Obserwatorzy

poniedziałek, 30 maja 2022

Ciężki temat Wszechświecie

 

Duane Bryers

Wiosna w pełni. Choć zimna.
I właściwie tyle ostatnio miałam do powiedzenia Wszechświecie.
Mozolnie pełzłam przez remonty, sztywności i bóle, niechęć do podejmowania działań
W ramach protestu zaległam na kanapie i poleciałam w Kosmos ze Star Trekiem. 
Męczący świat, męczący ludzie, męczące wszystko.
Wyrzucało mnie z wszelkich stron i blogów gdzie widziałam słowa: wojna, ukraina, putin, politycy, uchodźcy, covid, ekologia, ocieplenie, ochrona, zagłada. Te cztery ostatnie mogą dziwić, ale jak się bliżej przyjrzeć, to jest to samo co te pierwsze, tylko inaczej. Kiedyś może podejmę temat, ale nie dziś.
Dziś...

Gdy ostatnio słuchałam Graszki na jej kanale Dom pod bocianem na YT, wspomnienie wróciło. Graszka kupiła sobie nowe sukienki bardzo fajne i mierzyła radośnie. Wyglądała super, ale gdzieś tam przemycała zdania, że "no gruba", "no wieloryb", no "nie fajnie". Patrzyłam na nią, taką ładną w tych sukienkach i myślałam o sobie. Bo Graszka to Graszka, a ja to ja.
Ale ja też gruba, wieloryb i niefajna.
Niefajna byłam od zawsze, tak o sobie myślałam od dziecka. Ale gruba stałam się najpierw w mojej głowie, tak po trzydziestce. A gruba cieleśnie stałam się po czterdziestcepiątce. Z rozmiaru 38 na 50 pyknęłam. Wiem jak to się stało i dlaczego. Mniej więcej wiem. Czy to się da odkręcić? Nie mam zielonego pojęcia. Czy podejmowałam próby? Oczywiście :)
Czy coś dały? 
Absolutnie nic cieleśnie.
Ale w głowie jaśniej...


I różne rzeczy z tego powodu Wszechświat zaczął przypominać...

Około trzydzieści lat temu moja siostra pojechała do Norwegii na zarobek. Chyba zrywała tam truskawki czy coś innego. Była tam miesiąc, zwiedziła trochę, zarobiła i przywiozła mi stamtąd sportowe buty. Białe z zielonymi dodatkami, śliczne. Uradowana szybciutko przymierzyłam i uczucie radości ciut przygasło: jakieś przyciasne, duży palec dotyka do czubka, oj...
Ale tak mi się podobały, przecież sama nigdy nie kupię sobie skórzanych sportówek, na pewno się rozchodzą. Rozchodzą się jak nic, przecież to skóra. Nie rozchodziły się, cisnęły do końca, koniec nastąpił chyba po 4 latach chodzenia, bo to porządne buty były. A paluchy bolały...

Jakieś piętnaście lat temu mąż pojechał w niedziele na służbę.  Było to jeszcze przed diagnozą i terapią. Co ważne jest, bo już miałam rozpędzoną depresję, ale jeszcze o tym nie wiedziałam. Czułam się źle już od dłuższego czasu, ale udawałam, że jest wszystko dobrze. W tą konkretną niedzielę mogłam odpocząć od tego całego udawania i zrobić to, czego potrzebowałam, czyli NIC. Nie ubrałam się, zostałam w piżamach, nie uczesałam się, nie umyłam zębów, leżałam, źle się czułam, coś tam oglądałam w telewizji i nurzałam się w depresji. Aż tu nagle dzwonek do drzwi...
Jeju, wkurw od razu napłynął. Otwieram, a tam uśmiechnięta koleżanka z mężem. Nie specjalnie bliska, dawno się nie widziałyśmy ale kilka razy jej mówiłam, żeby dzwoniła przed przyjazdem, bo zawsze wpadała bez ostrzeżenia. I znów to zrobiła. 
Coś zaczęła mówić, ale tym razem, po raz pierwszy w życiu zrobiłam coś innego, niż grzeczne zaproszenie do domu. Powiedziałam bardzo ostro: Słuchaj, prosiłam cię, byś dzwoniła przed przyjazdem. Gdybyś zadzwoniła, to bym ci powiedziała, że dziś źle się czuję i nie mam ochoty na wizyty!!
To była ostatnia wizyta koleżanki, nawet nie wizyta, bo do domu nie weszła. Nie żałowałam swoich słów. Może tonu, bo mogłam spokojniej.
Z drugiej strony Wszechświecie, nie wiem na pewno, bo jakbym zatrzymała się i chciała łagodniej to może bym zaprosiła jednak, trzeba być miłym i gościnnym. Gość w dom przecież.
Tu depresja pomogła.
I tak przez pół życia...
Krótkie wąskie spódniczki, w których nie usiądziesz wygodnie, buciki na obcasie, w których palce i łydki bolały, biustonosze z drutem (co za zmora, ale cycki muszą wyglądać), makijaż codzienny, malowanie włosów co miesiąc, golenie nóg i pach oraz walka z podrażnieniami, bo skóra delikatna i golenia nie lubiła....Nawet nie chce mi się szukać więcej przykładów, bo byłoby dużo. Tylko paznokciom odpuściłam, bo bardzo lubię krótkie. Nie znoszę jak mam dłuższe i ciągle coś pod paznokciami. Przyznam, że obrzydzeniem patrzę na nalepione tipsy, niehigieniczne. Brrrr....
To tylko zewnętrze objawy, ale jak do tego dołożymy ciągłe udawanie kogoś kim nie byłam, tylko zdawało mi się, że taka powinnam być by mnie ludzie lubili, to mamy prawie ułożonego puzzla.
A na puzzlu droga do piekła, mocno wybrukowana dobrymi chęciami i tzw. dbaniem o siebie.
O zgrozo...co ja nazywałam "dbaniem o siebie"...
I rozmiar 50 jest tu całkiem zrozumiały. Problem z jedzeniem to też objaw kłopotów z emocjami. 
I jest jak jest.


Aż tu nagle przychodzi czytelniczka, taka jak ja 55 lat w 50-tym rozmiarze. I opowiada jak fajnie jej na basenie. To było zimą, słuchałam z uprzejmym uśmiechem, w głębi duszy zaś: 
- ale fajnie bym pomoczyła się. Nigdy nie byłam, spróbowałabym, kobieta taka zadowolona.  Co to jest to jacuzzi wogóle? Ale jak ona się czuje z tym brzuchem wielkim, biustem ogromnym, cellulitem w stroju kąpielowym? Odważna kobieta. Toż wszyscy patrzą. Pełno lasek szczupłych wokół. Przyznaj się Bzikowa, wstydziłabyś się. Nie dam rady, nie dla mnie to. 

I stanęło na tym.
Oświecona, oczytana, przepracowana z traumami, wiedząca, ale TO nie.
Kręgosłup bolał, czasem ktoś coś wspomniał o basenie, ale decyzja podjęta była.
Nie, bo WSTYD zbyt wielki, nie dam rady.
 

A jednak ziarenko się zasiało. I powolutku, powolutku rosło. I kiedy koleżanka z pracy trzy tygodnie temu powiedziała, że jedzie na basen i czy ja nie chcę, bo to fajne jest, zaskakująco szybko odpowiedziałam: JADĘ.

Zamówiłam strój do pływania w bonprixie i przyszedł błyskawicznie idealny rozmiarowo. Uznałam to za znak od Wszechświata. Płyńmy.

Okazało się, że na basenie pełno pań o okrągłych kształtach. I w ogóle o różnych kształtach. A tych lasek idealnych to prawie wcale. Mocząca się obok mnie pani, taka jak ja, pokazała mi jak się położyć na wodzie. I powiedziała:
- bo my to jak oczka tłuszczu w rosole, nie toniemy :)
Bardzo byłam wdzięczna tym wszystkim kobietom na basenie, że takie były odważne. Ulżyło mi bardzo. Ale uświadomiłam sobie, że ja je widzę, bo założyłam strój kąpielowy i weszłam na pływalnię.
Pole widzenia się poszerzyło...
Bez pierwszego kroku nic by się nie wydarzyło. Dalej myślałabym, że baseny są pełne idealnych lasek.
No może jednak trochę oświecona i wszelkie warsztaty, i psychoterapie nie poszły na marne.



Teraz kupuję wygodne buty, luźne w palcach, bez obcasów, sportówki skórzane. Chodzę w spodniach, bo lubię. W domu chodzę bez biustonosza, a biustonosze noszę elastyczne i luźne bez drutów i cudów usztywniających (brafitterka by padła). Przestałam malować włosy, co za ulga. Siwizna jest śliczna. Używam tylko kremu dla dzieci, makijaż zależy od nastroju i tylko poprawiam brwi i maluję rzęsy. Luźne ciuchy, wygodne ciuchy.
Przede wszystkim wygoda, wygoda, wygoda...
No i nauczyłam się odmawiać. Robię to grzeczniej. 
Tylko muszę to ćwiczyć. Nie zapominać.
A jak się nie uda, poprawki nanosić, znaczy pójść i powiedzieć: sorry, jednak nie mam na to ochoty, choć się zgodziłam na początku....
Bo jak powiedziała moja babka: kto jak się nauczy, tak śpi i mruczy...
I to prawda jest.
I prawdą jest też to, że można inaczej.


Poniżej film o tym skąd grubość i chudość, takie podstawowe informacje, może ktoś skorzysta.
Aurorę poznałam dzięki Graszce i bardzo jej za to dziękuję :)
Obu dziewczynom dziękuję :)







Pozdrawiam Wszechświecie, twoje oczko w rosole, Prowincjonalna Bibliotekarka

niedziela, 24 kwietnia 2022

Matkowizna Wszechświecie

 

Wiosna...
Kiedy rano otworzyłam drzwi na podwórze zalała mnie fala światła. 
Miękkiego, ciepłego, rześkiego. 
Wraz ze światłem otoczył mnie gwar ptaków, wielogłos natury, wypełniający radością i chęcią krzątania się, dotykania, smakowania i ufności w boży plan.
Spojrzałam w niebo i ujrzałam tęczę rozpiętą nad światem. Jasną, mocną.
Drobny, prawie niewidoczny deszcz był jak krystalicznie czysta kurtyna, cieniuteńka i ulotna, ale ożywiał wszystko, nadawał barwy, nasycał, obmywał i tworzył w duecie ze słońcem świat magiczny. Perfekcyjnie piękny. Rozczulająco prosty, skomplikowanie uporządkowany: warstwy światła, warstwy dzięków, warstwy kolorów, faktury, czucie...
Cały ten spektakl rozegrał się we mnie. W moim ciele, w moim umyśle.

Czy to piękno i głębia świata beze mnie, obserwatorki, w ogóle by istniało?

Gdyby nie było nikogo, kto mógłby to zobaczyć, dotknąć, odczuć, nadać wartość, czy wtedy ten moment zaistniał by w czasie?

I tak, i nie...

Na wiele pytań, które do mnie teraz przychodzą, odpowiadam: i tak, i nie...


Za oknem czeremcha powoli zbiera się do kwitnięcia. Powoli, bo zimno. Nie śpieszy się, bo wie, że owady jeszcze nie latają. Jej bezpośrednia linia z mamą Ziemią nigdy nie zrywa połączenia.
Czeremcha po prostu WIE.
Zazdroszczę.
Podeszłam do nisko zwisających gałęzi, obejrzałam kwiatostany gotowe do otwarcia, powąchałam prawie czując słodko-migdałowy zapach, zachwyciłam się.
I nagle ulotne uczucie, delikatne muśnięcie jak dotyk skrzydełka ćmy, w sercu.
Smutek.
Czekałam całą zimę na ciebie, za chwilę oczekiwanie się zakończy, rozkwitniesz.
A potem...
Przekwitniesz. I po wszystkim.

Wiosną o przemijaniu nie myślimy. A ono jest.
Tylko obserwator patrzy gdzie indziej.
To może przemijania jednak nie ma?

Och, takie poranne myśli przed kawą.


Cofnęłam się w czasie. Daleko, aż 55 lat. Do samego początku mnie. 
Zdecydowaliśmy się na remont domu rodziców. Ostatnie dwa lata dały możliwość do zweryfikowania paru spraw. Zwłaszcza wycięcie Sadu. Zapuściłam korzenie za głęboko, osiadłam zbyt mocno, utkałam iluzję zbyt realną, zbyt dosłowną, zbyt perfekcyjną. 
Nie zostawiłam miejsca na nic nowego, nic innego, na Podróż, na zakończenia zwłaszcza. 
Na zakończenia, które pozwolą uwolnić nowe wątki.
Słodko-migdałowy zapach kwiatów czeremchy jest tak piękny, ale czuję go tylko kilka chwil, potem przyzwyczajam się i nie czuję. Tak jak z perfumami. Używam swoich ulubionych codziennie, ale robiąc to, tracę je. Bo przestaję je czuć. Inni je czują, ale nie ja.
By poczuć życie, potrzebujemy startów i zatrzymań, podejść i odejść, życia i umierania.
Trudne, bolesne, ekscytujące...


Kiedy mój Mąż rozpoczął remont starej kuchni, musiał zdjąć tynk aż do cegieł. 
Kiedy przysłał mi zdjęcie od razu pomyślałam, że to jest obraz sprzed 55 lat. Podróż do przeszłości w której moja mama i ojciec budowali swój dom. Ja im towarzyszyłam, byłam już w brzuchu mamy.
Oni zakładali nowy wątek, a ja z nimi.


Moja mama patrząc na to wszystko, też wróciła do przeszłości. Nie było to dla niej łatwe. Bo właśnie kończył się ten  55- letni wątek, powstawał nowy, z nową kuchnią.
Opowiedziała mi coś, czego nigdy nie mówiła.

Szła gdzieś rano. Świeciło słońce, był letni poranek. Mama rozmyślała nad domem, nad pierwszym dzieckiem jakie rosło w jej brzuchu. Tak bardzo chciała wiedzieć, jakie będzie.
I wysłała życzenie do Wszechświata: niech to będzie dziewczynka, taka jak ja, tylko niech nie ma mojego nosa.
I kiedy to pomyślała, ja w jej brzuchu mocno się zakręciłam, bardzo mocno.
I mama zrozumiała, że to potwierdzenie. Tak będzie.
Dziewczynka taka jak ona, tylko z innym nosem.
Ucieszyła się.
I tak się stało. To był mój początek wątku. Długiego wątku.
Najdłuższego w życiu, który jeszcze trwa.
Ale, co niesie pociechę i radość, nowa kuchnia w moim domu jest bardziej swojska niż stara była kiedykolwiek. Choć jest nowa, to tak poczułam gdy weszłam do niej, już gotowej.
Więc i tak, i nie, mamo...
I tak, i nie...


A resztki Sadu dają radę, wiosna zaczyna nowe/stare wątki nie oglądając się na ludzi.
I bardzo dobrze.




PS. Długo mnie nie było nigdzie, ale remonty mają to do siebie ;)
Poza tym w międzyczasie złapaliśmy grypę, szczęśliwie w czasie gdy już można było ją łapać bezkarnie. Gorączka i zabójczy katar mogą naprawdę sprawić, że człek uda się GdzieIndziej na ten  czas. Ale w końcu zdrowiejemy i zamykamy wątki :)



Pozdrawiam Wszechświecie, tkaczka niezależna, zawsze Twoja, Prowincjonalna Bibliotekarka.

niedziela, 20 marca 2022

Atak Transformersów Wszechświecie...

 


Jak co rano w środę wczłapałam się po schodach do Biblioteki.
Wciągnęłam do płuc zapach książek i kadzidełka GoodHeart, miło...
Otworzyłam swój pokój, krzyknęłam do koleżanki "cześć" i poszłam robić kawę.
Żeby było jeszcze milej.
Zanim kawiarka przepuści przez siebie aromatyczny napój bogów, zaglądam do koleżanki z zapytaniem cotamjaktam. Bo ona wie wszystko zawsze, kto umarł, kto się urodził, kto z kim w niecnych zamiarach w zaułkach się spotykał. Telewizja nie potrzebna, dostaję wsio w pigułce. Czasem pigułka psychodeliczna, ale traktuję to jako wkład do bezkolizyjnej pracy codziennej, a także jako pewien ogląd ziemskiej opowieści.

- Ania, słuchaj, pandemia się nie skończyła jednak. Mamy nowy wariant, Megatron! Mówiłam ci, że tak będzie....

Stanęłam jak wryta, koleżanka cały czas mówiła a ja słyszałam tylko szum informacyjny...
Mój mózg próbował włączyć jakoś informację do katalogów, ale ni jak nie mógł znaleźć klasyfikacji odpowiedniej. Megatron, MEGATRON???
Bo wiesz Wszechświecie, Megatron był przywódcą Deceptikonów, Transformersów, istot z kosmosu, które zaatakowały Ziemię. Filmy takie oglądałam z synami, fajne nawet.
Spuśćmy zasłonę milczenia na resztę tej rozmowy...
Kiedy podzieliłam się z SynemNumerDwa wieścią, odpisał na Messengerze:
- To już Transformersy też atakują?!
No atakują...

Taka akcja była ostatnio: Maska dla Obywatela. Wiem, bo mąż zły mówił, że strażacy mają rozwozić tony masek po wsiach i wręczać obywatelom za darmo od rządu. Jakby strażacy nie mieli co robić. Często wykorzystuje się strażaków zawodowych i ochotniczych, bo to chyba jedyna tak prężna i sensowna organizacja w Polszcze. Maski w pudełkach były dostarczone też do Ośrodka Kultury, który miał je dystrybuować potrzebującym, ach jak bardzo potrzebującym, obywatelom. I moja sprzątaczka przytachała do mnie pudełko, bo dają, trza brać. Wzięłam. Położę maski na stoliku, niech sobie ludzie rozbiorą.  Mój mózg czasem nie trybi jednak już tak szybko, bo...
W torebce z maseczkami jakieś dziwne nasionka były, ciemne takie: kminek???- pomyślałam.
Ale to nie był kminek...
Leptospiroza to była...
Wyrzuciłam.

Tu dodam, bo faktycznie nie każdy może załapać: kminek to były mysie kupki, zapewne siki też. Kiedyś, chyba w studium pielęgniarskim, czytałam o leptospirozie przenoszonej przez myszy i tak mi utkwiło: kupki myszy= leptospiroza :)
Co nie oznacza, że myszy nie mogły być zdrowe :DDDD
A ich kupki nieszkodliwe, może, jednak...
Co będę tak rzucać bezpodstawne oskarżenia na myszy. No łaziły, zrobiły sikupki  na maski i już.
Mikroskopu nie miałam...


Rano wychodzę z suczką na spacer. Kiedyś chodziłyśmy przez Sad. Sadu już nie ma. Został tylko malutki kawałeczek, cudem jakimś zostało też ukochane Drzewo. Zapomnieli może? Projekt unijny Ochrony Bioróżnorodności przetoczył się jak czołg putinowski przez nasze magiczne miejsca. A może jak transformers? Ten zły? Dobre porównanie.
Jednak ból Serca osłabł. Pogodziłam się, przeszłam etapy żałoby, blizna jest, ale tylko lekko zakłuje czasem. Wiem, że Sad nie mógł być zawsze. Na Ziemi nie ma ZAWSZE. Jest wieczne Teraz.

Jestem wdzięczna Wszechświatowi za te 22 lata w miejscu magicznym. Moi synowie się tu wychowali w zieleni, w słońcu, w radości i ciekawości. To były dobre lata.
Więc jest dobrze.

Wczoraj wieczorem spacerując przez Projekt patrzyłam na to wszystko i przyszło mi do głowy, że tak właśnie my, ludzie, teraz tworzymy swój Świat. To dzieje się od dawna, ale widzę to dokładniej dopiero od dwóch lat. Pandemia wyostrzyła obraz. 

Na studiach nie lubiłam dydaktyki. Pisania konspektów, schematów i procesów nauczania. Jakoś nie ogarniałam. Oceny miałam dobre, ale ogólnie czułam, że niekoniecznie to fajne jest. Narzędzie, które próbuje udawać coś, czym nie jest. Zaskorupiałe i zardzewiałe, przestarzałe. No cóż, ale jest, wykorzystuje się.  Człowiek wiecznie musi coś systematyzować. Choć nie musi...

Od dwóch lat mam wrażenie, że ktoś używa dydaktyki na mnie. Siedź w domu, oddychaj, nie oddychaj. Myśl tylko wtedy, kiedy ci pozwalamy, na tematy tylko takie jak w konspekcie. Nie wykraczaj poza ramy, równaj krok, nie odstawaj, nie rozglądaj się, nie patrz w oczy innym. 
Bądź dobrym obywatelem, dbaj o innych, szanuj zieleń, noś maskę, wstrzyknij sobie, bój się ale my cię poprowadzimy dydaktycznie prostą ścieżką. Bezpieczną dla ciebie i innych.
Dla twojego dobra.
Zaufaj nam: ekspertom, autorytetom, profesorom, naukowcom, nauce...
I Projekt to pokazuje....





Na zdjęciach są te same miejsca Sadu, a teraz Projektu...

I jestem samotna w tym wszystkim, bo każdy, kto tam chodzi, mówi: nareszcie zrobili porządek, jest ładnie, ludzie mogą wypoczywać, pospacerować, butów nie pobrudzić. Mamy bioróżnorodność.
Dydaktycy się spisali.

Smutnieję trochę. Ale to dobrze. 

Smutek jest dobry, jest jak łagodny okład z zielonego listka babki lancetowatej na rozbite kolano.
Śliniło się palec i smarowało się ranę, przykładało się listek i przytrzymywało dłonią aż ból ucichł.
A potem wsiadło się na rower, pod ramę, bo tylko taki był i jechało się dalej, z wiatrem rozwiewającym włosy w kucykach. 

Któż wtedy myślał o dydaktykach...


PS. Megatrona cechuje bezduszność i bezwzględność w dążeniu do celu, jakim jest władza nad światem. Coś jest na rzeczy jednak. 
Tak sobie pozmyślam: kiedy już wojenne machiny przetoczą się przez Ukrainę i zakończy się tak, jak się zakończy, kiedy operacja "pandemia" straci swój złowrogi wydźwięk, gównie przez zmęczenie materiału poddawanego obróbce dydaktycznej, (co już się dzieje), znaczy ludzi.
Wtedy mój drogi Wszechświecie...WYLĄDUJĄ KOSMICI.
Po coś Elon Musk wyciągnął na orbitę Ziemi 49 tysięcy swoich satelitów.
Z takiej ilości może nam wyświetlić na niebie wszystko. W techincolorze i w 5D.

Będzie zabawa :)




Pozdrawiam Wszechświecie, (anty)dydaktyczna transformerka własnych światów, Prowincjonalna Bibliotekarka












niedziela, 13 marca 2022

Nie ma tu wojny Wszechświecie

 

Pochyliłam się Wszechświecie.

Zdarza się. Miałam się nie pochylać, tylko kucać albo klękać. Błąd nowicjusza.
Ale byłam u chorej mamy cały tydzień. Zmieniła mnie siostra a ja wróciłam do domu i spojrzałam na kosz z praniem. Załadowany cały, z górką. I zamiast zostawić, odpocząć, stres łagodnie rozpuścić, to zaczęłam sortować pranie. Przecież nie ja piorę, tylko pralka.
I skarpetka mi z rąk wypadła, i pochyliłam się...
I jak mnie strzeliło...
Więc byłam na turnusie 6-dniowym o miesiąc wcześniej. Doktor naprawiał, to co zepsułam. Znów hotel, znów leżenie, znów poza horyzontem zdarzeń. Znów eremitka.

 Na marginesie dodam, że metoda Doktora Palucha skuteczna jest, działa dobrze, tylko trza cierpliwym być. Psuło się latami, nie nareperuje się w dwa dni. I nie pochylać się :)

Pobyt w większym mieście jest o tyle fajny, że można zjeść coś innego, przejść się po innych sklepach i nikt nic ode mnie nie chce. Nie szukałam towarzystwa, choć ludzie nawiązują znajomości. Sześc dni to długo, jeśli nie masz z kim pogadać. A ja nie chciałam gadać. Nie potrzebowałam, mnóstwo rozmów odbyło się w mojej głowie. Lepiej słyszalnych bez zgiełku innych umysłów. 

Lubię jedzenie azjatyckie, indyjskie. Zapachy tej kuchni mają w sobie coś, co mnie przyciąga. Kardamon, cynamon, kumin. Może jakieś dobre wspomnienia z poprzednich żyć?

Kiedyś miałam w dzieciństwie serię snów o czerwonych, chińskich domkach. Wiem o tym, bo zapisałam w pamiętniku. To było ważne w jakiś sposób. Byłam wtedy w podstawówce, ósma klasa. Pamiętam, że mówiłam sobie: zapisz w pamiętniku, to bardzo ważne. Ale ciągle coś stawało na drodze. Zapisałam cztery zdania. Jednak pamiętam też, że pisząc te zdania czułam jakieś nagłe zmęczenie i ciężar. Ręka była ciężka, oczy się zamykały, trudno było utrzymać długopis. Widać po moim piśmie. To było tak dziwne, że pamiętam do dziś to uczucie ciężkości.



Napisałam: zresztą pamiętam...
Ale zapomniałam. Zapomniałam szybko i nie wiadomo kiedy, zapomniałam nawet, że to była seria, kilka snów, kilka nocy. Został mi w głowie jeden obraz. Dwóch chińczyków na targu. Jeden przy drugim ustawione stragany osłonięte dachami z czerwonego płótna, pełne towarów. Mnóstwo ludzi i ci dwaj. Ubrani w czerwone długie szaty ze złoceniami idący zatłoczona alejką w jasny, słoneczny dzień.
I nie wiem czemu to piszę, bo miałam pisać coś innego, taka dygresja...


Więc wybrałam się na obiad i szłam do chińskiej restauracji na chińską zupę rybną. Bo lubię. Słoneczny dzień, jutro do domu, fajnie. Stuk, stuk- stukały kijki wspierając rozruszany przez doktora kręgosłup.
I tak sobie szłam raźno, aż nagle stanęłam. Lekko się zdziwiłam. Bo idę na zupę rybną, a dwa budynki do tyłu minęłam bar z hamburgerami. I stoję, i słyszę w głowie:
- może hamburgera jednak?
Od razu skontrowałam:
- no coś ty, zupka fajna, zdrowa, a ty, no cóż, okrągła jesteś i żołądek też dokucza. Nie, zupka.
Ale Głos nie odpuszcza:
- może hamburgera jednak?
I stoję na tym chodniku, ludzie mnie mijają i myślę:
- hm, kuszące. Pewnie mają też frytki. Zupek się już najadłaś, może na koniec coś innego? No weź, dla odmiany od chińskiego. Będzie dobrze.
Zawróciłam i postukałam kijkami do baru hamburgerowego. Mieli wysokie stoliki, super, ja nie mogę siadać. Można postać i nikt się nie gapi.
Zamówiłam drobiowego z frytkami i herbatę zieloną z mango. Bo mango też uwielbiam.
Dziewczyna przyniosła mi herbatę i postawiła na stole. Wrzuciłam saszetkę i chwilę bezmyślnie się gapiłam na przezroczysty kubek. 
Aż tu nagle...


Nagle zobaczyłam ile się w tej mojej herbacie dzieje. Zaczęła się zaparzać, kolor wychodził z saszetki jak dym, kłębiąc się w różne strony. Z zielono-brązowych tornad zaczęły się oddzielać małe wiry, potem się rozpadały, strzępki wirów tańczyły w wodzie i rozpływały się delikatnie w złoto- zieloną mgłę. Gorąca woda parowała, mgliła obraz w kubku, mieszały się warstwy cieplejsze z już wychłodzonymi, przeplatały się, tworząc soczewkę dla światła słonecznego, które wyświetlało nowy, falujący obraz poza kubkiem, na blacie. 
Inny świat. Okno na Kosmos, szczelina w podszewce Wszechświata, przez którą mogłam spojrzeć i aż zamarłam z zachwytu. Ach, gdybym mogła tam wejść, chociaż na chwilę...
Wrócić...


Powoli wyjęłam telefon, jakże niedoskonałe narzędzie, powoli, bo bałam się, że magia zniknie.
Ale nie zniknęła.

Kiedy dostałam hamburgera, okazało się, że to był najdelikatniejszy i najsmaczniejszy hamburger jakikolwiek jadłam. Delikatny, kruchy filet z kurczaka, kozi ser i żurawinowy sos. Oraz grube, złote, idealnie wysmażone frytki. Zapiłam to magiczną herbatą ze słońcem, choć przez chwilę wydawało się to świętokradztwem. Ale chciałam mieć to słońce w sobie. Rozjaśnić kątki zamglone, oświetlić...
Oświetlić zapomniane, zakurzone drzwi do Innych światów.
Bo są.
W każdym z NAS.
Na całym świecie.
I każdy może je otworzyć.

A teraz fragment Desideraty Wszechświecie, którą powiesiłam na drzwiach biblioteki dwa lata temu, wisi nadal...
 
"Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa. Przyjmuj pogodnie to co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
     Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.
     Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia: w zgiełku ulicznym, zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą. Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny.
Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy."
Autor: Max Ehrmann

Taka lekcja w barze hamburgerowym Wszechświecie.
Dziękuję.

PS. A tę różę dostałam na zbiegu, 8 marca o 7 rano do doktora. Dał je każdej swojej pacjentce, choć miał nas z 50 ;) Co za miły gest.






Pozdrawiam Wszechświecie, nagła smakoszka hamburgerów, Prowincjonalna Bibliotekarka

sobota, 26 lutego 2022

Mocne Tak Wszechświecie

 

Jim Musil
I znów.
Znów to samo. 
Znów strach...

Wczorajszy dzień był dniem psychoterapeutycznym. Przyszło dużo ludzi, wypożyczyłam mnóstwo książek i wypowiedziałam wiele, wiele razy: wszystko będzie dobrze...

Usłyszałam na schodach kroki, a właściwie szuranie połączone z sapaniem. Jakaś starsza czytelniczka idzie- pomyślałam. Kiedy do mnie dotarła okazało się, że to PaniK.
PaniK do tej pory nie była w tak złym stanie. Owszem "pandemia" ją przemieliła, ale jakoś pozbierała się do kupy. Teraz jest źle. Obrzęknięta, skóra jak pergamin, oczy zapuchnięte, czerwone ręce trzęsące się, oddech krótki, płytki, urywany. Ledwie mówi. Poprosiła o lekkie książki.
- Pani, jak teraz żyć? Ja patrzę w ten telewizor, patrzę co robi ten drań z ludźmi, jak to możliwe, płaczę cały czas. Dzwonię do syna: uciekajcie! A on mi mówi, że ja bliżej jestem, oni dalej bo w Białymstoku. Jak to będzie z nami?

Ja tak mam tak, że w sytuacjach trudnych, niespodziewanych i lękowych najpierw się wycofuję. Zamrażam. Dystansuję. Obserwuję starając się wyprzeć lęk. Stary nawyk z dzieciństwa. Kiedyś pozostałabym w tym. Spychałabym strach do nieświadomości raz po raz. Ale teraz po okresie obserwacji, pozwalam mu wrócić, przyznaję, że się boję.  Czuję to w ciele. Ten ciężar, tę szarość, to mdlące uczucie w żołądku, te napięte mięśnie  bez siły. Bezradność.
Ale zbieram dane, oglądam sytuację z wielu stron. Nie zatrzymuję się na strachu. Już nie.

Jim Musil

Moja mama ma koleżankę. Ta koleżanka, starsza już pani, mieszka z córką. Nic u niech się nie wyrzuca. A przynajmniej niewiele. W sieniach, gdzie bardzo trudno znaleźć wolne miejsce na stopę, wiszą półpaltka po dziadkach. Wszędzie pudła, zawiązane reklamówki z tajemniczym towarem, gazety.
Dwie zapchane zamrażarki z zapasami. Ale z nich się nie je. Kupuje się na bieżąco. Dużo gotują, dużo marnuje się jedzenia, ale też mnóstwo jest poutykanych zapasów po półkach, one też się marnują. Na strychu, oprócz dalszej kolekcji ubrań po dziadkach, stoją worki suszonego chleba i bułek. Od czasu do czasu ściągają te worki i robią przegląd. Jeśli jest pleśń, pieczywo jest skarmiane zwierzakom: kurom, owcom. A nowe jest suszone i ładowane do worów. A wory na strych. Bo może być wojna i głód. Tak babcia opowiadała i przestrzegała. I tak one robią: jakby wywozili, to ten chleb może życie uratować.
Jednocześnie jest to jedyny dom jaki znam, gdzie tyle jedzenia jest marnowane, bo i zwierzaki nie dają rady zjeść wszystkich zapleśniałych i skwaśniałych potraw, warzyw z piwnicy itp.
A dzieci nie miały prawa zostawić nic na talerzu, bo babka jak hitler stała nad nimi...
Nawet nie chcę myśleć, co tam u nich się teraz odpaliło w głowach. Jakie opowieści babki, jakie strachy, jakie scenariusze zdarzeń. Choć mogę się domyślić...

Poczytałam Wszechświecie blogi, popatrzyłam na to co dziewczyny piszą. Różne podejścia do strachu. Różne scenariusze, nawet z przepowiadaniem trzeciej wojny światowej. Brrr....
Nie znam się na polityce, nie potrzebuję jej rozumieć, rozumiem emocje, ukryte potrzeby, kompensacje niedoborów, traumy z dzieciństwa, te schowane warstwy naszej świadomości o których zapominamy wygodnie udając, że ich nie ma. Są, one kierują nami, politykami, żołnierzami, wszystkim w okół. 
Są źródłem każdej wojny, każdego ataku na innych ludzi, każdej krzywdy...
Po prostu szczęśliwe dzieci wyrastają na szczęśliwych dorosłych i nie potrzebują nikogo krzywdzić, by poczuć się lepiej. Są przepełnione wiedzą, nie wiarą, wiedzą, że Wszechświat je wspiera i już.

Richard Thorn
A tymczasem nasze babcie, nasze mamy, nasze sąsiadki wiekowe, zatruwają nas lękiem od dzieciństwa. Ich wspomnienia, ich dramaty stają się naszymi. Lektury szkolne: Medaliony, Kamienie na szaniec, Pożegnanie z Marią...mój Wszechświecie, co to z nami robi?
Co to robi młodym umysłom? Jakie ścieżki pokazuje?
Opluwam świętości? Bezczeszczę groby zmarłych ofiar? Włączam muzykę na cmentarzu?
Ja się zastanawiam...
Bo kiedy widzę ten strach obecny, kiedy widziałam strach dwa lata temu, kiedy przeżywałam strach po ataku na WTC, wiem, że to był strach z przeszłości, mieszał mi w głowie ze strachem teraźniejszym. Zamącał obraz sytuacji, zasłaniał inne ścieżki, wysyłał w przeszłość mojej babki, prababki, kazał bać się TAMTYM strachem...
Rozumiesz Wszechświecie? 
Teraz jest teraz, a nam się miesza...
Bo jesteśmy podróżnikami w czasie i musimy uważać, jakie pamiątki zabieramy ze sobą.

Alexander Kurzanow

Parę lat temu byłam w Tarasce na warsztatach z Rosą. Rosa mieszkała na Florydzie a tam zbliżał się wielki huragan, z tych naprawdę wielkich. Wieczorem po warsztatach Rosa poprosiła nas, czy możemy razem z nią pomedytować, by ten huragan nie dotarł do Florydy. Żeby się uspokoił nad morzem nie czyniąc krzywdy nikomu. Wszyscy się zgodzili. 
Zamknęłam oczy prowadzona cichym, matowym, spokojnym głosem Rosy. 
Wdech, wydech, wdech, wydech...poczułam jak powietrze wpływa do mojego nosa, do gardła, do płuc. Jak chłodna fala się ociepla we mnie. Jak ze świstem ulatuje z ciała. Słyszałam moje serce dudniące w klatce piersiowej i nagle tam byłam...
Wisiałam nad wzburzonym morzem, wysoko. Lekka jak piórko i solidna jak granit. Wokół wiał szalony wiatr, fale morskie było ogromne, było trochę ciemno, naprzeciw mnie napływał ogromny wał ciemnych, granatowo-zielonych, poszarpanych chmur. Rozłożyłam ręce by poczuć siłę Matki Ziemi. Och, to było mocne. Szarpnęła mną dzika radość połączona z ekscytującym strachem.
Mogłabym się w tym zatracić. Ale się rozejrzałam. Po obu moich stronach, tak jak ja, unosili się ludzie. 
Mnóstwo ludzi tworzyło tamę dla chmur, wiatru i wody. Czułam też jakąś wielką Obecność za plecami. Obecność spokojną, ciepłą, niewzruszoną, pewną.
I we mnie zapadł spokój. I ja poczułam pewność. 
Spojrzałam na morze, na chmury i poczułam, że TAK, nie przejdą.

Nie-  NIE: nie przejdziesz.
Ale- TAK: nie przejdziesz.
Nie wiedziałam, że tak można.
Ale zrobiłam, zrobiliśmy wszyscy. Razem.

Dimitri Sirenko

Następnego dnia wieczorem Rosa dostała wiadomość, że huragan stracił na sile, zmienił kategorię na słabszą i nie wyrządził wielkich szkód.
I można długo deliberować nad tym, albo krótko stwierdzić: głupota. W takich momentach nawet foliarze i płaskoziemcy mówią, że muszę odejść, bo przeginam.
Ale ja tam byłam i wiem, co zrobiliśmy.
Razem.
Tatiana Yanovskaya-Sink


Więc jeśli myślicie, że nic nie możecie, to zapewniam Was, że to nieprawda.
Stary, głupi program od przodków. Możecie, jeśli chcecie.
Mocne TAK wystarczy.







Pozdrawiam Wszechświecie, poskramiaczka huraganów i ujeżdżaczka burzy, Prowincjonalna Bibliotekarka.













wtorek, 25 stycznia 2022

Mein Kampf Wszechświecie

Lubię moją pracę.

Oczywiście nie wszystko, biurokracja jest marudna, ale kontakt z książkami i ludźmi całkowicie to rekompensuje. Lubię nowych czytelników, bo to zagadki do rozwiązania: co lubią, jacy są, czego się boją i co kochają. Z czasem nawiązuję z nimi kontakt bardziej osobisty, choć niektórzy potrzebują do tego lat, bo ogromna większość przychodzi w maskach.
Nie tych chińskich, tych mentalnych. W swoich wyobrażeniach na swój temat, które są jak te dzioby ffp. Ścisłe, plastikowe, tłumiące oddech.
Są też lżejsze, jak te chirurgiczne, najczęściej mają namalowany uśmiech, bo ich zadaniem jest ukrywać uczucia. Uśmiech maskuje wszystko. W sumie mogłabym te ludzkie maski jakoś poklasyfikować, ale to bez sensu, psychologowie już mnóstwo ich opisali. Ameryki nie odkrywam.
No, może tylko dla siebie, w ramach badań mnie samej i moich masek.

Pomyślałam sobie niedawno, że część ludzi dobrze się czuje w pandemicznych czasach. Maski realne na twarzach dają możliwość schowania się przed innymi bez wysiłku, bez wydatkowania energii w mimikę, bez całej tej gry aktorskiej. Trzeba tylko pilnować co się mówi, ale tutaj jest pułapka.
Kiedy odpuszczasz jeden element kamuflażu, reszta się sypie. Nie pilnujesz się tak bardzo i zaczynasz przeświecać przez zasłony.
Wychodzi schowane...
Widzę wtedy...
Najczęściej agresję, złość, strach, smutek, przerażenie i samotność. 
Ludzkie rzeczy, znane rzeczy, moje rzeczy współdzielone z innymi.
Przeczytane od tyłu pokazują prawdę z jaką nikt nie chce się mierzyć.


Dwadzieścia lat temu, może więcej, w mojej bańce informacyjnej pojawiło się pojęcie: zasoby ludzkie.
Ależ mnie to wtedy zdenerwowało. Pojąć nie mogłam jak można takie coś wymyślić. Jakie zasoby?
Zasoby to mogą być węgla, zbóż, wody ale nie ludzi. Ludzie są indywidualni, a nie zredukowani do jakiejś bliżej nieokreślonej bryły, zdepersonifikowani, odhumanizowani.
Tymczasem wielu łapnęło to jak smaczny, nowoczesny cywilizacyjny kąsek. Moja sekretarz w gminie pokochała zarządzanie zasobami ludzkimi. Uwielbiała ludzi skłócać, manipulować nimi, a teraz miała narzędzie na papierze. Wystarczyło je dostosować do swoich potrzeb.
I wuala: zarządzamy zasobami a nie ludźmi. Jakież to wygodne, nie trzeba się zajmować takimi rzeczami jak empatia i współczucie. Mamy cele wyższe, mamy odpowiedzialność i sprawiedliwość społeczną, mamy szerszą perspektywę, większą niż pojedynczy człowiek.
Cóż za ulga i jakie możliwości...


I jestem, ponad dwadzieścia lat później w bibliotece, i dzień po dniu przychodzi dwóch młodych ludzi, i pyta: czy w bibliotece jest Mein Kampf Hitlera.
Nie ma. Nie mogę się przełamać by kupić. 
Wiem, że biblioteka powinna mieć wszystko. Nie mogę cenzurować nic.
Ale z tą jedną książką mam problem. 

Z drugim chłopakiem porozmawiałam, zapytałam czemu go to interesuje. Odpowiedział, że wykładowca polecał jako podręcznik do manipulowania ludźmi. Krok po kroku wyjaśnione jak dzielić, jak segregować, jak przemeblowywać głowy by doprowadzić prosto do komór gazowych i ich akceptacji przez ogół. Chłopak jest ciekaw, bo widzi wokół, teraz, w naszej rzeczywistości to właśnie.
Kłamstwo, manipulację, dehumanizację, socjotechniki.
Dałam mu "Wywieranie wpływu na ludzi" Cialdiniego.
To samo, ale inaczej. 
Ciekawam jaki zrobi użytek z tej wiedzy?
Czyżbyśmy jednak byli "zasobem"...?

Może  trochę jesteśmy. 
Na warsztatach pracy z ciałem, nie mogłam się przemóc, by krzyknąć pierwsza.
Mój głos słyszalny przez innych, pierwszy, wybrzmiewający w ciszy? Przerażające.
Kiedy ktoś zaczął, wtedy i ja nabierałam odwagi, w ogólnym zgiełku mogłam krzyczeć. 
Razem z innymi.
W grupie raźniej, mniej samotnie.
To spowodowało, że zapragnęłam jednak mówić własnym głosem. Może nie głośno, może nie wrzeszczeć, ale chciałam jednak usłyszeć siebie.
Bo wrzeszcząc z wszystkimi nie słyszałam własnego głosu, nie wiem co krzyczałam.
A to ważne, co wypływało ze mnie. Ze mnie, a nie z innych.
Grupa jest fajna i wspierająca, grupa może zawieść na manowce też...
Mogę podnieść rękę tam, gdzie moje Serce, niesłyszalne w tłumie, mówi: nie, nie rób tego...
Moje Serce.
Moje Odważne Strachliwe Serce.


Więc dobrze się przyglądam za czym głosuję.
Taki czas Wszechświecie.

 A tu mem, który mnie rozbawił ostatnio bardzo. 
Lubię kiedy ludzie się śmieją ze swoich strachów.
One wtedy znikają :)




Pozdrawiam Wszechświecie, omijająca Adolfa Prowincjonalna Bibliotekarka.
Foto z filmu Jojo Rabbit, tak mi jakoś pasowało...

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Drobnostki Wszechświecie

 



Właśnie przeszła przez Miasteczko zawieja.

Porywisty wiatr kręcił ze śniegu szalone tornada, tworzył zaspy, zawiewał  igiełki lodu ludziom w twarz, bez odrobiny nawet szacunku i przyzwoitości. Zasypywał oczy przechodniom, każąc im giąć karki przed swą potęgą i furią. Pchał chmury niosące śnieg z taką siłą, że trzaskały piorunami obijając się o siebie. 
Dziwna zawieja, dziwny wiatr, dziwny śnieg, dziwne czasy...

A jednak żyję w nich, z tym niesamowitym uczuciem, że to jest jakaś książka science fiction. Czytana przeze mnie dawno temu, zapomniana, a teraz dziejąca się wokół mnie. Z trudem odkrywam, przypominam sobie jej fragmenty, wcześniej przeleciałam ją po łebkach chyba...
Deja vu.
Kiedyś lubiłam znak nieskończoności- łagodna, przyjemna dla oka forma.
Teraz kojarzy mi się z powtarzalnością, niemożliwością pójścia dalej, zapętleniem i błądzeniem po starych, wydeptanych milionami nóg ścieżkach. Mozolnie.

I znów, i znów...


Stojąc w kolejce na zabiegi kręgosłupowe widziałam dużo ludzi. Różnych. Wszystkich połączonych jedną myślą: zdrowy, niebolący kręgosłup. Mimo różnic wieku, płci, objętości, osobowości itp., wszyscy tacy sami. 
To był dziwny czas, trochę przerażający, trochę dający odpoczynek, trochę uchylający drzwi do...

No właśnie dokąd? 

Zabiegi były dwa: o 7 rano i o 15 po południu. Po zabiegu trzeba było poleżeć. Potem spacer, potem leżenie, potem spacer i tak w kółko. Nie można było się pochylać, siadać i skręcać. Skupiłam się na sobie. Zamknęłam mój świat w hotelowym pokoju na 10 dni, potem po miesiącu na 6 dni.
Okno na inne światy stanowił internet, albo mój umysł.
Leżałam patrząc na sufit, pozwalając myślom płynąć.
Czułam się jakbym była sama jedna na świecie. Skupiona na ciele, skupiona na sobie. 
Nigdy nie byłam w takim stanie. Tylko JA. Bez potrzeby bycia z kimkolwiek. 
Wiedząc, że tak jest dobrze.
Przez tą chwilę.
Właśnie tego potrzebuję.
A potem potrzebuję wrócić. 

Jednak skupienie na drobnych rzeczach, wstaniu z łóżka bokiem, umyciu się bez pochylania, zjedzeniu śniadania bez siedzenia, włożeniu butów i skarpetek, podniesieniu właściwie łyżki, która upadła na podłogę, to wszystko było trochę jak jedna, długa lekcja cierpliwości do mnie samej. 

10 dni zlało się w jeden długi dzień, 10 nocy w jedną noc.
Czas naprawdę jest czymś nieokreślonym, bezpostaciowym i relatywnym.
Można go doświadczyć jedynie w kontekście do czegoś, a i tak każdy to zrobi subiektywnie.
Kiedy weszłam do pokoju zabiegowego i doktor kazał położyć się na kozetkę nie wahałam się ani sekundę. Nie było normalnych u mnie pytań w głowie: a jak, z której strony, z prawej czy z lewej, jak ręce? Po prostu położyłam się jakbym to zawsze robiła. W takiej pozycji jak trzeba. Nie od razu to zauważyłam, ale po kilku dniach dotarło do mnie, że czuję się w gabinecie dobrze. Jak w swojskim, znanym otoczeniu. Choć nigdy wcześniej tu nie byłam.
Zagadka...


Czasem odbywamy z mężem dziwne rozmowy. Najczęściej w ciszy, mroku i przytulności naszej sypialni. Otoczeni przyjazną flanelą kołdry i ciemności, słysząc i czując bardziej niż widząc.
W dobroczuciu, bez nachalności dnia i strachów codziennych, przypominamy, opowiadamy  sobie coś, czego nie mówiliśmy nigdy do tej pory. Z różnych powodów.
Któregoś wieczoru spontanicznie opowiedziałam mężowi o tym, jak będąc w czwartej klasie podstawówki, leżałam zmarznięta okropnie w łóżku. Pamiętam lodowate nogi. Miałam wrażenie, że zimno wypływa ze środka stóp. Całe nogi aż do pasa były zimne, ale najgorsze zimno było w stopach. Próbowałam je rozcierać, otulać kołdrą, zwinęłam się w kłębek, grzałam stopę o łydkę, ale nic to nie dawało. Lód.
I nagle pomyślałam: a może ja to ciepło z piersi przesunę do stóp? W klatce piersiowej było ciepło, czułam je. Góra nie marzła. Wtedy, w tamtym momencie wcale nie czułam, że ta myśl jest jakaś dziwna. Po prostu zrobiłam to. Skupiłam się na cieple w piersiach i powolutku zaczęłam je przesuwać w dół, czując jak ono rozlewa się w kierunku brzucha, miednicy, ud, łydek i wreszcie stóp. Nie mam pojęcia ile to trwało, ale stopy powoli się rozgrzały. To było łatwe. Cała rozgrzałam się i zasnęłam.
Kiedy później znów próbowałam to robić, niestety, było trudno. Nie udawało się, jakby nagle ta możliwość została mi zabrana. Całe ciało robiło się ciężkie i oporne, czułam zniechęcenie aż w końcu przestałam próbować.

Opowiedziałam to mężowi i zaległa chwila ciszy....
A potem usłyszałam: ja też to robiłem, najtrudniej było przepchnąć  to ciepło przez stawy kolanowe i kostki...
I tak to...
Drobnostki.
Nie zauważamy, pozwalamy im ginąć w zamieci, pozwalamy śniegowi zaprószyć nam oczy.
A przede wszystkim, nie rozmawiamy...
Ktoś, coś?
Wszechświecie?




Pozdrawiam Wszechświecie, twoja eremitka powracająca z jaskini, Prowincjonalna Bibliotekarka.