Kiedy kończę pracę, podjeżdża mój Mąż samochodem pod bibliotekę. W samochodzie ma suczkę naszą i moje kijki do kijkowania. Tak nam się wygenerowało od lutego, kiedy to wstałam z łoża boleści po rwie kulszowej i zaczęłam szukać sposobu, by już się z tym jednak ponownie nie spotkać. Po zabiegach u rehabilitanta, za jego namową nabyłam kijki i okazało się, że bardzo mi się to podoba. Chodzi się lżej, dalej, dłużej. Kręgosłup pracuje, z ramion schodzą napięcia. Przespacerowaliśmy tak całą kwarantannę i ciągniemy dalej. Suczka moja jest tym wniebowzięta, wyslimowała się, ja może ciut mniej, ale czuję się o niebo lepiej.
Więc chodzimy sobie raźnie, od razu po pracy. Najczęściej nad Bug, bo teraz jest przepięknie. Zrywam sobie jakieś ziółka i parzę w domu zielone herbatki. Oddycham, rozciągam, rozluźniam napięty kark, zasiedziałą pupę i podkurczone nogi.
Ostatnio byłam w sandałach, bo gorąco, więc kiedy przechodziliśmy piaszczysty kawałek, zeszłam ze ścieżki, ominęłam piach przechodząc pod drzewami. Nie lubię piasku na gołej stopie czuć.
Jakieś dwa dni później wycierając się rano w łazience, kątem oka dostrzegłam w lustrze, że między łopatkami mam jakiś czarny znaczek. Jakby strupek? Ślepa ja dość, więc powyginałam się, żeby dokładniej obejrzeć...Ale też i dość obła jestem, więc nici wyszły z dokładniejszego obejrzenia.
Zdecydowałam, że pewnie haftka od biustonosza mię zahaczyła i już. Mąż i syn byli na służbie, nikogo zapytać, więc poszłam spać. Rano jednak mój wzrok już lekko nerwowo wędrował w stronę pleców odbijających się w lustrze. Ponieważ Mąż już zjechał z dyżuru zawołałam go i mówię:
- Mążu, tam na plecach coś mam, zobacz.
Mąż popatrzył i mówi:
- Ale masz pryszcza!!!
Ja na to:
- Kochanie włóż okulary...
Włożył, spojrzał i zbladł:
-Kleszcza masz, o rany...
Ja już tyle dziesiątek kleszczy zdjęłam z kotów i psów, że nie robi to na mnie wrażenia. Ale Mąż jest lekko nadwrażliwy jednak. No i co innego jak kleszcz siedzi na kocie, a co innego, kiedy siedzi między moimi łopatkami wpity w skórę. Więc i ja poczułam zdenerwowanie. I strach. Ale spoko, ogarniamy. Mąż dostał pęsetkę i drżącą ręką, z paniką w oczach usunął drania. Za trzecim razem.
Główka została.
Zadzwoniłam do przychodni. Okazało się, że przychodnia to bunkier przeciwatomowy, by się dostać, trzeba zadzwonić do lekarza i dostać pozwolenie na przyjście. A do lekarza duuużo ludzi dzwoni. Więc wydzwaniałam uporczywie przez dwie godziny i udało się w końcu. Wyłuszczyłam problem i usłyszałam: przyjdź.
Bo my po imieniu jesteśmy z moim lekarzem Ludwikiem (Marią, bo on dwojga imion jest).
Stawiłam się o 12.00, przeszłam procedury dekontaminacyjne pozytywnie i weszłam do gabinetu.
Po drodze przypomniałam sobie, że covid, ale jakoś to nie wydało się ważne.
Doktor obejrzał, powiedział, że główkę trzeba wydłubać, ale poza tym luzik. Ryzyko boreliozy małe jest, trzeba się obserwować i sprawdzać przez miesiąc, czy nie pojawi się rumień wędrujący. Obejrzeć w internecie jak wygląda i jeśli zobaczę na własnej skórze takie coś, przyjść po antybiotyk. A na razie spoko, przejść do zabiegowego. To przeszłam. Pielęgniarka wydłubała co miała wydłubać, zakleiła plasterkiem z tribiotikiem i wsio.
Poszłam do domku.
W internetach obejrzałam rumień, doczytałam o boreliozie, bo coś tam wiedziałam, ale przecież trzeba wiedzieć więcej. No włos mi się zjeżył...Nieuleczalna, postępująca, degeneracyjna...
Z tego wszystkiego znów zapomniałam o covidzie...
Teraz zaczęłam się oglądać....
Dość często, dość podejrzliwie, dość obsesyjnie...
I tak się oglądałam z sześć dni, aż w końcu znalazłam!
Na klatce piersiowej, tuż nad piersią. Czerwona kropka z dziwną otoczką! Pod moim nosem. Rumień nie musi być w miejscu ugryzienia, może być gdzie indziej. Może też wcale nie wystąpić, a podstępna borelioza i tak będzie, za kilka lat może się objawić znienacka.
I po ptakach...nieuleczalna, degeneracyjna...(ups, znów zapomniałam o covidzie..)
Wprawdzie mój rumień był jakiś taki mały, jak jeden grosz, w internetach były o wiele większe, ale może ja nietypowa jestem? Może mój rumień taki malutki? A krętek boreliozy już mnie napoczyna?
W mojej głowie namnożyło się myśli jak na szalce Petriego. Znalazły bardzo żyzną pożywkę. Następnego ranka już o czwartej nie spałam. Pobiegłam do lusterka: jest, małe nadal, ale jest. Może ugryzienie, ale może nie...Rozpoznałam drżenie w ciele. Strach. Kręgosłup znów zaczął boleć. Coś w żołądku niewyraźnie. Nie ma rady, Ludwiku(Mario) przybywam!
Wiesz Wszechświecie, że jak ja już wpadnę w panikę, to idzie...Więc znów natłok myśli:
- a jak się nie dodzwonię?
- a jak mnie nie przyjmnie?
- a jak nie da mi antybiotyku?
- a jak mnie obśmieje?
- a jak się wkurzy, że z byle czym przychodzę? ( bo covid jest, a ja ciągle o nim zapominam...)
Dodzwoniłam się, dostałam godzinę, łyknęłam tabletkę przeciwlękową i poszłam.
Dekontaminacja, temperatura (uff, dobra), weszłam do gabinetu, usiadłam i mówię:
- Ty pamiętasz Ludwik, że ja mam nerwicę lękową????
Spuśćmy litościwie zasłonę na tę scenę :)
Doktor wypisał antybiotyk, ponieważ jak już obśmiał mój "rumień", powiedział, że rozumie i, że w tym wypadku lepiej wypisać lek (choć nie zalecają), zwłaszcza, że on zagwarantować też nic nie może.
Wyszłam cała szczęśliwa na słońce, z receptą w ręku.
Przeszłam do apteki, która jest obok, pani aptekarka podała mi dwa pudełeczka, chwyciłam i poszłam do pracy, gdzie usiadłam, wyciągnęłam lek i okazało się, że to jest ten antybiotyk nowoczesny, tylko trzy tabletki w opakowaniu, a ja się boję tych nowoczesnych!!!!!!
Wiesz Wszechświecie, przy tym covid to już małe miki są ;)
Villandro, macham do ciebie :)
Ps. Łyknęłam, żyję, tylko biegunkę mam :)
Pozdrawiam Wszechświecie Twoja Prowincjonalna Bibliotekarka w Szpitalu Kosmicznym...

































