Obserwatorzy

czwartek, 2 marca 2023

Iluzja na zamówienie Wszechświecie

Parallel Universe Images on FB


Dziś obudziłam się o 5.20
Otworzyłam oczy i momentalnie zapomniałam co mi się śniło. Zostało uczucie ruchu, dziania się, bycia z kimś. Ech, sen, mara...
Spojrzałam w stronę okna, szaro, ale jaśniej. Gawrony już gadają, debatują nad odbudową osiedla zmiecionego z drzew podczas ostatniej wichury. Nie pierwszy i nie ostatni to raz.
Mój ruch aktywował suczkę. Wskoczyła zadowolona na łóżko, potyciała mnie swoim mokrym, zimnym nosem: obudziłaś się? obudziłaś?, wstawaj, no wstawaj!!!
Jak co rano złapała jeden z trzech kocyków ze swego śpidełka i pobiegła z nim do pokoju dziennego. W tym czasie Agatka, moja kotka, wskoczyła na łóżko z prośbą o podrapanie wokół abażurka, bo chodzi z ochraniaczem na łebku z powodu rany na policzku.
- mrau, mra, gru, marał: powiedziała.
Co znaczy:
- podrap, zdejmij i wypuść na dwór wreszcie, małpo jedna!
Podrapałam i wygoniłam.
- poleżę chwilę - pomyślałam- tak się nie chce wstawać.
W tym samym momencie usłyszałam odgłos z kuchni:
- bult, bult, bult, błeeee.......i pac!
MałaMi, kotka siostry będąca na przechowaniu i pomieszkująca na lodówce, właśnie puściła pawia z wysokości na coś...?
- nie....poleżę jeszcze, tak miło pod flanelką, przytulę się do męża i ucieknę jeszcze od świata.
Należy uważać o czym się myśli po 36 latach małżeństwa, bo telepatia działa,  mąż w tym momencie przewrócił się na bok i jak ośmiornica oplótł mnie ramionami. Wtuliłam się, coś zamruczał.
Chwilę pocieszyłam się ciepłem i dotykiem, ale jednak, kuchnia...
- puść mężu, kot w kuchni narzygał...
- jak romantycznie - pół sennie skomentował mąż.
W tym czasie wróciła suczka, złapała całe swoje śpidełko i pociągnęła do dziennego pokoju.
Poranek. Wstałam.

Parallel Universe Images on FB

W religiach i filozofiach Wschodu występuje koncepcja Mayi. Wszechobecnej Iluzji.
Wszystko jest nierealne, wszystko jest złudzeniem. Nasze zmysły są tak okrojone, że nie potrafimy dostrzec tego, co JEST. Ponieważ wszystko jest w ruchu, nasze poczucie stabilizacji w materii jest też ułudą. Wszelkie rzeczy, które nam się przydarzają też nie są prawdziwe, nasze poznanie jest płynne, możemy nadawać znaczenia, nazywać, oceniać, badać, ale i tak nie jesteśmy w stanie ogarnąć tej najważniejszej Prawdy. Bo wszystko jest tylko ułudą, pozorem i ciągle umykającą, stale zmieniającą formę, marą.
To w sumie takie uspokajające i dające luz.

Aborygeni mają fajną koncepcję Czasu Snu.
"Nie ma sensu rozdzielać przeszłości od teraźniejszości. Wszystko i tak istnieje w mitycznej epoce Czasu Snu, która jednocześnie jest i jej nie ma." 
Uważają, że wszyscy jesteśmy Jednym, z planetą, biosferą, ziarnkiem piachu, kroplą wody, atomem węgla. Jestem i oceanem, i kroplą wody.
Podoba mi się.

Toltekowie z Meksyku uważali, że wszyscy śnimy sen planety.
Don Miguel Ruiz w "Czterech umowach" pisze:
" Ludzkość śni przez cały czas. Zanim się narodziliśmy, ludzie przed nami stworzyli wielki, zewnętrzny sen, który będziemy nazywać snem społeczeństwa albo snem planety. Sen planety- to zbiorowy sen miliardów mniejszych, osobistych snów, które razem tworzą sen rodziny, sen społeczności, sen miasta, sen państwa i w końcu sen całej ludzkości. Sen planety zawiera wszystkie społeczne zasady, wierzenia, prawa, religie, kultury i sposoby bycia, rządy, szkoły, wydarzenia towarzyskie i święta"
Czerpiemy z tego wszyscy wchodząc w ten sen.
Też mi się podoba taka interpretacja wszystkiego, co wokół. 


Kiedyś na łamach "Nieznanego Świata" jakiś przyjaciel zmarłego redaktora tego czasopisma, Marka Rymuszki, podzielił się kilkoma historiami ze spotkań z nim. Już po jego śmierci. W czasie snu, w czasie medytacji, w czasie półjawy. Chłopaki się umówili, kto pierwszy przechodzi na Drugą Stronę, ten uchyla rąbka tajemnicy i przemyca trochę informacji jak tam jest.
I Marek Rymuszko opowiedział koledze, że dostał zadanie do wykonania. Przydzielono mu ogromną, pustą przestrzeń, wypełnioną tylko białą, gęstą, świecącą i kłębiącą się mgłą. Jego zadanie polegało na tym, by tę przestrzeń wypełnić myślokształtami, stworzyć tam coś tylko siłą myśli, woli, świadomości, uwagi.
I tu też mi się podoba koncepcja tworzenia własnych przestrzeni.


Lata temu, kiedy stan depresji był przytłaczający tak bardzo, że życie nie wydawało się ważne, czasami widziałam świat jakby narysowany na kartce papieru. Czarno-biały, płaski, dwuwymiarowy świat. To trwało kilka sekund, widziałam to wokół mnie i znikało. Wtedy napełniało mnie to strachem, że jeśli jeszcze nie zwariowałam, to właśnie wariuję. Cokolwiek to znaczy: wariuję. Bo definicji na to jest mnóstwo i dorobiłam się też swoich własnych, autorskich.
Teraz myślę, że słabo mi szło tworzenie mojego świata wtedy, mogłam tylko szkicować...
O perspektywie i kolorach nie było mowy.
Ale w tamtym czasie miałam też ciągle, po kilka razy dziennie, uczucie deja vu.
Uczucie, że już to było, że jest znane, swojskie, oswojone.
Teraz wiem, że dostawałam w ten sposób pomoc i wsparcie.
Deja vu to uświadomiona konieczność- tak powiedział Jarek Bzoma w którejś audycji i klapka mi się otworzyła.

Myślę też, że w tamtym czasie chciałam jedynie uciec i byłam już blisko. Blisko Wyjścia. 
Kiedy wszystko wydawało się nierealne, iluzoryczne, zaledwie naszkicowane byle jak ołówkiem, bez smaku, zapachów, uczuć i muzyki, było bezwartościowe. Poza mną. Łatwe do odrzucenia. 
To ja sobie już pójdę, dobranoc...

Ten stan psychologia nazywa dysocjacją.
Rozdzielenie.
No cóż, są i takie iluzje.


Ogólnie jednak po długich wędrówkach przez różne krainy, książki, ludzi i światy moje wewnętrzne i zewnętrzne (takjakby) stwierdziłam, że jednak zostaję.

Bo nie wiem jak jest. 

Ale jest ciekawie. 

No i trzeba w kuchni wytrzeć te kocie rzygi, bo iluzoryczne czy nie, wyśnione czy nie, zdysocjowane czy nie, stworzone przez moją świadomość czy nie...
...śmierdzą jak cholera...

Maminku :)


A potem, gdy Tu zakończy się podróż, to ja sobie znajdę fajne miejsce na odpoczynek i wakacje przed następnymi wyzwaniami i podróżami. Nawet jeśli to znów będzie maya i iluzja, to z przyjemnością skorzystam z oferty.

PS.  Parallel Universe Images on FB- stamtąd wzięłam wszystkie zdjęcia :)


Pozdrawiam Wszechświecie, twoja senna podróżniczka, Prowincjonalna Bibliotekarka


wtorek, 14 lutego 2023

Słowiański bieg przez płotki Wszechświecie

kadr z filmu Stara baśń

"My tu na Podlasiu mamy własne Święto Miłości nazywa się Noc Kupały. W czerwcu w trakcie tego słowiańskiego święta nie trzeba nic kupować w sklepie - wystarczy być w naturze, nad rzeką."

Tak napisał mój znajomy na fb. 
A ja od kilku dni zbieram się do napisania o mojej przygodzie z gimnastyką słowiańską. Bo była ciekawa, choć dość krótka.

Odpisałam znajomemu, że jednak mógłby swojej żonie zrobić miłą niespodziankę dziś i w noc Kupały, będzie miała dwa miłe dni. I tak się zastanowiłam, o co mu chodziło z tym byciem w lesie.
Bo Słowianie to sobie nieźle poczynali w tę noc. Mogłabym rozwinąć tę myśl, ale każdy ma swoją wyobraźnię: czerwcowy, ciemny las w którym miło się zgubić, miękka trawa, ogień, kwiat paproci i szukanie go, achach....
Mieszanie genów.



Słowiańskość co raz wygląda z różnych zakamarków naszego obecnego świata. Słowiańskie nuty, słowiańskie zwyczaje i zioła, słowiańskie korzenie i jedzenie. Bajka jak bajka, było jak było. Wrócić się nie da, a nawet nie trzeba. Obawiam się, że jednak dentysta i znieczulenie wygrywają ze słowiańskością pierwotną.
Ale w taką nowoczesną, poprawioną, doprawioną, uładzoną i bajkową słowiańskość można się pobawić. Fajne.
No i w Miasteczku pojawiła się gimnastyka słowiańska. Zajęcia odbywają się blisko mojego domu, ja już taka ogarnięta kręgosłupowo, myślę: pójdę.
Poczytałam o tym trochę, popatrzyłam na ćwiczenia, uznałam, że ideologia podpięta pod to mi nie pasuje, ale mogę ją spokojnie olać. A ćwiczenia to taka joga jakby. Rehabilitant powiedział, że to dobre, rozciągające i wzmacniające ćwiczenia. Tylko ostrożnie, z wyczuciem, nie wszystko robić, słuchać ciała.
To poszłam.

Pierwsze dwa spotkania były dość fajne, byłam ostrożna w miarę, szło ok.
Ciało nie dokuczało za bardzo, współtowarzyszki w porządku. Ale już przy trzecim spotkaniu usłyszałam jak prowadząca mówi do młodej dziewczyny obok mnie: ćwicz, dobrze ci idzie, niedługo przepracujesz traumy rodowe...
Co???
Przypomniałam sobie, że mam olewać ideologię, korzystać z ćwiczeń i luzować:
- odpuść, każda ścieżka dobra, choć niektóre pokręcone. Sama wędrowałaś przez różne światy, zdarzenia i ludzi. Wszystko ciekawe.
Następne spotkania nie były już takie fajne. Niektóre ćwiczenia były trudne, a ja mam nadwagę i słabe mięśnie. Kiedy chciałam jakieś odpuścić, prowadząca naciskała by zrobić inaczej, lżej, ale robić.
Nie mówiłam "nie".
Zastanawiałam się dlaczego nie mówię "nie"?
Choć jasne było od początku. Wstyd i wszystko, co pod nim.
Wokół szczupłe kobitki. A ja okrągła jak piłka. No chciałam dać radę...
Nie wyszło. Kręgosłup zaprotestował dość mocno. Pięć spotkań wystarczy. Lekcja się odbyła.
Nie będę wiotką, gibką, długowłosą słowianką w lnianej kiecce. 
ech...

 liveinternet.ru

Na ostatnim spotkaniu, przed Gwiazdką, prowadząca zapaliła świeczkę na początku i powiedziała: 
-A teraz pomyślmy o naszych przodkach, jacy by nie byli, nawet jeśli zrobili rzeczy bardzo niedobre, nawet jeśli nam osobiście, to pomyślmy, wybaczmy i podziękujmy...
No cóż, ćwiczenia to jedno, ale TO przelało czarę.

Praca z ciałem to jakby tylne drzwi do nas samych. Ćwiczenia rozciągają mięśnie pokurczone nie tylko od siedzącej pracy, braku ruchu itp., ale bardziej od schowanych emocji, od utkniętych w ciele traum, od wszelkich zapisanych historii naszego życia. Rozluźnienia tych miejsc czasem uwalniają wspomnienia, czasem tylko emocje i uczucia.
Nie uczy się nas łączenia tego, co nam się wyświetla w głowie z tym, co dzieje się w ciele. Myślimy, że to są oddzielne sprawy. A tymczasem to całość opowieści. 
Jednak by to zobaczyć, trzeba skierować na to naszą uwagę, objąć oba procesy, co trudne jest.
Czuć co czujemy i jednocześnie skupić się na tym, co myślimy.
Trzeba do tego stanąć jakby z boku, jakaś część nas musi się oddzielić i obserwować.
Może to nazywa się teraz uważnością?
Nie wiem, ja tę obserwującą część jakoś wydzieliłam. I często udaje się czuć ciało i obserwować proces myślowy. Nie zawsze, ale często. 

I kiedy słuchałam o tych przodkach poczułam gorącą, podnoszącą się w ciele złość, niezgodę...
I zobaczyłam siebie, małą dziewczynkę, śpiącą na sianie w stodole, bo w domu szaleje pijany ojciec. Bardzo mnie wtedy bolały biodra.

Przekroczenie.

Z moich przodków znam tylko rodziców i dziadków.
Reszta jest mi obojętna. Byli, żyli swoim życiem, nic mi do tego.
Dziadkowie i rodzice zrobili co zrobili. Pogodziłam się z tymi niedobrymi rzeczami, wydłubałam dla siebie te rzeczy fajne, jak rodzynki z niezbyt smacznego ciasta.
Ale nie, wybaczanie i dziękowanie nie chodzi w grę.
Dobrze się czuję z moim pogodzeniem albo nie, odpuszczeniem albo nie i z dystansem. 
Z ostrożnością i czujnością w kontaktach. Czasem z żalem, czasem z ulgą, że już wychodzę z rodzinnego obiadku. Czasem ze złością, czasem z wściekłością.
Czasem z czułością, tęsknotą i miłością...
Wszystkim co jest.
Jaka to ulga, czuć to wszystko i nie czepiać się siebie...
I nikogo nie przepraszać :)

PS. Dłubiąc w googlach, szukając słowiańskich obrazków zauważyłam, że wogóle nie ma okrągłych i puszystych słowianek. Na zdjęciach z gimnastyki słowiańskiej same szczupłe jak charty, młode dziewczyny. Starych i grubych nie ma. Taaaa....
PS2. Gdyby coś, to lepiej pójść na zajęcia feldenkraisa i ćwiczenia lowenowskie. Więcej się zyska  na ciele i na umyśle, i na duszy. Ale jak tam kto chce ;)



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja NIEsłowianka, Prowincjonalna Bibliotekarka




piątek, 3 lutego 2023

Ano nie wiem Wszechświecie





Kilka dni temu odkryłam białe łebki przebiśniegów ukryte jeszcze pod suchymi, brązowymi liśćmi. Skulone pod wierzbą, wtulone w siebie, nieśmiało wyglądają: czy już można? 
Jeśli uznają, że nie można, nie rozwiną białych czapeczek, posiedzą w ciepłym gniazdku osłoniętym drzewem, kruchymi liśćmi i mchem. Poczekają...
Nie ma się dokąd spieszyć.
Mądrość Ziemi.
Wiosna nadejdzie...

Kolejna wiosna po kolejnej zimie.
Coraz bliżej magicznych drzwi śmierci. Nieuniknionych, przerażających, dziwnie fascynujących...
Luty sprzyja takim rozmyślaniom. 
Brak światła, ciemne wieczory, szare poranki, deszcz...
Ale ponieważ to powtarzalne, ileś lutych takich było, zgoda. Niech tak będzie.
Pomarudzę. Widocznie potrzebuję.

Jakiś czas temu na fb trafiłam na post znajomej, która depresjuje się od lat już.
Działa, szuka remediun na ten stan. Bardzo jej kibicuję, bo wiem jak niełatwa to jest sprawa.
I każdy musi znaleźć swój sposób na depresję, bo każdy ją rozwija na swój oryginalny sposób.
No i kobieta opowiada o jednym dniu, kiedy poczuła się dobrze. Puściło. Nawet spotkała jakąś starszą panią i jej pomogła. I tak ją to ucieszyło, podniosło, nastroiło dobrze do świata. 
A w dalszej części pojawia się opowieść cioci wiekowej już, która wspomnienie takie ma z II wojny: uciekała z domu swojego, latem, w sukience letniej i sandałkach tylko.
I całą zimę ukrywała się w lesie, bo do domu wrócić nie mogła, w tej sukience tylko i sandałkach...

Pamiętam, jak lekarz w wywiadzie zapytał mnie: kiedy ostatnio czuła się pani dobrze? I ja zastanowiwszy się, ze zdumieniem odkryłam, że w ciągu bardzo długiego czasu, może kilku lat, był tylko jeden dzień, kiedy nie czułam się okropnie. Jeden dzień, słoneczny, miły, bez ciężaru, lekki...
Zapamiętałam go, bo był inny, niż szara, boląca rzeczywistość.
Więc wiem, że może się zdarzyć, ale nie oznacza braku depresji i zwycięstwa, tylko pauzę.
Napisałam znajomej o tym.

No i ogromnie niewiarygodne wydało mi się, że całą zimę w lesie w sukience i sandałkach. Niemożliwe to jest, bo w czasie wojny zimy były srogie. Musiała dostać od ludzi pomoc, może od rodziny, może z innej wioski, jakąś kufaję, kożuch, spodnie i walonki chociaż.  
Napisałam delikatnie, że wydaje się to nieprawdopodobne.


Omatkobosko, jak znienacka oberwałam!
Po pierwsze jako złośliwa i przemądrzała pseudopsycholog z brakami w wiedzy z historii. Po drugie jak śmiem podważać wspomnienia i cierpienia cioci i wielu, którzy marzli w łagrach i przeżyli?
I jeszcze, że ciemną energię mam i jestem wampirem energetycznym...
Jeju...Normalnie się zdziwiłam.

 A potem jednak głos w środku się odezwał:
- a ty pamiętasz gdzie jesteś? 
-....?
- jesteś w Psychiatryku Wszechświata i też na terapii !!!


Przemyślawszy sprawę oddaliłam się spokojnie z miejsca wypadku. Po prostu zostawiłam znajomą na jej ścieżce. No bo co z tym zrobić? 
Wiele razy mi się zdarzało, że coś powiem, bądź napiszę do kogoś, a on jak przypalony gorącym żelazem reaguje kopnięciem. Choć bądźmy szczerzy, teraz rzadziej o wiele, bo nauczyłam się sporo o komunikacji. Ale nadal się zdarza. 
I zdaje się normalne to jest, bo nie mam pojęcia gdzie kogo boli i co mu w głowie się kotłuje. Jakie ma lęki, jakie oczekiwania i jak widzi mnie przez swoje soczewki.

Kiedy byłam na grupowej terapii ( którą polecam mocno, bo ogromnie jest skuteczna) nadszedł dzień, kiedy miałam się pożegnać, bo kończyłam. Okazało się, że połowy grupy nie ma, choć ja ich wszystkich lubiłam i chciałam powiedzieć im o tym. Ja byłam gotowa odejść, ale oni nie byli gotowi powiedzieć: żegnaj. Trochę wiem czemu, byłam najstarsza, oni młodzi jeszcze, myliłam im się z mamą, tą dobrą mamą, taką jaką sobie wyobrażali, że ich mama powinna być. 
Niekoniecznie widzieli mnie, widzieli swoje marzenie: mamę, która się naprawia i kocha.
A ja widziałam w nich trochę małą Anię i moich synów, dzieci.
Lustrzany świat.
Kawałeczki puzzla rozsypane w gabinecie luster.


Sprawę wyjaśniała moja mama, o dziwo...
Otóż powiedziała, że ta starsza pani po prostu utknęła we wspomnieniu w jednym miejscu.
To było najgorsze, ta ucieczka, porzucenie wszystkiego, ten strach, żal i bezsilność. Ten moment utrwalony przez zalew silnych emocji. Wszystko, co wydarzyło się później nie było tak wstrząsające. Zblakło, pamięć się wytarła.
Każdy ma swoje utknięcia, ja, moja mama, każdy...
I co zrobisz, jest jak jest...



Ostatnich kilka dni było naprawdę szarych, smutnych i deszczowych. Nic nie pomagały lampy solne, lampki choinkowe i świeczki zapalone. Kręgosłup pobolewał, nic się nie chciało i w ogóle marnie.
Przedwczoraj położyłam się do łóżka. Za oknem ciemność wydawała się kłębiąca i żywa, ma się tę wyobraźnię ;)
Po chwili pod kołdrę wsunął się ciepły mąż. Przytuliłam się, zluzowałam trochę i zapytałam go: 
- mężu, jak my sobie poradzimy z tą starością?
Chwila milczenia była dość długa, ale w końcu wymruczał odpowiedź:
- powoli przeszuramy...

Wstawiłam obrazki Inge Look, bo fajne ogromnie :)






Pozdrawiam Wszechświecie, twoja marudna neurotyczka, Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 15 stycznia 2023

Herbatka z kompostu Wszechświecie

 



Orkiestra w oskrzelach ucichła.
Zwolnienie się kończy i czas wracać na posterunek biblioteczny. Pisać sprawozdania i wysyłać je w czarną dziurę w Kosmosie. Robić nowe zakupy i cieszyć czytelników oraz siebie, bo zapach nowych książek jest jak narkotyk. Lubię brać do ręki nowe książki, jeszcze nie dotykane, jeszcze nie otwierane, z tajemnicą w środku...
Lubię odkrywać tę tajemnicę, to jak spotkanie z innym człowiekiem w przestrzeni gdzie oboje czujemy się jak w domu. Bezpiecznie, ciepło i przytulnie. 
Biblioteka jest miejscem magicznym. Dla mnie. Być może dla innych też.
Lubię swoją pracę. Właściwie to nawet nie praca...

Jacek Yerka
Odkryłam, że mam kompostownik.
Normalnie nie mam, tzw. "bio" wystawiamy do zabrania co dwa tygodnie. Idiotyzm jakich mało, ale co zrobisz, psychiatryk. Trzeba się dostosować do pewnych rzeczy. A do pewnych nie. Nie i już!

Otóż mój kompostownik stoi w mojej głowie. Lekko na uboczu od głównych ścieżek neuronalnych. W kompostowniku impulsy elektryczne jakby zwalniają, zagęszczają się, bardziej się mieszają, stają się pełniejsze, bardziej wykorzystują swój potencjał. Do kompostownika wrzucam rzeczy, które nie są oczywiste, które dostrzegłam dopiero, bądź znam, ale dostrzegłam ich drugą i dziesiąta naturę.
W kompostowniku czas wolniej płynie więc wszystko ładnie się rozkłada, zmienia formę, nabiera aromatu, sensu, upłynnia się bądź zestala. I kiedy po jakimś czasie pogrzebię w nim, to mogę sobie wyciągnąć czerpaczek herbatki z kompostu. Nalać do kubeczka i zobaczyć cóż mi tym razem wyszło, czasem z fusów nawet powróżyć.
No i ostatnio pogrzebałam w kompoście. 

Bo tak...
Oglądam na YT kanałów kilka, z czego jeden podróżniczy, często: Jak to daleko, bo to Tomek Podlasiak podróżuje po świecie i z miasteczka obok on jest. Jest fajny, robi dobre filmiki, pokazuje świat od normalnej, ludzkiej strony. Postanowił, że z tego podróżowania i filmów chce żyć, że to jego ciężka  czasem praca i to podkreśla. Tak jakby bez tej ciężkości to praca się nie liczy, ale ok, jak dla mnie w porządku.
Więc prosi o lajki, o udostępnianie, o wsparcie finansowe jak kto może, prowadzi sklep internetowy, pisze książki. Wrzuca filmy na bieżąco z podróży, rozumiem, że to trudne, ale naprawdę dobrze mu idzie. Więc uczciwie lajkuję każdy film, polecam, udostępniam gdzie mogę i chciałam kupić książkę w jego sklepie.

I zonk! Do sklepu nie wejdę, jeśli nie wyłączę adblocka! Ożesz, jak zatrzęsło kompostownikiem!

Bo ja tam wcześniej wrzuciłam prośby Graszki z kanału Dom pod bocianem o oglądanie reklam w jej filmikach. Bardzo lubię Graszkę o czym ona dobrze wie :)
Ale adblocka mam i reklam nie oglądam. Znaczy on trochę przepuszcza, ale w ilościach do zniesienia i jest opcja: pomiń reklamę, z której skwapliwie korzystam. Choć 3 sekundy tego syfu muszę znieść. Graszka ładnie prosi, podaje argumenty, a we mnie mocne "nie". Przyznaję, wstyd mi trochę było.

Jakiś głos za uchem marudził: ale to przecież Graszka, lubisz, korzystasz, wiesz, że na koty, pomóż kobiecie. I głupio jakoś się robiło, taka nieładna w lusterku byłam, skąpa i wogóle...
A drugi głos mówił: przestań, reklamy to syf, czort wie co ci do głowy nakładą, wiesz o podprogowych manipulacjach, wiesz, że specjaliści to robią, gadają do twojej podświadomości, kłamią, manipulują, dla nich jesteś tylko towarem. Kiedy ostatnio reklama prawdę zawierała?To twoja głowa, nie wpuszczaj...

Skoro mieszane uczucia miałam, to włożyłam to wszystko do kompostownika, przerabiało się.


I Tomek z Jak to daleko, zmusił mnie do konfrontacji z tematem. Nie kupiłam książki. Napisałam do niego, wyłuszczając mu problem mój, a on mi odpisał, że skoro tak i nie zdejmę adblocka, nie oglądam reklam, to jestem dla niego "nieprzydatna".
On na mnie nie zarabia mój Wszechświecie...
Egoistka jedna, pasożyt normalnie, symbiozy zero...
.

Kompostownik naprawdę się przydaje.
Jednak czasem herbatka z niego wychodzi mocno wytrawna o posmaku ziemistym i tylko dla koneserów
Ale muszę powiedzieć, że smakowała mi :) 
Bo uświadomiłam sobie, że w tym głupim świecie trzeba dbać o siebie na wielu płaszczyznach, nie tylko cielesnej. Znaczy wiedziałam to wcześniej, ale to taki fragment rzeczywistości, który mi umykał. Bo niby reklamy są wszędzie, stały element naszego życia, właściwie nie zauważamy nawet, prawda?
Można zignorować, nie patrzeć, przeczekać. 
Pamiętam kiedy Polsat wszedł do gry. Pierwsza, prywatna telewizja. Mieli fajne filmy, ale w czasie filmu były reklamy. Film miał 2 godziny, a reklamy dodawały mu jeszcze jedną. Jakoś to się znosiło, cena za nową telewizję. Ale...

Jesteśmy prawie 50 lat w przyszłości i rozejrzyjmy się co się dzieje...
Znajdźcie miejsce wolne od reklam.
Okazuje się to prawie niemożliwe. 
Właściwie nawet całkiem niemożliwe.
Kiedy i jak to się stało?


PS. Siedzimy sobie wczoraj u przyjaciół. Z lekkim poślizgiem świętujemy prawosławny nowy rok. Wszyscy zajadamy się shushi, bo nas od kuchni odrzuca po świętach, a w sąsiednim miasteczku pyszne rolki robią. To zamówiliśmy dużo, dużo! i jest fajnie. 
I nagle słyszę:
- Takie mam jakieś poczucie winy jak jem to shushi, bo ono z awokado jest.
Zamieniłam się w wielki znak zapytania????
- Bo córka mi powiedziała, że pod farmy awokado wycinane są lasy deszczowe, tną wszystko, wykorzystują każdy skrawek ziemi, nawet są gangi awokado. Najlepiej awokado wcale nie kupować.
Taaa....
Jak to dobrze, że wiemy takie rzeczy.
Możemy nie kupować awokado i pomóc mamie Ziemi.
Dobrzy z nas ludzie...
I skąd ja to wiem?




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zawzięta ogrodniczka, Prowincjonalna Bibliotekarka.

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Nowy Rok Wszechświecie

 

Victor Nizovstev

Święta prawosławne.
Mój mąż mówi, że panbuk lubi bardziej prawosławnych, bo zawsze mają śnieg na święta.
Ja uważam, że po prostu byli sprytniejsi i wybrali lepszą porę zimową.
A zresztą kto tam wie, bajki tego świata zamotane są, powstawały w mroku dziejów, rozpadały się w świetle słońca, nikt już nie wie jak naprawdę było.
Choć myślimy, że wiemy, bo bardzo chcemy tak myśleć.
Każdemu wolno.

Igor Ropyanyk

Przed świętami przyszedł do biblioteki czytelnik, Niefajny. Nie lubię go i zaliczam do przykrych obowiązków obsługę tego pana. Jest roszczeniowy jak piła drewniana i totalnie głuchy na to co inni mówią. Niefajny bardzo często narusza przestrzeń osobistą  innych i nie potrafi wyczuć, kiedy lepiej się zamknąć. Radzę sobie z nim ale zapewnia mi naprawdę wymagające ćwiczenia z asertywności. Czyta sporo i ostatnio mnie zadziwił jednak.
Wparował do wypożyczalni w czasie gdy ucinałam sobie miłą pogawędkę z ulubionym czytelnikiem Fajnym. Fajny czyta science fiction, taka pokrewna dusza. Niefajny chwilę udawał, że szuka książek, ale wiedziałam, że nie wytrzyma i się wetknie do rozmowy, no trudno...
Dwie minuty i już peorował:
- bo ja nie wiem, jak można takie książki drukować, to bardzo szkodliwe jest. Ja też czytam science fiction (nieprawda, czyta fantasy) i nie da się czytać książek, gdzie zmieniana jest historia. Jeśli się coś zdarzyło, to się zdarzyło. To są fakty historyczne, nie można sobie wymyślać. Nie można ludziom w głowach mącić. Powinna być cenzura, która tego pilnuje.

Rzadko brakuje mi słów, ale razem z Fajnym lekko oniemieliśmy...
Przełknęłam i odezwałam się jednak:
- ale sam pan mówi, że pan czyta science fiction ( nieprawda, ale czort z nim), to fantastyka jest, tu trzeba wymyślać, uruchamiać wyobraźnię, tworzyć światy i wydarzenia alternatywne!
Niefajny odoł się jak indor i widziałam, jak błysk radości zapalił się w jego oczkach, lubi, no lubi swoje racje wykładać, wiem, mogłam zamilknąć, ale nie dałam rady....
-  no tak, oczywiście, wyobraźnia jest bardzo ważna, ale jak coś się już zdarzyło, to tak ma być. Można wymyślać na temat tego, co może się zdarzyć, ale jak już historia zanotowała, koniec, to jest Prawda i jej nie można zmieniać!

Popatrzyliśmy z Fajnym na siebie, zrozumieliśmy się bez słów.
Nie ma o czym gadać. 

Gerhard Gluck

Ale mocno się zastanawiałam nad Niefajnym. Bo w sumie nie przychodzi do mnie dorosły chłop, przychodzi małe dziecko, które nigdy nie dorosło. To ono chce uwagi, zawzięcie i wcale nie skrycie. Chce to dziecko zaistnieć i stosuje metody dziecinne, choć skuteczne. Uwagę dostaje, ale raczej nie przytulaki, tylko poszedł won...
No i sztywne, zestrachane rowki po których umysł jeździ...
Gdyby nie był tak upierdliwy, bym nawet mu współczuła. W sumie nawet współczuję, ale omijam, bo toksyczność duża. 

Jednak takich Niefajnych mnóstwo jest. Sama kiedyś byłam Niefajna. Wtedy myślałam, że byłam Fajna, taki stan pomroczności jasnej. Pamiętam ten czas, ale mam wrażenie, że żyłam w jakiejś mgle. Nie do końca realnej rzeczywistości. Mimo betonowych przekonań i jedynego słusznego poglądu na życie, nie było nic stałego. Teraz kwestionuję mnóstwo rzeczy, wszystko jest płynne a mimo to, jest stabilniej.
Ot ciekawostka...

Gerhard Gluck

Żyjemy w dziwnym świecie.  
Zachorowałam na Sylwestra. Gorączka trzymała mnie cztery dni. No grypa, chyba prawdziwa. Ponieważ zaczęłam słyszeć jakieś podejrzane skrzypienie w moich oskrzelach poszłam do lekarza, niechętnie, ale co zrobisz. Antybiotyk potrzebny jednak.
Siedzę w pustej poczekalni, bo pacjenci na godziny umawiani, zamaseczkowana i przyduszona, czekam.
I któż do mnie się dosiada? 
Córka Niefajnego, pielęgniarka, również moja czytelniczka. I słyszę, że ona to już od świąt choruje, miała grypę, potem c19, a teraz ma jakieś powikłania i słabości, dojść do siebie nie może, ale pracuje. 
I tak siedziałyśmy, i rzęziłyśmy do siebie zza masek, ona poszczepiona 4 razy, ja ani razu, obie chore.
Ona uważa, że gdyby nie szczepienia to już by umarła, ja uważam, że gdybym się zaszczepiła, to już bym kipnęła ;)
Dom wariatów co nie?

Ale najważniejsze chyba, dobrze się w nim urządzić.

Gerhard Gluck
 
Wszystkiego Najlepszego Wszechświecie życzę na nowy, wariacki i ciekawy rok 2023!


Gerhard Gluck

wtorek, 6 grudnia 2022

Całkiem zmyślone historie Wszechświecie...cz. 4

 

 "Wizje przyszłości" Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej NASA. 

Ziemia, twoja oaza w Kosmosie gdzie powietrze jest za darmo a oddychanie jest łatwe...

Taki jest napis na plakacie, który kupiłam by nakleić go na drzwi wejściowe do Wypożyczalni dla Dorosłych. Przyciągnął mnie, patrząc na niego poczułam radość i osadzenie w spokoju.
Takie dobre uczucie. Wygodne, pluszowe, ciepłe.
Oddech wpływający do ciała i wypływający lekko, jak fale przypływu i odpływu spokojnego morza. 
Niezmienne od eonów.
Oddycham.

Mishi McCoy
Czasem zauważam coś, ale nie wiem.
Nie wiem jak się ustosunkować do sprawy. Coś widzę, ale w środku dialog trwa. Gadam ze sobą, sprawdzam, dopytuję, zatrzymuję się, niby wiem, ale orientuję się, że jednak nie to, nie tak, że jeszcze nie mam wszystkich danych. Że nadal muszę pomyśleć.
Cieszy mnie ten proces, bo kiedyś go nie było. Miałam gotowe recepty, opinie, szablony na wszystko. A jak nie było, szybko ustalałam jakieś betonowe granice zjawisk i poglądów. Jest inaczej teraz, cieszy mnie własna elastyczność i uchylanie drzwi w mojej głowie, które do tej pory zamykałam na klucz. Czasem nawet nie wiedziałam, że mam jakieś drzwi...

Wiosną, gdy wybuchła wojna na Ukrainie, zaglądałam czasem do wirtuala, by zobaczyć jak to wygląda. Miałam nadzieję na szybkie rozwinięcie i zakończenie historii. No cóż, nadzieja...
Przeczytałam wtedy czyjś post o tym, że we Francji, w jakiejś firmie gdzie pracowało dużo Rosjan, ich współpracownicy francuscy wpadli na pomysł jak wyrazić swoje wsparcie dla Ukrainy i oburzenie na Rosję. Otóż zamknęli znienacka kilku Rosjan w windzie i trzymali ich tam kilka godzin podglądając zaskoczonych i zestresowanych ludzi przez kamerę.
No dali nauczkę bandytom i agresorom...

Przeczytałam to i mocno poczułam, że nie w tę stronę. W ogóle nie tak. 
Proszę państwa, pomyłka.
Ale zaraz w głębi mnie jakiś głosik zapiszczał: no żeś świętsza od Buddy, przestań...
To Rosja jest agresorem a to są konsekwencje. 

Stefan Billinges

I tak zostałam z tym dysonansem, bo czułam, że nie tak, że zła droga w dokuczaniu i obwinianiu, że to nie jest takie proste wskazać palcem winnych i czuć się usprawiedliwionym. Wiedziałam, że są inne oglądy sytuacji i wcale nie polityczne, wcale...
Pomyślałam: poczekam, popatrzę...

Kat Fedora
A tymczasem Wszechświat mówił do mnie...
Po pierwsze pojawiali się ludzie i mówili: ja już tracę wiarę w ludzi; Ziemi będzie lepiej bez nas; ludzkość jest beznadziejna; my, ludzie, jesteśmy szkodnikami; chciałabym wierzyć w ludzi, ale im bardziej ich poznaję, tym mam gorsze o nas zdanie.
Dużo takich ludzi, sama kiedyś tak mówiłam...

Po drugie książka się przydarzyła: Problem Trzech Ciał, autor Cixin Liu.

Rzecz dzieje się w Chinach w czasie rewolucji ludowej. Komunizm, w najbardziej siermiężnym wydaniu, wypływa na ulice jak mała łódeczka z papieru na falach wielkiej, czerwonej rzeki krwi. 
Na placu odbywają się samosądy gawiedzi nad elitą naukową i umysłową Chin.
Ye Zhetai jest fizykiem, wie co go czeka jeśli nie poprze obecnej władzy, ale znajduje w sobie siłę, by się nie poddać. Mimo tortur i szykan, pogodzony z niechybną śmiercią, nie zgadza się uznać, że nauka to reakcjonistyczne bzdury tworzone przez zdemoralizowanych kapitalistów. Umiera zakatowany przez swoje studentki. A na to patrzy bezradnie jego córka, Ye Wenxue, astrofizyczka.
To jest początek...

A tymczasem, w Kosmosie, wiele tysięcy lat świetlnych od Ziemi, planeta Trisolaris walczy o przetrwanie. Planeta ma trzy słońca co powoduje, że warunki życia na niej są ogromnie niestabilne. Trisolarianie nie mogą sobie poradzić z przyciąganiem trzech słońc, które co raz, w różnych chaotycznych ustawieniach wpływają na ich planetę, powodując ery stabilności w których życie może się rozwijać i nadchodzące nagle ery chaosu, które niszczą cywilizacje ogniem, mrozem, potopem, trzęsieniami ziemi, wzrostem lub zanikiem grawitacji. I choć Trisolarianie nauczyli się jak przetrwać, to jest to okupione tak wielkimi stratami, że ich cywilizacja staje na krawędzi poza którą już nic nie ma.
Zagłada. Muszą znaleźć inne miejsce do życia.

W tym czasie los rzuca Ye Wenuxe w miejsce, gdzie dostaje możliwość wykorzystania swojej wiedzy naukowej. Wysyła w Kosmos sygnał radiowy. Bo mimo wszystko, mimo wszelkich przewrotów, rewolucji i wojen, ludzka ciekawość jest wieczna. A pytanie: czy jesteśmy sami we Wszechświecie? jest jednym z pytań fundamentalnych na razie.
Więc sygnał poleciał i niespodziewanie Ye Wenuxe dostaje odpowiedź od Trisolarian właśnie: 

" Nie odpowiadajcie!
Nie odpowiadajcie!!
Nie odpowiadajcie!!!
Ten świat otrzymał wysłaną przez was wiadomość. Jestem pacyfistą. Wasza cywilizacja ma szczęście, że odebrałem ją pierwszy. Ostrzegam: nie odpowiadajcie! 
Po waszej stronie są miliony gwiazd. Jeśli nie odpowiecie, mój świat nie zdoła ustalić źródła transmisji. Ale jeśli odpowiecie, od razu zostaniecie zlokalizowani. Wasza planeta stanie się celem inwazji. Wasz świat zostanie podbity!
Nie odpowiadajcie!"

Kiedy Ye Wenuxe wyszła z szoku, musiała trochę pomyśleć. Czy widziała znów dziewczyny mordujące jej ojca na scenie ku uciesze tłumu? Może. A może nie. Nie wiadomo.
Jednak jej palce wystukały na klawiaturze odpowiedź i wcisnęły klawisz: wyślij...

"Przylećcie tu! Pomogę wam podbić ten świat. Nasza cywilizacja nie jest w stanie rozwiązać swoich problemów. Potrzebujemy waszej interwencji."

Nie wiem co dalej, to dopiero pierwszy tom trylogii, ale ostatnia wiadomość od Trisolarian brzmi:
" Jesteście tylko insektami"

Verena Wild

Tak to.
Czekam aż czytelnik zwróci następne tomy, ale jedno jest pewne: mój dysonans rozpłynął się i wiem w którą stronę. Niepopularną. Bardzo niepopularną. Ale jedyną na razie gdzie prześwituje na horyzoncie happy end. Bo ja lubię happy endy, szczęśliwe zakończenia po naszemu.

Polub siebie samego, a polubisz bliźniego.

Nożesz znów Joshua...
Bo gdy mówimy: tracę wiarę w ludzkość, ludzie to szkodniki- to o kim mówimy? 
O sobie. Tylko o sobie, zawsze o sobie. 
Jesteśmy częścią ludzkości.
I życzymy sobie i innym eksterminacji.
Wymazania i kary zasłużonej za bycie nie takimi jak trzeba. 
I Wszechświat spełni to życzenie, bo ono takie prawdziwe jest, z Serca.
I przyśle Trisolarian...

Bo podobne przyciąga podobne...


PS. Czasem, kiedy zamęt na świecie mroczy moje światło wewnętrzne, kiedy droga nie wydaje się taka prosta i niknie w oparach szarej mgły, wyobrażam sobie, że gdzieś tam, może w Rosji, może na Ukrainie, może w Syrii, a może w każdym z tych miejsc jest biblioteka. I w tej bibliotece siedzi taka sama jak ja, Bibliotekarka. I ona też chce tego samego co ja: pójść do domu, przytulić męża, nakarmić depczące po rękach koty, wstawić pranie, zrobić kolację, poczytać ulubioną książkę...
Ona też chce happy endu. To pomaga. Nie jestem sama.
Jest nas wiele...



Pozdrawiam Wszechświecie, twoja ruska onuca pachnąca piernikiem, Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 30 października 2022

Z Pieskiem i bez Pieska Wszechświecie

 

Michael Dumas
Lubię jesień. 
Po gorącym czasie lata rozbuchanym kolorami, pędem do słońca, zawiązywaniem, rodzeniem i dojrzewaniem, nagle hamujemy...
Osiadamy na mieliznach jak zmęczone statki, które całe lato woziły towar przez morza i oceany. Utrudzone, ociężałe od podczepionych pąkli i żyjątek morskich, zanurzone zbyt głęboko nie dają już rady elegancko i lekko mknąć po falach. Mielizny wydają się być dobrym miejscem na odpoczynek. Nie pozwalają płynąć dalej, zatrzymują, osadzają.

Na mieliźnie nie ma pędu, jest spokój bezradności.
Cóż za dobre uczucie.
Nic nie mogę...
Nareszcie.

Jesienny wysyp depresji oznacza, że wiele osób osiadło na mieliźnie z ulgą, mocno i staranie ukrytą, zwłaszcza przed samymi sobą.

Oleg Omelchenko


Jesienne smutki i depresje widać wyraźnie w przestrzeni blogowej i wokół mnie. We mnie też coś zwolniło, coś osiadło, coś weszło w tryb oszczędny. Znam ten stan, ale już się go nie boję. Kiedyś walczyłabym, nazwała: lenistwem i marazmem. Szukałabym zadań do wykonania, wynajdywała prace różne by udowodnić, że jednak nie leniwa, a przydatna, nie rozmemłana, a silna, nie porażka, tylko sukces.
Ale już nie...
Odpoczywam.
Ale lekcje się toczą. Jakby same, choć z moim udziałem. Czasem chętnym, czasem bardzo niechętnym.


Od jakiegoś czasu natrafiam na opowieści o WWO.
Wysoko Wrażliwa Osoba. Ktoś ( nie chce mi się sprawdzać kto, zapewne ktoś mocno uczony) wymyślił i wprowadził to określenie, by skategoryzować, nazwać, ogarnąć zjawisko ludzi zbyt emocjonalnych, wyłapujących większą niż przeciętną ilość bodźców i informacji z otoczenia, z własnego ciała, z własnej psyche. 
Natknęłam się na to parę lat temu, próbując ogarnąć własną nadwrażliwość i jakiś czas to wytłumaczenie mi pasowało. Nawet fajne było.

No tak mam, inni też tak mają, to nie twoja wina, że tak masz, jesteś po prostu delikatna, wrażliwa, empatyczna, co niesie ze sobą konsekwencje. Łatwiej popadasz w depresję i drażliwość, często świat cię przytłacza i ucieczkowość się włącza, unikasz emocji a jak już dopadną, to przeżywasz je głębiej niż inni. Perfekcjonizmu używasz jak mistrzyni, bo chroni i broni. Ale jednocześnie współodczuwasz, podchodzisz empatycznie do ludzi, jesteś troskliwa...

No wszystko zgoda. W sumie nie najgorzej. Można w tym odnaleźć nawet fajne rzeczy: empatyczna, troskliwa, współodczuwająca. Fajna teoria.
Ale po pewnym czasie zaczęło mnie coś w tym uwierać, mimo, że już wypisałam sobie na czole WWO, w miejscu gdzie starłam napis: DDA ( Dorosłe dziecko alkoholika), bo okazało się, że z DDA można sobie poradzić i nie jest to dożywotni wyrok. Ale nadal szukałam sygnaturki dla mnie i  WWO wydawało się takie ładne. 

Dianne Heap

A tymczasem po Miasteczku od wielu, wielu lat chodził Pan bez Pieska, bo Piesek dołączył później.
Pan bez Pieska był żulem. Takim ze starej, peerelowskiej gwardii. Klasyczny był. Mieszkał sam w rozwalającej się chatce, choć bardziej mieszkał w gospodzie, albo w parku na ławeczkach, albo pod kinem. Zawsze z butelczyną winka, wódeczki czy piwka w ręku. Miał kilku kolegów takich jak on i stanowili mocny akcent w życiu Miasteczka, od czasu do czasu naruszając ogólnie przyjęte normy zachowania i higieny.
Omijałam ich z daleka, nie patrząc nawet, bo wychowana w domu z alkoholem, brzydziłam się, złościli mnie i uruchamiali złe wspomnienia.
Jakieś 20 lat temu Pana bez Pieska zatrudniono do dorywczych prac w Ośrodku Kultury. Było lato, gorąco. Wpadłam tam coś załatwić i musiałam z Panem bez Pieska minąć się na schodach. Omal nie padłam. Zapach przetrawionego alkoholu, brudu, potu i moczu był powalający. Weszłam na górę i nie bacząc, że Pan bez Pieska słucha walnęłam ostry komentarz o o brudzie i smrodzie. Nie pamiętam jaki, ale ostry bardzo. 
Kilka dni później koleżanka z Ośrodka powiedziała mi, że Pan bez Pieska skarżył się na mnie: jak ja mogłam tak powiedzieć; uraziłam jego uczucia.
Doskonale pamiętam moją odpowiedź: a to Pan bez Pieska ma jakieś uczucia???
I zaśmiałam się...
Mocne Wszechświecie, a przecież już wtedy byłam WWO jak cholera, choć o tym nie wiedziałam.

No cóż, życie popłynęło.

I dwa lata temu wycięto mój/niemój SAD. I rozpoczął się Projekt. Powstały ścieżki spacerowe i kto się pojawił? Pan już z Pieskiem. Zaczęli spacerować tuż pod moimi oknami. W miejscu ukochanych drzew, krzaków i zieleni. Pan z Pieskiem postarzał się, lekko umył, koledzy mu się wykruszyli, chorował, ale nadal reprezentował coś, czego nie mogłam znieść. I nawrzeszczałam na niego, wylałam na niego całą moją frustrację z powodu niszczenia Sadu, zabierania mojej przestrzeni, niezgody na to, co się dzieje.
Nie łazić ludziom pod oknami!!!!
Oberwał znów. Mocno.

Diane Reandour

Jakiś czas go nie było, ale wrócił. Chodził z Pieskiem nadal, tylko ja powoli się ogarnęłam, przeżyłam żałobę, bezradność, złość i ból. Odpuściłam. Pogodziłam się, zaleczyłam. Znalazłam swój spokój.
Przez rok widziałam go tylko z daleka, aż tu nagle wyszedł zza rogu budynku prosto na mnie, lekko zawiany, więc pewnie odważniejszy i mówi: 
- mogę pani coś powiedzieć?
No cóż, nie było gdzie uciec. Zmieszana i zawstydzona (bo już ogarnęłam, że Pan z Pieskiem nic nie winien wycięciu Sadu i oberwał całkowicie niesłusznie) postanowiłam ponieść konsekwencje:
- słucham?
- pani nie miała racji, kiedy pani mówiła, że nie mogę chodzić tam na spacery. Tam jest dla wszystkich.
Święta nie jestem, więc odpowiedziałam obronnie, bo trafił w bolące jednak:
- wtedy było wtedy, teraz jest teraz.
Ominęłam go i poszłam. 
Pod domem usiadłam na ławce ogarnąć emocje i dotarło do mnie, że biedak rok cały nosił tę krzywdę, jaką moje słowa w nim otworzyły. Trafiłam w jego bolące miejsce, jakiekolwiek by ono nie było i wcale nie chodziło o spacery, wcale...
Pan z Pieskiem nic a nic ode mnie się nie różni. 
Też WWO jest.
No trochę jak młotkiem w głowę, choć gumowym, bo wszak ogarnięta już trochę :)
Inaczej bym lekcji wcale nie zauważyła.
Tak się pocieszam...



Kiedy teraz myślę o WWO, o mojej wrażliwości i lęku, o mojej emaptii i jej braku, pojawia mi się  w głowie Pan z Pieskiem i już nic nie jest takie oczywiste w tej fajnej teorii.
Ze wszystkiego można zrobić schowanko przed konsekwencjami własnych działań z nieświadomości.
I gdy czasem ktoś powie, że jest WWO, to ja tylko pokiwam głową, bo mnie mocno Pan z Pieskiem oświecił...
Wszyscy jesteśmy WWO.

Starłam napis z czoła, postanowiłam zostawić tam puste miejsce. 
Miejsce dla mnie....
Carrie McKenzie







Pozdrawiam Wszechświecie, twoja nieotagowana Prowincjonalna Bibliotekarka