Obserwatorzy

wtorek, 27 września 2022

Jak się oszukałam Wszechświecie

 

Jesień nadeszła zgodnie z planem. 
 
Kasztany i orzechy zbieram kompulsywnie i radośnie. Magia aksamitnego brązu kasztanów zabiera mnie w jakieś niedookreślone, miękkie i przyjazne stany duszy. Nie ma tam obrazów, są czucia, dotyk.
Łagodność i utulenie.
Gdy trzymam w dłoni kasztan czuję jakby Wszechświat owijał się wokół mnie jak ciepła pierzynka. 
Gdy patrzę na coraz bardziej pełną orzechów torbę wiszącą na kaloryferze, czuję radość wiewiórki z dobrego zaopatrzenia spiżarni. Bezpiecznie, spokojnie. Zaopiekowana.
Momenty, chwile, ale jakie dobre...


Na świecie znów, a może ciągle, coś się miele i miele. Płynnie przechodzimy od jednych strachów do drugich nawet nie zauważając tego dryftu. 
W sumie dopiero od paru lat zastanawiam się, gdzie mnie pcha i co. I zadaję sobie pytanie, czy ja chcę dryfować akurat w te regiony, może jednak wiosełkiem ciut skoryguję,  przynajmniej to, co się da.

Bo na przykład było tak....
Zbliża się termin turnusu kręgosłupowego. Hotel zaklepany, koty i suczka zaopatrzone w jedzenie, z mężem dogadane, w pracy spokój, biurokracja zrobiona. Sześć dni wolnego, zabiegi nie męczące, spanie, leżenie, spacery, odpoczynek.
Ale jakiś niepokój, jakieś drżenia i bóle w ciele, jakieś budzenia się w nocy, niepewność, głupie myśli.
Jednak jestem dorosła, nie głupia, ogarnięta już trochę i nie będzie mną nerwica rządziła WSZAK!
Racjonalny umysł zbił wszelkie argumenty nieracjonalnego kawałka mnie. 
I było dobrze.
Aż tu nagle...

Trzy dni przed wyjazdem obudziło mnie nad ranem kichanie kota. Śpi z nami w łóżku nasza kotka Mała. Nie przeszkadza jej, że czasem się ją kopnie niechcący, przesunie, poddusi kołdrą. Spokojnie to znosi, przekłada się i śpi dalej, najchętniej między nami, dwoma grzejnikami.
Widocznie wychodzi z założenia, że coś za coś.
No i zaczęła kichać, co mnie od razu posadziło na łóżku.
Bo trzy lata temu przetoczyła się przez moje koty kocia grypa. Mała i Agatka zniosły ją lekko, ale Milutka i Funio dość ciężko przeszli, trzeba było zastrzyki robić. Prawie cały miesiąc zmartwienia, bo chorowali po kolei, a nie wszyscy na raz. 
No i Mała kicha...
A w mojej głowie tysiąc pięćset scenariuszy co może pójść źle. Nie będę przytaczać, bo i po co, każdy ma własne. Wylazłam z łóżka, obejrzałam kotę, ona zaś kichnęła jeszcze kilka razy.
No widzę: źle przełyka, jakby ją coś bolało, pyszczka nie domyka, oczy jakieś zmrużone, uszy jakby za ciepłe...Jak nic wirus. Nie mogę jechać. Mąż nie da sobie rady. 

Racjonalny kawałek mózgu zdecydowanie potwierdził moje przypuszczenia, bo przecież widzę, znam, już to było i tak się zaczynało, dokładnie tak. Będziemy mieć w domu znów epidemię kocią.
Jednak tym razem nieracjonalny kawałek mnie cichutko pojękiwał: poczekaj, poobserwuj, a może jednak nie, nic nie odwołuj na razie...
Jakoś nie specjalnie mu wierzyłam, bo w środku czułam żelazną pewność choroby kociej, ale wytrzymałam dwa dni bez żadnych działań, co było trudne. Bo kontroler we mnie krzyczał: organizuj, dzwoń, przekładaj...
A Mała nie kichała, ani razu! ta kocia małpa więcej nie kichnęła. Była wesoła, miała apetyt i patrzyła na mnie z pobłażaniem tymi zielonymi ślepkami...


Co my wiemy o tym świecie Wszechświecie?
Nic, tylko to, co sobie ułożymy z kawałków rozsypanych wokół nas. Każdy ułoży sobie inny obrazek, nazwie go, pomaluje, nada mu wartość, odcień emocji, zapisze sobie gdzieś. I następny obrazek, i następny...
Czasem doświadczenie z układania poprzedniego się przydaje, a czasem przeszkadza :) 


A naszło mnie na napisanie posta po tym, jak moja czytelniczka, na beszczela, zgasiła mi światło w pracy, bo dzień jest. Jakoś do mnie nie dotarły pomruki dramatu energetycznego za bardzo, bo wiadomo, beztelewizorna ja. Że drożyzna to wiem, ale jakoś spokojnie sobie z tym radzę.
Czy to pierwszy raz?
Że węgla zabraknie, że ropy zabraknie, że Ziemia umrze, że krowie bąki nas usmażą, że smog zatruje, że atom wypali, że plastik zasypie, że głód wydusi, że wirus zabije....boszezielony ileż można????

Objechałam ją dokładnie tak, jak się jej należało.
Moje oczy, moja psychika, potrzebują światła. 
Ja potrzebuję światła, odmawiam siedzenia w półmroku.
Posiedzę, jeśli naprawdę będzie taka potrzeba.
Ale na razie, to tylko kot kicha!

 

A kilka dni temu trafiłam na ten film i WSZYSTKO się wyjaśniło :)




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja kocia wirusolożka, Prowincjonalna Bibliotekarka

poniedziałek, 12 września 2022

Piaskiem po oczach Wszechświecie.

 


W zeszłym tygodniu spojrzałam rano przez okno, na podwórze.
Stare drzewa rosnące pod parkanem, już trochę żółto-zielone, szumiały gałęziami, szeleściły liśćmi, tańczyły jak fale na jeziorze a do tańca grał im wiatr. 
Wiatr panoszył się, giął, dociskał i żądał poddania. 
Świeciło słońce, niebo było w moim ulubionym kolorze, ultramaryny.
Piękny, słoneczny, wietrzny dzień.
Wszystko było w ruchu i tańcu aż tu nagle, jakby Wszechświat czekał z tym specjalnie na mnie, z drzew spłynęła lawina drobnych, żółciutkich liści. Łagodnie, wbrew wichurze. Jak malutkie, migotliwe łódeczki na spokojnej rzece, listki spłynęły w dół, ścieląc jasny dywan pod drzewami. 
Poczułam jak coś mnie omyło, coś przeszło przeze mnie, fala ciepła w ciele...
Witaj zachwycie, witaj radości!
Jesień idzie...

Takie chwile cieszą mnie bardzo, bo kiedyś ich bardzo nie było.

Ale generalnie ja nie o tym Wszechświecie.
Mogłabym w tym zostać, w radości i spokoju, ale wiem, że bym skłamała sobie samej. Te chwile są cudne, cieszę się gdy trwają ale nie są wszystkim co oferuje ta planeta.
I stety czy niestety, fasolki wszystkich smaków próbuje się...

Minęło pół roku i następna 6-dniowa sesja zabiegów kręgosłupowych nadeszła. Spakowałam więc walizki i udałam się do eremickiej jaskini w hotelu. Leżenie i spacery, nie siadamy, nie pochylamy się, nie skręcamy. Uważność na siebie.
I tak jadę z Mężem, rozmawiamy i nagle dotarło do mnie to, że to, że jest lepiej, właściwie zawdzięczam sobie. Zaczęłam się śmiać, bo w sumie to zabawne, choć proces, który się odbył, zabawny nie był. Ciężko podejmować decyzje samodzielnie, ano...
Bo widzisz Wszechświecie doktor/neurolog od metody Palucha uważa, że jego metoda najwłaściwsza jest. A kiedy opowiedziałam mu jakie ćwiczenia zalecił mi rehabilitant, to usłyszałam: chciał chyba pani zaszkodzić...
Z drugiej strony rehabilitant, gdy usłyszał, że byłam na zabiegach metodą Palucha, powiedział: ja mam swoje zdanie na ten temat, tam raczej chodzi o kasę niż pomoc...
Zonk!
I pacjent głupieje. Bo wszak obaj po szkołach, neurolog i rehabilitant, komu ufać?
A kręgosłup z przyległościami mój i to mnie będzie boleć jeśli coś pójdzie nie tak.
Dysonans poznawczy zazwyczaj niewygodny jest, czasem aż boli. Strach jaki się pojawia też jest niefajny i człek czuje się jak lis, za którym galopują angielscy lordowie konno i ze sforą psów.


A jednak obejrzawszy się w przeszłość dostrzegłam, że poradziłam sobie po swojemu. Świadomie, mniej świadomie ale ciało poprowadziło, bo słuchałam.
Byłam u 3 rehabilitantów z czego jeden pomógł. Byłam na 4 turnusach paluchowych i powoli (co było trudne, bo powoli) poczułam zmiany w kręgosłupie, w napięciach i mięśniach. Zajęło mi to dwa lata. Dodałam do tego ćwiczenia neuroświadomościowe, mikroruch i ćwiczenia z metody Feldenkraisa
(o czym obaj panowie  życiu nie słyszeli) no i basen.
I tadam! Czuję się lepiej. Obu panom zaś nic nie mówię. Bo i po co?
Ich bańki informacyjne są twarde i mało przejrzyste.

Rozrywką w ciągu tych 6 dni było łażenie po sklepach, w końcu przyjechałam do dużego miasta. Lidl, Aldi, Biedronka. Okazało się, że Aldi i Lidl to w sumie to samo. Sprzedają to samo tylko w innych opakowaniach. Podejrzewam, że zaopatrują je te same firmy i podejrzewam również, że Biedronkę też. Pakują inaczej, nazywają inaczej ale wszędzie to samo. W zależności od większej kasy zapewne, w produktach jest więcej prawdziwych składników a jak ktoś kutwi, to więcej chemii udającej prawdziwe jedzenie.
Mam również uzasadnione podejrzenia, że produkty "vege" to sama chemia plus cieciorka lub soja. Nie kupuję, bo mam po nich straszne gazy...dama nie powinna o tym mówić, ale ja damą nie jestem.

Widziałam też w Lidlu ludzi błąkających się między półkami, wpatrzonych w komórki i szukających w apce lidlowskiej "promocji". Pośledziłam jedną kobietę i to wcale nie było łatwe znaleźć tę "promocyjną" kiełbasę. W końcu zapytała pracownika, a ten ją odesłał do apki.
Ha, ha...smutne ha, ha...


Bo widzisz Wszechświecie, nie dość, że jemy świństwa, to jeszcze dajemy się wykorzystać i omotać.
Wszędzie, w każdym sklepie, pytają mnie o kartę lojalnościową, co za świat?!
Kupuję, gdzie chcę, a karta przywiązuje do jednego sklepu. Niby nic, niby nie widać łańcuchów, ale są. A to loteria, a to świeżaki, a to promocja. Skorzystaj!
Otóż nie, drogi konsumencie, nie skorzystasz. Zostaniesz wyzuty z kasy nawet nie wiedząc o tym. Promocje to żadne oszczędności. Kupujesz po prostu za dużo i w dodatku niepotrzebnych zazwyczaj rzeczy. Firma tak policzy, że zapłacisz więcej za inne, niepromocyjne produkty. Tu dodadzą grosik, tam dodadzą pięć grosików, bo nie może być strat. Żadnych strat tylko ZYSK.

I tak łaziłam, oglądałam i wyszło mi na to, że dajemy się oślepiać jak te sarny na drodze w nocy.
Może tak łatwiej?

W dzieciństwie oglądałam taką dobranockę: Piaskowy Dziadek. Zaglądał on do sypialni i sypał dzieciakom piasek do oczu, by zasnęły.
Taki miły Dziadunio, nawet bajki opowiadał...








Pozdrawiam Wszechświecie, twój kręgosłupowy szpieg sklepowy, Prowincjonalna Bibliotekarka.

niedziela, 24 lipca 2022

Małe kotki w nocy są, Wszechświecie

 



Jest taka chwila we mnie.
Zaklęta w moim umyśle, w tej przestrzeni, której nie widzę, ale jestem tą przestrzenią bardziej niż ciałem.
W zamęcie życia na zewnątrz, czasem zapominam o tym, że jestem wewnątrz, cokolwiek to znaczy.
Że wszystko rozgrywa się GdzieśIndziej.

Niedawno usłyszałam, że wszyscy szukamy ciszy, a ona JEST.
Jest jak podkład malarski, na który nakładamy kolory delikatnie, warstwami. Wszystkie dźwięki wokół nas są jak farby malujące obraz żywy i barwny, cały czas w ruchu. Blisko, bliżej, dalej...
A cisza jest tym wszystkim co POD. 
Jest pod warkotem samochodów, wyciem syren pogotowia, szumem wiatru, hukiem piorunu, cykaniem świerszczy i szelestem traw. Gdyby nie było tego podkładu, wszystkie dźwięki zapadłyby się w czarną dziurę. Tam, ściśnięte mocno w studni grawitacyjnej, zamieniłyby się w jeden, wielki, ogłuszający ryk z którego niemożliwe byłoby wyłonić choć jeden pojedynczy dźwięk.

Bernd Webler

W przestrzeni, którą nazywam Mną, dzieje się też tak samo.  Maluję na płótnie mojej wewnętrznej ciszy mnóstwo rzeczy, obrazy powstają płynnie, jeden wielki ciąg obrazów w 5D.  Moje życie.
Ale jest jedno miejsce całkowicie nieruchome.
Zamrożone w czasie i przestrzeni. Jak ten dmuchawiec zatopiony w żywicy. Idealnie zachowany. Bezczasowy. 
W to miejsce zawsze mogę wejść. Ono się nie zmienia. Czas tam nie płynie. Ja się zmieniam z upływem lat, tam nic się nie zmienia. 
I mała dziewczynka, którą jestem w tej zamrożonej bańce, też jest taka sama.
Ma trzy lata. 
I zrobiła coś...
Ingebjørg Frøydis Støyva

W tej zamrożonej chwili jest ciepło i zielono. Pszczoły bzyczą, przez listki śliw rosnących za płotem u sąsiada przebija jasne, złote słońce. Jest piękny, letni dzień. Na podwórku pod śliwami stoi wózek z niemowlęciem. Spacerówka z czasów komuny, biało-beżowo-szara. Niemowlęciem jest moja siostra Gosia. Śpi sobie spokojnie, przesłonięta pieluchą od słońca i owadów. Mama wykorzystuje ten moment i coś robi w domu. Ja zaś zaglądam do wózka i patrzę na Gosię. I bardzo chcę powozić ją wózkiem. To nic złego, powozić siostrę. Widzę moje małe łapki, jak wyciągają się do rączki wózka. Jest na niej biały plastik w wypukłe paski, staję na placach i gdy go dotykam, czuję szorstkość tych pasków. Łapię mocno i popycham, napinam całe ciało by ruszyć go z miejsca, ale wózek nie rusza. Jakiś kamień blokuje kółka. Napinam się mocniej i nagle wózek przechyla się do przodu a moja siostra zsuwa się prosto na ziemię, w pokrzywy.
Jest lato, ciepło, ma na sobie tylko malutki opalaczyk. 
Potem tylko błysk małej Gosi leżącej na tapczanie, całej czerwonej, płaczącej okropnie i koniec.
Tyle zawiera zamrożona bańka. 

Ingebjørg Frøydis Støyva

Nic więcej nie pamiętam z tego wydarzenia. Pole siłowe mojej świadomości odcięło mnie od reszty. Zablokowało wszystko, co było zbyt duże dla małej Ani. Ochroniło mnie.
Utrwaliło wydarzenie, odcięło od emocji.
Bo w bańce nic nie czuję. Nic a nic.

W rodzinie często się wspominało ten wypadek. Ot historia rodzinna. Mama dodawała, że przybiegłam do niej z podwórka i nie mogłam nic powiedzieć. Roztrzęsiona tylko wskazywałam na podwórze. Nic więcej nie wiem. Czy zostałam ukarana, czy przytulona, czy na mnie nakrzyczano, czy oberwałam pasem? Nie wiem. I nie chcę pytać mamy, bo nie ufam jej, lubi ubarwiać przeszłość.
Istnieje moja bańka, tam jest wszystko, czego potrzebuję. 

Kiedy zaczęłam chodzić na terapię grupową opowiedziałam o tym. Spokojnie, na luzie. Opowiadając, zamknęłam oczy, żeby wejść w bańkę. Zobaczyć wyraźniej. Terapeutka mnie zapytała o emocje, czy są? Nie było, nic nie mogłam poczuć nawet wtedy.  Wyjaśniła mi, że wydarzenie było tak traumatyczne, że moja świadomość odcięła emocje, bo były zbyt silne, zbyt przytłaczające dla trzyletniego dziecka. Powstała zamrożona bańka, otoczona polem siłowym odgradzającym od normalnego przepływu emocji, życia. 
Nie zastanawiałam się wtedy, czy te emocje, odcięte i zniknięte, są jeszcze we mnie. Nawet mi przez myśl nie przyszło poszukać ich. To nie był ten czas. Nie było też zasobów.
Życie popłynęło. Zakończyłam terapię po 2,5 roku. Było lepiej.
Ale trafiłam do Rosy na warsztaty. I temat wrócił.

Ingebjørg Frøydis Støyva

Kiedy Rosa przeprowadziła wstępną relaksację i powiedziała, byśmy poszli do swego dzieciństwa i wybrali fragment z którym chcemy pracować, wpadłam do bańki. Ot tak, nawet o niej nie myśląc, byłam nagle znów na podwórku i raz po raz widziałam moje małe łapki sięgające do rączki wózka.
I był tam ten kamienny spokój znów i słońce świeciło, i pszczoły brzęczały.
Ale tym razem zrobiłam coś innego. Położyłam na rączce wózka moje dorosłe ręce obok dziecinnych dłoni. Poczułam szorstkie paski. Razem popchnęłyśmy wózek czując jak Gosia wypada w pokrzywy. Błysk i byłyśmy w domu, patrząc na Gosię na tapczanie. Ale tym razem mała Ania nie była sama. Byłam obok. Wzięłam ją na ręce i przytuliłam.
Razem, wsparte o siebie, wtulone w siebie, patrzyłyśmy...
I powiedziałam małej mnóstwo dobrych, ciepłych słów.

Nie czułam po warsztatach, by wiele się zmieniło. Bańka była jaka była. Zamrożona. Tylko teraz ja tam byłam, mała nie była sama. Kilkakrotnie potem jeszcze wracałam by tulić małą, by nie była z tym sama. Dość nietypowa terapia, ale czułam, że potrzebna. 
I kilka tygodni później stała się NOC.

Tomohiro Takagi

Mąż był w pracy, byłam sama w domu. Położyłam się normalnie spać i zasnęłam. Jednak obudziłam się po dwóch godzinach snu od razu w potwornym lęku. Naprawdę dużym, przytłaczającym, ze ściśniętym ciałem, napiętymi mięśniami, zaciśniętym gardłem. Zaczęłam płakać, co wcale nie szło lekko, przetaczały się przeze mnie fale strachu, bezradności, bezsiły, czułam, że spadam w jakąś czarną przestrzeń. Myślałam: co się dzieje? Ale emocje były tak wielkie, że racjonalny umysł podwinął ogon i uciekł. Mogłam tylko czuć tę potworną rozpacz, smutek, lęk, bezradność i płakać. I robiłam to. Na chwilę puszczało, chyba zasypiałam, by po kilku minutach obudzić się i wszystko znów było.
Byłam potwornie zmęczona, bezradna i błysnęła mi myśl w głowie: chyba umieram...    
I zgodziłam się na to, by wreszcie się skończyło. Ale to trwało i trwało. Zasnęłam około 5 rano, chyba. Obudziłam się o siódmej, leżąc w poprzek łóżka. Uświadomiłam sobie, że przeżyłam, cokolwiek to było, że czuję spokój w ciele i w głowie, że zadziwiająco dobrze się czuję...
Wstałam i rozpoczęłam dzień. Życie popłynęło.
Dopiero kilka miesięcy później zorientowałam się, że do bańki wcale nie zaglądam, zapomniałam o niej.
Była nadal. Ale teraz automatycznie obok małej pojawiłam się JA. Mała nie była sama. Bańka zaś nie była taka hiper realna. Trzeba było mocno się skupić, by zobaczyć szczegóły. Było inaczej.
I zrozumiałam. To, co czułam, to, co przeszłam tej nocy, było tym, co pole siłowe świadomości trzymało w zamknięciu. To, co było za duże dla małej. To, co by ją zabiło.
Ale JA, dorosła ja, mogłam tego dotknąć.
I dotknęłam, i uwolniłam nas.

Żadne emocje nie giną.
Żadne wyparte uczucia nie odchodzą nigdzie. Są i czekają.
Tak czy siak dopadną cię...

Kim Haskins

Zawsze gdy udaję, że wszystko jest ok, a nie jest, śnią mi się małe kotki, mnóstwo małych kotków...Wtedy Wiem :)





Pozdrawiam Wszechświecie, twoja pogromczyni małych, strasznych kotków,
 Prowincjonalna Bibliotekarka.

wtorek, 12 lipca 2022

Całkiem zmyślone historie cz.2 Wszechświecie

 


Skończyłam właśnie oglądać na disneyplus serię z Avengersami.
Zawsze lubiłam filmy i powieści Sci-Fi. Sporo ludzi nie rozumie i nie odnajduje się w scenerii pozaziemskiej zakładając, że ona jest inna, obca. Nie odnosząca się do rzeczywistości.
Błąd źródłowy.
Ludzie to wymyślają, więc o ludziach to jest. Kosmos jest dla zmyłki, dla podbarwienia historii, dla ekscytacji, dla pokazania innych perspektyw. Ale nadal w ziemskiej narracji, w ziemskiej opowieści o nas samych.
I ten fioletowy tytan, zakuty w mocarną zbroję, z misją ratowania Wszechświata przed mnożącym się bez sensu i odpowiedzialności Życiem pożerającym zasoby i siebie, przykuł mą uwagę. 
Dość tragiczna postać.
Nieposkładana. 
W kawałkach.
Ludzka do bólu.

Choć fioletowa...


Thanos w dzieciństwie widział zagładę własnej planety i ludzi na niej żyjących. Głód, choroby, zanieczyszczenie powietrza, wojny. Chciwością garstki bogatych. Bezsilność masy biednych. Cierpienie mnożone na dziesiątki sposobów. Thanos wymyślił rozwiązanie. 
Ale cóż to za rozwiązanie było...
Nie do przyjęcia.
Wybić połowę żywych istot na planecie.
Ciut zbyt drastyczne jednak.
I planeta wybuchła.
I zginęli wszyscy.
I Thanos zrozumiał, że ma rację. 
Rozszerzył tylko plan eksterminacyjny na cały znany mu Wszechświat.
Wziął ten krzyż dla większego dobra.
I ładnie się pod nim garbił. Bo przecież ktoś musiał. Czyż nie?


Zanim zacznę pisać posta, zastanawiam się, co mnie ostatnio poruszało, co przykuło moją uwagę, co wzbudziło emocje. I wypłynęło słowo: kopciuch.
Cóż do licha? Znam różne zastosowania tego słowa, ale życiu nie słyszałam, by na piec, jakikolwiek: grzewczy czy centralnego, mówiono :kopciuch. Żyję na Podlasiu, tu każdy miał i większość nadal ma, piec, kuchnię węglową, piece do centralnego (hajnowskie-najlepsze). Wszystko to na drewno i węgiel, bo reszta paliw droga zawsze była, a Podlasie biedne jest.
I nagle gdzie się nie obrócę, wszędzie słyszę: kopciuch, kopciuch..
I to w dość podłym tego słowa znaczeniu: coś co brudzi, czarne, podłe i trujące.
Kiedy moja koleżanka z pracy użyła tego słowa, zapytałam, od kiedy piec węglowy zaczął się tak nazywać? Zdziwiła się i przez chwilę nie wiedziała o co pytam, przecież kopciuch, to kopciuch. Ale kiedy z nią porozmawiałam, przyznała, że nie ma pojęcia kiedy to słowo weszło jej do głowy, faktycznie nie używała tego słowa wcześniej, piec to był piec.
Przepytałam kilka osób i wynik był taki sam. Zacukanie się i brak pojęcia co się stało i jak...
Mój Mąż zaś mi powiedział, że to słowo chyba zaczęło się pojawiać 5 lat temu, gdy Kraków zaczął mieć problemy ze smogiem. I zaczęto tam kombinować, jak smog ograniczyć i wkurzonych mieszkańców uspokoić. Znaleziono winnego: stare piece do centralnego. Nazwano je kopciuchami, nadając mocno pejoratywne znaczenie. Ujemne, obraźliwe i negatywne znaczy. 
Bo przecież smog nie bierze się z samochodów, którymi Kraków jest zatkany (ironia, gwoli wyjaśnienia).
I nie, nie jest to post o tym, czy węgiel jest dobry czy nie.



Kupiłam do biblioteki książkę "Czwarta rewolucja przemysłowa" Klausa Schwaba. Polityka i ekonomia nie są w strefie moich zainteresowań.
Na ten temat wiem jedno: jeśli tworzą to straumatyzowani w dzieciństwie, nieposkładani, nie mający kontaktu ze swoimi emocjami ludzie, fioletowi tacy, to dobrze nie będzie.
Opracowując poprosiłam książkę: pokaż co tam masz? 
I na chybił trafił poczytałam.

"Czwarta rewolucja musi się dokonać przede wszystkim w naszych umysłach"

" Jednostka bogactwa tworzona jest dzisiaj przy pomocy znacznie mniejszej liczby pracowników niż 10 czy 15 lat temu, a stało się to możliwe dzięki temu, że koszty krańcowe gospodarki cyfrowej zbliżają się do zera."

"Nasze urządzenia zaczną stawać się coraz istotniejszą częścią naszego osobistego ekosystemu; to one będą nas słuchały, przewidywały nasze oczekiwania i pomagały nam, gdy tego będziemy potrzebowali - nawet bez pytania."
?...nawet bez pytania....?

"... Zastanawiam się jednak, podobnie jak wielu psychologów i socjologów, w jaki sposób niepowstrzymana integracja technologii z naszym życiem wpłynie na nasze postrzeganie tożsamości i czy nie doprowadzi do upośledzenia niektórych naszych typowo ludzkich reakcji, jak zdolność do refleksji nad sobą, empatia czy współczucie."

" Jak sugerują przywołane tu etyczne dylematy, im bardziej cyfrowy i technologiczny staje się świat, tym większa w nas potrzeba, by nadal czuć ludzki dotyk, bliskie związki i więzi społeczne.Ten rozdźwięk będzie się nasilał, choć jednocześnie w miarę tego, jak czwarta rewolucja przemysłowa zacieśni nasze zbiorowe i jednostkowe więzi z technologią, zacznie się to coraz bardziej negatywnie odbijać na naszych społecznych umiejętnościach i zdolności do empatii. To z resztą już się dzieje na naszych oczach. Badanie, przeprowadzone w 2010 roku przez zespół University of Michigan wśród studentów uczelni, wykazało u nich spadek empatii o 40% (w porównaniu z ich odpowiednikiem 20 lub 30 lat temu). Przy czym największy spadek miał miejsce po roku 2000."

"...znaleźliśmy się na progu radykalnej zmiany systemowej, wymagającej od istot ludzkich nieustannej adaptacji. W rezultacie już teraz możemy obserwować polaryzację o niespotykanym dotąd na świecie stopniu- na tych, którzy są gotowi na zmiany, i na tych, którzy im się opierają. 
Powoduje to zróżnicowania sięgające głębiej niż wcześniej opisane nierówności społeczne. Ta ontologiczna nierówność oddzieli tych, którzy się adaptują, od tych, którzy się opierają - w zasadzie wygranych od w zasadzie przegranych, w każdym sensie tych słów. Zwycięzcy mogą odnosić korzyści wręcz z jakichś form radykalnego udoskonalenia człowieka, stwarzanych przez niektóre segmenty czwartej rewolucji przemysłowej (jak inżynieria genetyczna), na które przegrani nie będą mieli szansy.
To grozi wywołaniem konfliktów klasowych i innych, niepodobnych do niczego, co kiedykolwiek widzieliśmy. Ten potencjalny podział i napięcia jakie on wywoła, zostaną wzmocnione przez różnice pokoleniowe pomiędzy tymi, którzy znają wyłącznie świat cyfrowy, bo w nim dorastali, a tymi, którzy dorastali w innych warunkach i muszą się dostosować."

Wystarczy, książka pogadała, a mi przybyło kilka siwych włosów...


Wygląda na to, że jednak Strugaccy coś wiedzieli wcześniej, już w latach 1985/86.
Tu można poczytać:Całkiem zmyślone historie

Thanos w ostatnim odcinku serii powiedział do Avengersów:

Sądziłem, że gdy zgładzę połowę Życia, reszta rozkwitnie. Ale pokazaliście mi, że to niemożliwe. Dopóki żyją ci, którzy pamiętają jak było, będą tacy, którzy nie zaakceptują tego, jak może być.
Będą się opierać.
Jestem wam wdzięczny. Pokazaliście mi co muszę zrobić. Rozedrę ten Wszechświat na atomy, a potem z tego co zostanie stworzę nowy, kipiący Życiem, które zamiast opłakiwać, będzie się radować tym, co dostało. Wdzięczny Wszechświat.

Kapitan Ameryka spojrzał na Thanosa i powiedział: zbudowany na zgliszczach...

Thanos na to: Ale tego się nie dowiedzą, bo nie będzie miał kto im powiedzieć.



To tylko filmy, to tylko książki, to są TYLKO całkiem zmyślone historie Wszechświecie....


PS. Niech mi język odpadnie jeśli ja, na swój ukochany piec w domu rodzinnym, powiem inaczej niż:                                                                                    PIEC.
PS2. A ponieważ wielkie umysły myślą podobnie, to polecam post u Oli: :) OLA




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zawsze Avengerka, Prowincjonalna Bibliotekarka.

czwartek, 30 czerwca 2022

I czy się bać Wszechświecie?

 


I znów się śmieją z Edyty.

Nie wszyscy oczywiście, ale jednak większość. Nie powiem, na przestrzeni lat i ja się czasem pośmiałam się widząc ją w tv czy w kolorowych pisemkach. Edzia czasem wypowiedziała się, a może tylko wyrwano to z kontekstu i wychodziło śmiesznie. Nie zastanawiałam się nigdy nad innym obrazem Edzi, bo był mi tak ładnie  już podany.
Wzięłam.

Ale sporo wody upłynęło, rzeka mojego życia zmieniła się, choć to nadal ta sama rzeka. Nie muszę już walczyć zaciekle o życie w marnym kajaczku omijając wystające znad wody skały. Zastanawiając się ile ich jest pod wodą, niewidocznych. I czy za zakrętem nie będzie wodospadu, którego nie pokonam.
Obecna rzeka jest szeroka, rozlana, łagodnie płynąca. Nadal dzika i nieujarzmiona, ale bardziej przyjazna. Mogę podziwiać widoki, czując się bezpieczniej w dość stabilnej łódce.
Kajaczek poszedł w odstawkę.
Rozglądam się więc.

Alex Colville

Gdzieś tam w czeluściach FB ktoś z moich znajomych coś skomentował o Edycie i wyświetliło się u mnie. Już dawno opuściłam świat nadmiernie medialny, nie wchodzę na żadne portale typu wirtualna, nie mam telewizora od 9 lat. Ale wszyscy jesteśmy w polu informacyjnym i czasem coś tam do mnie doleci. Jednym rzeczom daję uwagę, innym nie. Tym razem postanowiłam sprawdzić o co chodzi, bo sama chciałam pojechać na Harmonię Kosmosu, tylko nie wyszło.
Wiec obejrzałam w internecie wystąpienie Edyty na festiwalu, a potem losowo artykuł na jakimś popularnym portalu. Badania znaczy przeprowadziłam.

I pierwsza konkluzja błysnęła: Bzikowa, ty się bój, bo to samo gadasz co Edzia....

nie wiem czyje, ale fajne...

No bo ja też mówię o świadomości, o rozwoju, o kosmosie, o dziwnych kulach nad lasem, o miłości i przebaczaniu, o kosmitach, że oni już tu są, o duszy, o Źródle itp. W dodatku w czasie "pandemii" stanęłam po stronie tzw. foliarzy i też to powiedziałam głośno. Aco :)
Fakt, lekko się ukrywam, nie firmuję tego co piszę moją buzią, ale bądźmy szczerzy, kto by chciał mnie poszukać, by znalazł. 
Poczytałam trochę komentarze i muszę powiedzieć, że tylu zadowolonych z siebie ludzi dawno nie czytałam. Fajnie jadą po Edycie, wytykając jej różne rzeczy, sugerując badanie głowy oraz udzielając rad gdzie jest jej miejsce.
Dostaje jej się też od tych przebudzonych i oświeconych.
O takie coś:
"Osoby naprawdę przebudzone nie mówią takich rzeczy, dalekie są od medialnego show. Według poziomów świadomości wg Davida R. Hawkinsa może maksymalnie osiągnęła Pani poziom 250 i tyle, daleka droga przed panią."
A poziomy są do 1000, wredne...

Brooke Didonato

Tak sobie myślę, że Edyta wiedziała, co ją czeka, a i tak to zrobiła. Nie będę dociekać jej intencji. Mnie osobiście wydaje się być spójna w tym co mówi, w tym sensie, że mówi o tym w co wierzy i co czuje na ten czas. I Odwagi jej nie odmówię oraz talentu. 

Ale generalnie chodzi o mnie wszak. 
Bo zawsze chodzi o nas. 
Zastanowiłam się, czemu mnie to ruszyło.
Czemu przez dłuższą chwilę we mnie był wstyd, strach i współczucie? 
Odpowiedź jedna jest: bo to wszystko było we mnie długi czas i nadal bywa. Kiedyś tylko pozwalałam, by było to moją codziennością, teraz uczę się pozwalać temu być, a potem odejść...
I przychodzi coraz rzadziej.
No i nie zawsze było współczucie. Teraz jest.
To nieumiejętność pokazywania siebie prawdziwej, mówienia o tym co czuję, mówienia swojej prawdy, zwłaszcza gdy wiem, że zostanę za nią wygnana z raju...
Uznałam, że raj ma zbyt wygórowaną cenę.
Zakładając, że to w ogóle raj...

Nice Bleed

I kiedy zastanawiałam się nad tym wszystkim, czytając komentarze i słuchając Edyty, przypomniała mi się opowieść SynowejNumerDwa. I niby bez związku, jednak związek jest Wszechświecie.

Otóż. Był ciemny, zimny i mokry poranek lutowy 2022, kiedy Mama dostała bóli porodowych. Coś ją tam pobolewało w plecach w nocy, ale zbagatelizowała. To jej pierwsze, wyczekane dziecko, więc trochę się może bała- jeszcze nie; choć już zmęczona była i chciała urodzić. Ale poranne skurcze nie zostawiły już miejsca na zastanawianie. Będziemy rodzić.
Kłopot całej sytuacji polegał na tym, że Mama była na kwarantannie, bo kasłała, zrobiła test i wyszedł plus. Mama lekko przeszła cokolwiek to było, ale jeszcze kilka dni kwarantanny zostało, a tu potomek się zdecydował. I nie ma zmiłuj.
Tata spanikowany zapakował Mamę do samochodu i pojechali do szpitala, bo tak szybciej niż czekać na pogotowie. Zwłaszcza, że Mama cała w nerwach też. Skurcze na razie rzadkie, ale pierwszy raz nic nie wiadomo. No się się zaczęło...
W szpitalu wrzaski i krzyki. Bo trzeba było wezwać karetkę specjalną, można było poczekać, a  dodatkowo jeszcze nieszczepy cholerne. Nieodpowiedzialne, głupie i bezsensu. Mamę zabrano nie wiadomo gdzie, Tatę zostawiono w poczekalni, a że trochę rezonował, to postawiono przy nim ochroniarza, by nie wyruszył na poszukiwanie Mamy. Potem okazało się, że Mamę w jakimś malutkim pokoiku przebadał doktor bardzo niemiły z maseczką pod nosem i powiedział, że do porodu jeszcze daleko, a oni nie mają covidowego oddziału i Mama musi udać się do Białegostoku, z Augustowa. Ponad godzina jazdy, bo luty, mokro i ślisko. Oni mogą wezwać karetkę covidową, ale Tata może zawieść, bo będzie szybciej jednak. 
Oszołomieni Mama i Tata wyruszyli w trasę. Na odjezdne dano im telefon na SOR ginekologiczny w Białymstoku, gdzie akurat miała dyżur moja Synowa. 
No i nie dowieźli.
W połowie drogi Tata już potwornie spanikowany zadzwonił na SOR po ratunek. I moja Synowa telefonicznie udzielała mu porad. Synek Mamy i Taty urodził się na poboczu drogi, na tylnym siedzeniu samochodu. 
Kiedy samochód podjechał pod drzwi SORu moja Synowa już czekała. Otworzyła drzwi z tyłu, ogarnęła wzrokiem Mamę z zawiniątkiem i choć dużo już widziała, to jej słowa brzmiały: no jak w rzeźni, dużo krwi...Pomogli Mamie przesiąść się na wózek i zabrali ją na oddział covidowy oczywiście. A Tata wyszedł z samochodu, usiadł na krawężniku i siedział tam nie odpowiadając na żadne pytania. Próby komunikacji zawiodły, a musiał odjechać. Nie mógł wejść do szpitala, bo kwarantanna przecież. Sanitariusz jakoś go podniósł, wsadził do samochodu. Tata coś tam zajarzył. Odpalił samochód i niepewnie, wolno odjechał. Do dalekiego domu. 
Czy to się dobrze skończyło czy źle? 
Czy ktoś to opisał?
Czy ktoś to skomentował? 
Czy ktoś...?
To nie tak dawno było...
Jose Manuel
Nikt i nic.

Kiedy rozmawiałam z moim Mężem o Edycie on, racjonalista patrzący inaczej, powiedział:
- Wiesz nieźle jej wyszło jak na Cygankę, która uciekła z domu.
I tak, zgadzam się bardzo. 
Może to właśnie ludzi boli.
Że oni tak nie potrafili.
I łatwiej jest kopać Edytę.
Dużo łatwiej.

 No i po co sobie przypominać horrory z lutego.
Jest lato i są wakacje.
Mason Storm

PS. Wiem jeszcze, że odbierano noworodki mamom, które miały nieszczęście mieć dodatni test. Można było podpisać papier, że się nie odda, ale niektóre nie wiedziały i nie zawsze je informowano. Przestraszone, skołowane pozwalały się rozdzielić z dziećmi. Ech....

PS2. Kiedyś poznałam chłopca, może 8-9 lat. Gdy nasz wzrok się spotkał, zmroziło mnie. To dziecko miało potwornie nieruchomy i pusty wzrok. Nic tam nie było. Zero kontaktu. I do dziś to pamiętam. Syn nauczycielki, zdolny, komunikatywny, zdawało się całkiem normalny. A jednak za każdym razem na jego widok w moje głowie słyszałam: uciekaj...
To tyle, jeśli chodzi o stwierdzenie Edyty, że w show biznesie jest pełno reptyli ;)


Pozdrawiam Wszechświecie, twoja jawnie wredna i kłótliwa, Prowincjonalna Bibliotekarka

sobota, 11 czerwca 2022

Rozmowy z samochodem Wszechświecie

 

Sprzedaliśmy samochód. 
Mały, zgrabny, jakby lekko wyścigowy. Mąż go kupił, bo miał dosyć jeżdżenia dużymi i pakownymi. Ale okazało się, że potrzebujemy dużych bagażników i wygodnych foteli, i w ogóle więcej miejsca w samochodzie. Więc decyzja zapadła.
Poszłam do garażu rano, spojrzałam na samochodzik, pogładziłam po doopce i podziękowałam za wszelkie bezpieczne wyprawy. Oby mu się wiodło u nowych ludzi...
Personifikuję wiele sprzętów :)

Do biblioteki, tuż przed zamknięciem jak to ma w zwyczaju, wpadł PanPiotruś. Nazywam go PanPiotruś, bo tenże pan ma wszelkie objawy bycia wiecznym małym chłopczykiem mimo pięćdziesiątki na karku. Spojrzałam na niego i lekko oniemiałam. To, że PanPiotruś jest przystojnym, wysokim, choć już lekko przytytym chłopcem, pozwalało mi spokojnie patrzeć na samurajski kucyk  jaki nosił od kilku lat. Pasował mu. Kto jak lubi i nie ma co się czepiać.
Tym razem zaskoczył mnie jednak, bo zamiast kucyka, miał kucyki. Dwa kucyki.
Zamrugałam oczyma:
-wow! zmienił pan uczesanie, muszę powiedzieć, że odważnie. 
Przyjrzałam się uważniej i dodałam:
- pasuje panu.
Bo tak było, w jakiś dziwny sposób PanPiotruś wyglądał w nich dobrze.

Ucieszył się, bo on lubi być chwalony. Kiedyś mi powiedział, że żona za nic go nie chwali, tylko wypomina mu, co zrobił źle.
Na skrzydłach pochwały PanPiotruś się rozpromienił i rozgadał. Kupił samochód. Nowiutki, prosto z salonu. Musiał na niego czekać, bo bajery różne zamówił, ale warto było. Tu dodam, że  PanPiotruś jest człowiekiem biznesu. Różnego. Miał wzloty i upadki, nawet wpadki, ale generalnie kasa mu płynie.
O! przypomniałam sobie, jakaś najnowsza toyota to jest, dla mnie to wsioryba, ale dla PanaPiotrusia to ważne.

Owa cudna toyota ma jakieś niebywałe właściwości, słuchałam jednym uchem, ale najfajniejsze dla PanaPiotrusia jest to, że ona do niego mówi. Miłym, ciepłym, damskim głosem. A to, że radar niedaleko: zwolnij, a to, że korek zaraz: możesz objechać, a to, że: kochanie, już jedziesz dwie godziny bez przerwy, zatrzymaj się i odpocznij i wiele, wiele innych komunikatów. Żona znienawidziła od razu ten miły, damski głos, ale PanPiotrus go pokochał i nie odda. Znaczy postawił się żonie i nie wyłączy.
A muszę powiedzieć, że żonę ma wykutą w ogniu walki o konstytucję, prawa człowieka, aborcję pod czarną parasolką, karmiącą uchodźców na granicy i nie tylko oraz strzelającą do nieszczepów, nie ma tu żartów. A PanPiotruś miękki do tej pory jak pianka z cukru, tym razem zawalczył.
O ten miły, ciepły głos, o to zainteresowanie pomocne, o tą uwagę puchatą...
Ale ja nie o tym, bo to ma być lekko straszny post...

Do brzegu Anno, że tak sparafrazuję Graszkę :)


Bo mnie się kropki połączyły w dość straszną historię.

Moja znajoma ostatnio była w banku, coś tam opłacała i PaniOkienkowa nagle poinformowała ją, że ubezpieczenie na samochód się kończy i ona może jej fajną ofertę z banku na to ubezpieczenie przedstawić i już, już ona pisze!
Znajoma zdębiała, bo ubezpieczenie ma w jakiejś innej firmie i skąd bank to wie i zna daty???? PaniOkienkowa coś tam zaszeleściła, kolejka stała, znajoma machnęła ręką i powiedziała, że nie chce żadnej oferty, opłaciła co miała opłacić i poszła. Ale ją to na tyle nurtowało, że myśli o tym i opowiada. Przecież ona się nie zgadzała na takie szpiegowanie. A oferta i tak przyszła pocztą...
Ja ostatnio logowałam się na swoje konto ZIP, bo chciałam sprawdzić zwolnienia i ile kosztują moje wizyty u lekarzy. Matkobosko jak tam trudno się dostać. Loguję się za pomocą loginu i hasła na ministerialnej stronie, ciągle coś nie tak, a raz to mi nawet napisało, że konto jest zablokowane tymczasowo. Droga przez mękę. A moja współpracownica mówi, że jej syn przez bank wchodzi na to konto i wcale nie ma żadnych problemów. 

Musiałam też w bibliotece odnowić umowę na internet. Zaczęłam kombinować jak ominąć Maxa SztucznąInteligencję i wyszło na to, że najlepiej zamówić telefon od konsultanta. Zadzwonił człowiek i powoli umowę udało się wygenerować. Powoli, bo pułapek wiele. Pani tak jakoś z automatu zakładała pewne rzeczy. A ja chcę, by było jak było :)
Czyli telefon stacjonarny a nie internetowy. Bo internetowy siada gdy prądu nie ma, a stacjonarny spokojnie utrzymuje kontakt, pod warunkiem, że masz stary, z lat 80-tych, aparat. Ja mam, nie do zdarcia on jest. No i faktury papierowe, bo łatwiej w księgowości.
I listonosz przyniesie. A jak doszło do końca i pani mi recytowała różne rzeczy, czy ja się zgadzam czy nie, nagle mówi, że ja się nie mogę nie zgodzić na to, że firma będzie monitorowała moją działalność w sieci by oferty handlowe dostosować do moich potrzeb.
Jak ładnie, dbają o moje potrzeby.
Nie mogę się nie zgodzić, bo to jest połączone z ulgą jaką mi już naliczono w umowie, 5 zł....
Poprosiłam ładnie o wsadzenie ulgi tam gdzie jej miejsce i nie zgodziłam się.
Z przyjemnością...


Potem odbył się cyrk z odbiorem umowy przywiezionej przez kuriera, bo mój dowód absolutnie w nie wystarczał, jeszcze pin z smsa był potrzebny. A na bibliotekę komórki nie ma tylko, ten stacjonarny stary telefon.
Stałam sobie w kolejce w sklepie po tym wszystkim i opowiadałam znajomej jak to jest bezsensowne i ograniczające, i szpiegujące. Pani, która stała przede mną nie wytrzymała, odwróciła się i powiedziała:
- niech pani nie narzeka, to wszystko dla naszego BEZPIECZEŃSTWA...



Bezpieczeństwo. 

PanPiotruś lubi fantastykę, raczej fantasy, ale czasem coś i z science-fiction poczyta, głupi nie jest, tylko taki niedorośnięty. Kiedy już opowiedział mi o cudownym samochodzie, cudownym głosie i wybrał książki do czytania na autostradzie, gdzie włącza coś tam i samochód sam jedzie i wyprzedza a on właśnie te książki będzie czytał w tym czasie, ja mu opowiedziałam historyjkę. Właściwie dwie.

Przypuśćmy, że pan troszkę przeziębił się, niewiele, ale upierdliwie. Obok kropelek do nosa, żona kupiła panu przyjemny syropek na kaszel. Smaczny i skuteczny. Wydzielinka się rozluźniła, lżej na  oskrzelach, a pan ma spotkanie służbowe. Łyknął pan syropku, strzelił do nosa kropelki, wsiada pan do toyotki. A ona mówi:
- Kochany, ale nie możesz jechać, w wydychanym powietrzu masz troszkę alkoholu, piłeś, nie jedź.
Powąchała? Może jakieś czujniczki w kierownicy, któż wie, ale nie pojedziesz.
 I może jeszcze dodać:
- Jeśli będziesz się upierał, to zablokuję włącznik i powiadomię odpowiednie służby, to dla twojego dobra, kochany pysiaczku...
No tak, syropek na alkoholu troszku, trzeba poczekać i wychuchać.

Albo. Idziesz sobie do sklepu z owadem czerwonym. Masz dziś ochotę na niezdrowe zakupy. Co pan lubi? Ptasie mleczko, piwko i chipsy? Fajny zestaw, kupujemy. Idziemy do kasy, już bezobsługowej, bo po co kasjerka, tak jest szybciej i wygodniej. I klikamy te kody kreskowe aż tu nagle głos z kasy, miły i ciepły, kobiecy, mówi:
- Szanowny kliencie, nie możesz kupić tych towarów, ostatnio miałeś złe wyniki wątroby i za wysoki cukier. Sugerujemy szpinak, buraki i piwo bezalkoholowe, w trosce o twoje zdrowie oczywiście. 
Jesteś dla nas ważny. Chcemy byś był zdrowy i bezpieczny.

PanPiotruś spojrzał na mnie jakbym była z innej planety. 
Może nawet jestem, kiedyś...
Chwilę pomyślał i powiedział:
- Kurde, ale mnie pani zastrzeliła, nie wiem co powiedzieć.
  Ale głosu w samochodzie nie wyłączę!



PS. Zdjęcia są z filmu "Christine" z 1983 roku, na podstawie książki Stefka Kinga o morderczym samochodzie, polecam i książkę, i film :)





Pozdrawiam Wszechświecie, nadająca z krainy horroru, Prowincjonalna Bibliotekarka.


poniedziałek, 30 maja 2022

Ciężki temat Wszechświecie

 

Duane Bryers

Wiosna w pełni. Choć zimna.
I właściwie tyle ostatnio miałam do powiedzenia Wszechświecie.
Mozolnie pełzłam przez remonty, sztywności i bóle, niechęć do podejmowania działań
W ramach protestu zaległam na kanapie i poleciałam w Kosmos ze Star Trekiem. 
Męczący świat, męczący ludzie, męczące wszystko.
Wyrzucało mnie z wszelkich stron i blogów gdzie widziałam słowa: wojna, ukraina, putin, politycy, uchodźcy, covid, ekologia, ocieplenie, ochrona, zagłada. Te cztery ostatnie mogą dziwić, ale jak się bliżej przyjrzeć, to jest to samo co te pierwsze, tylko inaczej. Kiedyś może podejmę temat, ale nie dziś.
Dziś...

Gdy ostatnio słuchałam Graszki na jej kanale Dom pod bocianem na YT, wspomnienie wróciło. Graszka kupiła sobie nowe sukienki bardzo fajne i mierzyła radośnie. Wyglądała super, ale gdzieś tam przemycała zdania, że "no gruba", "no wieloryb", no "nie fajnie". Patrzyłam na nią, taką ładną w tych sukienkach i myślałam o sobie. Bo Graszka to Graszka, a ja to ja.
Ale ja też gruba, wieloryb i niefajna.
Niefajna byłam od zawsze, tak o sobie myślałam od dziecka. Ale gruba stałam się najpierw w mojej głowie, tak po trzydziestce. A gruba cieleśnie stałam się po czterdziestcepiątce. Z rozmiaru 38 na 50 pyknęłam. Wiem jak to się stało i dlaczego. Mniej więcej wiem. Czy to się da odkręcić? Nie mam zielonego pojęcia. Czy podejmowałam próby? Oczywiście :)
Czy coś dały? 
Absolutnie nic cieleśnie.
Ale w głowie jaśniej...


I różne rzeczy z tego powodu Wszechświat zaczął przypominać...

Około trzydzieści lat temu moja siostra pojechała do Norwegii na zarobek. Chyba zrywała tam truskawki czy coś innego. Była tam miesiąc, zwiedziła trochę, zarobiła i przywiozła mi stamtąd sportowe buty. Białe z zielonymi dodatkami, śliczne. Uradowana szybciutko przymierzyłam i uczucie radości ciut przygasło: jakieś przyciasne, duży palec dotyka do czubka, oj...
Ale tak mi się podobały, przecież sama nigdy nie kupię sobie skórzanych sportówek, na pewno się rozchodzą. Rozchodzą się jak nic, przecież to skóra. Nie rozchodziły się, cisnęły do końca, koniec nastąpił chyba po 4 latach chodzenia, bo to porządne buty były. A paluchy bolały...

Jakieś piętnaście lat temu mąż pojechał w niedziele na służbę.  Było to jeszcze przed diagnozą i terapią. Co ważne jest, bo już miałam rozpędzoną depresję, ale jeszcze o tym nie wiedziałam. Czułam się źle już od dłuższego czasu, ale udawałam, że jest wszystko dobrze. W tą konkretną niedzielę mogłam odpocząć od tego całego udawania i zrobić to, czego potrzebowałam, czyli NIC. Nie ubrałam się, zostałam w piżamach, nie uczesałam się, nie umyłam zębów, leżałam, źle się czułam, coś tam oglądałam w telewizji i nurzałam się w depresji. Aż tu nagle dzwonek do drzwi...
Jeju, wkurw od razu napłynął. Otwieram, a tam uśmiechnięta koleżanka z mężem. Nie specjalnie bliska, dawno się nie widziałyśmy ale kilka razy jej mówiłam, żeby dzwoniła przed przyjazdem, bo zawsze wpadała bez ostrzeżenia. I znów to zrobiła. 
Coś zaczęła mówić, ale tym razem, po raz pierwszy w życiu zrobiłam coś innego, niż grzeczne zaproszenie do domu. Powiedziałam bardzo ostro: Słuchaj, prosiłam cię, byś dzwoniła przed przyjazdem. Gdybyś zadzwoniła, to bym ci powiedziała, że dziś źle się czuję i nie mam ochoty na wizyty!!
To była ostatnia wizyta koleżanki, nawet nie wizyta, bo do domu nie weszła. Nie żałowałam swoich słów. Może tonu, bo mogłam spokojniej.
Z drugiej strony Wszechświecie, nie wiem na pewno, bo jakbym zatrzymała się i chciała łagodniej to może bym zaprosiła jednak, trzeba być miłym i gościnnym. Gość w dom przecież.
Tu depresja pomogła.
I tak przez pół życia...
Krótkie wąskie spódniczki, w których nie usiądziesz wygodnie, buciki na obcasie, w których palce i łydki bolały, biustonosze z drutem (co za zmora, ale cycki muszą wyglądać), makijaż codzienny, malowanie włosów co miesiąc, golenie nóg i pach oraz walka z podrażnieniami, bo skóra delikatna i golenia nie lubiła....Nawet nie chce mi się szukać więcej przykładów, bo byłoby dużo. Tylko paznokciom odpuściłam, bo bardzo lubię krótkie. Nie znoszę jak mam dłuższe i ciągle coś pod paznokciami. Przyznam, że obrzydzeniem patrzę na nalepione tipsy, niehigieniczne. Brrrr....
To tylko zewnętrze objawy, ale jak do tego dołożymy ciągłe udawanie kogoś kim nie byłam, tylko zdawało mi się, że taka powinnam być by mnie ludzie lubili, to mamy prawie ułożonego puzzla.
A na puzzlu droga do piekła, mocno wybrukowana dobrymi chęciami i tzw. dbaniem o siebie.
O zgrozo...co ja nazywałam "dbaniem o siebie"...
I rozmiar 50 jest tu całkiem zrozumiały. Problem z jedzeniem to też objaw kłopotów z emocjami. 
I jest jak jest.


Aż tu nagle przychodzi czytelniczka, taka jak ja 55 lat w 50-tym rozmiarze. I opowiada jak fajnie jej na basenie. To było zimą, słuchałam z uprzejmym uśmiechem, w głębi duszy zaś: 
- ale fajnie bym pomoczyła się. Nigdy nie byłam, spróbowałabym, kobieta taka zadowolona.  Co to jest to jacuzzi wogóle? Ale jak ona się czuje z tym brzuchem wielkim, biustem ogromnym, cellulitem w stroju kąpielowym? Odważna kobieta. Toż wszyscy patrzą. Pełno lasek szczupłych wokół. Przyznaj się Bzikowa, wstydziłabyś się. Nie dam rady, nie dla mnie to. 

I stanęło na tym.
Oświecona, oczytana, przepracowana z traumami, wiedząca, ale TO nie.
Kręgosłup bolał, czasem ktoś coś wspomniał o basenie, ale decyzja podjęta była.
Nie, bo WSTYD zbyt wielki, nie dam rady.
 

A jednak ziarenko się zasiało. I powolutku, powolutku rosło. I kiedy koleżanka z pracy trzy tygodnie temu powiedziała, że jedzie na basen i czy ja nie chcę, bo to fajne jest, zaskakująco szybko odpowiedziałam: JADĘ.

Zamówiłam strój do pływania w bonprixie i przyszedł błyskawicznie idealny rozmiarowo. Uznałam to za znak od Wszechświata. Płyńmy.

Okazało się, że na basenie pełno pań o okrągłych kształtach. I w ogóle o różnych kształtach. A tych lasek idealnych to prawie wcale. Mocząca się obok mnie pani, taka jak ja, pokazała mi jak się położyć na wodzie. I powiedziała:
- bo my to jak oczka tłuszczu w rosole, nie toniemy :)
Bardzo byłam wdzięczna tym wszystkim kobietom na basenie, że takie były odważne. Ulżyło mi bardzo. Ale uświadomiłam sobie, że ja je widzę, bo założyłam strój kąpielowy i weszłam na pływalnię.
Pole widzenia się poszerzyło...
Bez pierwszego kroku nic by się nie wydarzyło. Dalej myślałabym, że baseny są pełne idealnych lasek.
No może jednak trochę oświecona i wszelkie warsztaty, i psychoterapie nie poszły na marne.



Teraz kupuję wygodne buty, luźne w palcach, bez obcasów, sportówki skórzane. Chodzę w spodniach, bo lubię. W domu chodzę bez biustonosza, a biustonosze noszę elastyczne i luźne bez drutów i cudów usztywniających (brafitterka by padła). Przestałam malować włosy, co za ulga. Siwizna jest śliczna. Używam tylko kremu dla dzieci, makijaż zależy od nastroju i tylko poprawiam brwi i maluję rzęsy. Luźne ciuchy, wygodne ciuchy.
Przede wszystkim wygoda, wygoda, wygoda...
No i nauczyłam się odmawiać. Robię to grzeczniej. 
Tylko muszę to ćwiczyć. Nie zapominać.
A jak się nie uda, poprawki nanosić, znaczy pójść i powiedzieć: sorry, jednak nie mam na to ochoty, choć się zgodziłam na początku....
Bo jak powiedziała moja babka: kto jak się nauczy, tak śpi i mruczy...
I to prawda jest.
I prawdą jest też to, że można inaczej.


Poniżej film o tym skąd grubość i chudość, takie podstawowe informacje, może ktoś skorzysta.
Aurorę poznałam dzięki Graszce i bardzo jej za to dziękuję :)
Obu dziewczynom dziękuję :)







Pozdrawiam Wszechświecie, twoje oczko w rosole, Prowincjonalna Bibliotekarka