Wiesz Wszechświecie, przy tym covid to już małe miki są ;)

Villandro, macham do ciebie :)





Ps. Łyknęłam, żyję, tylko biegunkę mam :)





Pozdrawiam Wszechświecie Twoja Prowincjonalna Bibliotekarka w Szpitalu Kosmicznym...

czwartek, 4 czerwca 2020

Pierwszy krok Wszechświecie.


Maj mnie porwał jak wartka rzeka.
Przepływał przeze mnie falami żółciutkich, puchatych mleczy, słodką niebieskością niezapominajek, gorącym pomarańczem wieczornych ognisk, delikatnym szumem deszczu wśród drzew, energicznym pokrzykiwaniem gawronów o poranku i ich wieczornymi, na wpół sennymi pomrukami.
Poddałam się, płynęłam, odpoczywałam, czułam, patrzyłam w niebo, oglądałam gwiazdy.
Rozmawiałam z ludźmi, widząc jak zmienia się świat i jak pozostaje ten sam, jak każdy z nas bierze Życie w swoje dłonie i zastanawia się...
Niektórzy po raz pierwszy, niektórzy po raz kolejny...
Ale wszyscy patrzymy na to co za nami, co przed nami i co TERAZ.
Taki czas na planecie Ziemia.

Ja też wróciłam, wróciłam do przeszłości.
Kiedyś nie lubiłam tam wracać. Bałam się jak ognia moich własnych pamiętników pisanych od piątej klasy podstawówki do końca liceum. Leżały w pudełku po butach, ponumerowane, zapakowane, zapomniane. W szafie, na najniższej półce, zapchane do tyłu. Wydawało mi się, że zawierają tylko strach, ból, wstyd. Nie chciałam tam wracać. Więc czekały na mnie długo, ponad 30 lat.
Musiałam najpierw dorosnąć, a potem znów zdziecinnieć by do nich wrócić.
Odnaleźć Małą Anię, która po cichutku, okręcona kołdrą, pisała o swoich smutkach, kłopotach w szkole, samotności, złości i strachu.
Odnaleźć Licealistkę Anię, która aż kipiała od pomysłów, która okręcała Wszechświat wokół swego paluszka, która, mimo, że było jej trudno, nie poddawała się. Świeciła i iskrzyła, wybuchała.
Zapomniałam o nich...

Jakieś dwa lata temu wróciłam do tych kawałeczków mnie...Cóż to było za spotkanie.
Tuliłam Małą Anię, śmiałam się razem z Licealistką. Przytuliłyśmy się wszystkie trzy, stęsknione, zachwycone, zasmarkane od łez i emocji jakie nas zalewały. Stałyśmy się znów całością.
Znów jestem JA. Jestem każdą z nich i jesteśmy jednością.
Tak jest, gdy gubimy kawałeczki siebie, a potem je znów znajdujemy.

Zatrzymałam się na wspomnieniu...

Podstawówka, ja druga od lewej ;)

Liceum, pierwsza klasa, ja stoję, lubię to zdjęcie ;)
Pierwszego dnia w liceum weszłam do klasy z kluchą w gardle. Spięta bardzo, ale udająca rozluźnioną, usiadłam w ławce, najdalej jak się dało od nauczyciela. Tylne ławki były już zajęte. Większość moich nowych kolegów znała się z podstawówki, która była w tym samym budynku, tylko z drugiej strony. Byli roześmiani, podekscytowani, rozmawiali ze sobą. Mniejsza część, tych spoza Miasteczka jak ja, trzymała się z boku, obserwowała z dystansu, próbując odnaleźć się w nowej sytuacji. Siedziałam i patrzyłam aż mój wzrok zatrzymał się na chłopaku.
Chłopak miał lekko kręcone włosy, nie był wysoki ani jakoś szczególnie przystojny. Siedział nonszalancko bokiem na ławce, machając luźno jedną nogą. Był miejscowy, rozmawiał z kolegami śmiejąc się i żartując. Zazdrościłam mu luzu. Patrzyłam na niego i patrzyłam, aż w końcu odwrócił się i omiótł klasę spojrzeniem...
Natychmiast odwróciłam wzrok, ale zdążyłam dojrzeć magiczne, zielone oczy z firankami rzęs jak u dziewczyny...
W tym momencie przepadłam.

Nigdy nie miałam chłopaka. Tak było bezpieczniej. W podstawówce zakochałam się romantycznie i nieszczęśliwie w chłopaku o dwa lata starszym, podobnym do Shakina Stevensa. Grał na gitarze i był całkowicie niedostępny dla trzynastolatki. Mogłam tęsknić, wypatrywać za nim oczy, zazdrościć koleżance, która była jego dziewczyną, a to wszystko odbywało się tylko w mojej wyobraźni.
Tam gdzie miałam kontrolę.
A tu, spojrzałam w zielone oczy i...co teraz?
Bo serce aż wybuchło.

Podjęłam najstraszniejszą decyzję w życiu. Zrobię PIERWSZY KROK.
Zrobiłam, w strachu, w spięciu, odważnie.
W październiku 1982 byliśmy już parą.
A za chwilę, w marcu 1983, zerwałam boleśnie, szybko, bez namysłu, wykorzystując głupią plotkę, która nie była prawdziwa. Bo nie wytrzymałam szczęścia i radości. To bolało. Czułam, że nie uniosę tej bliskości. Może, że nie zasługuję.
Teraz to widzę, bo Licealistka w wirze emocji nie umiała wyłowić tego co najważniejsze. Ona się jeszcze uczyła. Ona musiała przeżyć, dotknąć, przepłynąć przez to.
Tak właśnie się uczymy.

Od razu po zerwaniu zaczęłam tęsknić. I pragnąć powrotu do Zielonookiego.
To znałam. To już przerobiłam z gitarzystą.

 
Więc marzyłam o powrocie do Zielonookiego, a w pamiętniku, w lutym 1985 roku, pisałam:
"...To byłoby cudowne i to jest tak bardzo nieosiągalne, niemożliwe, absurdalne. Jednak lepiej mi się robi, kiedy coś takiego sobie wymyślę. W innym wymiarze rzeczywistości to może być przecież prawdą. W innym wymiarze wszystko się toczy całkiem innym nurtem. Wszystko jest inne. W innym wymiarze jestem szczęśliwa, w jeszcze innym wcale nie zerwałam z nim."

Obserwowałam aktualną dziewczynę Zielonookiego:
"...Śmieszne jest, że podpatruję jej wszystkie uchybienia, podsumowuję to i gniewnie marszczę brwi na negatywny wynik. Nadaję się na "ciotkę Przyzwoitkę". No cóż, wydaje mi się, że na zazdrość nie ma leku. Jedynym skutecznym lekarstwem jest czas, ale ile tego leku trzeba, to nie wiadomo. To nic, tego się nie przedawkuje. Stosuję ten lek już dwa lata, a poprawa nieznaczna. Zanosi się na długotrwałą kurację."
Borzezielony jak się śmiałam, gdy znalazłam ten wpis.

Licealistka nie była taka głupia, dobrze wiedziała w co się gra. Ale jeszcze musiała poczekać, bo marzenia się spełniają, jednak Czas jest nie tylko lekarstwem na zazdrość, jest też potrzebny by wszelkie elementy znalazły się na swoim miejscu w tym jednym, najważniejszym punkcie Czasu i Przestrzeni, gdzie pragnienia naszych Serc, stają się rzeczywistością.
Co miało się zdarzyć 30 kwietnia 1985, za niecałe trzy miesiące od tego wpisu.

Jednak można tam zajrzeć wcześniej. Zobaczyć coś, co się jeszcze nie wydarzyło, ale co już jest zapisane na ścieżkach naszych żyć. Pokrzepić się tym, jeśli uda nam się zauważyć ten skok w przyszłość. Ja zauważyłam i zapisałam.

Należałam do kółka teatralnego, Zielonooki też. Chodziliśmy na próby, co bardzo mnie cieszyło, bo mogłam z nim pobyć choć tak, po koleżeńsku. Wystawialiśmy Moralność Pani Dulskiej, ja byłam Hesią, on, Panem Dulskim. Razem robiliśmy dekorację. Ja malowałam, on był wsparciem od strony technicznej.
Góra od lewej: Hesia, Dulski,
Dół od lewej: Mania, Dulska, Hanka

Wiadomo ;)

12 marca 1985 roku, półtora miesiąca przed naszym niespodziewanym powrotem do siebie, napisałam:
"...Dzisiaj staliśmy oboje oparci o piec na próbie. Słyszałam jego oddech, czułam jego obecność jak dawniej. Pomyślałam trochę od rzeczy, że jeszcze nie raz będę słyszała jego oddech...w nocy.
 Dziwne skojarzenie...no i takie trochę nie na miejscu."

Siedemnastoletnia Licealistka i Ja...obie nadal słuchamy w nocy oddechu Zielonookiego.
Wiem, że mogło być inaczej.
Ale Licealistka zrobiła Pierwszy Krok...
I jestem jej za to wdzięczna.
Zielonooki też, choć on to nie lubi o uczuciach gadać ;)



PS. Nie znam autora obrazu z leżącą dziewczyną, ale jest tak cudny, że umieściłam. Jak ktoś wie, niech napisze ;)




Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja skacząca po liniach czasowych jak konik polny. Prowincjonalna Bibliotekarka ;)

środa, 13 maja 2020

Złośćććć..wrrrr... Wszechświecie.

Otworzyłam Bibliotekę.
Uwolniłam książki.
Przegoniłam kurz leżący w kątach, rozruszałam osowiałe pająki, domalowałam zielenią listki paproci, dodałam wigoru gruboszowi i dolałam mnóstwo perlistej, żywej wody ogromnym papirusom na półpiętrze. Omiotłam dymem wszystkie zakamarki zatrzymane w czasie kwarantanny, wypełniłam dobrą energią Wszechświata, która pachnie gorzką szałwią i słodkim palo santo.
Usiadłam na kanapie, spojrzałam w głąb długiego korytarza i zapytałam: jesteście gotowe?
Usłyszałam lekkie szelesty poruszających się książek, budzących się ze snu, przeciągających się na półkach, ocierających się o siebie papierowymi okładkami i rozprostowujących grzbiety. Szeptały do siebie i do mnie: jesteśmy...obudziłyśmy się, gotowe...
Poczułam radość i spokój, i ekscytację...



I przyszli ludzie.
Lekko niepewnie stawiający stopy, troszkę się skradający, jakby wchodzili w nowy świat, mimo, że znany, to z obawą, że może jednak zmieniony. Że skoro wszystko wokół przestało być oswojone, to i tu, w bibliotece, też czyha nowe, straszne, niewiadome.
Przyszli też ludzie pogodni, z suniętymi pod nos maseczkami, narzekający na zaparowane okulary, z radością w oczach, że mogą znów dotknąć książki, że biblioteka pachnie jak pachniała, że jest tu tak samo jak było, choć trochę inaczej.
Przyszli też ludzie poważni, smutni ale w jakiś dziwny sposób spokojni. Pogodzeni z tym co jest, zasadzeni jak agawy na pustyni, mocno w suchej, jałowej glebie. Ale tak przystosowani do braku wody, że stało się to ich żywiołem, w tym wzrastają, to daje im siłę.
I przyszli ludzie wściekli...

Na pierwszy rzut oka znajomi, jakby swojscy, tacy jakich znałam wcześniej tyle lat. Starsze panie lubiące pogodne, polskie powieści. Mające swoją rutynę, zaglądające do Biblioteki regularnie, zawsze miłe, zawsze uśmiechnięte...
Teraz uśmiech zgasł. Teraz zza maski patrzyły nieznajome oczy. Niezdarne próby starego maskowania w czystym powietrzu biblioteki spełzały na niczym.

- Bo wie pani, ja to nie mogę patrzeć na tych ludzi bez masek w kościele. Jak można! Idzie drań w masce do kościoła, a potem siada w ławce i ściąga, i tę wstrętną mordę pokazuje. Naraża innych. Wiadomo, że jest ciężko, ja sama ledwie oddycham i się duszę, a ten gnój siedzi i się śmieje...I tak mnie to złości, wie pani...jak można...

Wylewa się złość, pogarda, wściekłość tak bokiem, bez patrzenia mi w oczy, gdzieś w przestrzeń.
Krzywda, ból, lęk, zagubienie, agresja....
Oni są winni. Oni są podli. Oni mi to robią.
Ja tylko chcę, by było tak jak było.
Ja chcę wrócić do MOJEGO świata.

Odczuwam.
Nie biorę, przepływam...
W dziwny sposób współczuję, rozumiem, ale...
NIE.
Nie tędy...

Bardzo jest popularna opowieść o dwóch wilkach.


Kiedyś myślałam, tak jak ten, kto to wymyślił. Że trzeba karmić jednego. Drugiego zamorzyć głodem. Zabić.
Powoli dotarło do mnie, że kiedy zacznę karmić tego dobrego, skazując na śmierć tego złego, stanie się odwrotnie. Ten dobry umrze, ten zły urośnie w siłę. Bo nie wolno zabijać, głodzić, trzymać w klatce, kneblować. To piękne, wspaniałe zwierzęta, stworzone przez Wszechświat. Wszystko jest do czegoś potrzebne. Wszystko pomaga, wszystko jest dobre. Mamy wszystkiego używać. Uczymy się, jak dzieci w piaskownicy. Stawiamy babki z piasku, które albo stoją, albo się rozsypują, kolega czasem nam zabierze wiaderko, więc dostanie szpadelkiem w łeb!

Czasem ktoś przy nas zdejmie maskę i zobaczymy jego śmiejące się oczy...
Czy będzie się śmiał do nas, czy z nas?
Zależy jak zinterpretujesz...Zależy co masz w sobie, co widzisz w lustrze.


Czy namawiam do gniewu, zazdrości i kłamstwa?
Absolutnie nie.
Ale dotarło do mnie, że mam to w sobie.

Nie raz karmiłam tylko wilka złego. Dobry marniał.
Nie raz karmiłam tylko wilka dobrego. Zły marniał.

A kiedy zobaczyłam oba w sobie, nagle oba odżyły.
Złagodniały, ułożyły się syte na łące, między owieczkami.
Wystawiły brzuchy do słońca i przerwały walkę.
Bo one chciały tylko być zobaczone...
Tylko tyle...



 Masz dwa wilki, dbaj o oba dobrze...







Pozdrawiam Wszechświecie, twoja tańcząca z wilkami Prowincjonalna Bibliotekarka.


niedziela, 3 maja 2020

Planeta Wiecznej Kwarantanny Wszechświecie


Wewnętrzna emigracja trwała krótko. Nie dam rady.
Bym chciała na dłużej, ale nie wychodzi...

Ogniskujemy teraz często. W ciszy wieczorów, w pomrukach zasypiających gawronów, w delikatnym szumie odpoczywających drzew jest spokój. Przez ten rozgardiasz ludzkich emocji na mieście, z ulgą wchodzę w plątaninę zieleni. Oddycham, wypuszczając z siebie nerwowe, drżące energie strachu, złości, niepewności. Co dzień chodzę do pracy. Może właśnie dlatego, że zanurzam się każdego roboczego dnia w to pole ludzkich emocji, tak bardzo wyraźnie czuję spokój przyrody.
Na zasadzie kontrastu.
Bo kontrast teraz jest głęboki, wyraźny, ostry.

Już jakiś czas temu pogodziłam się z tym, że jestem empatką, wrażliwą, odczuwającą mocniej innych ludzi, przyrodę, otoczenie. Dlatego przez większość życia wygaszałam uczucia, zamrażałam je, by nie czuć. Zbyt dużo danych. Broniłam się jak mogłam. Teraz wreszcie rozumiem, uczę się nie ulegać natłokowi z zewnątrz. Dbać o siebie, ale się nie wyłączać.
Przeżywać Życie, takie jakie przychodzi, ale nie pozwolić się zalać tym, co na zewnątrz.
Być w tym, obserwować, rozumieć.
Nie uciekać, pozwolić przepłynąć przeze mnie emocjom. Kiedy trzeba, płakać, kiedy trzeba, tańczyć, kiedy trzeba, powiedzieć: odejdź...
Tu bardzo pomaga stary, inkaski rytuał rekomendowany przez Tresurę Matrixa...


Oglądając obecny świat przypomniałam sobie wczoraj książkę science fiction, którą czytałam będąc nastolatką, a do której potem wracałam nie raz - "Planeta Śmierci" Harrego Harrisona.
Niepozorna ta książeczka zaczyna się od tego, że na żyzną, pełną życia planetę przylatują koloniści. Zachwyceni bogactwem przyrody budują swoje domy, zakładają osiedla, by mieszkać w tym przepięknym miejscu. Idylla.
100 lat później na planetę przylatuje Jason dinAlt, szuler międzygwiezdny, który w oszustwach wykorzystuje swoje zdolności psi. Czyli empata. Ale to już nie jest ta planeta, co na początku. Koloniści zostali zdziesiątkowani, żyją w zamkniętych, otoczonych murami pod prądem, miastach. Każda roślina wokół miast jest trująca na dziesiątki sposobów, każde zwierzątko, owad, bakteria zabijają ludzi na wiele sposobów. Wszystko co ma zęby, ostrzy te zęby na ludzi...Wojna.
Przejazd z miasta do miasta tylko w opancerzonych wozach, w specjalnych kombinezonach i z bronią. Jason od początku czuje, że coś jest nie tak. Odbiera złość, niepokój, agresję. Chwilę mu zajmuje zrozumienie tego, co naprawdę się dzieje. A kiedy na skutek różnych zdarzeń ląduje bezbronny za murem, orientuje się, że przyroda jest zabójcza tylko wokół zamurowanych miast, im dalej od nich, tym bezpieczniej, spokojniej, łagodniej. Właściwie reszta planety jest nadal żyzna, piękna i łagodna.

I nagle rozumie...

Cała przyroda na planecie jest empatyczna, jest jak odbiornik wysyłanych od ludzi emocji i dostosowuje się. I tak to koloniści własnymi myślami i emocjami, stworzyli sobie wroga...

I cóż ty na to Wszechświecie?

Bo mi dzwoni dzwoneczek i takie jakieś czerwone światełko mruga....

Bakterie, wirusy, wiatr, ogień, woda...
System obronny naszej planety. Sami go aktywowaliśmy.
Nam się zdaje, że to nasze działania, tak, zgoda, ale każde działanie poprzedza myśli, intencja, emocja. To my poruszamy energię, to my ja pchamy tam, gdzie ona według nas ma płynąć.
Tylko słabo z nawigacją u nas. 

Ostatnio przyszła do nas PaniS, nasza sprzątaczka. Opowiedziała mi jak wieczorem jej mąż, spojrzał na nią i powiedział, że ona jakoś dziwnie wygląda i czy dobrze się czuje? PaniS skupiła się na sobie i wyszło jej, że jakoś ją palą uszy i policzki, a ręce i nogi ma lodowate. Ale ogólnie to w porządku. Mąż jednak zaniepokojony, wrzucił te objawy do Googla i wyszło: STRES.
Taaaa.....
I dopiero jak żonie powiedział, że jest w stresie, to ta poczuła, że coś nie tak i wyszła pochodzić wokół domu, by trochę się uspokoić. 

Kiedy zaś siedzieliśmy przy ogniu spokojnie, przyplątała się niedaleka sąsiadka, która zjechała z pracy w Belgii i ugrzęzła w Polsce teraz. Zachwyciła się sadem, tulipanami dzikimi, tą naszą cudną gmatwaniną zieleni, która robi co chce sama, tylko trawę mąż  kosi...Popłynęły zachwyty, a po chwili dodała: ale ja bym te chaszcze wycięła, tam bym przerzedziła, tu bym zrobiła większe miejsce na grilla, a to drzewo to zasłania...
I po ptakach, zniszczyła by to, co ja zachwyciło...





I tak ogarniam dzisiaj sobotę, wstawiam pranie, gotuję obiad, sprzątam kuchnię i te myśli są ze mną...
Więc dzielę się. 
Bo będą inne wirusy, są inne choroby, co raz coś wyskoczy...
Czy już zawsze będziemy się zamykać? Kwarantannować? Bać się i straszyć? 
Wynajdywać sobie wrogów?
Bo może się zdarzyć tak, że nasza planeta w Kosmosie, przez jego innych mieszkańców zostanie przemianowana z Ziemi, na Planetę Wiecznej Kwarantanny.

I będziemy tam tematem żartów zwanych sucharami ;)

Ps. Jeszcze jeden smaczek z zaleceń Biblioteki Narodowej. Mam mieć oddzielny pokój na wypadek gdybym wyczaiła wśród czytelników lub pracowników chorego. I mam tego biedaka odłowić i tam wsadzić. I zadzwonić po sanepid czy policję. I mam go tam przetrzymać, aż oni się zjawią. Ja, bibliotekarka, taką mam moc, no niech przy mnie ktoś tylko kichnie ;) 
Nadal myślicie, że wszystko z nami w porządku?

Ps2. Uważajcie jak idziecie do biblioteki, wszystkie w kraju dostały te zalecenia, ktoś może je wziąć na poważnie!





Pozdrawiam Wszechświecie, twoja ninja/panda, sygnalistka wirusa, Prowincjonalna Bibliotekarka ;)



sobota, 18 kwietnia 2020

Między nami Wampirami, Wszechświecie.


Wczoraj był trudny dzień...
I mąż, i ja, i syn wnerwiliśmy się. Każde z nas miało swoje powody, ale generalnie wnerwiliśmy się głupotą ludzką w naszych instytucjach pracy.
To jednak naprawdę ciężki warsztat rozwojowy ta cała panikodemia.
Mam takie lusterko z Ikea, z jednej strony normalne, a z drugiej powiększa. Nie korzystam z tej drugiej strony. Każdą zmarszczkę widać, każde przebarwienie na twarzy. Nie umiem takiego wielkiego oka malować.
Kolega Wirus, jak mówi Andrzej Krystaszek z Tresury Matriksa, to takie ogromne lustro powiększające dla nas wszystkich. Można się obejrzeć po kawałku, dokładnie.
Ale podejrzewam, że większość ludzi teraz założyła maseczki na oczy również. Nie dość, że nie oddychają, to w dodatku oślepli.
Ale od początku...

Bardzo fajny serial oglądam: Co robimy w ukryciu na HBO.
Kilka lat temu obejrzałam film, który był inspiracją serialu i po prostu uważam, że jest to komedia wszech czasów. Wiadomo, są gusta różne. Ja uwielbiam absurdalny, czarny humor. Jakaś taka jestem ogólnie absurdalna i bardzo rezonuje ze mną taki przekaz, sarkastyczny, podprawiony czarnym humorem, ale jednak bardzo rzekłabym: człowieczy, naturalny, bez ozdobników. Wampiry są egotyczne, narcystyczne, kompletnie oderwane od rzeczywistości. Cudownie, odświeżająco naturalne.

W ostatnim odcinku sezonu taka sytuacja była.
Guillermo, sługus Nandora the Rellentles, po kryjomu zrobił swemu panu testy DNA. Wyszło, że Nandor, który urodził się w wieku XIII, miał wielu, wielu potomków, ale obecnie ma tylko jedną żyjącą krewną. Krewna owa ma 93 lata i całkowitym zbiegiem okoliczności mieszka niedaleko, Na Manhattanie. Nandor się rozkleił z radości i dumy, postanowił natychmiast swą praprapra...wnuczkę odwiedzić. Oczywiście w nocy, z prezentem. Pisałam, że wampiry są niedojrzałe emocjonalnie?


Razem z Guillermo udał się pod dom wnuczki. Okazało się, że mieszka ona na trzecim pietrze w bloku. Nandor więc podleciał do okna, jak to wampir, zajrzał do środka i zobaczył praprapra...wnuczkę śpiącą w swoim łóżku. Rozkleił się jeszcze bardziej: jaka śliczna kruszynka ;)
Guillermo, znający swego pana, od razu zawołał zduszonym szeptem:
- Panie, nie pukaj...
Nandor rozrzewniony, z pluszowym misiem w ręce, bardzo chciał go wręczyć.
Guillermo znów:
- Panie nie pukaj, nie pukaj...
Cóż, Nador zapukał.
Stoją na dachu budynku i patrzą jak pogotowie zabiera zwłoki praprapra...wnuczki, która zeszła na zawał. I Nandor pyta:
- Guillermo, co ja czuję, kiedy czuję to, co czuję?
A na to sługus:
- To smutek panie...
Nandor chwilę myśli:
- Błe..nie chcę tego czuć. To wszystko twoja wina Guillermo, podżegałeś mnie!


Prawda, że bardzo prawdziwe? I takie ludzkie. I takie w powiększeniu. Soczewka.
To wszystko co teraz się przetacza przez świat, to wynik naszej niedojrzałości emocjonalnej jednak.

Wirus jak wirus, przyszedł, pójdzie. Wróci, znów pójdzie. Tak jak cała rzesza innych wirusów, bakterii, pierwotniaków, grzybów, insektów itp.

Ale to, co my wyprawiamy w związku z nim, to już inna para kaloszy. Całe to szukanie winnych, złość, agresja, donosicielstwo, kompletna dehumanizacja na wszelkich płaszczyznach życia rodzinnego, społecznego, politycznego...

To wszystko twoja wina Kolego Wirusie, podżegałeś nas ty Podżegaczu!


PS. Ostatnia kropla, która przelała dzban to zalecenia Biblioteki Narodowej. Jak otworzymy biblioteki, to mamy książki zwracane kwarantannować dwa tygodnie. Tak jak ludzi. Ktoś się głowami pozamieniał...jak mówią moi nieokrzesani strażacy.

PS2. W celu ratowania zdrowia psychicznego pozwalam sobie udać się na wewnętrzną emigrację.
                                  A potem kupię ozoniarkę do biblioteki, bęcwały!

PS3. Wszystkie użyte zdjęcia są kadrami z serialu: Co robimy w ukryciu, który szczerze polecam wszystkim przebywającym tak jak ja, na emigracji wewnętrznej, która potrwa tyle ile potrwa.



Pozdrawiam Wszechświecie, żywa, oddychająca i wcale nie zen, Prowincjonalna Bibliotekarka.

piątek, 10 kwietnia 2020

Uwaga, uwaga nadchodzi... Wszechświecie.


Kwitną mirabelki.
Obsypane drobniutkim kwieciem, delikatnie pachnące, co roku zaczynają wariacki okres budzenia się przyrody z hibernacji. Powrotu witalności, radości, pędu do słońca, do nabrzmiewania, dojrzewania, rodzenia. Moja czeremch pod oknem ma już drobne listeczki i zawiązki kwiatów, które wyglądają jak małe piramidki. Kocham zapach czeremchy, czekam niecierpliwie na ten czas, kiedy będę mogła nim oddychać cały dzień i noc.
Bo oddycham, rano wciągam do płuc zapach mokrej ziemi, próchnicy, wilgoci w powietrzu, kocich amorów i tego czegoś nieokreślonego, co jednak mówi: budźcie się, czas siania nadchodzi...
Czy ktoś słyszy?
Czy tylko ja?
Te szepty w starym sadzie: ach... cudownie, ciepło, słońce, jestem głodna, jestem spragniona, chcę się parzyć, chcę rodzić, chcę...CHCĘ!
Moja półdzika suczka w sadzie ma tylko jeden jajnik. W czasie sterylizacji były komplikacje. Weterynarz powiedział, że pewnie jajnik obumrze bez odpowiedniego ukrwienia. Ale nie, działa bez zakłóceń już 11 lat. Co roku, na wiosnę pojawiają się napaleni na sex adoratorzy i przez kilka dni w sadzie dzieją się gorące, namiętne rzeczy. Potem powtórka na jesieni.
Życie płynie wartkim strumieniem.


A co z nami?
Gdzie są ludzie?
A my w oblężeniu.
Uwaga, uwaga nadchodzi...koma trzy...
Siedzimy w piwnicach, każdy w swoim kącie. Kiedy przerażone dziecko płacze wtulone w matkę, odwracamy wzrok, zaciskamy zęby, by nie powiedzieć: ucisz bachora...
Bo ten płacz jest jak papier ścierny na naszych żywych, napiętych do granic nerwach.
Napiętych od naszego własnego strachu.
I słysząc daleki pomruk bombowców, zastanawiamy się, gdzie polecą bomby: spadną na nas?
Może nie, może na sąsiednie bloki, proszę, tylko nie na nas, nie na nas...
Uwaga, uwaga nadchodzi...koma trzy...

Kiedy chorowałam na depresję, chodziłam cała skulona, patrząc pod nogi, nie podnosząc wzroku za bardzo. Czasem, kiedy przychodził strach, chodziłam bardziej wyprostowana, ale oczy cały czas kontrolowały moje otoczenie. Sztywna głowa, biegające oczy. Próba kontroli niewidzialnego niebezpieczeństwa. Bezradna próba, skazana na niepowodzenie. Ale miałam choć namiastkę kontroli, więc byłam w ciągłym napięciu. Oczy bolały bardzo. Głowa bolała, kark bolał, barki bolały. Migrena za migreną. Zapalenie zatok. zapalenie pęcherza, zapalenie uszu. I ucisk, obręcz wokół gardła. I nogi ciężkie jak kamienie. I obręcz wokół żeber. Płytki oddech...
Czasem miałam wrażenie, że  mogę żyć bez oddychania...
Oddychaj....

Widzę teraz mnóstwo ludzi, takich jak ja wtedy...
Skulonych, z podniesionymi barkami, sztywnych, z biegającymi oczyma, szurających nogami, niby rozmawiających i śmiejących się, ale śmieją się usta tylko, usta schowane za maseczkami.
W oczach jest bezbrzeżna rozpacz i desperacja.
Uwaga, uwaga nadchodzi...koma trzy...
Proszę, tylko nie na nas...

To jest takie ludzkie. Nasze. Organiczne. W każdym atomie naszego ciała zapisany jest strach naszych przodków. Tych w jaskiniach, kulących się ze strachu przed wilkami, tych w piwnicach, czekających na bomby, naszych rodziców, dziadków, pradziadków w zawieruchach wojen, najazdów, pożogi, zarazy...

Ich strach stał się naszym strachem.
Replikuje się jak wirus, namnaża, przenosi się bezprzewodowo, prosto w nasze DNA.
Przyczepia się do spirali życia i infekuje cały organizm.
Nie zabija nosiciela, każe mu żyć i oddychać.
I zarażać.

Na to nie pomogą maseczki, kompulsywne mycie rąk, rękawiczki, kombinezony, plastikowe tarcze na twarzy...Na to nie poradzi nic rząd, politycy, lekarze, strażacy.
Na to NIKT nam nic nie poradzi.
Bo wszystko w naszych rękach. Tych rękach szorstkich i popękanych od środków dezynfekcyjnych, które myjemy kompulsywnie jak Lady Makbet, nigdy pewni, czy jednak tam coś nie zostało na skórze. Więc umyję jeszcze raz, a może jeszcze raz...

Oddychaj...


Wzięłam moje Życie w moje ręce. Niosę je delikatnie, czule i ostrożnie. Jest cenne. Wrażliwe.
Mieści się w moich dłoniach. Jest malutkie, akurat pasuje.
Jest jak oddech w moich płucach, jest jak promień słońca przeświecający przez płatek tulipana, jest jak poranna mgła nad łąkami, jak zapach czeremchy w spokoju zapadającego zmierzchu.

I jest jak diament, mocny, twardy, z ostrymi brzegami, tnący równo, precyzyjnie, kształtujący materiał mojego Wszechświata wedle moich potrzeb i pragnień, i marzeń...

Wrażliwość i Siła.
Lęk i Odwaga.
Miłość...

Wszystko JEST.
Oddychaj...





Pozdrawiam Wszechświecie, Twoja zawsze, z Miłością, oddychająca Prowincjonalna Bibliotekarka.



poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Uchodźcy Wszechświata, łączcie się ;)


Zamówiłam sobie krem z żyworódki. Zastanawiałam się chwilę, czy warto zamawiać, ale kurierzy jeżdżą. Dostarczają paczki. Myślę, że teraz jednak mają spadek zamówień, więc im też grozi katastrofa finansowa, zwolnienia itp. Martwią się tym, że pracują i martwią się tym, że pracy mogą nie mieć, bo firma podupadnie. Teraz wszyscy tak mamy, ambiwalencja uczuć.
Więc zamówiłam krem z żyworódki dla mamy i siebie, oraz nowe książki do biblioteki. Po kwarantannie ludzie wrócą do czytania. Będzie fajnie dać im nowości.

Grzebałam trochę w starych wpisach. Lubię tam czasem zajrzeć, zobaczyć co przerabiałam, jak, czy nadal tak myślę, czy bym coś zmieniła. Czasem sama siebie pochwalę, bo fajny post mi wyszedł. Czasem coś dojrzę, czego wcześniej nie widziałam. Ciekawe.
Ale jest jeden wpis, który jest ciągle aktualny w moim życiu.
Jak do niego nie podejdę, tak za każdym razem stwierdzam, że słowa bym nie zmieniła, mimo, że powstał dwa lata temu.
Oesu, remont i wojna...

Świat jest taki, jaki jest, z powodu NAS.
Słyszeliście, że energia podąża za uwagą?
Kiedy marzymy o czymś, kiedy o czymś bardzo myślimy, kiedy się boimy, cieszymy, złościmy, kiedy nasza uwaga koncentruje się na czymś, kiedy zaczynamy iść w tym kierunku, coś robić, mówić, wyobrażać sobie, cała energia Wszechświata zaczyna pracować tak, by nam to dać.
Wszechświat nas kocha i daje nam wszystko.
Kiedy pisałam tamten post, brałam właśnie życie konkretnie w moje ręce, moja uwaga koncentrowała się na mojej sile, chęci zmiany, na radości z tego, że robię coś, co wcześniej wydawało się zbyt ciężkie. Byłam ogromnie z siebie dumna i zadowolona. Zamówiłam u Wszechświata paczkę z potwierdzeniem, że stoję na własnych nogach, kurier dostarczył błyskawicznie.
Moimi własnymi rękoma.


W tamtym czasie na tapecie byli uchodźcy. Niedawno, dwa lata temu. Straszono nas, straszyliśmy się sami. Nie chcieliśmy przyjmować, chcieliśmy przyjmować, kłóciliśmy się zażarcie.
Potem jakoś ucichło, a rozpętała się historia z ociepleniem, plastikiem, patyczkami kosmetycznymi, torebkami foliowymi. I znów się kłóciliśmy. Popieraliśmy Gretę, albo pukaliśmy się w czoło. Szukaliśmy zajadle wrogów, tych, co jedzą mięso, tych, co nie jedzą, tych, co używają plastiku, tych, co nie używają. Tych, co chcą wspomagać Matkę Ziemię i tych, co ją niszczą. Tych, którzy mają otwarte serca i tych ciemnych, którzy są źli. Załapałam schemat...
Zawsze ktoś, zawsze coś, nigdy JA.
Teraz też mamy wrogów, oprócz wirusa w liczbie niepoliczalnej.
Tych, co wychodzą z domów i tych, co nie noszą rękawiczek, tych, co nie słuchają zaleceń, tych, co kupują za dużo, i tych co, głupi, kupują za mało. Tych co wierzą w epidemię i tych, co niekoniecznie.
Schemat znany?
A gdzie w tym wszystkim my?
Gdzie nasza uwaga podąża?


To pytanie zadaję sobie sama. Moje odpowiedzi na teraz znam, wiem, że będą następne i następne...
Co z resztą, zobaczymy.
Ale myślę, że działa efekt setnej małpy. 
Kwestia, jak wybierzemy.
Każda droga będzie dobra, tylko niektóre dłuższe i trudniejsze.


Niedawno zadzwonił ktoś do drzwi naszego mieszkania. Podeszłam i otworzyłam, normalnie. A pan, który dzwonił, na mój widok, kicnął do tyłu jak przestraszony zając i wyciągnął obronnie rękę przed siebie. Zapytał o kogoś, kto mieszka kilka domów dalej, pomylił się.
Spokojnie mu wytłumaczyłam gdzie i zamknęłam drzwi trochę rozbawiona. Ale później się zastanowiłam, bo rozbawienie rozbawieniem, ale i lekko na pana się zdenerwowałam. Pojawiła się złość. Więc zapytałam siebie o co chodzi?
I przypomniałam sobie różne ćwiczenia lowenowskie. I zorientowałam się, że cała planeta teraz ćwiczy warsztaty pracy z ciałem.
Bo ten pan tym odskokiem uruchomił we mnie echo traumy z dzieciństwa. Poczucie bycia niedobrą, wstyd, odrzucenie. Widzę to. Mała Ania natychmiast zareagowała.
Nie obarczam pana winą za to, bo on boi się na własny temat. Moja złość była moja.
Tylko jak wiele osób teraz przechodzi przez podobne lekcje.
I nie ma zielonego pojęcia co się dzieje. I szuka winnych...

Kurkawodna, czasem wpadam w mentorski ton :)

Ale tyle teraz widzę, tyle schematów ludziom się powłączało, tyle energii w powietrzu, bardzo intensywny warsztat. A na pewno nie ogarniam nawet 1/100 tego wszystkiego, co się dzieje.

Więc już przestaję gadać na dzisiaj.
Wrzucam film, na którym Pan Grzegorz Byczek pokazuje ćwiczenie jak zrzucać ciężar, ten okropny, emocjonalny ciężar jaki mamy teraz na barkach. Ma też i inne ćwiczenia, warto skorzystać.

I zauważyć, gdzie nasza uwaga pcha naszą energię ;)


PS. Wszystkie sprzedawczynie w naszych sklepach zmęczone, ale nadal zdrowe. Nawet zaczęły się   uśmiechać. To naprawdę daje do myślenia ;)




Pozdrawiam Wszechświecie, lubiąca czasem być guru, twoja zawsze,  Prowincjonalna Bibliotekarka.