Dziś wieje wiatr...
Słońce świeci i grzeje, koce na dworze schną szybko. Moja kotka Agatka znaczy w domu wszystko, co według niej znaczone być powinno, bo narusza jej terytorium. Tym razem Mąż nieopatrznie położył na łóżko, gdzie Agata narazie sypia, skrzynkę zakupową z samochodu. No cóż, znamy Agatkę, nasz błąd.
Nie pierwszy, nie ostatni.
Bo ja Wszechświecie strasznie potknęłam się o wielgachny kamień.
Piszę w przenośni, kamień jest niematerialny, ale bardzo solidny. Fakt jego istnienia na mojej drodze, długo dobijał się do mojej świadomości. Dekady mego życia właściwie.
Działy się różne rzeczy przykre, bolesne, smutne, złe...
Ale nie widziałam. To nie był czas, by zobaczyć. To był czas, by doświadczać.
Cóż, oporny ze mnie uczeń, ale jaki materiał, takie narzędzie.
Rozumiem Wszechświecie.
Więc od początku...
Kiedyś idąc po deszczu ścieżką, na podwórku mojej ciotki, znalazłam ślepe jeszcze kocię. Chodziłam może do piątej klasy podstawówki, byłam przerażona tym biednym szczurkiem. Bałam się go wziąć na ręce, ale jakoś przemogłam się, wzięłam i pobiegłam do mamy. Mama nie była zachwycona, ale wzięła pudełko, wyścieliła watą, postawiła na piecu. Wykarmiła to maleństwo krowim mlekiem, przeżyło. Kotka dostała imię Murka i była z nami pół roku może, bo zjadła trutkę na szczury u któregoś sąsiada i umarła. Nie poszłam tego dnia do szkoły, tak płakałam.
To był początek całej galerii zwierząt jakie znajdywałam, przynosiłam do domu, opiekowałam się. Przerwa nastąpiła kiedy poszłam do licem, potem małżeństwo, dzieci...
Ale kiedy dzieciaki podrosły, zaczęłam myśleć o jakimś fajnym psie, kocie, dla chłopaków, bo to dobrze, gdy dzieci wychowują się ze zwierzakami.
I tak zaczął się pochód znajd i podrzutków. Niektóre zostawały z nami, niektóre spotykał przedwczesny koniec. Niektórym znajdywałam inne domy.
Zawsze czułam, że tak trzeba. Że nie można zwierzęcia zostawić w potrzebie. Że moim obowiązkiem jest się zająć. Bo kto? Rozglądałam się wokół i nikt nie odczuwał tak jak ja.
Ludzie żyli swoim życiem egoistycznym i mijali chorego kociaka, nawet na niego nie patrząc.
A ja widziałam. I nie mogłam przejść obok. Czułam jego opuszczenie, czułam jego ból i smutek, czułam jego przerażenie.
W pewnym momencie w domu było 5 kotów i trzy psy.
Moja rodzina miała dość, ale ja nie...
Na posesji u sąsiadów, matki z synem alkoholikiem, był wilczur, Barry. Jakoś tam funkcjonował, ale któregoś dnia podeszłam bliżej. Stan psa był fatalny, prawie nie miał sierści, chudy i w jakichś ropiejących ranach, wyglądał przerażająco. Poszłam do znajomej wet, pokazałam zdjęcia psa, ona dała leki i ja, co dzień przez dwa miesiące o 4-5 rano, nosiłam mu jedzenie, dawałam leki, wszystko to po kryjomu, bo wiedziałam, że z tymi ludźmi się nie dogadam. Stan Barrego się polepszył, rany przyschły, sierść odrosła trochę, nabrał wagi, ale ja byłam zmęczona. Przybita tym obowiązkiem, wstawaniem rano, dezaprobatą cichą rodziny...Czułam się samotna, niezrozumiana i odrzucona.
Postanowiłam poszukać pomocy. Wcale nie poszło łatwo, wszelkie stowarzyszenia odmawiały pomocy mówiąc o przeładowaniu, braku pieniędzy itp. Aż wreszcie, na rozpaczliwego maila odpowiedziała niespodziewanie Wielka Fundacja, druga wielkością po Vivie.
O jak się ucieszyłam, ale to był duży błąd.
Choć obecnie wiem, że lekcja :)
WolontariuszkaG utworzyła na FB wydarzenie, dramatycznie opisując sytuację, nawołując o pomoc. Poprosiła mnie, bym ją trochę w tym wsparła, bo oni wezmą psa, ale nie mają pieniędzy i trzeba zbierać. Zgodziłam się. Wrzucałam zdjęcia, prosiłam, pisałam emocjonalnie, tak by ludzie wpłacali. Manipulowałam, bo wydawało mi się, że tak trzeba. Choć Mąż mi mówił, widząc co się ze mną dzieje, że źle robię. Fakt, czułam się z tym okropnie.
WolontariuszkaG też się udzielała, często dzwoniła do mnie zapytać jak tam Barry, ale jakoś tak dziwnie rozmowy zawsze szybko przekierowywały się na nią samą. Jak to ciężko być takim pracownikiem fundacji, jak dużo tych zwierząt cierpiących jest, jacy ludzie są podli, okrutni i obrzydliwi.
Często padało sformułowanie: i powiedz mi Ania, czemu ludzie muszą żreć to gów..., które narobili inni.
Mocne, co Wszechświecie?
Spinałam się strasznie widząc jej numer telefonu na wyświetlaczu.
Rzuciłabym to w diabły, ale był Barry...
W końcu powiedziała, że już mają 6 tysięcy i można Barrego zawieść do przychodni, która współpracuje z ich Fundacją. Nie pokazała żadnych dokumentów. Wierzyłam jej. Poszłam do sąsiadów, jakoś się z nimi dogadałam, oddali mi psa, podpisali zrzeczenie. Zawieźliśmy go z Mężem aż za Warszawę, oczywiście na swój koszt, każdy grosz na leczenie Barrego potrzebny.
Ale pieniądze nadal trzeba było zbierać, więc WolontariuszkaG nadal była w moim życiu.
A ja jej pomagałam. W końcu po dwóch tygodniach powiedziała, że ma hotelik dla Barrego, tylko daleko. Pod Poznaniem. Oczywiście zawiozłam. Hotel profesjonalny, fajny, zarobkowy w sposób oczywisty.
No i na hotel trzeba zbierać. I tak się działo, żadnych faktur, zdjęć nie można było się doprosić.
I cisnęłaby mnie jak cytrynę, a ja bym się dawała, aż w jednej z rozmów telefonicznych (nigdy w realu się nie spotkałyśmy) WolontariuszkaG, plując jadem na jakąś znajomą, powiedziała o innym psie: bo on miał fatalną sierść, nie tak puchatą jak nasz Barry.
A ja nadal żebrałam na wydarzeniu o kasę, bo ona mówiła mi, że Barry bardzo wolno zdrowieje, że potrzebne odżywki, specjalne leki, behawiorysta...
Połapała się co powiedziała, zapadła cisza...
Rozłączyłam się.
Oszołomiona ogarniałam ogrom mej głupoty i naiwności.
Łzy mi ciekły po policzkach, czułam się potwornie.
Oszukana, zdradzona, beznadziejnie głupia, kretynka jakaś.
Poczłapałam do komputera. Opuściłam wydarzenie na FB, zablokowałam Wielką Fundację i WolontariuszkęG. Ona nigdy do mnie już nie zadzwoniła.
Nigdy też już nie sprawdzałam jak tam Barry, nie wiem jak jego losy się potoczyły.
Bałam się. Bolało.
Nadal boli, ale już dużo mniej.
Czemu wypłynęło to wspomnienie dzisiaj?
Moja mama czuje się nie najlepiej. Rok już mieszka sama. Koty żyją własnym życiem, a mama jest samotna. Ma suczkę sześcioletnią, ale Niunia mieszka na podwórku. Próby zainstalowania jej w domku spełzły na niczym. Zasikała cały dom, jest bardzo żywa, ma jakieś psie adhd chyba. Ma dwie budy do wyboru i tak, ma łańcuch. Bo kopie w ogródku warzywnym. Mama codziennie z nią chodzi na spacery, zimą i jesienią Niunia lata luzem po podwórzu. Jest wesołym, zadbanym psem.
Ale łańcuch jest.
Więc mama powiedziała, że może jakiś piesek by się zdał do domu. Jako towarzysz.
I dla mamy, i dla Niuni.
Więc ja radośnie zadzwoniłam do schroniska, bo przecież: adoptuj, nie kupuj!
I tam młody, dziewczęcy głos zapytał o kilka rzeczy, a ja szczerze odpowiedziałam.
Tak, posesja ogrodzona. Tak, piesek do domu.
Tak, jest inny pies. Tak, mieszka na podwórzu i tak, ma łańcuch.
Dziewczęcy głos nabrał w tym momencie żelaznych nut.
I oznajmił: zanim wydamy psa, musi się odbyć wizyta przedadopcyjna. I pochodzimy po sąsiadach, poprosimy o opinie, bo wie pani, nie wydajemy na łańcuch.
Sąsiedzi mojej mamy są różni, lekko mówiąc, to wioska. Moja mama jest raczej samotniczką, żyje na uboczu. Nie lubi być w centrum uwagi.
Przełknęłam ślinę i powiedziałam: wie pani co, moja mama mogłaby nie przeżyć waszego wywiadu środowiskowego. Dziękuję.
Tak to. Żeby nie było, nie mam pretensji do dziewczęcego głosu.
Wiem jak to wszystko wygląda na wsiach, w miastach i w ogóle, na świecie.
Jednak...
Sama nie wiem, wydaje mi się, że przegięcia w obie strony są.
Często widzę jak na FB miłośnicy zwierząt obrzucają błotem niemiłośników zwierząt.
Żeby tylko błotem, gorzej bywa.
Kiedyś też uważałam, że bycie miłośnikiem zwierząt, pomaganie im, czyni ze mnie kogoś wartościowego. Lepszego, bardziej godnego uwagi, miłości, akceptacji. Kogoś, kto zasłużył.
Cóż, Wielkie Mity upadają z hukiem ;)
Bolało.
Cienka jest linia między byciem prawdziwie współczującym a byciem katem dla innych i dla siebie.
Bardzo cienka, czasem niewidzialna.
I czasem walcząc z jakimś wrogiem, niepostrzeżenie, stajemy się tacy sami jak on.
Bo są rzeczy oczywiste...TU
PS. Poszukamy pieska poza systemem. Wiem, że on tak gdzieś jest, dokładnie taki, jaki jest potrzebny mojej mamie Wszechświecie.
A moja mama jemu...
Pozdrawiam Wszechświecie, twoja zakocona i zapsiona Prowincjonalna Bibliotekarka.































